Harry gładził cicho pochrapującego Rosea po nagim ramieniu. Niedługo miało świtać, a on nie potrafił ponownie usnąć. Poddał się. Ferie niemalże dobiegały końca, a nauczyciel nie wyrażał jakichkolwiek chęci co do kontynuowania ich relacji w bardziej intymny sposób. Chłopiec próbował porozmawiać, zbywał go, chciał pocałować, odwracać głowę, aż nagle, dzisiejszego wieczoru mężczyzna sam przejął inicjatywę i skończyli bez ubrań w łóżku. Seria przyjemności obejmowała wyłącznie pieszczoty, aczkolwiek dla młodzieńca to było i tak wystarczające.

Nie wiedział, czy chciał określenia związku. Jednak potrzebował jakiegoś zapewnienia, że mimo cielesności nadal pozostaną przyjaciółmi, że nie łączy ich wyłącznie interes. Gra przypominająca skoki na trampolinie nie interesowała go i nieco męczyła.

Oczywiście pocałunek, którym zapoczątkował wszystko miał odwrócić jego myśli od faktu morderstwa. Nie wiedział, czy to było potrzebne. Serce miał przepełnione czernią. Oczekiwał przyjścia koszmarów, lęków. Zabił przecież człowieka. Śmierciożerca, ale z pewnością miał przyjaciół, plany. Przerażało go, że wymówienie najgorszego zaklęcia obchodziło go tyle, co uderzenie klapką na muchy irytującego owada. Zabił, to zabił. Zapewnie Ron, Hermiona, Remus byliby przerażeni, ale nie dowiedzą się.

Czasem patrzył w lustro i wyobrażał sobie, jak zmienia się w postać podobną Voldemortowi. Różnica polegała tylko na tym, że Czarny Pan mordował mugolaków i ich sympatyków. On zabijał śmierciożerców i czarodziei czystej krwii.

- Dlaczego nie śpisz? – mruknął Rose i odwrócił się w stronę chłopca.

Ramię, które Harry gładził zniknęło pod puchową kołdrą.

- Zaraz muszę wrócić. Dziwne, żebym wychodził od ciebie nad ranem. Teraz przejdę niepostrzeżenie – wyjaśnił.

- Bezsensu. I tak masz pelerynę, a na korytarzach nikogo nie ma. Śpij.

Mężczyzna przymknął oczy i Harry był w lekkim szoku, że może ot tak przebudzić się, rzucić kilka słów, a potem zasnąć ponownie jakby nigdy nic. Miał racje, w zamku pozostało niewiele osób. O ile zjawi się na śniadaniu, nikt niczego nie zauważy.

Wstał najciszej jak potrafił i ufał się do łazienki. Najpierw skorzystał z toalety, aby potem przegrzebać szafki w poszukiwaniu czystego ręcznika. Doszedł do jednego wniosku, Nik był pedantyczny. To nienaturalne, by w męskich rzeczach wszystko leżało poukładane idealne, niemalże kolorami. Wszedł pod prysznic. Ciepła, spływająca woda po ciele odsunęła wiele myśli i nieco orzeźwiła. I tak wiedział, że przez cały dzisiejszy dzień będzie ziewał, ale było warto. Zaśmiał się sam do siebie na wspomnienie ust Nika pochłaniających jego penisa.

Wytarł się i w bieliźnie wyszedł do sypialni. Planował podkraść czystą koszulkę, nałożyć swoje spodnie i zniknąć, lecz zauważył, że jego towarzysz siedzi z skwaszoną miną na łóżku.

- Obudziłeś się? – zapytał i wsunął się pod kołdrę.

- Ty mnie obudziłeś, ale chociaż ładnie pachniesz – zażartował.

- W przeciwieństwie do ciebie – odgryzł się. Rose przeciągnął się i chwycił różdżkę, którą rozpalił wygasły ogień w kominku – dlaczego zwodzisz mnie tyle czasu, aby potem zaciągnąć do łóżka?

Czuł się jak nastolatka próbująca dowiedzieć się, czy chłopak w którym się podkochuje także jest nią zainteresowany. Rose wyraźnie się spiął.

- Musiałem, zastanowić się – wyznał spokojnie nauczyciel i sięgnął do szafki nocnej, skąd wyciągnął papierosa.

- I do czego doszedłeś? – warknął- będziemy pieprzyć się ot czasu do czasu i tyle?

- Jesteś bardzo wulgarny. I możemy, jeśli masz ochotę, chociaż wcale się nie pieprzyliśmy… – zaciągnął się dymem- widzisz, zastanawiałem się czy chce zaryzykować pójście do azkabanu, gdy ktoś nas nakryje.

- Nie wsadziliby cie za to – zaprotestował. Niech wymyśli bardziej kreatywne wymówki.

- Kto ich tam wie. W ghoule mało kto w ogóle wierzy, no ale gdyby tutaj wpadła McGonagall… ciężko byłoby się wytłumaczyć.

- Więc o to chodzi? O zwykłe zachowanie tajemnicy? Niby dlaczego ktoś miałby nas nakryć…

- Zwyczajnie musiałem pomyśleć – przerwał wywód ciemnowłosego -możemy o tym nie rozmawiać?

- Jak chcesz – oburzył się i miał ochotę wstać, lecz Nik złapał go w pasie i powstrzymał.

- Nie odchodź. Proszę – pocałował delikatnie szyję partnera.

- Więc mnie tak nie traktuj – i nagle w jego głowie zalęgła się straszliwa myśl – czy ty kogoś masz?

Mógł mieć. Jest młodym, charyzmatycznym mężczyzną. Nie obiecywał jakiejkolwiek wyłączności. Na myśl, że w międzyczasie Rose sypiał z kimś innym Harremu żołądek zawiązał się w supeł.

- O matko! – zaśmiał się -niby kogo? Zadurzyłeś się we mnie, prawda? – przegryzł naburmuszonemu kochankowi delikatnie ucho.

- Daj spokój – prosił.

Zadurzył się? Nie wiedział. Po prostu nie chciał, by ktoś go dotykał.

- Nie mam nikogo i nigdy nie miałem. Jakbyś sam nie był prawiczkiem, zauważyłbyś – zaśmiał się i Harry poczuł, że rumieniec na jego twarzy płonie- jeśli to wszystko się skończy to mogę cie zabrać na prawdziwą randkę – zaproponował – wszystko, czyli nie będziesz uczniem i w ogóle.

Chłopiec na tą propozycję odczuł przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele.

- A gdzie?

- Zobaczysz. Może to nienajlepszy moment… - po tych słowach pomieszczenie od razu stało się chłodne i Harry poczuł nieprzyjemne dreszcze- wiesz, pamiętasz jak mówiłem ci, że widzę śmierć?

- Stanęła nade mną? –głos mu drżał. Ciężko przełknął ślinę.

Pytanie nie było zbytnio mądre. Po co proponowałby randkę, skoro miałby zginąć, lecz musiał je zadać. Potrzebował upewnić się.

- No co ty – Rose pokręcił głowo przecząco i skierował papierosa do ust ucznia. Chłopiec delikatnie włożył filtr do ust po czym zaciągnął się. Zakasłał tylko dwa razy – po prostu jest tutaj, w zamku. Przechodzi się, spaceruje.

- Więc Volemort niedługo zaatakuje?

- Tak podejrzewam, ale nie traktuj tego jako zapowiedź czy deklarację. Po prostu moje urojenia, przeczucia. Jak zwał tak wał. Powinieneś wiedzieć. Chce, żebyś o tym wiedział.

- Mógłbyś z nią porozmawiać? – zapytał nieco nieśmiało.

- Z śmiercią? To nie tak – pokręcił głową -wieczorem nie przychodź. Chce pójść do niego.

- Do Voldemorta? – Rose kiwnął głową - Wymów to –syknął Harry- wymów Voldemort.

- Voldemort – Rose nieco się spiął – nie chodzi o imię, a o przyzwyczajenie.

- Wkurza mnie, że nazywasz go panem. Nie jest twoim panem!

- Uprzedzisz Dumbledorea? – Rose zignorował uwagę, co nieco zirytowało Harrego.

Zupełnie nie rozumiał, dlaczego ludzie boją się imienia. Przecież to tylko i wyłącznie imię. Bał się Voldemorta jako osoby, lecz nazywanie go „sam wiesz kto" wcale nie pomogłoby.

- Myślisz, że powinienem? Wolałbym nie rozmawiać z nim.

- Jeśli cie zaprosi do siebie, pójdź. Nic nie stracisz, a możesz tylko zyskać. Pamiętaj, gracie do tej samej bramki. Dyrektor jest specyficzną osobą, ale mimo wszystko, chce dobrze. Na swój pokręcony sposób.

- Jak ma zamiar znów grać w półsłówka to podziękuję –przyznał – on kłamie. Perfidnie okłamuje wszystkich. Może i te kłamstwa potem tworzą się w sensowną całość, ale bycie dyrektorem i starcem nie upoważnia go do takiego manipulowania.

- Powiedział ci, że jestem śmierciożercą. Więc nie do końca nic ci nie mówi.

- Kazał mi to sprawdzić. To coś zupełnie innego. Potem rzucał te wszystkie aluzję – prychnął – wiem, że on też chce pokonać Voldemorta. Tylko z drugiej strony, wojna jest tak blisko, a on co robi? Szuka horkruksów – Rose spojrzał się na niego podejrzliwie – no dobrze, to nie takie nic, ale nie zapewnia bezpieczeństwa uczniów, ani nic!

- Tego nie wiesz.

- Zatrudnił śmierciożercę! O mało nie umarłem kilka razy w tej szkole! Ukrył kamień filozoficzny tak, by jedenastolatki mogły się do niego dostać! Wyjaśnię ci kiedy indziej – dodał widząc podniesione brwi Rosea w niezrozumieniu - o której do niego pójdziesz? Do Voldemorta?

- Po kolacji.

- Więc przyjdę, po kolacji.

- Po co?

- Żeby cie pożegnać – oznajmił tonem, jakby mówił najbardziej oczywistą rzecz na świecie.

- Głupiś. Pożegnania są dla tych, co niedługo się rozstaną. Nam to nie grozi. Śmierć nie przyszła po mnie, więc mam jeszcze czas. Po za tym, może czas zacząć rozmawiać z innymi uczniami? Wiesz, kontakt z rówieśnikami i te sprawy.

- Po prostu się martwię. Wiem! Powinienem nie przejmować się tak moim szpiegiem, ale… no sam wiesz. I po co miałbym iść nawiązywać kontakty z jakimiś obcymi uczniami. Zwariowałeś.

- Harry, my nie stworzymy normalnej relacji –szepnął cicho Rose, niemalże niedosłyszalnie – możemy snuć planu, ale sam wiesz… Wojna może trwać jeszcze latami. Wiele może się wydarzyć. Wydaje mi się – pokreślił widząc, że chłopiec planuje zaprotestować – że chciałbyś czegoś pewniejszego niż ja i normalniejszego.

- Nie mów mi nigdy – Rose zamrugał słysząc nigdy – czego chce! Chyba przestałem wierzyć w jakąkolwiek normalność w moim przypadku. Ja nie jestem normalny! Nikt normalny mnie nie zrozumie, tego co zrobiłem, że nic nie czuje po zabiciu. Tylko ty.

- Nie wiesz tego. Ludzie potrafią zaskoczyć.

- Więc po co wszystko!? Po co te ckliwe gadanie o randce?! – krzyknął stanowczo zbyt głośno.

- Bo tego bym chciał. Wiesz, ja mam uczucia.

- Nie chciałem – przeprosił.

- Poczekam na ciebie tak jak ostatnio. Przyjdę gdzieś koło północy i poczekam – mężczyzna już chciał zaprotestować, lecz Harry nie dał mu dość do słowa- jak będziesz chciał, powiesz co i jak. Jeśli nie poczekamy do rana i wtedy powiesz. Obiecuje być cicho, grzecznie i nie męczyć ciebie zbytnio, no chyba, że chciałbyś, żebym cie męczył.

- Po spotkaniu z… Voldemortem – Harry poczuł dumę po ponownym usłyszeniu imienia czarnoksiężnika- nie będę miał z pewnością chęci na żadne romanse. Masz po prostu iść spać. Obudzę cię i powiem, że przyszedłem. Wszelkie rozmowy odłożymy do momentu gdy stwierdzę, że chce rozmawiać, a nie do rana.

- Ej- westchnął zrezygnowany – to nieuczciwe.

Rose wzruszył tylko ramionami, po czym wstał z łóżka chwiejnym krokiem i udał się w stronę łazienki.