Harry przemknął do komnat Rosea z trudem. Wszędzie biegali ludzie. Peleryna niewidka byłaby w takiej sytuacji niezwykle przydatna. Zarzekał się, że nie pójdzie, że nie chce z nim rozmawiać, lecz nie wytrzymał. Potrzebował czegokolwiek, jakiegokolwiek wytłumaczenia. Ewentualnie przywali mu w ten głupi pysk. To też byłaby dobra opcja. Jeśli odda, trudno. Poświęci kształt swojej twarzy dla tego szczytnego celu!
Stał przed drzwiami dobre kilka minut. Trzymał dłoń nad klamką i czekał, by ona w magiczny sposób sama się nacisnęła. Zabrakło mu odwagi i pewności. Niestety, ten sposób nie działał. Może nauczyciela wcale nie ma? Ostatecznie mógł przecież wybrać stronę Voldemorta. Podwójni agenci tak przecież mają. Dziś tutaj, jutro tam. Rose mógł być taką chorągiewką na wietrze.
Uderzył głową w drzwi zdegustowany swoim brakiem odwagi. Nate z pewnością jest jego postawą zażenowany, o ile ogląda to wszystko z nieba.
- Trochę głupio, jakbyś ostatecznie dostał wstrząśnienia mózgu – usłyszał za sobą.
Rose stał jakby nigdy nic, oparty o parapet. Harry otwierał buzię, by rzucić jakąś kąśliwą ripostę, bezskutecznie. Nie wiedział, jak długo mężczyzna stał za nim i oglądał jego załamanie. Jak mógł nie poczuć jego obecności? Nie usłyszeć kroków?
- Od kiedy przejmujesz się moim stanem- szepnął i nie wiedział, czy Nik go dosłyszał.
- Wejdźmy.
Nie powinien wchodzić, ale wszedł. Powinien krzyczeć, a poczuł, że samotna łza spływa mu po policzku. Szybko ją wytarł. Nie potrzebował kolejnego dowodu słabości.
- Tak, okłamywałem cie od samego początku – przyznał Rose. Nie przeszli do jego prywatnych komnat. Usiedli na jednej z ławek – prowadziłem swoją grę. Jednak nie zdradziłem cię. Możesz o Dumbledorze myśleć co chcesz, ale miał rację, nie mogłeś dowiedzieć się zbyt szybko, że jesteś horkruksem. Zasadniczo, gdy podjąłeś walkę byłem rozczarowany i przestraszony. Myślałem, że nie wiesz, ale się domyślasz i załapałeś. Przecież kazałem ci zaufać! Tak łatwo pomyślałeś, że cie wystawiłem…!
- Kto normalny domyśliłby się tego wszystkiego? – westchnął i odrobinę pożałował, że nie wsiedli dalej. Potrzebował alkoholu.
- Ty przecież normalny nie jesteś – zażartował Rose i podniósł delikatnie głowę Harrego w górę – patrz na mnie – poprosił - to prawda, nie działa na mnie przysięga wieczysta. Gdy przyszedłeś do mnie z horkruksem, podejrzewałem, że to jego trzymasz. Zauważyłem również zależność i wtedy się domyśliłem. Uznałem to wszystko za szansę. Wtedy także poszedłem do dyrektora. Wcale nie był zdziwiony, tak nawiasem mówiąc. Uzgodniliśmy, że będę cię pilnował, szkolił i jednocześnie lekko mamił, abyś nie wiedział, ale z rozumiał w stosownej chwili. I tak się stało.
- Pieprzyć ci też się ze mną kazał?
- Nie. To moja własna inwencja twórcza. Po za tym o ile się orientuje, pieprzenia nie było. Jedynie inne małe zabawy. Przecież wiesz, że mamy rację. Jakbyś wiedział od razu, on wygrałby. Zabiłeś człowieka. Nikt nie zabija z taką obojętnością, jaką to zrobiłeś. Stałeś na granicy.
-To wszystko? Jeśli tak, pozwól, że cie zostawię – chciał wyjść, Rose tylko delikatnie położył swoją dłoń na niego, mógłby ją zrzucić, by go nie powstrzymywała, nie ważyła dużo.
- Nie kłamałem w uczuciach – przyznał mężczyzna – co z tego, że nie zabezpieczała cie przysięga wieczysta. Mam swój honor, swoje zasady moralne. Nie łamię ich ot tak.
- I mam ci za to podziękować? Czy wiesz co ja czułem widząc cie przy nim!? – ryknął, a szyby w oknach zadrżały.
- Wiesz mi, wcale lepiej się nie czułem, gdy ujrzałem jak odlatujesz uderzony avadą. Jeszcze tak długo nie odzyskiwałeś przytomności. Przez chwilę myślałem, że umarłeś prawdziwie, że się myliliśmy i zaprowadziłem cie na śmierć.
- Co za różnica. Horkruks we mnie był zniszczony – prychnął.
- Chciałeś, żebym pomógł ci pokonać Voldemorta. Wykonałem swoje zadanie – Rose rzucił oschle.
- Voldemort nadal żyje, więc? Jakie masz jeszcze asy w rękawie? Czy dowiem się o nich dopiero w ostatniej chwili? Teraz przecież mógłbyś powiedzieć wszystko! Tylko w sumie, po co? Nie ma wówczas odpowiedniego dramatu! Wiedziałeś, wiedziałeś jak nienawidzę tych chorych gierek, a i tak grałeś!
- Mam jeszcze kilka asów, o to się nie martw.
I pocałował Harrego. W pierwszym momencie oddał pocałunek. Dopiero po chwili oprzytomniał i odepchnął mężczyznę z całej siły. Pech chciał, że Rose potknął się o krzesełko i upadł na plecy. Chłopiec wówczas usiadł na nim okrakiem i z całej siły pięścią bił w twarz. Nauczyciel nie bronił się, a Harry nie przestawał.
- To, że wtedy cie uderzyłem też było kłamstwem?! –ryknął.
- Tak – odpowiedział i dopiero powstrzymał chłopaka – oszczędzaj siły. Jak przestaniesz się mazać, zobaczysz tłum ludzi, którzy chcą zabić wszystkich w tym zamku. Na nich wytrać siły. Śmierć nie bez powodu tutaj krąży.
- Zabierze dziś ciebie? – zripostował, na co oczy mężczyzny zalały się czerwienią.
- Może, przekonasz się wkrótce – przyznał – ah i jeszcze jedno – podniósł się lekko i szepnął Harremu do ucha – doskonale sam zdobywam sobie pożywienie.
- Więc kolejne kłamstwo! Te monologi o śmierciożercach niemających wyboru! Jakim byłem idiotą!
- Kocham cię.
- Pieprz się. Pieprz się! – wrzeszczał, a Rose go przytulał. Czasem się wyrywał, ale mężczyzna trzymał go mocno. Zwykły człowiek nijak nie może równać się z siłą ghoula.
- Jestem skurwysynem, wiem – stwierdził Nik bardziej do siebie niż do Harrego.
Harry w tym momencie miał nadzieję, że po zabiciu Voldemorta oberwie rykoszetem. Zrozumiał Natea, dlaczego miał dosyć życia. Czuł, że świat jaki zna runął i nigdy się nie podniesie.
- Ja go nie pokonam – przyznał, gdy jego emocje nieco zelżały -każdy na to czeka, wiem o tym. Nawet ty tak myślisz – dźgnął towarzysza palcem w klatkę piersiową - a nie mam z nim szans. Teraz to zrozumiałem, znaczy się… jak mnie do niego zaprowadziłeś. Wiedziałem, że nie uda mi się uciec.
- Z każdym utraconym horkruksem on jest słabszy. Jego inteligencja, mądrość również wówczas się ulatnia. Jest słabszy fizycznie i psychicznie. Nie będzie istnieć sześć na siedem jego części! Ostatnia to już prosta droga.
- Nagini nadal istnieje.
- Ale niedługo. Rzuciłem na nią czar śledzący. Znajdę ją. To nie problem…
- A co z twoim wstrętem do czarnej magii? – Nik poczerwieniał.
- Poradzę sobie jakoś.
- Skoro to takie proste, ktoś inny może go zabić. Nie ma już we mnie horkruksa, jestem jak zwykły czarodziej. Przepowiednia…
- Wierzysz w to?
Nie wiedział.
- Dumbledore…
- Jest starcem. Jest tylko starcem. Z resztą, po co to roztrząsać. Zabijamy węża, potem się martwimy.
Harry pocałował mężczyznę. Trwali w rozkoszy długo. Czuł, że nie powinien. Nie ufał mu odnośnie zawieszonej śmierci. Jednak, może już nie będzie kolejnej okazji? Po wojnie każdy odejdzie w swoją stronę. Przed nadchodzącymi bitwami ludźmi zwykle targają emocje. Nie oderwali się samoistnie, usłyszeli otwierane drzwi. Gwałtownie odskoczyli, co przybyszowi dało tym bardziej jednoznaczność.
W drzwiach stanęła Hermiona, która spłonęła rumieńcem.
- Harry! – krzyknęła.
- No co? – zapytał Rose niewzruszony – klasyczny romans ucznia z nauczycielem – powiedział, a Harry miał wrażenie, że zaraz zapadnie się pod ziemię.
Jednocześnie, ogarnęła go straszliwa myśl. Mężczyzna zdawał się lubić uczyć. Dlaczego gra w tak otwarte karty, jakby przyszłości miało nie być?
- Profesor Dumbledore kazał was znaleźć – dziewczyna zignorowała uwagę – mamy wszyscy natychmiast przyjść do wielkiej sali.
I ruszyli na wojnę.
