- Harry! Wstawaj.
W pierwszym momencie Harry nie do końca wiedział, co się dzieje. Dopiero po chwili zalała go rzeczywistość. Rose wrócił od Voldemorta. Otworzył więc gwałtownie oczy i podniósł się z łóżka.
- Wszystko dobrze?! – zapytał nieco przestraszonym głosem i dotknął policzka kochanka.
Rose wyglądał normalnie, nie jak człowiek, który przed chwilą spotkał się z najgorszym czarnoksiężnikiem. Nawet twarz zdobił delikatny uśmieszek. Przykrył mu dłoń swoją.
- Ubieraj się – polecił i cmoknął ucznia delikatnie w usta – mam niespodziankę.
Harry zawahał się. Niespodzianki powinny być miłe, a jaką miłą wiadomość można przynieść od Voldemorta? Rose rzucił mu ubrania, które pozostawił przed położeniem się spać na fotelu.
- Co się dzieje? – zaczął ubierać się.
- Szybciej. Nie mamy wiele czasu – głos Nika wyraźnie spochmurniał.
- Co się dzieje?! – powtórzył pytanie wyraźnie mocniej.
Uszanowałby brak pytań odnośnie szczegółów spotkania tak jak wcześniej się umawiali. Chciał pokazać mężczyźnie, że można polegać na jego słowach, dodatkowo istniała szansa, że zostanie wyrzucony za drzwi, a tego absolutnie nie chciał. Jednak, Rose nie położył się obok spać, a wyciągał go na zewnątrz.
- Zaufaj mi i szybko się ubieraj – ponaglił.
- Voldemort atakuje?!– to była najbardziej oczywista oczywistość.
- Co? No gdzież – Rose pokręcił głową, poczym podszedł do szafy i wyciągnął z niej płaszcz – wychodzimy na dwór, nie chce żebyś zmarznął – polecił i Harry poczuł, że zaraz zwariuje.
Nienawidził gierek, a taką właśnie prowadził z nim Rose. Gierki były domeną Dumbledorea, nie jego!
- Nigdzie nie pójdę jak mi nie powiesz co się dzieje! – tupnął nogą - co się wydarzyło u Voldemorta?!
- Jak ty wszystko utrudniasz! – Rose krzyknął wyraźnie poirytowany – kazałeś mi złapać tego cholernego węża! Więc złapałem. A teraz chodź- chwycił ucznia.
- Złapałeś?! – był widocznie uradowany - czyli nie zabiłeś…
- Mówiłem, że nie tknę tego cholernego gada! Szybciej… - ponaglił.
- Jest szansa, że ucieknie? Jak ją zabezpieczyłeś? Jak ją w ogóle złapałeś? Voldemort wie? – zadał pytania jednym tchem.
Wąż. Zupełnie zapomniał o Nagini. Miał ochotę krzyknąć ze szczęścia. Dlaczego nie mógł powiedzieć tak od razu, zbierałby się o wiele szybciej. Rose znalazł kolejny element układanki. Będą mogli pokonać Voldemorta, może już niedługo wojna dobiegnie końca? Skończy szkołę i wszystko będzie dobrze. Marzenie.
- Nie tutaj – rzucił i pociągnął chłopca w kierunku drzwi – teleportujemy się w zakazanym lesie. Mamy mało czasu, ale będzie dobrze. Zaufaj mi.
Ciągłe powtarzanie słowa zaufaj wcale nie sprawia, że człowiek ufa bardziej. Zasadniczo, napełnia jego serce niepewnością. Niemniej jednak, ufał Roseowi. Niezaprzeczalnie mu ufał. Jutro zapewnie będą śmiać się z całej sytuacji. I wówczas przypomniał sobie o prezencie. Nie czuł żadnego magicznego klimatu świąt, więc zupełnie zapomniał o przekazaniu drobiazgu. Paczki dla przyjaciół wysłał, a o nauczycielu zapomniał. Będzie miał naprawić błąd.
- Nie uwierzysz… - zaczął temat, próbując niego rozluźnić atmosferę – kupiłem ci prezent i zapomniałem go dać – zaśmiał się sam do siebie.
- Harry – Rose ciężko dyszał – naprawdę doceniam, ale nie to nie jest najlepszy moment – rzucił szorstko.
Chłopcu zrobiło się głupio i przykro. Nie oczekiwał takiej odpowiedzi.
- Jak ją zabić? Powinniśmy pójść po kieł, do komnaty tajemnic.
- Harry! Potem! Nie gadaj, tylko idź!
I o ile było to w ogóle możliwe, szedł jeszcze szybciej. W mgnieniu oka znaleźli się na polance, gdzie wcześniej zabił śmierciożercę. Ciemnowłosy rozpoznał ją natychmiastowo, chociaż nie pozostał żaden ślad. Wygniecione ślady rozmył wiatr.
- Powiedz mi tylko, gdzie chcesz nas przenieść – powiedział błagalnie.
Iść tak w ciemno nie było w jego naturze.
- Harry – Rose wyraźnie się uspokoił i cmoknął go delikatnie w usta- zaufaj mi.
- Jak się rozszczepimy wolę wiedzieć chociaż mniej więcej, gdzie wylądowałem – prychnął.
- Nie rozszczepisz się. Zaufaj mi.
- Wiesz, że to wcale nie pomaga?- odpowiedział bez przekonania- zasadniczo, jak powtarzasz ciągle zaufaj mi, to od razu mam złe myśli – przyznał – powiedz mi, powiedz mi prawdę.
- Dobrze – Rose uśmiechnął się –mało jest informacji o ghoulach, ale jakbyś jednak poszukał… - zawiesił się – wiedziałbyś, że jako dzieci śmierci nie możemy być podatni na przysięgę wieczystą. Nawet jak ją złamie, to nie umrę.
Harry poczuł znajome szarpnięcie w okolicach pępka. Chciał się wyrwać, dla pewności, lecz silne ręce Rosea przytrzymały go. Nie można rzucać takimi hasłami i ot tak się przenosić. Nie wolno zasiać tak złego ziarna.
Wylądowali gwałtownie. Harry o mało się nie przewrócił, lecz Nik go podtrzymał. Kręciło mu się w głowie przez przeniesienie i nadmiar emocji. Stał skulony z zamkniętymi oczyma.
- Nik… - wyszeptał i chwycił różdżkę.
Pierwszą myślą było, że skoro nadal ma przy sobie różdżkę, wszystko jest dobrze. Niestety, jak wyprostował się zauważył, że nauczyciela jednak nie było przy nim. Odszedł po dokonaniu zadania do swojego pana. Staną po jego prawej stronie.
- Witaj Harry Potterze, naiwny chłopcu, który dziś umrze – powiedział Lord Voldemort spokojnie, można by powiedzieć, że nawet przyjaźnie.
Czarnoksiężnik wyglądał jak w momencie, gdy się odrodził. Nie miał włosów, brwi ani rzęs, cerę posiadał jaśniejszą niż kość, z nosem jak u węża.
- Witaj Tom – odpowiedział cicho. Chciał, by jego głos brzmiał normalnie, lecz efekt był mierny.
Harry próbował nie skupiać się wyłącznie na Voldemorcie. Nadal znajdowali się w lesie. Miał nawet małe przypuszczenie, że w Zakazanym. Wiedział, że większość lasów musi wyglądać podobnie, lecz też znajdujący się obok Hogwartu roztaczał niepowtarzalną aurę. Nie mógłby jej pomylić. Otaczała ich jedynie garstka śmierciożerców. Czarny Pan nie wybrał sobie zbyt wielu świadków zwycięstwa. Dwudziestka? Może nawet nie. A co jeśli, nie pozostawał aż tak mocno przekonany co do wygranej? I wąż. Przeklęty wąż wił się przy stopach Voldemorta. Może Nik przeniósł go jedynie odrobinę obok? Jeśli tak, istniała większa szansa na ucieczkę. Musieli mieć go za skończonego głupka, wierząc, że nawet lekkie przeniesienie wywoła całkowita dezorientacje.
Nik. Miał ochotę płakać i krzyczeć z swojej naiwności. Jak mógł zaufać komuś, kto jest potworem? Jak mógł uwierzyć, że potwór ma serce, uczucia i poczucie moralności? Jego nieskończoną głupotę przypłacą inni. Złość na samego siebie przysłoniła uczucie złamanego serca. Przez niego zataił prawdę przed przyjaciółmi, przed Dumbledorem. Dla niego zabił człowieka. Dla kogo? Kogoś, kto zaprowadził go na pewną śmierć. Uśmiechał się i prowadził go dalej. Całował, by patrzeć jak umiera. Czy go zje? Czy jego serce także wykroi? Nie! Nie chciał! On nie zasługiwał. Ten zdrajca nie zasługiwał…
Voldemort nie kwapił się do większej ilości słów. Piękne dialogi wyjaśniające sytuacje istnieją wyłącznie w powieściach, by czytelnik mógł dokładniej pojąc szczegóły, nie w prawdziwym życiu. Skierował w stronę chłopca śmiercionośne zaklęcie. Harry odruchowo podniósł różdżkę i po chwili nastąpiło połączenie. Zawsze uciekał od Volemorta dzięki szczęściu. Nie wierzył, że miałby aż tak wielkie pokłady.
Nie istniał świstoklik, mogący go przenieść. Nie zdąży zerwać połączenie, aby wysłać patronusa z prośbą o ratunek. Nie uda mu się także wygrać. Horkruks Voldemorta był bezpieczny. Może walczyć, unieść się honorem i świadomością, że dał z siebie wszystko…
Kogo on oszukiwał. Rose nawet nie wysilał się. Biegał do niego niczym pies do suki podczas cieczki. Łzy popłynęły mu po policzkach. Jakby zabił Nagini, może uda się komuś innemu? Ron, mógłby to być Ron. Gryfon był wspaniałym przyjacielem. Z pewnością daliby mu Order Merlina i umieścili w Kartach Czekoladowych Żab.
Połączenie jakby osłabło. Dało mu to ułamek sekundy, by wycelować różdżkę w stronę węża. Nie udało się, nim zielony promień doleciał do gada Voldemort go odbił. Połączenie ponownie zostało nawiązane. Idiota. Przecież zwykła avada nie zniszczy horkruksa. Rose już o to zadbał, by nie miał przy sobie żadnej broni.
Ciekawe, co mu Voldemort obiecał. Może ciała wszystkich, co umrą? Odpowiedni dar, nieco ironiczny. Wyobraził sobie Rose rozcinającego klatkę Hermiony…
I na ten obraz dostał olśnienia. Rose tak często powtarzał, że przyciąga go śmierć, tak samo jak Voldemorta… Zerwał połączenie i pozwolił, aby zielone zaklęcie trafiło go prosto w serce.
