Dwa tygodnie później profesor McGonagall z udawaną pewnością siebie wmaszerowała do jednej z sal w lochach, pełnej Ślizgonów. Ze wszystkich sił starała sobie wmówić, że nie powinna traktować tego jak wejścia do gniazda żmij – to było nieprofesjonalne, poddawać się śmiesznym uprzedzeniom. Oszukiwała swój umysł, ale trudno było jej oszukać zmysły i intuicję, a wyraźnie widziała nieufność i podejrzliwość na bladych twarzach Ślizgonów. Jakże różne było to od zaciekawienia prezentowanego przez jej lwy!
Przypomniała sobie jednak o tym, jak obiecywała wszystkim, że zamek podczas balu zaprezentuje się bez zarzutu. Przypomniała sobie błagalne spojrzenie Severusa.
Odchrząknęła. Ostatnie ostrożne szepty ucichły. Minerwa postanowiła zagrać w otwarte karty.
- Na pewno dotarła do was informacja, że w związku z Turniejem Trójmagicznym, Hogwart jest gospodarzem tradycyjnego Balu Bożonarodzeniowego. Nie muszę też wam chyba objaśniać, że takie oficjalne bale, to oczywiście okazja do lepszego poznania naszych gości i pokazania się z jak najlepszej strony. Ale kto mi powie, co jest jedną z najistotniejszych składowych każdego balu? – spytała, rozglądając się. Przez chwilę nikt nie drgnął. Wywróciła oczami. Wtem jeden z pięciorocznych chłopców podniósł rękę.
- Tak, panie Fawley? – spytała łagodnie, widząc jak niektórzy rzucają chłopcu niechętne spojrzenia.
- Taniec. – odpowiedział Ślizgon.
- Właśnie. Pięć punktów dla Slytherinu, panie Fawley. Zatem, jak się pewnie domyślacie, na dzisiejszych zajęciach będziecie mogli poćwiczyć swoje umiejętności w tej dziedzinie. – wyjaśniła Minerwa i machnęła różdżką, a stojąca obok niej katedra zamieniła się w lśniący fortepian. Oczywiście, to było popisywanie się, ale zadziałało, bo część Ślizgonów otworzyła szerzej oczy na ten pokaz magii. Wtem jednak Pansy Parkinson podniosła rękę z sarkastycznym uśmiechem na twarzy.
- Słucham, panno Parkinson. – Minerwa spokojnie zmierzyła wzrokiem nastolatkę, która nieco się zgarbiła, ale odezwała się:
- Słyszałam, że te lekcje prowadzą w poszczególnych domach ich opiekunowie. Dlaczego zatem nie ma tutaj profesora Snape'a?
Minerwa zmrużyła oczy, a potem lekko wygięła wargi i rzekła:
- Och, rozumiem panno Parkinson, że liczyłaś na szansę zatańczenia z profesorem Snape'em? – rzuciła Minerwa lekkim tonem.
Młodsi Ślizgoni wybuchli śmiechem, starsi ledwo trzymali rozbawienie na wodzy. Pansy zrobiła się czerwona jak burak.
Minerwa wiedziała, że nie powinna podważać autorytetu Severeusa – nigdy nie dotarło do niej, by on kiedykolwiek próbował podważać jej. Ale z drugiej strony, to przez niego była tutaj i póki co nie bawiła się zbyt dobrze.
- Wspaniale, skoro już panna Parkinson wyraziła swoje ubolewanie z powodu nieobecności profesora Snape, myślę, że możemy zaczynać. Po pierwsze, ilu z was wcześniej pobierało lekcje tańca – to znaczy zanim przyszliście do Hogwartu albo podczas wakacji? – Minerwa rozejrzała się. Ślizgoni popatrzyli po sobie, ale nikt się nie zgłosił.
Minerwa postanowiła sięgnąć po ostatniego asa w rękawie.
- Cóż, a byłam przekonana, że to jedna z podstawowych umiejętności, które wpaja się w rodach czystej krwi… - mruknęła z rozczarowaniem, na tyle głośno, by wszyscy ją usłyszeli.
Rozejrzała się ponownie – połowa Ślizgonów miała ręce w górze. Zadowolona, że jej podstęp ( godny potomkini Salazara) zadziałał, Minerwa wskazała dziewczynę z szóstego roku i chłopca z siódmego.
- Panno Shafiq, panie Flint, zapraszam tu na środek. Czy bylibyście tak uprzejmi i pokazali swoim kolegom i koleżankom podstawowe kroki? – zapytała. Dwójka Ślizgonów sztywno skinęła głowami. Ustawili się na środku i Flint wprawnym gestem ujął jedną dłoń dziewczyny, a drugą położył na jej talii. Minerwa pokiwała głową, usatysfakcjonowana – ich postawy były nienaganne. Potem zaś zasiadła do fortepianu i zaczęła grać.
Specjalnie wybrała wolniejszy utwór, by reszta mogła dokładnie przyjrzeć się tańczącym. Dobrze ich nauczono – byli nawet dość zgrani, Minerwa nie wykluczała więc, że uczono ich w tym samym miejscu – dzieci było mało, więc jeśli rody czystej krwi organizowały lekcje, to często zapraszały zaprzyjaźnione rodziny. Nie wiedziała, w jakich stosunkach były rodziny tych konkretnych dwojga uczniów – już dawno przestała śledzić te niuanse.
Gdy już panna Shafiq i pan Flint pokazali większość podstawowych układów, Minerwa zarządziła, by reszta dobrała się w pary i poćwiczyła.
Co zaskakujące, nikt nie zaprotestował. Nawet więcej, na twarzach tych młodych magów z domu węża Minerwa wyłapywała pojedyncze oznaki zadowolenia. Taniec im się podobał. Nie był nudną i sztywną tradycją, był przyjemnością. Minerwa nie wiedziała, ile w tym wszystkim szczerości, a ślizgońskiego przywiązania do spraw statusu i wyrafinowania.
Jej pierwsza lekcja z całym domem węża skończyła się szybciej, niż mogłaby się tego spodziewać. I co zaskakujące, nie było tak źle, jak zakładała, choć niektórzy wywracali oczami, gdy zwracała im uwagę na błędy.
Doskonale zdyscyplinowani, Ślizgoni szybko opuścili loch. Został jedynie Draco Malfoy, który podszedł do niej, nadal siedzącej przy fortepianie, z niepewną miną.
- Tak, panie Malfoy? – Minerwa ze wszystkich sił starała się by jej ton był neutralny.
- Eee.. Gdzie nauczono panią grać, pani profesor? – wydukał wreszcie chłopak, podbródkiem wskazując fortepian. Minerwa nawet nie kryła zaskoczenia, ale i tak odpowiedziała zgodnie z prawdą.
- Matka nauczyła mnie grać. Kiedy byłam dzieckiem, uważano, że każda szanująca się czarownica powinna mieć tę umiejętność. – wyjaśniła. Jej umysł zaś już pochłonęło wyraźne wspomnienie – przestronny salon jej matki w ich londyńskiej rezydencji oraz piskliwy głos Clary McGonagall, nieustannie krytykującej jej grę czy śpiew. Może na pierwszy rzut oka to nie było przyjemne wspomnienie, ale z biegiem lat Minerwa nauczyła się je cenić – w końcu gra na fortepianie była jedną z niewielu rzeczy, którą ostatecznie wykonywały wspólnie.
- Moja mama też to potrafi. Kiedyś zapytałem jej, czy nie byłoby łatwiej grać za pomocą magii. Zaprzeczyła kategorycznie, ale nie potrafiła wyjaśnić dlaczego. Potem podsłuchałem jak mówiła przyjaciółce, że próbowała nauczyć się grać magią, ale to było zbyt trudne dla niej. – mówił Draco, wpatrzony w lśniącą powierzchnię instrumentu, jakby nieświadom obecności Minerwy.
- Wbrew pozorom gra za pomocą magii jest dużo trudniejsza. Gdy czarodzieje odkryli zaklęcia wyczarowujące muzykę, chcieli zamienić tę w istocie mugolską tradycję uczenia dzieci gry na instrumencie w bardziej …um… czarodziejską. Ale nie udało im się to, bo większość dzieci nie była w stanie opanować zaczarowania instrumentu by wygrywał określoną melodię. – mówiła ze spokojem, jakby omawiała kolejną transmutacyjną przemianę. Lecz tym razem Malfoy słuchał z zainteresowaniem.
- Ale w czym tkwi różnica? – spytał.
- Pokażę ci. – odpowiedziała. Położyła dłonie na klawiaturze i w mugolski sposób zagrała jedną z bardziej skomplikowanych melodii. Następnie wstała, wyciągnęła różdżkę i zaczęła wykonywać nią skomplikowane ruchy. Całość trwała nieporównywalnie dłużej. Na koniec rzekła z odpowiednią intonacją:
- Muzopianum.
Klawisze zaczęły się poruszać i z fortepianu popłynęły dźwięki tej samej melodii. Na końcu jednak jeden dźwięk był inny. Malfoy wychwycił to, bo zmarszczył brwi.
- Na końcu opuściłam różdżkę o pięć centymetrów za nisko.- dodała cicho. Ślizgon pokiwał głową.
- Granie za pomocą magii jest bardziej czasochłonne i o wiele łatwiej się pomylić. – wyciągnął wniosek.
- Otóż to, panie Malfoy. – potwierdziła. Chłopak przeniósł wzrok z fortepianu na jej twarz, ale potem szybko wbił go w czubki butów.
- Chyba powinienem już iść. Do widzenia, profesor McGonagall. – mruknął i szybko wyszedł.
Brak jakiegokolwiek wyjaśnienia czy nawet wdzięczności nie dziwił Minerwy. Bo jeśli Draco po Narcyzie przejął zainteresowanie muzyką, to jego niechęć do niej samej i wszystkiego co gryfońskie została mu wpojona przez ojca, Lucjusza.
Draco był dzieckiem obojga swoich rodziców. Jednak był też sobą i po tej krótkiej rozmowie, Minerwa po raz pierwszy zaczęła to zauważać. Tak samo jak to, że nie wszyscy Ślizgoni to rozpuszczone dzieci przekonanych o wyższości krwi bogatych rodziców. Może zbyt surowo ich wszystkich oceniała, patrząc jedynie przez pryzmat swojej nienawiści do najsławniejszego przedstawiciela Slytherinu.
Pokręciła głową – takie rozważania mogły prowadzić na grząski grunt. Zamieniła fortepian z powrotem w katedrę i wyszła z pustego pomieszczenia, pragnąc jedynie jak najszybciej opuścić niegościnne i nieprzyjazne lochy.
Była dziwnie pokrzepiona widokiem swojego nieco surowego, ale jednak przytulnego apartamentu. Szkarłatno-złote akcenty kojarzyły jej się z ciepłym żarem w kominku. Lochy może dla niektórych miały swój tajemniczy urok (Severus?) ale dla niej były zimne i nieprzystępne. Dlatego swe pierwsze kroki skierowała do małej kuchni, gdzie zagrzała wodę na rozgrzewającą herbatę. Zdążyła jedynie ją zalać, gdy usłyszała pukanie do drzwi gabinetu. Westchnęła – to zapewne musiał być jakiś uczeń.
Udała się do gabinetu i rzekła:
- Proszę.
Drzwi otworzyła nieco zarumieniona Hermiona Granger.
- Nie przeszkadzam, pani profesor? – zapytała, nerwowo przekraczając próg.
- Nie, panno Granger. Mogę nie znaleźć czasu dla dyrektora czy ministerstwa, ale zawsze znajdę go dla moich uczniów. – odpowiedziała Minerwa.
- Bo chodzi o ten cały bal, pani profesor. – wyszeptała dziewczyna, wbijając wzrok w czubki swoich butów.
Minerwa pokiwała głową ze zrozumieniem i powiedziała:
- Chodź zatem, zrobię ci herbaty.
Przeszły do salonu Minerwy. Nauczycielka wskazała Hermionie jeden z foteli, a sama poszła do kuchni, by zaparzyć drugą herbatę. Wróciła z dwoma filiżankami i wyrazem uprzejmego zainteresowania na twarzy.
- A więc? – spytała łagodnie, zachęcając Gryfonkę do mówienia. Hermiona przez chwilę jakby szukała odpowiednich słów. W końcu zapytała:
- Pani profesor, czy pójście na ten bal z kimś spoza Gryffindoru, spoza nawet Hogwartu, byłoby niewłaściwe?
Minerwa przez chwilę milczała. Pamiętała dokładnie swoje własne wątpliwości, kiedy przez wiele nocy zastanawiała się, jak jej przyjaciele z Gryffindoru przyjmą fakt, że postanowiła iść z prefektem Slytherinu.
Wtedy tylko Moody czuł się urażony. Ale jego zaproszenie odrzuciła, więc mógł czuć się osobiście dotknięty. Cała reszta była zachwycona, twierdząc, że bardziej idealnej pary Hogwart nie widział.
Idealna para – jakież to było przerażające. Teraz wiedziała, że zgoda na pójście na bal z Tomem była katastrofalnym błędem. Ale czy sytuacja siedzącej przed nią uczennicy była taka sama?
- Nie powiem, jestem nieco zaskoczona, byłam pewna, że pójdziesz z Weasley'em albo Potterem. – rzekła w końcu czarownica.
Hermiona zarumieniła się jeszcze bardziej i odparła szybko:
- Harry chyba zakochał się z Cho Chang, ale ona jest zapatrzona w Cedrika, więc… sama nie wiem. A Ron… on przecież nie może iść z żadnym maszkaronem, jedynie z kimś na miarę Fleur Delacour. – w ostatnim zdaniu Hermiony zabrzmiała wyraźna uraza i lekka zazdrość.
Minerwa zmarszczyła czoło. Ale zaraz rzekła:
- Hermiono, przecież ty jesteś bardzo ładna. I tak naprawdę nie powinnaś porównywać się do panny Delacour, w której żyłach płynie krew willii. Jest młoda, więc jeszcze nie do końca kontroluje ten ułamek mocy odziedziczony po pięknych babkach- w efekcie większość chłopców ciągnie do niej jak ćmy do światła.
Dziewczyna słuchała jej z uwagą, a potem otworzyła szerzej oczy.
- Skąd pani to wie? – zapytała nieco podejrzliwie.
Minerwa odwróciła głowę.
- Kiedyś się tym interesowałam. – mruknęła cicho nauczycielka. Jak miała pomóc Hermionie, przyznając się, że w jej żyłach płynie nieco krwi ciemnej willii?
- Czyli ich piękno to kwestia rzeczywistej urody czy mocy? – zapytała Hermiona, obserwując ją badawczo. Minerwa już wiedziała, że dziewczyna wyczuła jej wahanie.
- Mieszanka. Wille są naturalnie piękne, ale dopiero aktywowanie mocy, pewnej pierwotnej magii przyciąga do nich mężczyzn. Trzeba jednak być ostrożnym i pamiętać, że to gwałtowne i zmiennokształtne stworzenia.
- Widziałam je na mistrzostwach świata. Wszystkie były porażająco pięknymi blondynkami. – powiedziała Hermiona.
- Tak, jasne wille są najczęściej spotykane. – odpowiedziała automatycznie Minerwa, zanim zdążyła przemyśleć swoje słowa. Pożałowała ich, gdy Hermiona uśmiechnęła się.
- Są więc inne tak? – spytała z zadowoleniem.
- Tak, istnieją jeszcze ciemne wille, ale są o wiele rzadsze. Różnią się właśnie powierzchownością – jeśli zdecydują się przybrać postać konia, to będą rumakiem czarnym jak smoła, zaś jasna willa miałaby śnieżnobiałą sierść. – wyjaśniała zrezygnowanym tonem Minerwa.
- A jako ludzie? – drążyła temat Hermiona.
- Ich skóra skrzy się na srebrno, ich oczy są jak obsydiany, a ich włosy mają kruczoczarny odcień. Są też potężniejsze niż ich jasne kuzynki, ale tak jak one, ich figura jest nienaganna.
- W pani żyłach też płynie krew willii, prawda? – zapytała Hermiona bezpośrednio.
Minerwa przewróciła oczami – powinna się domyślić, że Hermiona szybko połączy fakty i nie zdradzać tylu szczegółów – teraz jednak było już za późno.
- W linii McGonagallów były ze dwie ciemne wille. Ze strony mojej matki doszukałam się jasnej. Nie wiem jak z rodziną mojej babki ze strony ojca, ale możliwe że tam również były jakieś wille albo ich potomkinie. Ja w każdym razie niewiele się w nie wdałam. – szybko dodała obronnym tonem.
- Pani profesor! Przecież jest pani piękna! – wykrzyknęła Hermiona, a zaraz potem zarumieniła się mocno.
- Dziękuje, panno Granger, ale to nie jest prawda, a mamy tu omówić twój udział w balu, a nie mój brak urody. – odpowiedziała Minerwa. Hermiona chciała zaprotestować, ale nauczycielka rzuciła jej swoje sławne surowe spojrzenie.
- Więc wracając do tematu, to turniej został reaktywowany głównie po to, by promować współpracę z społecznościami czarodziejów z innych państw. Poznanie ich kultury, a nawet zaprzyjaźnienie się z nimi, jest jednym z celów całego przedsięwzięcia. Zatem masz pełne prawo pójść z kim zechcesz, Hermiono. Nie ważne, czy będzie to uczeń Drumstrangu, czy Hogwartu. Ważne, żebyś ty dobrze się bawiła na tym balu. A jeśli ktokolwiek uznałby to za niewłaściwe, to nie powinnaś go słuchać. – Minerwa mówiła łagodnym tonem. Z zadowoleniem obserwowała, jak twarz dziewczyny rozjaśnia się za każdym razem, gdy używała jej imienia, a nie nazwiska.
- Chyba to potrzebowałam usłyszeć. Byłam taka zagubiona z tym wszystkim… nie miałam pojęcia, że czarodzieje traktują takie rzeczy tak poważnie. Nawet nie kupiłam sukienki, bo myślałam, że nic się nie stanie, jak mnie nie będzie na tym balu. – wyrzuciła z siebie szybko Hermiona.
Minerwa pokiwała głową – o tak, czarodzieje traktowali takie bale bardzo poważnie. Każdy taniec, każde słowo, każdy ruch miał ukryte znaczenie. Postanowiła jednak skupić się na czymś innym.
- W Hogsmeade pewnie wszystko jest już wykupione. – mruknęła do siebie Minerwa.
- Podobno można jakoś transmutować ubrania. Słyszałam, że można zrobić prześliczną suknię ślubną ze zwykłego prześcieradła. – rzekła Hermiona. Minerwa pokiwała głową i zaraz zapytała:
- Masz jakąkolwiek pasującą suknię?
- Tylko jedną, całą szarą. – przyznała Hermiona.
Minerwa klasnęła w dłonie. Obok pojawił się skrzat domowy, Hermiona aż podskoczyła.
- Tricky, udaj się proszę do dormitorium czwartorocznych Gryfonek i w kufrze panny Granger znajdź szarą sukienkę. I proszę przynieś ją tutaj. – poleciła Minerwa.
Skrzat skłonił się, zniknął i pojawił po minucie.
- Czy to ta, milady? – spytał uprzejmie Hermionę. Ta pokiwała głową, a potem wypaliła:
- Czyli to prawda, skrzaty wykonują nie tylko niewolniczą pracę w kuchni, ale także usługują profesorom! Mogłabym się tego spodziewać po Snape'ie, ale nie po pani, pani profesor!
Minerwa przez chwilę była oniemiała – taki wybuch zupełnie nie był w stylu panny Granger. Skrzat też się zawahał, ale odparował:
- Panienka nie powinna zwracać się w ten sposób do jaśnie pani! Jaśnie pani jest największą przyjaciółką skrzatów w Hogwarcie! Jej rezydencja jest drugim po Hogwarcie miejscem pracy dla nas! Każdy skrzat w Wielkiej Brytanii chce tam trafić!
Hermiona otworzyła szeroko oczy. Minerwa delikatnie odebrała sukienkę z rąk trzęsącego się ze złości skrzata.
- Tricky, dziękuję ci. – rzekła sugestywnie. Skrzat rzucił Hermionie ostatnie niechętne spojrzenie, skłonił się przed Minerwą i zniknął z pyknięciem.
- To prawda? Rezydencja? – wzburzona Hermiona rzuciła Minerwie oskarżycielskie spojrzenie.
- Kiedy skrzaty są już zbyt stare, by efektywnie pracować w Hogwarcie, wysyłamy je do mojego domu, niedaleko stąd. Tam żyją sobie w spokoju, mając całą posiadłość dla siebie, razem z zadaniem dbania o nią, dlatego nie czują się porzucone. Rozumiem, panno Granger, że natura skrzata domowego jest ci obca, dlatego puszczę twoje słowa w niepamięć. Chciałabym jednak, byś na przyszłość ostrożniej wydawała osądy. – Minerwa szybko pożałowała ostrego wydźwięku swoich słów, widząc przerażenie na twarzy Hermiony. Oczy dziewczyny błyszczały mocno, gdy wyszeptała:
- Przepraszam, pani profesor.
- Tam po lewej jest łazienka, przebierz się w tę sukienkę, o wiele łatwiej będzie mi ją transmutować na tobie. – rzuciła Minerwa, już nieco łagodniej.
- Pani chce mi pomóc transmutować sukienkę? – Gryfonka szeroko otworzyła oczy.
- Jako uczennica czwartej klasy nie miałaś jeszcze tego typu zaklęć, a chciałaś je poznać, więc przyszłaś do mnie po pomoc. Ja ci po prostu pomogę, tak jak pomogłabym każdej uczennicy, która by do mnie przyszła. – odpowiedziała Minerwa niewinnym tonem.
Hermiona lekko wygięła usta w uśmiechu i poszła do łazienki. Minerwa tymczasem pociągnęła łyk herbaty – nie powinna czuć wyrzutów sumienia, w końcu naprawdę pomogłaby każdej innej uczennicy, która przyszłaby do niej z tą sprawą. Niemniej jednak tylko Hermiona miała w sobie tyle odwagi, by przyjść do niej, odkryć jej na wpółmagiczne korzenie, a nawet oskarżyć ją o niewolnicze wykorzystywanie skrzatów domowych w jej własnym apartamencie! Minerwa nie byłaby szczera, gdyby powiedziała, że jej relacja z panną Granger jest dokładnie taka jak z resztą Gryfonów – Hermiona była dla niej prawie tak droga, jak niegdyś Lily Potter.
Dziewczyna weszła do gabinetu. Wyglądała inaczej w sukience – ciężkie szkolne szaty zasadniczo zniekształcały sylwetkę, co Minerwa wiedziała doskonale. Hermiona naprawdę była ładną dziewczyną, trzeba było jednak wyeksponować jej piękno.
- Będziesz musiała zapamiętać zaklęcia, ponieważ ciężko będzie ci robić notatki. Zacznijmy od koloru, bo to na pewno potrafisz zrobić sama.
Hermiona pokiwała głową, a potem wycelowała różdżką w rąbek sukienki i dokładnie wypowiedziała formułę zaklęcia. Szary natychmiast zmienił się w niebieski, ale raczej w odcieniu bławatka, niż błękitu nieba.
Po chwili Minerwa przystąpiła do pracy. Mówiła jakąś część sukienki, typu ,,długość rękawa", ,,dekolt", ,,talia", a Hermiona opisywała jej jak dana część ma wyglądać. Wtedy nauczycielka używała zaklęcia. Jeśli obie były zadowolone z efektu, przechodziły do następnej rzeczy. Minerwa była zdumiona, jak podobnie myślą – tylko kilka razy Hermiona powiedziała, że widziała coś inaczej, ale parę razy też przyznała, że efekt przerósł jej oczekiwania.
Po półgodzinie, sukienka była gotowa.
Hermiona okręciła się, a Minerwa przywołała z sypialni wielkie lustro w bogato zdobionej ramie. Gryfonka wydała z siebie okrzyk zachwytu.
- Jest prześliczna!
Minerwa pokiwała głową. Sukienka była bardzo dziewczęca, zwiewna, z dużą ilością falbanek na spódnicy, falujących przy każdym ruchu. Krój ładnie podkreślał talię i ramiona Hermiony. Minerwa pomyślała, że do tej sukienki idealnie pasowałyby jej rodowe szafiry – teraz leżące bezczynnie w kasetce, jako że niezbyt pasowały do samej Minerwy. Jednak starsza czarownica wiedziała, że pożyczenie ich Hermionie byłoby już odczytane jako faworyzowanie.
- Sukienkę już masz, ale na twoim miejscu wybrałabym się do Hogsmeade by kupić jakąś biżuterię. Oczywiście to też można transmutować, ale wykracza to poza umiejętności nawet siedmiorocznych, zatem nie mogłabym ci z tym pomóc, nie sprawiając przy tym, że do drzwi mojego gabinetu zapuka żeńska populacja Hogwartu, pragnąca mieć coś podobnego.
- To już byłoby zbyt wiele, pani profesor, ja i tak jestem bardzo, bardzo wdzięczna za pani pomoc, wyrozumiałość i dobroduszność. – odpowiedziała uradowana Hermiona, jedynie na moment odrywając wzrok od swojej sukienki.
- Bez przesady. Teraz zmykaj się przebrać. Błądzenie po zamku w balowej sukni zdarza się jedynie księżniczkom w opresji. – mruknęła Minerwa.
Gdy drzwi łazienki zamknęły się za Hermioną, starsza czarownica przypomniała sobie pewną wiedźmę w balowej sukni, błądzącą po zamku w nadziei znalezienia profesora, o którego bardzo się martwiła.
Dlaczego wspomnienia tego balu były jednocześnie tak żywe i tak bolesne?
Hermiona wróciła, znów niepozorna w swoich szkolnych szatach, z ostrożnie przewieszoną przez ramię sukienką. Minerwa pokręciła głową i machnęła różdżką – niewerbalnie pomniejszając sukienkę do wielkości ubranka dla lalki.
- Łatwiej przejdziesz z nią przez zamek. Zaklęcie powiększające znasz?
- Oczywiście, pani profesor. Jeszcze raz dziękuję. Naprawdę jest pani niesamowita. – Hermiona posłała Minerwie szeroki uśmiech i wyszła z jej apartamentu.
Minerwa przez chwilę tkwiła nieruchomo. Tak prosta pochwała ze strony ucznia była dla niej niczym miód na serce. Dawała jej nadzieję, że jednak nie robi tego wszystkiego na darmo.
Tym bardziej, że jedyna osoba, która zawsze miała dla niej komplement poprawiający humor, teraz coraz bardziej jej unikała.
