Dzień po przybyciu delegacji zagranicznych szkół Minerwa obchodziła swoje siedemdziesiąte drugie urodziny. Szykując się na ucztę, podczas której Czara miała podać nazwiska reprezentantów, nauczycielka transmutacji z chmurną miną wpatrywała się w lustro.
Już prawie wszystkie jej włosy miały srebrny odcień. Wokół oczu i na czole pojawiły się na stałe zmarszczki, które jedynie uwydatniały jej ogromne, zielone oczy. Wiedząc, że niektórzy czuli się niekomfortowo, gdy patrzyła na nich wprost, Minerwa założyła okulary, które choć dodawały jej surowości, przynajmniej nieco ukrywały niepokojącą głębię jej spojrzenia.
Siedemdziesiąt dwa lata. Minerwa czuła się strasznie stara. Jakby z każdym kolejnym rokiem nie tylko traciła część mocy, część fizycznych sił, ale także jakąś część swojej osobowości. Zastanawiała się, czy inni czują to samo . Czy może ta powolna utrata sił tak ją przerażała, ponieważ dawny ból, złe wspomnienia i najgorsze koszmary nie bladły ani trochę?
Potrząsnęła na wpół srebrną głową. Nie powinna teraz o tym myśleć. Powinna zejść a dół, razem z innymi cieszyć się ucztą i potem pogratulować reprezentantowi Hogwartu, przez cały ten czas nie zdradzając nic ze swojego niepokoju.
Upewniła się, że jej różdżka jest pod ręką w kieszeni, wzięła głęboki wdech i wymaszerowała ze swoich komnat, kierując się do Wielkiej Sali. Uczniowie, ciekawi ponad miarę werdyktu Czary, byli już w większości przy swoich stołach, co zauważyła przy wejściu.
Ruszyła ku stołowi prezydialnemu. Mijając Czarę, jednak drgnęła.
Coś było nie tak. Obróciła twarz ku płonącemu drewnianemu kielichowi. Czara wyglądała dokładnie tak samo jak wczoraj. A jednak Minerwa czuła, że coś się zmieniło.
Usłyszała za sobą chrząknięcie. Obejrzała się.
- Wspaniałe, prawda? – za nią stał Moody, ale jego dziwnie rozanielony uśmiech nie sięgał oczu, które patrzyły na nią badawczo.
- Tak. – przyznała, a potem ruszyła dalej, by nie blokować przejścia.
Gdy zajęła swoje miejsce, nadal nie mogła pozbyć się dziwnego przeczucia. Nauczyła się ufać swojej intuicji, szczególnie w kwestii potężnej magii. Teraz jednak oprócz tego, że aura otaczająca Czarę Ognia była inna, Minerwa nie miała żadnego dowodu na to, że coś było nie tak.
Gdy pojawił się Albus w towarzystwie Croucha i Bagmana, Minerwa nie miała już czasu, by podzielić się z nim swoim niepokojem. Uczta się zaczęła i wszyscy zabrali się do utrzymywania odpowiednich pozorów.
Minerwa nie była jedyną, którą korowód dań bardziej irytował niż radował. Zarówno uczniowie, jak i profesorowie co chwila zerkali na Czarę, która niewzruszenie płonęła niebieskimi płomieniami. Jedynie Albus zdawał się być całkowicie spokojny, radośnie gawędząc na przemian z Bagmanem i Olympią.
Na szczęście uczta nie mogła ciągnąć się w nieskończoność. Ostatecznie talerze znów zalśniły złotem, zupełnie puste, a Albus powstał i wyjaśnił co mają zrobić wytypowani. Następnie machnięciem różdżki pogasił światła. Jedynym źródłem jasności była teraz Czara Ognia, której niebieskie płomienie nadawały twarzom zgromadzonych przed nią uczniów dziwny, błękitny odcień.
Wtem płomienie zmieniły barwę na krwistoczerwoną, strzeliły w górę z trzaskiem, a z czeluści Czary wyleciał nadpalony kawałek pergaminu. Albus złapał go zręcznie i przeczytał:
- Reprezentantem Durmstrangu będzie…Wiktor Krum!
W Wielkiej Sali rozbrzmiały wiwaty. Minerwa dokładnie zmierzyła wzrokiem muskularnego Kruma, gdy zmierzał do bocznej komnaty. Nie musiała się oglądać na Karkarowa, by wiedzieć, że nie posiada się z radości.
Chwilę później płomienie znów zabarwiły się na czerwono i wystrzelił z nich składany, niebieski bilecik. Albus mocnym głosem zapowiedział:
- Reprezentantem Beauxbatons jest Fleur Delacour!
Wstała bardzo ładna dziewczyna o blond włosach i niebieskich oczach. Pewnym krokiem przeszła wzdłuż stołu prezydialnego, nie zapominając o dygnięciu przed madame Maxime.
Teraz wszyscy czekali jeszcze tylko na reprezentanta Hogwartu. Minerwa z nerwów zagryzła wargę. Zacisnęła dłoń w pięść, gdy buchnął szkarłatny snop iskier. Z napięciem patrzyła jak Albus staje na palcach i łapie opadający wolno kawałek pergaminu.
- Reprezentantem Hogwartu… jest Cedrik Diggory! – wykrzyknął Albus.
Minerwa ze świstem wypuściła powietrze, ale nikt tego nie zauważył, bo stół Puchonów wybuchnął gromkimi wiwatami. Zanim Cedrik wreszcie się wydostał z tłumu poklepujących go po plecach kolegów, Minerwa zdążyła już ochłonąć.
Diggory był Puchonem, nie znała go więc tak dobrze jak Pomona, ale Minerwa zawsze go lubiła – był bystry i zdolny, a poza tym bardzo uczciwy. Mimo lekkiego ukłucia na widok zawiedzionych min przy stole Gryfonów, Minerwa uznała, że wybór Czary był bardzo sprawiedliwy. Już miała podzielić się tym spostrzeżeniem z Poppy, gdy poczuła dziwne wyładowanie mocy.
Płomienie w Czarze Ognia znów zmieniły barwę na czerwoną.
A potem z trzaskiem iskier w powietrze uleciał czwarty świstek pergaminu.
Albus złapał go odruchowo.
Odwrócił się i skrzyżował z nią spojrzenie – jego oczy nie migotały, w przeciwieństwie do języków ognia Czary za jego plecami. To był ułamek sekundy, bo zaraz z powrotem stanął twarzą do uczniów. Jednak tyle wystarczyło, by Minerwa bezszelestnie podniosła się z krzesła i cicho ruszyła ku niemu.
Nie zdążyła wyminąć stołu, gdy Albus przeczytał dziwnie donośnym głosem w panującej ciszy.
- Harry Potter.
Na ułamek sekundy zamarła. Przecież to było niemożliwe- Harry nie mógł przekroczyć linii wieku! Nie mógł zgłosić się na ochotnika, a Czara nie mogła wyrzucić dwóch kartek z Hogwartu. To było jakieś szaleństwo!
Zaraz jednak odzyskała pełną świadomość i podbiegła do Albusa.
- Zobacz. – mruknął do niej, gdy tylko stanęła obok. Na kartce wyraźnie napisano ,,Harry Potter". Potrząsnęła głową.
- Trzeba to omówić, ale nie tutaj przy wszystkich. Poproś go do komnaty, tam spróbujemy to jakoś wyjaśnić. – doradziła, jednocześnie szukając wzrokiem Harry'ego. Albus przez chwilę patrzył jej w oczy i Minerwa wiedziała, że jej przyjaciel jest bardzo zdenerwowany. Ona sama po prostu zamknęła wszystkie swoje emocje za szczelnym murem. Jednak ostatecznie dyrektor skinął głową i rzekł:
- Harry Potter! Harry! Podejdź tu, proszę!
Minerwa przysunęła się do Albusa, tak że teraz stykali się ramionami. Razem obserwowali jak Harry wychodzi z tłumu i idzie w ich stronę, zdumiony i wyraźnie przerażony. Wystarczyło tylko na niego spojrzeć, by wiedzieć, że jest w dużo większym szoku niż oni sami. Zatrzymał się przed nimi i niepewnie zerknął na Albusa.
- No, to… do sąsiedniej komnaty, Harry. – rzekł cicho Albus. Chłopak bezwiednie ruszył w stronę bocznych drzwi.
Minerwa odruchowo lekko ścisnęła jego ramię, by dodać mu otuchy. Lecz on był tak zszokowany, że nawet tego nie zauważył. Gdy tylko zniknął w bocznej komnacie, w całej Wielkiej Sali rozległ się szum rozmów.
- Uczniowie, proszę wracać do swoich dormitoriów. – zarządził Albus. Mimo atmosfery plotek i domysłów, uszanowano jego rozkaz i rzeka uczniów zaczęła opuszczać Wielką Salę. Minerwa bezwiednie ruszyła za Albusem, który skierował się do bocznej komnaty. Za sobą słyszała kroki Olympii, Croucha, Karkarowa, Snape'a i Moody'ego.
Bagman już tam był, wraz z zdezorientowanym Harrym i zniesmaczoną trójką reprezentantów.
Naraz wybuchła awantura. Olympia i Karkarow głośno wyrażali swoje niezadowolenie całą sytuacją, a Snape jak zwykle pogarszał sprawę. Albus na razie był cicho, myśląc intensywnie. Wreszcie przerwał opiekunowi Ślizgonów.
- Dziękuję ci, Severusie.
Minerwa wygięła usta, zła na Snape'a. Albus odwrócił się do biednego Harry'ego.
- Harry, czy wrzuciłeś swoje nazwisko do Czary Ognia? – zapytał spokojnym głosem.
- Nie. – odpowiedział Harry.
- Czy poprosiłeś jakiegoś starszego ucznia by wrzucił twoje nazwisko do Czary Ognia?
- Nie.
Minerwa postawiłaby całą swoją fortunę na to, że Harry mówi prawdę. Nie wszyscy jednak tak uważali:
- Ach, on kłami! C'est impossible! – wykrzyknęła madame Maxime.
- Nie mógł przekroczyć Linii Wieku. Jestem pewna, że wszyscy się co do tego zgadzamy… - rzekła ostro Minerwa, gdy jej emocje wzięły w górę.
- Dumbbli-dorr pomylisie z tę linię. – odpowiedziała Olympia.
- To oczywiście możliwe. – zgodził się Dumbledore. Minerwa spojrzała na niego ostro i fuknęła:
- Dumbledore, przecież doskonale wiesz, że nie ma mowy o żadnej pomyłce! To czysty nonsens! Harry nie mógł przekroczyć tej linii, a skoro profesor Dumbledore wierzy, że nie namówił żadnego starszego kolegi, by zrobił to za niego, to chyba zamyka sprawę! – zaraz pożałowała swoich słów. Nie powinna unosić się gniewem, a reakcja Olympii była całkowicie naturalna – gdyby to Minerwa była na jej miejscu, pewnie czułaby się jeszcze bardziej urażona całym zamieszaniem.
Zaraz jednak złość powróciła, gdy najpierw Karkarow przesłodkim tonem zapytał o zdanie Croucha, który, sztywno trzymając się swoich zasad, zawyrokował, że od decyzji Tiary nie ma odwrotu, a potem gdy dyrektor Durmstrangu zaczął się odgrażać, że to ostatni raz gdy jego szkoła bierze udział w turnieju.
I wtedy do komnaty dokuśtykał Moody.
Minerwa nie odzywała się, gdy auror, który o mało nie wpakował Karkarowa do Azkabanu, wyjaśniał swoją hipotezę. Jego przypuszczenie co do zaklęcia Confundus mogło być trafne, tłumaczyłoby dziwną aurę Czary. Z drugiej jednak strony… czy rzeczywiście w zamku był ktoś, kto życzył Potterowi śmierci? Czy znów mieli wrócić do czasów, gdy uczniowie bali się własnych cieni, a ona drżała o każdego z osobna?
Gdy Albus stwierdził, że zarówno Harry, jak i Cedrik muszą wziąć udział w turnieju, Minerwa spojrzała na niego z szokiem.
Jak mógł się na to godzić? Jak mógł wysyłać Pottera na turniej, z którym kłopoty miałaby większość siedmiorocznych? Gorączkowo usiłowała skupić na sobie jego wzrok, ale on zupełnie ją ignorował. Gdy więc madame Maxime zabrała swoją uczennicę , Karkarow odszedł z Krumem, a Albus zaczął proponować Crouchowi zostanie na noc, Minerwa po prostu wyszła, nie zwracając już uwagi na nikogo.
Gdy tylko znalazła się na korytarzu, zmieniła się w kotkę i pognała do gabinetu Albusa. Podała hasło, weszła do środka, przeszła przez gabinet, wspięła się po schodach i weszła do jego prywatnego salonu, gdzie w kociej formie zwinęła się w kłębek na jednym z foteli.
Nie wiedziała jak długo leżała tam i trzęsła się ze strachu o Harry'ego, ze złości na Croucha i Bagmana, że pozwalali na tą szopkę, z niepewności, czy w zamku nie czai się jakiś sługa Voldemorta, który czyha na życie syna Lily i Jamesa. Popadała w coraz większą paranoję, gdy jej umysł zalewały tysiące przerażających obrazów. Harry pożerany przez smoka, a ona bezsilna, pozbawiona wszelkiej władzy nad magiczną istotą. Harry tonący w jeziorze i ona bezradna, wpatrująca się w ciemną toń. Harry padający martwy w labiryncie i ona bezskutecznie szukająca go wśród bezkresnego gąszczu.
Minęły może dwie godziny, gdy drzwi się otworzyły. Albus nie był sam, bo po jego prawej stał Snape, a po lewej Moody. Wszyscy trzej wbili wzrok w nią, skuloną w kociej postaci i drżącą. Przez ułamek sekundy napawała się niepokojem w oczach Albusa, a potem się zmieniła i pozwoliła by złość wykrzywiła jej twarz.
- Tak nie może być. Najpierw Mroczny Znak, a teraz to! – oświadczyła bezceremonialnie, zrywając się z fotela. Zaczęła krążyć w kółko po salonie, a z jej palców strzelały iskry. Albus zmarszczył brwi, a potem wyminął ją i podszedł do ustawionej na bocznym stoliku myślodsiewni.
- Co sugerujesz, Minerwo? – spytał Albus, a jego głos był jakby ostrzejszy niż zwykle.
- Zatrzymaj to! Nie pozwól Harry'emu startować. – wyrzuciła z siebie.
- Słyszałaś Croucha. Harry nie ma wyboru. – mruknął dyrektor, przykładając do skroni różdżkę.
- Poślesz go na śmierć z powodu jakiś głupich przepisów?! Od kiedy to oglądamy się na ministerstwo?! – krzyknęła, dziwnie zdenerwowana na widok srebrnej nitki myśli, którą Albus wydobył ze skroni.
Wtedy wtrącił się Snape:
- Ja również nie sądzę, by to był czysty zbieg okoliczności. Jednakże, jeśli naprawdę mamy odkryć znaczenie tego wszystkiego, może powinniśmy na razie jedynie obserwować bieg zdarzeń?
- CO? Mamy nic nie robić? Potraktować go jak przynętę?! – spytała, zupełnie rozwścieczona.
- Harry to chłopiec, a nie mięso armatnie! – dodała, z mocą wpatrując się w Albusa, który jednak ją ignorował.
- Zgadzam się… z Severusem. – odpowiedział Albus.
Minerwa poczuła, jakby ktoś uderzył ją pięścią w brzuch. Otworzyła ze zdumieniem usta, a zaraz potem je zacisnęła w wąską kreskę. Czy nikt tutaj oprócz niej nie dbał o Harry'ego?
- Alastorze. Miej Harry'ego na oku, dobrze? – mruknął dyrektor.
- Tak jest. – odparł Moody, prostując się.
Minerwa nie wytrzymała. Zacisnęła dłoń w pięść, a wieża dyrektora zatrzęsła się od jej mocy. Srebrzysty płyn z myślodsiewni rozlał się po dywanie, zostawiając na nim błyszczące plamy. Snape cofnął się, z czymś na kształt zdumienia i strachu na twarzy, a Moody uniósł brwi. Albus nadal na nią nie patrzył.
- Powinnaś poddać się oczyszczaniu. Z nadmiarem mocy nie myśli się jasno. – odezwał się cicho dyrektor.
Była tak zszokowana, że nawet nie siliła się na odpowiedź. Ogarnęła ją złość i uraza. Odwróciła się i wyszła, trzaskając drzwiami. Nie przypuszczała, że Albus może tak ją potraktować. Prawie tak samo jak wtedy, gdy o mało go nie zniszczyła…
To oznaczało tylko jedno – Dumbledore już myślał o tym, jak zaadaptować całą tą tragiczną sytuację do swoich własnych, dalekosiężnych, pełnych matactwa i manipulacji planów.
