Minerwa wróciła do Wielkiej Sali raczej niezbyt zadowolona. Nic dzisiaj nie szło po jej myśli. Najpierw ta okropna burza, która opóźniła przybycie pierwszorocznych i rozpoczęcie uczty powitalnej. Potem Irytek i jego karygodne nieposłuszeństwo – na Merlina, za dużo sobie pozwalał, chyba będzie zmuszona porozmawiać w tej sprawie z Krwawym Baronem albo uciec się do magii. Dodatkowo mało rozmowna Tiara i raczej nudna ceremonia przydziału, podczas której pierwszoroczni trzęśli się z zimna, przemoczeni do suchej nitki, a wszyscy inni marzyli jedynie o jak najszybszym rozpoczęciu uczty.

No i nadal nie było Alastora.

Z mieszanymi uczuciami przyjęła wiadomość o tym, że zdecydował się przybyć do Hogwartu, by nauczać obrony przed czarną magią. Doskonale zdawała sobie sprawę, że z biegiem lat jej sposób postrzegania świata coraz bardziej różnił się od Alastora. Z drugiej jednak strony, obydwoje byli mocnymi osobowościami, ponad wszystko stawiającymi brytyjską społeczność czarodziejów.

Albus nie wydawał się być w żadnym razie spięty – rozmawiał właśnie z Severusem, a jednak zerknął na nią i mrugnął porozumiewawczo. Minerwa uniosła wyżej głowę, jednocześnie skanując wzrokiem atmosferę przy stole Gryffindoru – uczniowie musieli być naprawdę głodni, skoro teraz jedynie wsuwali prędko. Panna Granger była jedyną, która nie jadła i Minerwa zmarszczyła brwi – miała nadzieję, że jej uczennica nie wpadła na pomysł stosowania modnych teraz diet. Minerwa potępiała ujawniający się u młodych czarownic trend bycia najszczuplejszą i najpiękniejszą. Sama nigdy nie zwracała większej uwagi na swoją wagę, gdyż odziedziczyła po przodkach szczupłe proporcje. Problem zaczynał się wtedy, gdy nie kontrolowała spadku wagi, wywołanego przemęczeniem lub niewysypianiem się.

Z gracją opadła na swoje krzesło i nałożyła sobie zapiekanki. Albus nadal rozmawiał z Severusem, a do niej pochyliła się Pomona:

- Cóż za okropna pogoda, mam nadzieję, że szkło na cieplarniach wytrzyma.

- Jest specjalnie wzmocnione, powinno wytrzymać, o ile piorun nie trafi w nie bezpośrednio. – odpowiedziała uspokajająco Minerwa. Podczas ostatniego oczyszczania odkryła, że szkło również magazynuje magię, która czyni je bardzo twardym, jakby pokrytym opiłkami diamentu.

Uczta przebiegała w swobodnej atmosferze. Minerwa zagryzała właśnie piernikową traszkę, przysłuchując się rozmowie Poppy z Aurorą, gdy Albus lekko musnął jej ramię:

- Chyba pora na przemówienie. Powiem najpierw o turnieju, może Moody się jeszcze zjawi. – mruknął dyrektor. Minerwa pokiwała głową i rozejrzała się – większość już nie jadła, choć talerzy z ciastem i deserami wcale wiele nie ubyło na stołach domów. Uniosła więc srebrny widelczyk i zastukała nim w pusty kielich przed sobą. Wzmocniony magią dźwięk poniósł się po całej Wielkiej Sali, uciszając rozmowy. Albus tymczasem zdążył podejść do mównicy.

Albus wesołym tonem zaczął mówić swoją mowę. Minerwa średnio absorbowała jego słowa, skupiając się raczej na brzmieniu jego głosu. Wiedziała jednak, że miał właśnie ogłosić o organizacji turnieju, gdy boczne drzwi otworzyły się z wielkim hukiem.

Minerwa uniosła się lekko, instynktownie zaciskając dłoń na różdżce. Zaraz też poczuła na swojej dłoni spojrzenie błękitnego, magicznego oka Alastora Moody'iego.

Moody bez zbędnych ceregieli pokuśtykał w stronę Albusa, a stukot jego drewnianej nogi był jednym dźwiękiem w sali. Uczniowie wpatrywali się w niego z szeroko otwartymi ustami, z mieszaniną strachu i zaciekawienia w oczach. Poppy nerwowo wierciła się na krześle. Sama Minerwa uważnie obserwowała, jak Alastor podchodzi do Albusa, ściska rękę dyrektora i wymienia z nim kilka słów. Mimo wyczulonych zmysłów, Minerwa nie usłyszała tej wymiany zdań. Albus wskazał Alastorowi wolne miejsce.

Auror podszedł do stołu, a tym razem dwójka jego oczu przesunęła się po każdym z grona pedagogicznego, na dłużej zatrzymując się na Minerwie. Ta opowiedziała hardym spojrzeniem, a potem uniosła jedną brew. Moody jednak nie zaszczycił jej ani słowem, jedynie usiadł i zaczął się posilać.

Albus przedstawił go całej szkole, ale tym razem klaskał tylko on i Hagrid. Minerwa siedziała nieruchomo, gdyż coś podpowiadało jej, że coś jest nie tak…

Dyrektor tymczasem podjął przerwany wątek i oznajmił, że w tym roku Hogwart będzie gospodarzem Turnieju Trójmagicznego.

- Pan chyba ŻARTUJE! – wykrzyknął Fred Weasley.

Minerwa mimowolnie się rozluźniła, gdy wszyscy wybuchnęli śmiechem. Albus zacmokał i odpowiedział:

- Ja wcale nie żartuję, panie Weasley, choć teraz, gdy już pan o tym wspomniał, przypomniał mi się znakomity dowcip o trollu, wiedźmie i krasnoludku…

Minerwa odchrząknęła głośno, a Albus zmieszał się i wrócił do wyjaśniania zasad turnieju… Ona jednak nie słuchała go - właśnie zauważyła, jak Moody pociąga potężny łyk ze swojej piersiówki, a siedząca dalej Poppy przygląda mu się z niepokojem.

Zastępczyni dyrektora Hogwartu westchnęła prawie niedostrzegalnie – jeśli intuicja jej nie myliła, to czekał ich wszystkich trudny rok.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa McGonagall z niewesołą miną szła korytarzem, niosąc kilka opasłych tomów. Musiała odnieść je do biblioteki, a potem obiecała Poppy, że porozmawia z Moody'm.

Zdenerwowana pielęgniarka przyszła do niej rano, przed lekcjami. Minerwa rzadko widziała ją tak wzburzoną. Poppy bez ceregieli opowiedziała jej o tym, jak chciała przyjacielsko porozmawiać z Alastorem, upewnić się, że ma wszystko, czego mu trzeba, czy wie jak ma się zabrać za nauczanie sfory krnąbrnych, ale dobrych w gruncie rzeczy uczniów. A on burknął, że nie potrzebuje pomocy i zamknął jej drzwi przed nosem!

Minerwa doskonale widziała jak urażona poczuła się Poppy. Nie wiedziała, co łączyło kiedyś szkolną pielęgniarkę z Alastorem, ale cokolwiek między nimi się wydarzyło nie tłumaczyło tego dziwnego zachowania aurora. Minerwa musiała obiecać Poppy, że spróbuje z nim pomówić – w końcu jej nie mógł potraktować tak nonszalancko!

Nauczycielka schodziła właśnie po schodach, gdy zobaczyła zdumiewający widok.

Na dziedzińcu stała grupka uczniów – w połowie Gryfonów, w połowie Ślizgonów. W centrum stał Harry Potter, z zdumioną miną przyglądający się Alastorowi, który celował różdżką w białą, przerażoną tchórzofretkę. Zwierzątko podskakiwało przy każdym ruchu różdżki czarodzieja.

- Profesorze Moody! – Minerwa krzyknęła, mając niejasne podejrzenia co do całej sytuacji.

- Witam, profesor McGonagall! – odpowiedział spokojnie Moody, nawet na nią nie patrząc. Minerwa zmarszczyła brwi i zapytała wprost:

- Co pan wyprawia!?

- Uczę. – Alastor posłał fretkę jeszcze wyżej w powietrze.

- Moody, czy to jest uczeń!? – Minerwa odruchowo sięgnęła po różdżkę, a książki wysypały jej się z rąk.

- W tej chwili to fretka. – Moody nadal nie raczył na nią spojrzeć.

Minerwa poczuła gotującą się w niej złość. Zbiegła po schodach i machnęła gwałtownie różdżką – w miejscu fretki pojawił się przestraszony Draco Malfoy. Oczywiście próżno mogłaby szukać wdzięczności na jego twarzy. Zmarszczyła czoło i zwróciła się do Alastora:

- Moody, my nigdy nie używamy tutaj transmutacji jako kary! Profesor Dumbledore panu nie wspominał? – Minerwa natychmiast pożałowała, że przywołała imię Albusa. Powinna sama wyegzekwować skruchę w dawnym przyjacielu. Ale Moody jedynie podrapał się po brodzie i odparł, nadal na nią nie patrząc:

- Może i wspominał… - zaczął, ale przerwała mu.

- My tu dajemy szlaban! Albo rozmawiamy z opiekunem domu! – krzyknęła, nie panując już nad głosem.

W tym momencie Malfoy podniósł się z ziemi, nieudolnie ukrywając łzy strachu i poniżenia oraz mamrocząc pod nosem coś o swoim ojcu.

- Tak? Cóż, chłopcze, od dawna znam twojego ojca… - warknął Moody, robiąc kilka kroków do przodu. Minerwa zamarła – doskonale pamiętała, że Malfoy był wśród śmierciożerców wtedy, gdy Alastor stracił oko. Gdy ona nie zdołała mu pomóc…

- Od dawna chciałem uciąć sobie pogawędkę ze starym Snape'em. – Moody nadal rozmawiał z Ślizgonem, Minerwa odepchnęła od siebie natrętne wspomnienia i skupiła się na teraźniejszości.

Nie oglądając się na nią, Alastor ruszył z Malfoy'em w kierunku lochów. Minerwa odprowadziła ich wzrokiem pełnym niepokoju. Odczuwaną złość i urazę skrzętnie ukryła. Jak Moody mógł ją tak potraktować? Jakby była wredną profesorką, jakby wszystko co było wcześniej zostało wymazane…

Przecież byli przyjaciółmi w Hogwarcie! Przecież kiedyś nie wahał się przed wtargnięciem do gabinetu Longbottoma, by wyperswadować jej wyjazd na wojnę! Przecież walczyli ramię w ramię w dwóch wojnach! Przecież w strukturach czarodziejskiej społeczności, strukturach aurorskich, strukturach Zakonu i hierarchii Hogwartu była wyżej od niego! Należał jej się szacunek, na Merlina!

Machnęła różdżką na rozsypane książki, które grzecznie ułożyły się z powrotem w jej ramionach. Nadal zdenerwowana, ruszyła w stronę biblioteki. Jednak nawet gdy już nieco ochłonęła, nie mogła pozbyć się wrażenia, że coś było nie tak…

Wieczorem Minerwa z rezygnacją wspinała się po schodach prowadzących do gabinetu dyrektora. Wątpiła, by dziś zdążyli zagrać jeszcze zwyczajową partię szachów – przyjazd delegacji z dwóch największych zagranicznych europejskich szkół oznaczał dla niej i Albusa dużo bardziej wytężoną pracę.

Nie okazała zdumienia, widząc Albusa lekko drzemiącego w swoim fotelu, z splecionymi przed sobą rękoma. Mimo ciągłych zapewnień, że Turniej Trójmagiczny to dobry pomysł, Albus też musiał się tym wszystkim przejmować – pewnie tak jak ona nie spał w nocy, wyobrażając sobie, który z ich uczniów będzie musiał mierzyć się z szeregiem arcytrudnych zadań.

Poruszając się bezszelestnie, Minerwa ostrożnie zabrała z biurka papiery do zredagowania i odwróciła się, by usiąść w fotelu, gdy usłyszała ciche westchnienie. Obejrzała się przez ramię – Albus nadal spał, ale teraz zaciskał dłonie tak mocno, że zbielały mu knykcie.

Zaniepokojona, Minerwa podeszła do niego i delikatnie dotknęła jego ramienia.

- Albus? – zapytała cicho.

To było takie szybkie. Złapał jej obie dłonie swoimi, mocno. Jego teraz szeroko otwarte oczy błądziły wzrokiem po jej twarzy, a potem po całej sylwetce, jakby szukał obrażeń.

- Jesteś. - jedno ciche słowo wydobyło się z jego ust, pełne ulgi.

Przez chwilę patrzył na nią jeszcze nieco nieprzytomnie, ale potem wypuścił z płuc wstrzymywany oddech i rozejrzał się, odnotowując, że są w jego gabinecie, że rozpaczliwie ściska jej dłonie. Puścił ją, zrozumienie razem z rumieńcem zagościło na jego już spokojnym obliczu.

- Minerwa. Wybacz mi, sam nie wiem, kiedy zasnąłem. – mruknął, wyraźnie speszony.

- Złe sny?- zapytała lekko, wyczarowując dla siebie krzesło obok niego. Albus pokiwał głową.

- To nic, powiedz lepiej jak tobie minął dzień. – zmienił temat. Minerwa miała ogromną ochotę zignorować tę nieudolną próbę zwrócenia jej uwagi na inne tory, ale to nie byłoby fair w stosunku do niego. Poza tym sama zachowywała się tak samo.

- Moody zmienił Malfoy'a w fretkę. – wypaliła, zanim zdążyła zastanowić się nad sensownym sformułowaniem myśli.

Albus uniósł brwi, ale potem rzekł:

- Wiedzieliśmy, że może mieć nieco niekonwencjonalne metody nauczania… - jego ton brzmiał groteskowo obronnie.

- Niekonwencjonalne?! Albusie, przecież to niedopuszczalne! – krzyknęła, uderzając lekko pięścią w stół.

- To nie wszystko, prawda? – spytał dyrektor, patrząc na nią przenikliwie. Minerwa miała ochotę zakląć – znał ją stanowczo zbyt dobrze.

- Moody dziwnie się zachowuje. – odpowiedziała, wiedząc dobrze, jak dziecinnie brzmią jej słowa.

- Minęło wiele czasu… - zaczął Albus, ale przerwała mu.

- Pewne rzeczy się nie zmieniają, Albusie. Zaczynam mieć wątpliwości, czy sprowadzenie tutaj Alastora było dobrym pomysłem. – mruknęła, pozwalając, by w jej tonie wybrzmiała uraza.

- Każda dodatkowa para czujnych oczu się nam przyda, szczególnie teraz, moja droga. – odpowiedział łagodnie Albus.

Pokręciła głową.

- Nie rozumiesz. – żachnęła się, ale jednocześnie nie umiała wytłumaczyć tego niepokoju, który odczuwała od chwili pojawienia się Alastora w zamku.

- Nie. Alastor zawsze pozostał nam wierny. Walczył u naszego boku tak długo, nie mógłbym nagle bez powodu przestać mu ufać. – odpowiedział szczerze Albus.

O tak, jego słowa były takie mądre, takie rozsądne. A jednak coś podpowiadało Minerwie, że Alastor, z którym rozmawiała dziś rano nie był tym samym człowiekiem co auror, który niegdyś bez wahania rzucał się w bój by strzec jej pleców.

- Cieszę się jednak, że podzieliłaś się ze mną swoimi obawami. – Albus uspokajająco dotknął jej ramienia. Jego dotyk miał tak kojący wpływ, że mimowolnie się rozluźniła.

W niemym porozumieniu zabrali się do pracy, nie mogąc się doczekać, gdy skończą papierkową robotę i będą mogli zasiąść do pasjonującej i oczyszczającej myśli szachowej batalii.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa McGonagall utrzymywała wyniosły wyraz twarzy, choć wewnętrznie gotowała się z niepokoju.

Co chwila znajdowała jakiś szczegół, który ją irytował - jak chociażby ta śmieszna spinka we włosach panny Patil czy przekrzywiony kapelusz Ronalda Weasley'a. Tak bardzo chciała, by Hogwart wypadł perfekcyjnie, by goście z Beauxbatons i Drumstrangu byli pod wrażeniem brytyjskiej szkoły. Mimo swojego sceptycyzmu wobec całego turnieju Minerwa wszystkie swoje siły włożyła w jego organizację, choć czasem zdarzało się, że zarywała noc, ślęcząc nad papierami z ministerstwa. Wiedziała, że Albus liczy na jej wsparcie, więc nawet nie przejmowała się snem.

Jako zastępczyni dyrektora, Minerwa kilkukrotnie spotykała się z władzami zagranicznych szkół, niemniej jednak były to jedynie kuriozalne spotkania, nie pozostawiające po sobie nic oprócz bałaganu i nikłych wspomnień rozmów o pogodzie. Ten turniej miał to zmienić – po raz pierwszy od upadku Grindelwalda magiczne europejskie placówki edukacyjne razem organizowały tak złożone przedsięwzięcie. Ministerstwo pokładało ogromne nadzieje w tym projekcie, licząc na ożywienie w międzynarodowej współpracy, która nigdy nie wróciła na poziom sprzed czasów wojny.

Czasy, gdy w każdej magicznej społeczności był ambasador brytyjskiego ministerstwa, bezpowrotnie minęły. Czasy, gdy uczniowie Hogwartu wyjeżdżali do innych szkół na prestiżowe konkursy trwały jedynie w pamięci starszych. Czasy, gdy każdego czarodzieja z Wielkiej Brytanii przyjmowano życzliwie za granicą były odległym wspomnieniem.

Minerwa rozejrzała się - uczniowie byli podekscytowani, z ciekawością wyciągając szyje i głośno zastanawiając się, jak przybędą delegacje. Tak naprawdę każdy z nich zastanawiał się czy członkowie innych społeczności dużo się od nich różnią. Nauczyciele byli spokojniejsi, choć oczy tych młodszych błyszczały z zainteresowaniem. Minerwa krótko zerknęła na Moody'ego, skrytego z tyłu, w cieniu. Czarodziej skinął jej sztywno głową, ale jego magiczne oko nie przestawało obserwować jeziora.

Nie miała okazji z nim dłużej porozmawiać. Rzadko pojawiał się w pokoju nauczycielskim, większość posiłków jadł w swoich pokojach, nie zdarzyło się też by musiał wyjaśniać z nią jakieś problemy dotyczące Gryfonów. Wyrzucała sobie, że nie znajdowała dla niego czasu, ale z drugiej strony miała nieodparte wrażenie, że on wcale nie chce z nią rozmawiać. Tak jak z Poppy, która próbowała jeszcze kilka razy, ale zawsze była zbywana bądź ignorowana.

Wtem obok Albus oznajmił, że widzi zbliżającą się delegację z Beauxbatons.

Na widok wspaniałego, ogromnego powozu ciągniętego przez potężne, skrzydlate abraksany, Minerwę zalała fala wspomnień.

Śliczny zamek, otoczony przez maleńkie światełka. Oblężenie. Tajne przejście. Madame d'Artagnan. Hiszpania. Smoki. Walka. Pożoga, śmierć, krew, świst zaklęć. Ewakuacja. I zmęczenie.

- Pani profesor? – stojący obok pierwszoroczny Dennis Creevey z lekką konsternacją wpatrywał się w dłonie Minerwy, lśniące lekko. Próbując ukryć zakłopotanie, Minerwa potrząsnęła dłońmi, które przygasły i sztywno wskazała podbródkiem powóz Beauxbatons. Dennis na szczęście się odwrócił.

Tymczasem abraksany wylądowały, potrząsając grzywami i mrugając rubinowymi oczami. Chwilę później z łoskotem na ziemię opadł sam powóz, na którym pysznił się herb francuskiej szkoły – dwie skrzyżowane złote różdżki, z których wylatywały po trzy złote gwiazdki. Ogromne drzwi powozu się otworzyły i wyskoczył z nich chłopak w niebieskiej szacie, poczym wyciągnął składane schodki i cofnął się z szacunkiem, z postawą przypominającą Minerwie stangretów z czasów jej dzieciństwa.

Z setek uczniowskich ust wydobyło się westchnienie zdumienia, gdy z powozu wysiadła dyrektorka Beauxbatons.

Minerwa z uśmiechem obserwowała, jak Olympia wita się z Albusem. Doskonale pamiętała potężnej postury dziewczynkę, którą poznała na opustoszałym korytarzu oblężonej szkoły. Od tamtej pory widziała się z madame Maxime kilka razy, ale wtedy obie były zastępczyniami dyrektorów. Teraz zaś, po śmierci następczyni madame D'Artagnan to Olympię wybrano na szefową francuskiej placówki.

Gryfoni oddzielali Minerwę od Albusa i Olympii, tak więc do Minerwy dotarł jedynie strzęp jej rozmowy – najwyraźniej Francuzka zdecydowała się nie czekać na Karkarowa i iść do zamku. Morze uczniów rozstąpiło się, by przepuścić gości. Minerwa dokładnie obejrzała sobie grupę ubranych na niebiesko uczniów. Teoretycznie nie różnili się niczym oprócz szat od jej uczniów, ale było na ich twarzach coś innego – jakby pewne aroganckie wyrafinowanie, które Minerwie przypominało na myśl francuskich gości jej ojca, z czasów gdy był ambasadorem za kanałem La Manche.

Gdy delegacja Beauxbatons zniknęła w zamku, poprowadzona przez Aurorę i Septimę, Minerwa wymieniła spojrzenie z Albusem, który uśmiechnął się, choć po jego ciasno splecionych dłoniach wywnioskowała, że się niecierpliwi.

Wtem rozległ się dziwny dźwięk, który Minerwa określiłaby jako szum. Zaciekawieni uczniowie odwrócili się w kierunku jeziora, słusznie namierzając źródło dźwięku. Z ciemnej toni wodnej wynurzał się właśnie wielki, majestatyczny statek . Wyglądał jak wydobyty z głębin wrak, dlatego widok opuszczających go ludzi w zupełnie suchych futrach wyglądał nieco dziwnie. Minerwa zmrużyła oczy na widok wyróżniającej się postaci w srebrnym futrze, która właśnie podchodziła do Albusa z nieszczerym uśmiechem.

Po wymianie uprzejmości Albus i Karkarow ruszyli w stronę zamku, za nimi w idealnym szyku maszerowali uczniowie Drumstrangu, a na końcu ustawiali się uczniowie Hogwartu, z których większość była porażona widokiem Wiktora Kruma, utalentowanego gracza w quidditcha. Sama Minerwa dopiero po chwili zorientowała się, że masywny chłopak, który ją minął, był zaliczany do wicemistrzów świata. Bardziej była pochłonięta Alastorem, którego magiczne oko nie odrywało się od sylwetki Karkarowa.

Do Wielkiej Sali weszła jako jedna z ostatnich. Goście dopiero zajmowali miejsca. Minerwa uniosła wyżej głowę i ruszyła ku stołowi prezydialnemu, skąd migotały do niej błękitne oczy Albusa. Była w połowie drogi, gdy Olympia ją zauważyła:

- Oui! Lady McGonagall! – rzekła dość tubalnym głosem.

Minerwa poczuła na sobie setki zaciekawionych spojrzeń. Mimo to ze spokojem podeszła do półolbrzymki i serdecznie ją uścisnęła. Doskonale usłyszała tłumione szepty wśród uczniów. Gdy wreszcie uwolniła się od potężnego uścisku madame Maxime, zobaczyła rozbawionego Albusa. Będący za nim Karkarow również wstał i podszedł do niej.

- Profesor McGonagall, miło panią poznać. – mag wyciągnął do niej dłoń, więc zmuszona była podać mu swoją, choć na końcu języka miała zdanie, że przecież się znają.

Gdy wiedzieli się po raz ostatni, próbował ją zabić.

Z trudem ukryła westchnienie ulgi, gdy już usiadła na swoim krześle. Czuła na sobie magiczne oko Alastora, oraz wzrok uczniów z Drumstrangu i Beauxbatons.

Na szczęście Albus zarządził początek uczty. Większość zajęła się jedzeniem. Jako że Karkarow natychmiast wplątał Albusa w rozmowę, a Bagman i Crouch jeszcze się nie zjawili, madame Maxime zagadała do Minerwy. To były niezobowiązujące rozmowy o transmutacji i nauczaniu, więc Minerwa całkiem dobrze się bawiła, szczególnie że od bardzo, bardzo dawna nie używała francuskiego. Pocieszające było to, że przez tyle lat nie zapomniała tego melodyjnego języka , a Olympia potwierdziła, że jej akcent jest nienaganny.

Gdy wszyscy już się najedli, Albus powstał, by wygłosić mowę. Minerwa słuchała go z uwagą, ale jej wzrok błądził po twarzach uczniów. Nie pierwszy raz się zastanawiała, którym z nich przyjedzie zmierzyć się z wyzwaniami turnieju. Może to było samolubne z jej strony, ale nie chciała, by był to ktoś z Gryffindoru. Albus mógł sobie rozprawiać na prawo i lewo o zwiększonych środkach bezpieczeństwa, ale ona wiedziała swoje. Turniej nadal był ryzykiem, na które nie chciała narażać swoich lwów. Oni jednak palili się do tego, wystarczyło zerknąć na twarze Weasley'ów, a nawet Angeliny Johnson. Minerwa mimowolnie się uśmiechnęła – w końcu na tym polegała wyjątkowość Gryfonów –dominująca odwaga kierowała ich w najróżniejsze ryzykowne sytuacje.

Albus wyjął z szkatuły Czarę Ognia. Minerwa poczuła łaskoczący dreszcz, gdy dotarło do niej echo potężnej magicznej aury artefaktu. Niewiele przedmiotów było tak naładowanych magią.

Gdy dyrektor skończył mówić, uczniowie, jeszcze bardziej podekscytowani niż na początku, tłumnie ruszyli do drzwi. Albus odwrócił się do Minerwy i mrugnął uspokajająco, a ona pomyślała sobie, że płomienie strzelające z Czary Ognia mają dokładnie ten sam odcień co jego oczy.