Minerwa ze złością zgniotła kolejną kartkę w połowie zapisaną jej eleganckim, kaligraficznym pismem. Od trzech godzin próbowała napisać artykuł do ,,Transmutacji współczesnej", który obiecała przedłożyć redaktorom w przyszłym tygodniu. Kompletnie jednak nie miała weny twórczej. Była zła na siebie, że zgodziła się na regularne pisywanie do tego pisma, szczególnie teraz, gdy miała tyle na głowie.
Zacisnęła dłoń długiej bliźnie ciągnącej się od nadgarstka do łokcia.
Wczoraj prawie rozpłatała sobie rękę, zupełnie nieświadomie. Jak zwykle, w obliczu stresu i problemów, zwracała się przeciw samej sobie. Jej koszmary były coraz gorsze. Budziła się w zakrwawionej koszuli nocnej, ze świeżo zabliźnionymi ranami. Jej organizm nadal leczył się, jakby miał to zakodowane. Koszmar. Rana. Blizna.
Zasunęła rękaw czarnej szaty. Zastanawiała się, kiedy dojdzie do tego, że rozora ochronną warstwę skóry nad zastygłą kroplą jadu bazyliszka na przedramieniu. Kiedy po prostu już nie obudzi się ze swego koszmaru, kiedy wpadnie do czeluści groty razem ze wszystkimi drogimi jej ludźmi.
Coraz bardziej martwiła się o Harry'ego. Całkiem dzielnie znosił nieżyczliwe plotki, dawał sobie nawet radę z falą okrutnych komentarzy, która nadeszła po artykule Rity Skeeter w Proroku Codziennym. Minerwa z całego serca nie cierpiała blondwłosej reporterki i miała ogromną ochotę wyrzucić ją z Hogwartu, ale doskonale wiedziała, że ostatnie, czego by pragnęła, to spragniona krwi Rita Skeeter grzebiąca w jej przeszłości.
Minerwa bardzo żałowała, że nie może w żaden sposób pomóc Harry'emu, uprzedzić go, co go czeka, lub doradzić co powinien poćwiczyć. Rzadko zdawało się, by cokolwiek brało w górę nad jej wrodzonym poczuciem sprawiedliwości, ale tym razem była nawet gotowa je przełknąć. Gdyby tylko na szali nie stał Hogwart…
Ukryła twarz w dłoniach. Albus do tej pory jej nie przeprosił, udawał, że nic się nie wydarzyło. Perfekcyjnie grał swoją rolę dobrodusznego dyrektora, tak że nikt nie podejrzewał, że srebrnowłosy mag o wyglądzie poczciwego staruszka tak naprawdę manipuluje całą ich społecznością. Minerwa jako jedyna wiedziała o tym, ale nie była w stanie nic zrobić. Mogła się z nim kłócić, mogła go ignorować, mogła zarywać noce ze złości i żalu, ale nie mogła sprzeciwić się jego woli i zaryzykować usunięcia z Hogwartu i wyjawienia sekretów, które przez lata nagromadzili.
Już dawno przestała zakładać, że Albus trzymałby ją w Hogwarcie, gdyby to zagroziło jego planom.
Wstała gwałtownie. Nie powinna użalać się nad sobą. McGonagallowie tego nie robili. Powinna być w nieustannej gotowości, by w razie czego powstrzymać Albusa przed poświęceniem na rzecz większego dobra. Powinna nie spuszczać z oka Harry'ego. Coraz bardziej wierzyła, że w Hogwarcie jest ktoś, kto gorąco pragnie śmierci chłopca.
Wtem nagle Minerwa poczuła charakterystyczne wibrowanie na krawędzi świadomości. Odruchowo zmarszczyła brwi, jakby oczekując, że dziwne uczucie ustanie. Ono jednak dodatkowo się nasilało. Czarownica drżącym krokiem podeszła do okna.
Nad dalszym skrajem Zakazanego Lasu zobaczyła złoto-pomarańczową łunę.
No tak. Nie za bardzo odzywała się do Albusa, zatem on nie uznał za konieczne poinformować jej, że tego wieczoru do Hogwartu sprowadzą smoki. Zdusiła przekleństwo. Nawet z tak daleka wyczuwała instynktowny strach potężnych bestii.
Wygładziła szatę i wybiegła z gabinetu. Musiała pomoc smokologom – transport smoków był wysoce odradzany w każdej dotyczącej tych stworzeń książce. Zdezorientowane i nielubiące zmian smoki stawały się nieprzewidywalne, a przez to kilka razy bardziej niebezpieczne. Bała się, że wśród eskortujących smoki czarodziejów chęć utrzymania zadania w tajemnicy może być większa niż ich oddanie smokom.
Pędziła pustymi korytarzami, coraz mocniej odczuwając złość i strach pokrewnych smoczych dusz. Jednocześnie ich myślowe wołania zalewały jej umysł, przez co trudno było jej się skoncentrować. Jej determinację podkreślał jednak fakt, że wszystkie smoki bez wyjątku były samicami wysiadującymi jaja. Ich prawie ludzka troska o los potomstwa była tak silna, że Minerwa miała wrażenie, że niektóre z matek mogłyby uczyć się troski od tych majestatycznych i groźnych stworzeń.
Wreszcie wypadła na błonia przez główne wrota. Zdążyła zrobić kilka kroków, gdy to poczuła: ból związany z uderzeniem kilku zaklęć ogłuszających i powoli gasnącą przytomność.
- Nie. – wyszeptała, zatrzymując się gwałtownie. Tuż obok powietrze zadrżało, jakby coś przeleciało obok niej. Odwróciła się za tym, ale nic nie widziała. Potrząsnęła głową – wydawało jej się. Teraz powinna skupić się na pomocy smokom.
Gdy dobiegła do ogrodzenia, zobaczyła oddalające się potężne sylwetki Hagrida i madame Maxime. Zrobiła mentalną notkę by później zganić Hagrida za pomaganie Olympii – teraz panna Delacour wiedziała co ją czeka, co da jej przewagę nad Harrym!
Przybyła za późno. Smoki leżały nieruchomo, ogłuszone, w pozach czysto obronnych, własnymi ciałami osłaniając jaja. Na widok bezwładnego ciała szwedzkiego krótkopyskiego Minerwa poczuła trawiącą jej trzewia złość. Wyciągnęła różdżkę i transmutowała fragment ogrodzenia w mgłę oraz weszła do środka. Dopadła do boku leżącej samicy i wysłała w jej stronę myślową sondę – zwierzę jednak jej nie usłyszało. Minerwa wlała w nią nieco mocy, chcąc przez ten drobny gest dodać otuchy biednej smoczycy.
- Kto tam jest?! Proszę natychmiast się wycofać, one są śmiertelnie groźne! – rozległ się głos za jej plecami. Krew w żyłach Minerwy zawrzała, gdy wyprostowała się i odwróciła do grupy magów w brązowych szatach, którzy zupełnie jawnie mieli różdżki w garściach.
- Jak śmieliście je ogłuszyć! Przecież to niedopuszczalne! I potem się dziwicie, że smoki reagują agresją na czarodziejów! Wstyd, doprawdy! Zamiast natychmiast posłać po mnie, bym pomogła wam przy transporcie, oczywiście musieliście ten raz delektować się faktem, że macie nad nimi przewagę i możecie ją wykorzystać! – krzyczała, nie zważając na zdumione twarze zgromadzonych przed nią czarodziejów.
- Szanowna pani, wiemy jak obchodzić się ze smokami. Nie wiem, jakie jest pani doświadczenie w tym względzie, ale chyba niewielkie, skoro z taką nieostrożnością odwraca się pani plecami do smoka. – odezwał się jeden z magów, młodzieniec o nieszczerym spojrzeniu.
Minerwa odruchowo wyciągnęła różdżkę. Serce biło jej szybko, nozdrza drgały z gniewu, a magia w żyłach domagała się surowej kary dla stojącego przed nią maga.
- Moje doświadczenie?! Jako jedyna czarownica w dziejach latałam na smokach, kiedy ty jeszcze nie byłeś w planach, bezczelny młokosie! – wrzasnęła.
- Profesor McGonagall! – z lewej strony nadbiegł zdyszany Charlie Weasley. Chyba wystarczyło mu jedno spojrzenie, by pojąć całą sytuację, bo zbladł bardzo.
- Weasley! Kto tu dowodzi? Jako honorowa patronka Brytyjskiego Instytutu chcę wyrazić swoje oburzenie w związku z tym, jak zostały potraktowane obecne tu smoki! – warknęła władczym tonem Minerwa. Brawurowy młodzieniec przed nią teraz jakby skurczył się w sobie, a na jego policzkach wykwitły niezdrowe rumieńce.
- Pani profesor, prosimy o wybaczenie. To się już więcej nie powtórzy. Następnym razem poprosimy panią, jeśli będziemy mieć jakiekolwiek problemy. – Weasley próbował dyplomatycznie wybrnąć z sytuacji.
- Czuję się osobiście urażona, że w Instytutach pracują czarodzieje, którzy podnoszą różdżki na smoki. Hańba, Weasley! – Minerwa bez wahania wpadła w swój surowy belferski ton, co wywołało grymas na twarzy syna Molly i Artura.
- Madame, to pierwsza taka sytuacja, nie wiedzieliśmy co robić. Popełniliśmy błąd. – choć Charlie starał się mówić spokojnie, Minerwa wyczuwała jego zdenerwowanie.
- Zabierajcie się stąd. Nie powinno was tu być, kiedy się obudzą. Postaram się je uspokoić, ale niczego nie obiecuję. – odpowiedziała Minerwa, czując odpływ sił. Kilku młodszych smokologów się zawahało, ale Charlie posłał im ostrzegawcze spojrzenie. Grupka magów wycofała się. Minerwa oprowadziła ich wzrokiem, a potem powoli zaczęła krążyć wokół nieruchomych smoczyc.
Nie wiedziała, ile czasu spędziła, uspokajając gwałtowny strach magicznych stworzeń, nawet w nieprzytomności tak bardzo wyraźny. Musiała być jednak chyba czwarta rano, gdy Minerwa usiadła na wilgotnej trawie, wtulona w miękkie podbrzusze samicy szwedzkiego krótkopyskiego i po prostu wsłuchiwała się w rytmiczne bicie potężnego serca. Naprzeciw niej wieże Hogwartu lśniły pod gwieździstym niebem.
Nadal była wściekła na Albusa. Zastanawiała się, czy z rozmysłem nie wspomniał jej o terminie przyjazdu smoków. Odrzuciła jednak tę myśl – Albus może i widział jedynie szerszy obraz rzeczywistości, niedostępny zwykłym śmiertelnikom, ale nie lubował się w sprawianiu bólu, nie był w gruncie rzeczy okrutny. Jeśli dojdą do niego plotki o tym jak potraktowała smokologów, pewnie zorientuje się, jak bolesne było dla niej oszałamianie smoków. Dawniej może przyszedłby, zły na samego siebie, próbując przekonać ją, że to było jedynie katastrofalne niedopatrzenie starego głupca. Dawniej ona uwierzyłaby mu, a potem zapomniałaby o tym, byle tylko wszystko wróciło do normy.
Jednak sprawa bezpieczeństwa Harry'ego Pottera tkwiła między nimi jak cierń. On mógł uważać ją za nieobiektywną i przewrażliwioną, ona zaś mogła do woli oskarżać go o knucie i manipulację. I tkwili w pacie – zbyt dobrze znając siebie i swoje najsłabsze punkty, ale jednocześnie obawiając się do końca zniszczyć jedno drugie.
Jak gdyby ich życie nie było dostatecznie skomplikowane, ich relacja musiała jeszcze bardziej wszystko utrudniać. Minerwa westchnęła. Kiedy dawno, dawno temu Tiara Przydziału zasugerowała jej, że jej los jest nierozerwalnie spleciony z Albusem, jako mała dziewczynka mogła jedynie mieć nadzieję, że kiedyś dorówna Dumbledore'owi. A teraz? Gorąco chciała wierzyć, że jednak nie jest taka jak on, że nie jest samolubna.
Gdyby jednak była taka szlachetna i altruistyczna, to nie kłamałaby przez tyle lat, tylko po to, by zachować w sekrecie swoje tajemnice.
- Minerwa? – czyjś pełen troski głos wyrwał ją z rozmyślań.
Podniosła głowę. Naprzeciw niej stała Poppy, drżąc z zimna i zapewne ze strachu.
- Szsz. – Minerwa położyła palec na ustach, a potem ostrożnie się podniosła. Smoczyca, do której miękkiego podbrzusza się przytulała, nadal drzemała. Stąpając prawie bezszelestnie, Minerwa podążyła za Poppy poza ogrodzenie ze smokami. Gdy już się znalazły dostatecznie daleko, Poppy z dezaprobatą uniosła brwi:
- Pół nocy leżałaś na mrozie! Minnie, będzie cudem, jak nie złapiesz przeziębienia!
- Smoki to istoty naturalnie związane z ogniem, Poppy. – przypomniała jej łagodnie Minerwa. Pielęgniarka nie wyglądała na przekonaną.
- Widziałam smokologów. Musiałaś ostro ich potraktować, bo wyglądali koszmarnie. – rzuciła z wyrzutem.
- Należało im się. Powinni byli mnie wezwać. – mruknęła Minerwa.
- Nie wiedziałaś, że dziś przyjeżdżają? – spytała Poppy z niedowierzaniem.
- Zapomniałam. Jest tyle rzeczy do zrobienia i Albus mi nie przypomniał… - Minerwa chciała odepchnąć do siebie poczucie winy – najłatwiej było zrzucić całą winę na Albusa.
- Nie możesz mu wybaczyć, że naraża Pottera w tym głupim turnieju, prawda? – Poppy przekrzywiła głowę. Minerwa przeklinała dociekliwość przyjaciółki.
- To jest aż tak oczywiste? – jęknęła nauczycielka transmutacji. Konflikt dyrektora Hogwartu i jego zastępczyni byłby miodem na serce spragnionej sensacji Rity Skeeter.
- Nie, po prostu znam was oboje dość długo. Dla większości nadal jesteście efektywnym dyrektorskim duetem – razem schodzicie na śniadanie, rozmawiacie, zdajecie się czytać sobie w myślach. – wyjaśniła Poppy.
Minerwa westchnęła. Wiele by dała, by znać myśli Albusa, meandry jego rozumowania i kierujące nim emocje. Zaraz jednak potrząsnęła głową – powinna zmienić temat, zanim ta rozmowa przejdzie na grząski grunt.
- Szukałaś mnie w jakieś konkretnej sprawie, czy chciałaś obejrzeć smoki?
- Niepokoi mnie zachowanie Moody'iego. Albo zupełnie zdziczał, albo nie wiem… dotarły do mnie plotki, że pokazuje na lekcjach Zaklęcia Niewybaczalne. – wyszeptała Poppy, jakby bała się, że ktokolwiek może je podsłuchać.
Minerwa otworzyła szerzej oczy. Wyobraźnia podsunęła jej obraz Alastora rzucającego zaklęcie Cruciatus na uczniów. Prawdę mówiąc, to nie miała pojęcia, jakiego programu trzymał się Moody – ustalał to z Albusem dzień po uczcie powitalnej. A Albus nigdy nie pozwoliłby na używanie Zaklęć Niewybaczalnych w obecności uczniów. Chyba.
- Czego ode mnie oczekujesz? Moody mnie unika, a jeśli skonfrontuję z nim swoje podejrzenia to uzna to za podważanie jego autorytetu. – stwierdziła Minerwa.
- Nie chodzi mi o konfrontację, raczej coś na kształt przyjacielskiej pogawędki. – wyjaśniła Poppy.
- Nie wiem, Poppy. Pomyślę o tym, ale nie spodziewaj się zbyt wiele. Jeśli ty nie możesz normalnie z nim porozmawiać, to dlaczego miałby rozmawiać z kobietą, która nie zdołała uratować ani jego nogi, ani oka? – Minerwa pozwoliła by jej wyrzuty sumienia związane z osobą Alastora doszły do głosu. Poppy potrząsnęła głową.
- Jak uważasz. Ja jednak sądzę, że on nie widzi w tobie kogoś, kto go zawiódł, tylko raczej kogoś, kogo podziwia. – rzekła szczerze pielęgniarka i nie czekając na Minerwę, ruszyła do zamku.
Nauczycielka transmutacji zacisnęła usta. Jak ktokolwiek mógł ją podziwiać? Ją, która zawiodła tak wielu.
Wróciła do smoków, które powoli budziły się z wymuszonego snu. Jej jedynym pocieszeniem był fakt, że gdyby cokolwiek poszło nie tak podczas pierwszego zadania, ona będzie w pobliżu, gotowa wkroczyć do akcji.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Minerwa spieszyła przez Wielką Salę, a uczniowie oglądali się za nią. Ona jednak utkwiła wzrok w ciemnowłosym chłopcu siedzącym przy stole Gryfonów.
- Potter, wszyscy reprezentanci już się zbierają na błoniach… Musicie przygotować się do pierwszego zadania. – rzekła, zatrzymując się przed nim.
- Już idę. – ręce tak mu się trzęsły, że widelec z brzękiem upadł na talerz. Minerwa jeszcze zdołała odnotować, że Hermiona życzy przyjacielowi powodzenia. A potem razem wyszli z zamku.
Denerwowała się, a by ukryć zdradzające to świecenie rąk, zaczęła mówić:
- Tylko bez paniki. Zachowaj trzeźwość umysłu. Mamy tam czarodziejów, którzy nie pozwolą, by sytuacja wymknęła się spod kontroli. Najważniejsze, żebyś starał się to zrobić jak najlepiej, o resztę się nie martw. Nawet jak ci się nie uda, nikt nie weźmie ci tego za złe. Dobrze się czujesz?
- Tak. Tak, wspaniale. – odparł, ale był bardzo blady. Minerwa z trudem tłumiła odruch objęcia go, zabrania ze sobą gdzieś daleko, gdzie byłby bezpieczny.
Szybciej niż by chciała, stanęli przed namiotem.
- Masz tam wejść z innymi zawodnikami i czekać na swoją kolej. W środku jest pan Bagman, który wyjaśni wam procedurę. …Powodzenia. – rzekła, lekko ściskając jego ramię.
Harry spojrzał wprost i przez jedną chwilę ich spojrzenia się skrzyżowały.
- Będzie tam pani? W razie czego? – spytał tak cicho, że ledwo go dosłyszała.
- Oczywiście, Harry. – odpowiedziała miękko, choć głos jej się ściskał ze wzruszenia.
Zawsze była z nim, nawet jeśli tego nie wiedział. Łączyła ich więź silniejsza, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
- Zatem za Gryffindor, pani profesor. – mruknął chłopak i wmaszerował do namiotu.
Minerwa odetchnęła lekko. Cokolwiek by nie było, ona nie miała wątpliwości, że Tiara Przydziału nie myliła się co do Harry'ego. Nawet ona nie miała tyle odwagi co ten chłopiec.
Skierowała się ku trybunie honorowej. Po lewej stronie były miejsca dla profesorów Hogwartu, a po prawej dla zaproszonych gości oraz loża sędziowska. Minerwa zeszła na sam dół, by być jak najbliżej bandy, po drodze odpowiadając skinieniem głowy na pozdrowienia znajomych magów. Już miała skierować się na lewo, na wolne miejsce obok Severusa, gdy ktoś chwycił ją za łokieć.
Odruchowo wyszarpnęła rękę i odwróciła się gwałtownie. Stała twarzą w twarz z sarkastycznie uśmiechającym się Igorem Karkarowem. Za nim zobaczyła resztę sędziów, czekających aż odsuną się z przejścia.
- Profesor McGonagall, nie sądzę, by sprawiedliwie było, gdyby pani wtrącała się do tego zadania, a znając pani… eee… wyjątkowe relacje ze smokami, może mieć to miejsce. – rzekł Karkarow dziwnie miłym tonem.
Minerwa przez chwilę zamrugała, a potem kątem oka zobaczyła rumieniec rozlewający się na twarzy Olympii. No tak, przecież półolbrzymka była świadkiem tego, jak Minerwa kierowała stadem smoków. Postanawiając, że skonfrontuje się z nią później, nauczycielka transmutacji skupiła się na dyrektorze Drumstrangu.
- Co pan chce przez to powiedzieć, profesorze Karkarow? – zapytała lodowatym tonem.
- Powinna pani opuścić trybuny. Musimy dbać o poziom i zasady fair play w turnieju, szczególnie że już i tak zostały one mocno naruszone. – odparł Karkarow.
Minerwa zaniemówiła. Nie miała pojęcia co odpowiedzieć. Nikt jeszcze nie oskarżył jej o niesprawiedliwe działanie tak wprost i to w twarz.
Spojrzała na Albusa. On jednak milczał, a jego spojrzenie utkwione było w splecionych palcach. Minerwa cofnęła się o krok, zdumiona ogromnym poczuciem zdrady, jakie ją zalało.
Przecież obiecała Harry'emu, że będzie przy jego pierwszym zadaniu. Przecież musiała czuwać, na wypadek, gdyby doszło do jakiegoś nieprzyjemnego incydentu. Przecież nie chodziło o to, kto wygra. Chodziło o to, by po drodze nikt nie zginął.
Wtem czyjaś dłoń delikatnie spoczęła na jej ramieniu.
- Karkarow, ty bezmyślna gnido! McGonagall jest tu jedyną osobą, która będzie w stanie uratować twojego reprezentanta gdy zemdleje za strachu na widok smoczego ognia.
Za nią stał Moody, a jego magiczne oko zdawało się wwiercać w Karkarowa.
- Szalonooki! No tak, zapomniałem, że swój zawsze broni swego. Dziwne tylko, że ona nie była tak szlachetna by zdążyć na czas uratować twoją nogę i oko. – warknął Karkarow, a jego twarz wykrzywił grymas.
Minerwa zacisnęła dłonie w pięści. Trafił w sedno. Z boku widziała jak Albus nieznacznie kiwa głową, ale nie wiedziała, czy to polecenie skierowane do niej, czy do Alastora.
Tymczasem Moody spojrzał na nią, jakby czekając na jej odpowiedź. Zdumiało ją to – jakkolwiek szalony, Alastor często działał szybciej niż myślał. Postawiłaby pół fortuny na to, że potraktuje Igora jakimś urokiem, a on jedynie patrzył na nią. Pokręciła głową i zwróciła się do Karkarowa.
- Są dwie możliwości wyrzucenia mnie z trybun. Jedna to polecenie dyrektora Hogwartu. Druga to wspólna decyzja w tej sprawie wszystkich sędziów turnieju. Czy zatem wypowiadasz się w imieniu wszystkich, Igorze? – wycedziła.
Karkarow zmieszał się. Zanim zdążył cokolwiek wydusić z siebie, Albus wreszcie zabrał głos.
- Nie przypominam sobie, bym udzielał ci pełnomocnictwa, Igorze. Minerwa zostaje i to jest moje finalne słowo. – jego głos był idealnie spokojny.
Minerwa jedynie zmrużyła oczy i odwróciła się by przejść na swoje miejsce. Po drodze poklepała lekko Alastora po ramieniu, jak za starych dobrych czasów.
Gdy zasiadła na trybunie, zupełnie przypadkowo pomyślała o Spencer-Moonie. Były minister magii dziwnie kojarzył jej się z Karkarowem, choć dyrektor Drumstrangu był chyba bardziej żałosny. Złość pulsowała w niej powoli – jak ten były śmierciożerca mógł kwestionować jej poczucie sprawiedliwości?!
Obróciła głowę w prawo i zobaczyła niewzruszony profil Severusa.
Miała ochotę wybuchnąć gorzkim śmiechem – bo w końcu czy definitywne skreślanie jednego śmierciożercy i wieloletnie wspieranie innego nie było hipokryzją?
Wtem jednak rozległ się zgrzyt krat. Minerwa obejrzała dokładnie arenę. Wszędzie znajdowały się skały, jedyną rzeczą zwracającą uwagę był jedno złote jajo lśniące na górze znacznie cenniejszych, jakby granitowych.
Nagle zza jednej ze skał wyłoniła się smoczyca szwedzkiego krótkopyskiego. Na widowni rozległ się zbiorowy jęk strachu. Minerwa zamknęła swój umysł i zaczęła blokować swoją moc, by smoczyca nie wyczuła jej obecności. Teraz, po słowach Karkarowa, Minerwa mogła wkroczyć do akcji jedynie w ostateczności.
Gdzieś z drugiej strony rozległ się dźwięk otwieranej furtki. A potem na środku areny stanął Cedrik Diggory.
Minerwa naprawdę była pod wrażeniem, gdy Puchon zmienił kamień w labradora – była to idealna transmutacja. Nawet uśmiechnęła się do siedzącej z tyłu Pomony, która szturchnęła ją łokciem. Niemniej jednak nie było zbyt mądre posunięcie – smok szybko stracił zainteresowanie psem. Ostatecznie Diggory zdobył jajo. Minerwa cieszyła się – oprócz kilku poparzeń jeden reprezentant Hogwartu wyszedł obronną ręką ze starcia z dorosłym i rozwścieczonym smokiem.
Następna była uczennica Beauxbatons, która musiała poradzić sobie z walijskim zielonym. Teoretycznie był to najmniej groźny gatunek, a co ciekawe, panna Delacour natychmiast wykorzystała fakt, że akurat walijskie są bardzo podatne na działanie zaklęć usypiających. Zaczęła wprowadzać stworzenie w trans – zadziałało, bo smok już po kwadransie wydawał się być uśpiony, lecz Minerwa doskonale wyczuwała, że jest to jedynie bardzo lekki sen. Gdy tylko reprezentantka francuskiej szkoły porwała złote jajo z paszczy smoka wystrzeliły oślepiające płomienie, przypiekając jej szatę. Na szczęście dziewczyna nie straciła przytomności umysłu i ugasiła ogień wodą z różdżki.
Po pannie Delacour na arenie pojawił się Wiktor Krum, denerwująco pewny siebie na pierwszy rzut oka, ale Minerwa wychwyciła osobliwe drżenie jednego kolana ucznia Drumstrangu. Nie dziwiło jej to – Krum wylosował chińskiego ogniomiota. Potężna bestia wyraźnie upatrzyła sobie w nim obiad – Minerwa skrzywiła się, widząc sugestywny obraz skwierczącej czerwonej szaty, jaki wytworzyła wyobraźnia smoka. Krum jednak był dość dobrze przygotowany. Wiedział, że oczy smoków są ich słabym punktem. Gdy jego mocne zaklęcie trafiło ogniomiota, Minerwa zgięła się w pół, czując zalewającą ją falę bólu. Smoczyca zaczęła miotać się z czystego, porażającego strachu, przez co zgniotła połowę jaj. Minerwa wydała z siebie jęk boleści widząc takie pole zniszczenia. Zerknęła na lożę sędziowską. Karkarow szczerzył zęby z zadowoleniem, zaś Albus zmarszczył czoło z dezaprobatą.
Gdy Krum złapał jajo, nadeszła kolej na Harry'ego.
Minerwa doskonale wiedziała, że na chłopaka będzie czekał przerażający rogogon węgierski.
Gdy Harry wyszedł na widok wszystkich, zapadła cisza. A potem rozległ się ryk rozeźlonego smoka. Harry rozejrzał się, jakby szukał czegoś. Jego wzrok na moment zatrzymał się na Minerwie. Mrugnęła do niego. Chłopak uniósł różdżkę i wykrzyknął mocnym głosem:
- Accio Błyskawica!
A potem wszystko nabrało sensu. Harry latał fenomenalnie, z wdziękiem i lekkością, jakby całe to zadanie było tylko kolejnym meczem quidditcha. Publiczność jak urzeczona obserwowała jego lot i bezradnego smoka, który usiłował go dosięgnąć. Minerwa wydała z siebie cichy okrzyk, gdy jeden ze szpikulców rogogona rozorał ramię Harry'ego. Najchętniej rzuciłaby mu się na pomoc i przerwała tę farsę, ale sam Potter chyba nie spostrzegł się , jak poważnie jest ranny. Potem zaczął wykonywać błyskawiczne manewry w powietrzu i Minerwa szybko zrozumiała, że chłopak zachce spróbować szalenie niebezpiecznego lotu nurkowego. To z pewnością byłoby błyskotliwe, choć osiągalne jedynie dla tych, którzy w powietrzu czuli się lepiej niż na ziemi.
I wtedy Harry zanurkował. Spadał jak kamień w wodę – zbyt szybki, by rogogon zdołał go dosięgnąć. Minerwa wstrzymała oddech, gdy jej uczeń oderwał ręce od trzonka Błyskawicy i triumfalnie chwycił złote jajo w obie dłonie.
Wrzasnęła z radości, razem z setkami obserwujących to widzów. A potem bez wahania zerwała się z miejsca i pobiegła do wyjścia z areny. Za nią kuśtykał Moody oraz pędził Hagrid.
- To było wspaniałe, Potter! – krzyknęła, gdy tylko zobaczyła syna Lily i Jamesa. Wzruszenie ścisnęło ją za gardło, gdy pomyślała sobie, jak byliby z niego dumni.
Harry spojrzał na nią z wdzięcznością, a jego oczy rozbłysły.
Minerwa pomyślała, że jakkolwiek Albus by jej nie ranił, on nie był jedyną rzeczą trzymającą ją przy życiu – miała Hogwart, miała uczniów, którymi musiała się opiekować. Miała wreszcie Harry'ego, nad którym winna była nieustannie czuwać.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Profesor Minerwa McGonagall rzuciła groźne spojrzenie na lewo, gdzie pod ścianą siedzieli wszyscy męscy przedstawiciele domu lwa, wiercący się z niecierpliwością. Naprzeciw nich, z prawej strony siedziały dziewczęta – nieco spokojniejsze, ale rzucające jej zaciekawione spojrzenia – bardzo rzadko się zdarzało, by opiekun domu wzywał na spotkanie wszystkich Gryfonów. Ona sama stała na samym środku, za nią zaś Filch rozstawiał pokaźnych rozmiarów gramofon.
Odetchnęła niezauważalnie. Powoli zaczynała żałować swojego pomysłu. Patrząc na rozbrykanych Gryfonów, bardzo wątpiła, by ta jedna godzina mogła przynieść jakieś efekty. Z drugiej strony, nie wybaczyłaby sobie, gdyby spisała ich wszystkich na straty.
- Proszę o ciszę. – odezwała się Minerwa, nie podnosząc głosu. Uczniowie umilkli i wbili w nią wzrok.
- Zebrałam was tu dziś, by poinformować was o tym, że w naszej szkole odbędzie się Bal Bożonarodzeniowy, który jest tradycją Turnieju Trójmagicznego od samego początku. W Wigilię Bożego Narodzenia, my i nasi goście zbieramy się w Wielkiej Sali, by pozwolić sobie na … eee… nieco uprzejmej frywolności. – ciągnęła dalej, lekko zacinając się przy ostatnich słowach. Otuchy nie dodawał jej fakt, że część dziewcząt z trudem ukrywało rozbawienie. Rzuciła im ostre spojrzenie i podjęła przerwaną wypowiedź:
- Jako przedstawiciele szkoły będącej gospodarzem turnieju, oczekuję, że wszyscy razem i każdy z osobna pokażecie swoje najlepsze umiejętności. I mam tu również na myśli umiejętności taneczne, bo Bal Bożonarodzeniowy to głównie tańce.
Gdy tylko ostatnie słowo uleciało z jej ust, uczniowie zaczęli gorączkowo szeptać między sobą. Chłopcy mieli raczej zmartwione miny, dziewczęta okazywały dużo więcej entuzjazmu.
- Cisza! – rzekła, unosząc dłonie. Rozmowy ucichły. – Dom Godryka Gryffindora cieszy się szacunkiem społeczności czarodziejów od prawie dziesięciu wieków. Nie pozwolę, byście zbrukali imię swego domu w jedną noc, zachowując się jak banda rozbrykanych małpiszonów! – rzuciła ostro. Większość uczniów pokiwała potulnie głowami – Weasley'owie jedynie wymienili porozumiewawcze uśmiechy.
- W tańcu, trzeba pozwolić ciału oddychać. Wewnątrz każdej dziewczyny czeka piękny łabędź, usiłujący poderwać się do lotu…. – zaczęła, ale zaraz potem jej wrażliwe uszy wychwyciły szept Ronalda Weasley'a.
- Coś na pewno chce się wyrwać z Eloise Midgen, ale nie jest to raczej łabędź.
Minerwa poczuła złość rozlewającą się po ciele. Może panna Midgen nie była najładniejsza, ale nie zasługiwała na tak raniące słowa. Nauczycielka postanowiła dać nauczkę panu Weasley.
- A w każdym młodzieńcu dumny lew szykuje się do skoku. Panie Weasley, mogę prosić? – Minerwa z niewinną miną podeszła do rudowłosego chłopca i chwyciła go żelaznym uściskiem za sweter. Przerażony Ronald był zmuszony się podnieść.
- Dobrze. Teraz, proszę, połóż swoją prawą rękę na mojej talii. – zarządziła Minerwa.
- Gdzie? – zapytał kompletnie struchlały Weasley.
- W pasie. – mruknęła Minerwa. Weasley był tak przelękły, że ledwie poczuła jego dłoń.
- Panie Filch, proszę włączyć muzykę. – poleciła.
Gdy popłynęły pierwsze takty, Minerwa wolno ruszyła do przodu.
- Raz, dwa, trzy. Raz, dwa, trzy. – ze sporym wysiłkiem sterowała nieporadnym czternastolatkiem. Z lekką satysfakcją odnotowała krople potu na czole Ronalda – przynajmniej mogła mieć pewność, że nie będzie się naśmiewał z niezbyt urodziwych dziewcząt. A jego bracia, zaśmiewający się w kącie, na pewno nie dadzą mu zapomnieć o upokarzającym tańcu ze starą nietoperzycą, McGonagall.
- Cała reszta, na parkiet! Nikt nie wyjdzie z tej sali, dopóki nie opanuje podstawowych kroków, dopilnuję tego osobiście! – rzekła, a potem z zadowoleniem pokiwała głową, gdy z grupy chłopców jako pierwszy podniósł się Neville Longbottom i poprosił Hermionę.
Gdy wreszcie dała odsapnąć czerwonemu na twarzy Weasley'owi, większość była już na środku sali, próbując prostych układów. Ruszyła do grupy niemrawych chłopców – w głębi duszy żałowała, że nie jest tak jak kiedyś, że dzieci od najmłodszych lat uczono tańca i dobrych manier.
Wieczorem Minerwa siedziała w swoim gabinecie, opracowując menu na bal. Usiłowała przypomnieć sobie jakieś wyszukane potrawy z czasów swojego dzieciństwa, ale takie szczegóły zdążyły się już zatrzeć. Zresztą ona nigdy nie przepadała za wyrafinowaną, francuską kuchnią, którą zazwyczaj serwowano na stole jej rodziców. Wolała proste, treściwe, szkockie potrawy. Dlatego szczerze wierzyła, że skrzaty domowe mieszkające w Hogwarcie jakoś jej pomogą.
Postanowiła poddać się z tym niewdzięcznym zadaniem – dogodzenie wszystkim gustom było niemożliwe.
Wstawała, gdy ktoś zapukał energicznie. Odruchowo otworzyła drzwi, jednocześnie dla zachowania pozorów chwytając za różdżkę. Rozluźniła się, gdy w progu stanął Snape.
- Proszę, wejdź Severusie. Co cię do mnie sprowadza? – spytała, wskazując mu krzesło, na którym czasem siadał, gdy karała go za uczniowskie przewinienia. Wiedziała, że to niewłaściwe, ale nadal było coś mrocznego w tym nauczycielu, a ona trudno rozstawała się z naturalną przewagą.
- Słyszałem, że udało ci się dziś przetrwać tę okropną farsę nauczania uczniów tańczyć. – rzekł, bez słowa zajmując miejsce naprzeciw niej, z wyraźną niechęcią wypowiadając ostatnie słowo.
- Powinieneś wiedzieć, że ta okropna farsa była od początku moim pomysłem. – oznajmiła, z trudem ukrywając rozbawienie na widok lekkiego wahania w oczach Severusa.
- No tak. W każdym razie na pewno dotarły do ciebie pogłoski o Filiusie? – mag mówił tak cicho, że ledwie go słyszała.
Minerwa skrzywiła się. Naturalnie zapomniała o niskim wzroście drogiego przyjaciela, uczącego zaklęć. Gdy zatem biedny Flitwick stanął do tańca z dwa razy od niego wyższą uczennicą, widok musiał być przekomiczny. Teraz plotkowało o tym pół szkoły, a nieświadomy niczego Filius nie rozumiał, dlaczego na jego widok uczniowie uśmiechają się nieco zbyt szeroko. Minerwa już wyznaczyła Pomonę do niewdzięcznego zadania uświadomienia niziutkiego czarodzieja.
- Niestety tak. Żałuję, że tego nie przewidziałam. – mruknęła, obracając różdżkę w dłoniach.
- Zatem na pewno rozumiesz moje obawy. Nie chciałbym zmuszać żadnej Ślizgonki do tańczenia ze mną, to byłaby dla każdej za duża trauma. Potrzebuję twojej pomocy, Minerwo. – wypalił Severus, a jego zwykle bladożółta twarz jakby zaróżowiła się nieco.
Minerwa miała ogromną ochotę zachichotać. Właśnie wyobraziła sobie Snape'a uczącego tanecznych kroków. To było zbyt nieprawdopodobne wyobrażenie nawet dla jej wyobraźni. Przez chwilę milczała, na tyle długo, by Snape zdążył pomyśleć, że jego sprawa jest przegrana.
- Załóżmy, że wiem w czym rzecz. Czego ode mnie oczekujesz? – spytała, patrząc mu prosto w oczy. Ciemne źrenice zalśniły, gdy do Severusa dotarło, że oto ma przed sobą strzęp nadziei.
- Nie mogłabyś poprowadzić tej lekcji za mnie? – zapytał cicho, doskonale rozumiejąc, że prosi ją o wiele.
- Jaką dasz mi gwarancję, że Malfoy albo któryś z jego kolegów nie podstawi mi nogi by oglądać upokorzenie zdrajczyni krwi McGonagall? – nawet się nie spostrzegła, gdy w jej słowa wdarł się lód.
- Nie mów tak. Nie odważą się. Poza tym im też będzie zależeć, by dobrze wypaść na tym balu. – Snape brzmiał dziwnie błagalnie, co zaskoczyło Minerwę. Przez kilkadziesiąt sekund rozważała całą sytuację.
To było szaleństwo.
A jednak…
- Dobrze, poprowadzę za ciebie tą lekcję. Bądź jednak świadom, że właśnie dałeś mi do ręki kolejny argument, że Tiara się nie myliła i nie jesteś godzien Gryffindoru. – rzekła sarkastycznie – wątpiła, by jej słowa zabolały Snape'a – on był wykuty z granitu.
Severus wyraźnie odetchnął z ulgą.
- Masz rację, jestem wyjątkowym tchórzem. – mruknął tak cicho, że ledwo to usłyszała. Jego słowa ją zdumiały, ale zanim je przemyślała, dodał:
- Lekcja jest za dwa tygodnie.
- Na Merlina, Severusie, ile razy ją przekładałeś? – pokręciła głową.
- Ile się dało. Dziękuję, pani profesor. – odpowiedział, będąc już przy drzwiach. Minerwa uniosła brwi - ,,dziękuję" zdawało się nie należeć do słownika Snape'a.
- Spłacę ten dług, obiecuję. – dodał mężczyzna, jeszcze bardziej zdumiewając Minerwę.
- Ach, idź już chłopcze, zanim się rozmyślę. – powiedziała, odwracając głowę. Severus skłonił się i wyszedł.
Miała uczyć tańca Ślizgonów! Świat rzeczywiście stawał na głowie….
