-To wszystko nie ma sensu – westchnął Harry, a Nate przewrócił oczami.

Wyglądał promiennie, skórę miał delikatnie muśniętą brązem.

- A no nie ma. Jesteśmy tylko małymi, nic nieznaczącymi elementami układanki.

Siedzieli na błoniach, tam, gdzie całkiem niedawno migdalili się. Wokół jednak nie było zimy, śniegu i przeszywającego, a zielona trawa pokryta stokrotkami i delikatne, późnowiosenne słońce. Harry opowiadał puchonowi wszystko ze szczegółami. Nie wstydził się, nie krępował, a i nie bał, wiedząc, że przysięgi już nie obowiązują.

- Czuje się oszukany. Nie wiem nawet, czy jestem bardziej smutny, czy zły… czy oba naraz. Wiesz, chyba miałem się za kogoś rzeczywiście wyjątkowego i przede wszystkim, chociażby minimalnie inteligentnego.

Snape miał rację. Był głupim ignorantem, narcyzem. Jego ojciec też taki był. Zadufany w sobie. Nie powinien myśleć o nim źle, ale taka była prawda. Powinien przestać ją omijać. Żył wyobrażeniami, które nie doprowadziły do niczego dobrego.

- Ale ty jesteś wyjątkowy i inteligentny! – zaprotestował Nate i zmierzwił Harremu włosy – nie da się przewidzieć działań każdego człowieka, szczególnie takich.

- Nate! Ja wszedłem w gniazdo żmij i jestem zdziwiony, że zostałem ugryziony. I pozwoliłem mu… pozwoliłem mu to zrobić. Pozwoliłem mu wyciąć serce, ukryć ślady.

- Mojemu ciału. –Nate spojrzał się na niego jak na głupka i zaśmiał – ono już nie ma żadnej wartości. Wiesz, jedzą mnie teraz robaki, to co za różnica, czy jeden robak zjadł mnie wcześniej - Harry dołączył do chłopca. Niezwykle przypadło mu go gustu to porównanie- i nie pozwoliłeś mu – przyznał, gdy zamilknę li -robił to sam, bez twojej wiedzy. Ty tylko dostrzegłeś w tej sytuacji szansę. Cieszę się, że ją wykorzystałeś.

- Może na to zasługiwałem?

- Nie! Na to na pewno nie.

Nate pocałował Harrego. Pieszczota była przyjemna, lecz starszy chłopiec wiedział, że to nie jest to. Gdy całował go Nik czuł, że się dosłownie rozpływa, czuł przyjemne mrowienie. Jak bardzo uczucia mogą być skrajne, sprzeczne z zdrowym rozsądkiem? Dlaczego ich nie chwyta się jakakolwiek logika?

- Przepraszam –rzucił, gdy oderwali się od siebie.

- Za co? – Nate uniósł brwi pytająco.

- Za wszystko. Że nie zauważyłem, że cie odtrąciłem, że nie czuje…

- Miłości?- Harry kiwną głową – głupku! – szturchnął go nikt nikogo nie zmusi do miłości, a mnie nie dało się uratować. Gdybym nie umarł, nie wydarzyłoby się to wszystko.

- I też niedbałym się zabić? Oszukać? –prychnął patrząc prosto w oczy towarzysza.

- Niemógłbyś go pokonać. Wiesz, nie miałem wcale tego na myśli umierając, ale jeśli moja śmierć przyczyni się do upadku Sam Wiesz Kogo, to moje życie nabiera sensu! A jak zapewnie wiesz, zbyt wiele w nim sensu nie widziałem.

- To… pokręcone – przyznał Harry i rozłożył się na trawie.

- Troszkę. Nie masz ochoty na spacer?

Harry westchnął ciężko. Chłodny wiatr od strony jeziora z pewnością ukoi niektóre smutki, tylko tak ciężko było mu się poruszyć. Całe szczęście, Nate widząc jego rozterkę, wyciągnął rękę i pomógł mu wstać.

- Chciałbym zobaczyć jak wyglądał – przyznał po chwili milczenia – jak wyglądał widząc, że uderza mnie Avada. Czy był szczęśliwy, czy może jednak… wiesz, wydawało mi się, że naprawdę mnie lubi. I tu tak pomijając, że działał dla Voldemorta. Dobrze się dogadywaliśmy. Te wszystkie żarty, ironie, nerwy, musiałby być świetnym aktorem.

- Jest tak jak czujesz w środku…

- Po za tym – przerwał Nateowi – to on mi powiedział. Przecież mówił już od początku, a ja nie słuchałem. Chyba czułem, że tak może być, więc obsuwałem od siebie wszystkie myśli. Jeśli jest zdrajcą, pozwoliłby? Pozwoliłby zniszczyć Voldemortowi horkruksa? Powien powiedzieć mu co i jak. Uświadomić. Zakładam oczywiście, że on działał zupełnie nieświadomie. Nie umieściłby go przecież w ludzkim ciele.

- Obiecał, że pomoże go pokonać. Może uznał to jako jedyną opcję? Poświęcenie ciebie.

- Gdyby tak było powiedziałby. Powiedziałby mi co i jak, a nie czekał, aż sam się domyślę – pokręcił nerwowo głową - nie wygrałbym z Voldemortem. Byłem strasznie naiwny, że istnieje na to jakakolwiek szansa. Przecież ja nawet nie skończyłem szkoły.

Doszli do tafli. Harry chwycił płaski kamień i rzucił go pod płaskim kątem, by skoczył niczym żabka.

- Okłamujesz sam siebie.

- Myślisz, myślisz, że on pójdzie dalej?

Odruchowo spojrzał w stronę wejścia głównego do zamku, gdzie się obudził i gdzie znalazł zawiniątko przypominające szkaradne dziecko z twarzą Voldemota.

- A my pójdziemy?

Harry rozejrzał się. Czy tak wyobrażał sobie wieczność? Na spacerach z Natem? Mógł trafić gorzej. Powinien trafić gorzej i zapłakał. Zapłakał nad złem, które uczynił.

- Harry, mój kochany Harry – Nate złapał go za policzek – nie pójdziemy razem i on nie pójdzie. Ja pójdę, on nie pójdzie. Ty się cofniesz.