Minerwa McGonagall pobieżnie przyjrzała się swojemu odbiciu. Wyglądała okropnie – wyraźnie zmęczona, z zdradzającymi frustrację ciasno zaciśniętymi ustami. Do tego miała na sobie zupełnie niewyszukaną w kroju suknię w odcieniu ciemnej czerwieni z motywem ciemnozielonej szkockiej kraty. Nie chciała iść w żadnej zielonej, choć wyglądałaby lepiej. Niebieski nie wchodził w grę – zawsze gryzł się z jej tęczówkami i przypominał jej o pewnych migoczących oczach… Wreszcie, nie chcąc rezygnować z przywiązania do rodzinnych emblematów, postawiła na rzadziej eksponowany, czerwony, rodowy tartan. Ten, który jej przodkowie przywdziewali na wojnę…

Z złością machnęła różdżką, wyczarowując wieniec ostrokrzewu wokół swojej tiary czarownicy. Tak. Zgorzkniała, stara i brzydka. Przecież teraz taka była. Miała tam iść pilnować porządku, a nie błyszczeć. Czas, kiedy jej pojawienie się w sali balowej wywoływało okrzyki zachwytu, już dawno minął.

Udając pełen spokój i kontrolę nad sytuacją, zeszła do sali wejściowej, po drodze mijając wielu uczniów w najlepszych wyjściowych szatach i dziewczęta w przepięknych sukniach. W hallu było ich jeszcze więcej. Na szczęście większość była tak podekscytowana balem, że nie zwracała na nią uwagi. Minerwa wiedziała, że trudno byłoby jej zmusić się do uśmiechu.

Udało jej się dotrzeć do drzwi Wielkiej Sali, ale nie zajrzała do środka. Czekała. Kolorowy korowód uczniów przechodził obok niej – niektórzy kłaniali jej się – odpowiadała sztywnym skinieniem głowy. Spostrzegła Cedrika – przywołała go do siebie. Przywitał się z nią uprzejmie – tak jak jego partnerka, Cho Chang. Minerwa poczuła zimne ukłucie, widząc Krukonkę z Puchonem. W pamięci miała słowa Hermiony… ,, Harry chyba zakochał się w Cho Chang" .

Och, jak widoczne to było na jego twarzy. Zjawił się razem z panną Patil – która wyglądała bardzo ładnie w różowej indyjskiej sukience, ale jednak nie tak ładnie jak panna Chang w eleganckiej chińskiej sukni. Wydawał się być bardzo zdenerwowany- a Minerwa nie była w stanie nawet zdobyć się na uśmiech, by dodać mu otuchy. Harry obrzucił ją jedynie zdumionym spojrzeniem, lekko marszcząc czoło na widok jej okropnego kapelusza. Zaraz jednak odsunął się, by zrobić miejsce pannie Delacour i jej partnerowi Daviesowi, bo mieli wejść jako drudzy, po Diggory'm. Francuzka była ubrana w śliczną atłasową suknię i intensywnie roztaczała swoją moc willii, do cna ogłupiając Daviesa. Minerwa wykonała lekki ruch ręką. Czar nieco stracił na swojej mocy. Panna Delacour wzdrygnęła się i obejrzała. Gdy jej zdumione spojrzenie napotkało surowe oblicze Minerwy, zbladła lekko.

Lecz wtem na schodach pojawiła się pojedyncza sylwetka, a stojący na dole samotny Wiktor Krum odetchnął z ulgą.

Minerwa usłyszała jak Harry nabiera ze świstem powietrza. Ona sama uśmiechnęła się – warto było iść na ten bal, by to zobaczyć.

Po schodach schodziła Hermiona. Wyglądała zniewalająco w bławatkowej sukni, transmutowanej przez Minerwę. Na jej szyi lśnił ładny srebrny łańcuszek, a włosy upięła w elegancki kok. Zarumieniła się, gdy Krum szarmancko ucałował jej dłoń, ale to tylko dodało jej uroku.

Minerwa musiała powstrzymać się, by nie mrugnąć do niej – cieszyła się, że oto ktoś docenił urodę i inteligencję jej ulubionej uczennicy. Żałowała, że nie był to Harry, albo ktokolwiek z Hogwartu, ale może tak było lepiej.

- Dobrze, skoro już wszyscy jesteście, to będziemy zaczynać. Wchodzicie, przechodzicie przez szpaler i ustawiacie się w rogach parkietu. Pierwszy taniec jest wasz. Powodzenia. – rzuciła. Reprezentanci pokiwali głowami i ustawili się parami przed drzwiami.

Minerwa stanęła za Harrym i panną Patil – powinni stać na przedzie, bo byli najniżsi, ale już nie mogła tego zmienić – machnęła różdżką. Drzwi otworzyły się powoli, z majestatycznym skrzypieniem.

Reprezentanci przy akompaniamencie setek oklasków weszli do Wielkiej Sali. Gdy już ustawili się na parkiecie, a wszyscy odwrócili się w tamtą stronę, ona sama wślizgnęła się do środka i już bezszelestnie zamknęła wielkie wrota.

Udało jej się niepostrzeżenie dostać na puste miejsce obok Poppy. Wprawnym okiem obserwowała pierwszy taniec – Cedrik i Cho byli wspaniali, Davies za mocno przyciągał Fleur do siebie, Krum starał się, ale jego przysadzista sylwetka nie do końca pasowała do pełnej wdzięku Hermiony. Harry był jednym kłębkiem nerwów – do tego stopnia, że to panna Patil prowadziła, choć akurat z niej Minerwa była dumna – sterowała Potterem dość sprawnie i to nie przestając się szeroko uśmiechać.

Ku widocznej uldze Harry'ego, pierwszy taniec dobiegł końca. Zaczął się starannie wyreżyserowany spektakl.

Zgodnie z hierarchią, Albus poprosił do tańca Olympię. Minerwa wiedziała, że według tej samej hierarchii, to ona jest drugą wiedźmą na tym balu. Nie chciała jednak tańczyć z Karkarowem, więc nie była zbyt zdenerwowana, gdy pośpieszył do niej Ludo Bagman.

Tak jak mogła się spodziewać, Bagman koniecznie chciał skupić wszelką uwagę na sobie – jak na byłego gracza w quidditcha nie był najlepszym tancerzem, a okręcał ją tyle razy, że kręciło jej się w głowie. Zmusiła się jednak do niewzruszonej miny – i tak miała łatwiej niż Albus. Czubek jego czarodziejskiej tiary ledwo sięgał dyrektorce Beauxbatons do ramienia .

Formalna część balu ciągnęła się wyjątkowo długo. Minerwa zatańczyła ze wszystkimi, którzy mogliby się czuć urażeni jej odmową, a potem krążyła między stołami, wdając się w swobodne dyskusje i uprzejme pogawędki. Czasem była zmuszona użyć swojego belferskiego ostrzeżenia, widząc ilość wypitego szampana. Starała się nie spuszczać z oczu niektórych osób, ale trudno było mieć wszystko pod kontrolą. Oficjalna część wieczoru miała się ku końcowi, na scenie rozstawiały sprzęt ,,Fatalne Jędze", gdy ona opadła na puste krzesło obok Alastora, dziwnie zmęczona.

- Hogwart pokazał się z dobrej strony. – mruknął Moody i pociągnął łyk z piersiówki.

- Oczywiście. Zbyt wiele czasu zmarnowaliśmy na przygotowywanie tego balu, by okazał się niewypałem. – odpowiedziała.

- Nawet Francuzi mniej narzekają. – dodał, wskazując podbródkiem walcującą z Hagridem madame Maxime. Minerwa pokiwała głową – choć Hagrid w dużym stopniu różnił się od Olympii pod względem charakteru, wizualnie wydawali się być dla siebie stworzeni.

- A ty, dlaczego nie tańczysz, Moody? – zapytała, zauważając Poppy odprowadzającą z sali zieloną na twarzy Puchonkę.

- Ani ja ładny, ani ja zgrabny. – odpowiedział, wywracając magicznym okiem na wszystkie strony.

Minerwa pokręciła głową. Zanim jednak odpowiedziała, on dodał:

- Ale ktoś chyba jednak chce ciebie porwać na ostatni taniec.

Minerwa odwróciła się, mając dziwną nadzieję zobaczyć migoczące niebieskie oczy. O mało nie krzyknęła ze zdumienia, gdy zobaczyła przed sobą Severusa Snape'a, uprzejmie wyciągającego do niej dłoń.

- Czy mogę panią prosić, pani profesor? – zapytał.

Automatycznie kiwnęła głową, bo szok odebrał jej mowę. Pozwoliła się zaprowadzić na parkiet. W międzyczasie zdążyła zauważyć, że szaty Severusa są bardziej lśniące, choć dalej czarne jak noc, a jego włosy jakby mniej tłuste. W jego ciemnych oczach zobaczyła iskierki rozbawienia, gdy kontemplował jej zaskoczenie. Na tak zadowolonego z siebie wyglądał tylko wtedy, gdy Slytherin zadał bolesny cios Gryfonom.

- Jutro cała szkoła będzie mówić tylko o nas. – mruknęła Minerwa, widząc uczniów wytykających ich palcami, gdy Snape delikatnie położył dłoń na jej talii.

- Spokojnie, zadbałem o rozpowszechnienie plotki, że przegrałem z tobą zakład. Nie możesz jednak okazywać zdumienia. – odpowiedział, ruszając powoli. Pozwoliła mu prowadzić.

- Czego dotyczył ten zakład? – wyszeptała, gdy okręcił ją w zgrabnym piruecie.

- Tego, że Potter nie przejdzie pierwszego zadania. – odparł, a potem lekko uniósł ją w powietrze.

- A jaki jest prawdziwy powód tego, że postanowiłeś ujawnić swój taneczny talent? – zapytała bezpośrednio. Przewrócił oczami w dość teatralny sposób.

- Przecież powiedziałem ci, że odwdzięczę się za tę lekcję ze Ślizgonami. Poza tym nie mogłem pozwolić, byś ostatnie minuty balu zanudziła się z Moody'm.

- Snape, czy ty nie wypiłeś za dużo z Igorem? – Minerwa uniosła brwi, jednocześnie przed zdumioną publicznością udając triumfalną satysfakcję.

Severus nie opowiedział, jedynie dalej ją prowadził, a musiała przyznać, że nie był złym tancerzem. Dopiero po kilku przejściach odpowiedział.

- Nikt inny w tym zamku oprócz Dumbeldore'a nie zrobił dla mnie tyle co ty.

Minerwa poczuła zimny pot spływający po plecach. Poświęciła wiele uwagi by poprawić swoje relacje z Severusem przez ostatnie kilka lat, by nie czuł się w Hogwarcie odrzucony. Częściowo, robiła to dla Albusa, któremu zależało, by oprócz niego w szkole był ktoś gotów wstawić się za Severusem. W pewnym stopniu robiła to dla siebie - wciąż nie mogła sobie darować, że nie chroniła go bardziej podczas jego lat nauki w Hogwarcie, gdy był dręczony przez Huncwotów. Wreszcie, robiła to dla Hogwartu - uczniowie powinni widzieć, że opiekunowie dwóch pozornie skrajnych ideologicznie domów są zdolni do współpracy, a nawet swego rodzaju przyjaźni. Niemniej jednak, nawet w najśmielszych snach nie podejrzewałaby, że Severus nie tylko widzi jej wysiłki, ale jeszcze je docenia. Zdumiona, pozwoliła, by przyciągnął ją do siebie bliżej i rzekła:

- Nie powinniśmy… jeśli Sam- Wiesz- Kto powróci, to może jedynie postawić cię w jeszcze większym niebezpieczeństwie. On…

- Chce każdej informacji dotyczącej ciebie. Wiem o tym. Mogę jedynie się bać do czego mu ta wiedza, ale nie dostanie jej ode mnie. – przerwał jej, a jego oczy zasnuły się mgłą- Minerwa rzadko widziała ten wyraz twarzy u niego – odzwierciedlenie zarówno smutku, jak i żelaznej determinacji. Wzruszenie ścisnęło ją za gardło - owszem, Severus we wszelkich kontaktach z nią był pełen szacunku, ale nie wierzyła, że mógłby być wobec niej tak oddany, by chronić ją przed Voldemortem.

- Ale dlaczego… - znów zaczęła, ale on uciszył ją.

- Przygotuj się. Zaraz będziesz musiała zrobić scenę.

Muzyka przestała grać. Minerwa nadal była oszołomiona ogromem informacji, które jej umysł zebrał, ale nie zdołał przeanalizować, gdy Severus skłonił się i lekko ucałował jej dłoń. Naraz jednak zobaczyła jak prostując się, nauczyciel eliksirów krzywi się wyraźnie.

- No, profesorze Snape! Chyba na przyszłość dwa razy się pan zastanowi, zanim stwierdzi pan, że moim uczniom brakuje odwagi! – rzuciła z wyższością i sarkastycznym uśmieszkiem.

Snape teatralnie wzdrygnął się i szybko wycofał. Do Minerwy tymczasem podeszły Poppy i Pomona.

- Oszalałaś? – ofuknęła ją nauczycielka zielarstwa.

- Pom, on musiał ją czymś otruć… Dumbledore'a nie ma i Min już pakuje się w kłopoty. – dodała Poppy, wprawnym okiem szukając u Minerwy objawów otrucia.

- Dajcie spokój. Już dawno chciałam dać mu nauczkę. – prychnęła Minerwa. Na szczęście zaraz zaczęły grać Fatalne Jędze i dalsza rozmowa stała się niemożliwa.

- Powinnam sprawdzić co dzieje się na dziedzińcach! – krzyknęła Minerwa do koleżanek. Te jedynie rzuciły jej spojrzenia sugerujące, że nic nie zrozumiały. Wskazała dłonią na siebie i na drzwi. Pomona pokręciła głową z politowaniem i odeszła. Poppy wzruszyła ramionami, ale nie zdążyła odpowiedzieć, bo zaraz jej uwagę zaprzątnęła skręcona kostka panny Brocklehurst.

Minerwa błyskawicznie wykorzystała zamieszanie i harmider wywołany przez pojawienie się młodzieżowego zespołu, by opuścić Wielką Salę.

Przez chwilę rozważała pójście do ogrodów i skontrolowanie, czy wszystko tam w porządku. Potem jednak zrezygnowała z tego. Nie chciała budzić złych wspomnień.

Nawet nie wiedziała kiedy znalazła się w połowie wysokości Wieży Astronomicznej. Może po prostu chciała wszystko przemyśleć w spokoju. Może potrzebowała samotności i świeżego powietrza. Może chciała po prostu zapatrzeć się w gwiazdy i zapomnieć o wszystkim.

A może nie ona jedna miała tę potrzebę?

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Albus Dumbledore czuł się nieco lepiej, po tym jak chłodny wiatr przez ponad godzinę wyrzucał mu z głowy te wszystkie absurdalne pomysły, które rodził jego umysł. Teraz wreszcie czuł się lekki, jakby dopiero co dokonał oczyszczenia, ale jego moc nie zmalała. Jedynie mrugające światełka w ogrodach na dole, widoczne z góry pary spacerujące po alejkach budziły w nim jedno wielkie poczucie winy.

Dlatego ze wszystkich sił starał się patrzeć jedynie w gwiazdy.

Bo nie zatańczył z nią ani razu. Taki był z niego Gryfon.

Och, właśnie jedna z gwiazd zamrugała i zgasła. Nie spadła, po prostu zniknęła. Czy mógł zatem pomyśleć życzenie? A może to był znak, że cokolwiek by sobie zażyczył, i tak się nie spełni?

Wyczuł ją, gdy zatrzymała się na progu tarasu blankowego. Doskonale widział, że się zawahała. Na pewno rozważała wycofanie się. Nie zrobił żadnego ruchu – miała do tego prawo. Może lepiej, gdyby to zrobiła. Bo jeśli zostanie… kto zagwarantuje im, że znów nie będą się jedynie ranić?

- Wszystko w porządku?

Podeszła. Ona miała w sobie tą gryfońską odwagę. Nawet jeśli ta odwaga ujawniała się w najmniej odpowiednim dla jego planów momencie, Albus i tak ją podziwiał. Teraz zaś podejrzewał, że mimo wszystko nadal się o niego martwiła. Nawet jeśli wciąż była na niego wściekła. Przecież słyszał to w jej głosie.

- Oczywiście. – jego głos brzmiał dziwnie chrapliwie. Nadal się nie odwrócił. Miała jeszcze szansę. Powinna to zrozumieć i ją wykorzystać. Pozostawić wszystko tak jak było, dla swego własnego dobra.

- Albus. Dlaczego to robisz?

Dalej tu była, zaledwie kilka kroków za nim. W jej głosie wyczuł głównie smutek. Nie była już na niego zła. Była zasmucona. Przez niego.

- Co robię? – zapytał. Nie chciał jej odtrącać stanowczo. Nie miał do tego serca. Ale przecież nie mógł też…

Rozległ się szum. Albus mrugnął. Gdy otworzył oczy, o mało nie krzyknął. Minerwa siedziała tuż przed nim, na blance, a za plecami miała gwiazdy. Obraz ten nie mógł być bardziej sugestywny.

- Boisz się spojrzeć mi w oczy. – odpowiedziała szczerze.

Westchnął. I zaraz tego pożałował, bo wiatr wiał w jego kierunku. Wnet owionął go jej subtelny, konwaliowy zapach. I te oczy… widział w nich troskę, niepokój. Wiedział, że teraz już nie będzie w stanie się wycofać.

- Nie czuję się godzien, by móc się w nich przeglądać. – wyszeptał.

Jej źrenice się rozszerzyły. Nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Nie potrafił jednak powiedzieć, co mogła sobie pomyśleć. Przekręciła się na kamieniu- teraz jej długie nogi wisiały ponad wycięciem blanki, siedziała bokiem do niego. Szlachetny profil odwróciła do gwiazd.

Przez pięć minut po prostu obserwował ją w ciszy. Jedynym dźwiękiem był miękki szelest – Minerwa podświadomie gniotła w rękach swoją tiarę czarownicy, odrywając listki z okropnego wieńca ostrokrzewu, okręconego wokół ronda.

Albus bezszelestnie zniwelował dzielący ich dystans. Zanim wróciła mu jasność umysłu, delikatnie otoczył rękoma jej talię i przytulił twarz do jej ramienia. Nie odepchnęła go. Słyszał mocne uderzenia jej serca. Jego własne biło dwa razy szybciej. Wdychał jej zapach, już przyćmiewający jego zdolność jasnego myślenia. Chłonął jej ciepło, pragnąc, by ten moment trwał jak najdłużej.

- Zatańcz ze mną. – wyszeptała. Zerknął w górę. Patrzyła mu prosto w oczy. Była zdecydowana, widział to.

Odsunął się. Zeskoczyła z blanki, wpadając prosto w jego ramiona.

Zaczęli tańczyć.

Wirowali w ciemnościach najwyższej wieży Hogwartu, jedynie w świetle tysięcy gwiazd. Każde doskonale znało rytm, melodię. Ich kroki były idealnie zgrane. Ich ciała dopasowane – obracał ją i wypuszczał na odległość wyciągniętych rąk – stykali się jedynie palcami- ale ona zawsze wracała, by przywrzeć do niego. Unosił ją bez wysiłku- była lekka jak piórko i pełna unikatowego wdzięku. Żadne z nich nie czuło zmęczenia – tańczyli i tańczyli , jakby taniec jedynie dodawał im energii.

Pozwoliła by jej włosy powiewały wokół twarzy. Jej policzki były zarumienione, zmarszczki wygładzone. Szmaragdowe oczy błyszczały. Usta, lekko rozchylone, kusiły.

Gdyby tylko nie było za późno…

Gdyby to nie było tak bardzo niewłaściwe.

Albus zatrzymał się. I choć jakaś część jego nienawidziła siebie za to, wypuścił ją z ramion. Spodziewał się zobaczyć urazę i smutek w jej oczach, ale widział w nich zrozumienie.

- Nie powinienem był cię tak traktować. Twoja reakcja na udział Harry'ego w turnieju była słuszna i naturalna. – przyznał. Nie odpowiedziała. Przecież zazwyczaj miała rację.

- Wybaczysz mi to? – spytał z nadzieją. Jej oczy rozbłysły wesoło, gdy odpowiedziała:

- Ma pan szczęście, że mam słabość do pańskich umiejętności tanecznych, dyrektorze.

Albus miał wrażenie, że ogromny ciężar spada mu z serca. Jeszcze godzinę temu wszystko było takie skomplikowane, takie beznadziejne – turniej, zbierające się siły ciemności, ich relacje. Wystarczył jednak ułamek jej przebaczenia, by odzyskał wiarę.

- Dobrej nocy. – Minerwa lekko musnęła dłonią jego ramię, a potem wyminęła go. Tak miało być – nie mógł za nią pobiec, nie mógł liczyć na nic więcej bez zdradzenia, jak bardzo jest dla niego cenna. Nie mógł ryzykować ich wieloletniej przyjaźni, szczególnie teraz, gdy wszystko zdawało się balansować na krawędzi katastrofy.

- Dziękuję! – krzyknął za nią, ale nie słyszał już jej kroków.

Przez moment stał nieruchomo. Przez jedną krótką chwilę miał wrażenie, że to wszystko było tylko snem, że tak naprawdę nadal są ze sobą skłóceni, że każde z nich ukrywa swój żal pod maską chłodnego profesjonalizmu.

A potem rozejrzał się i zobaczył porzucony na ziemi kapelusz czarownicy z okropnym wieńcem ostrokrzewu wokół ronda.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa McGonagall z dezaprobatą krążyła po niewielkiej jaskini, bacznie obserwowana przez potężnego hipogryfa.

Pod jedną z wilgotnych ścian Syriusz Black gwałtownie pożerał ogromny udziec, a tłuszcz spływał mu po nieogolonej brodzie.

- To nierozsądne, przybywać tu akurat teraz. – rzuciła w stronę byłego ucznia. Była częściowo zła na siebie, że nie wyczuła go, odwiedzając Hogsmeade – owszem, wydawało jej się, że gdzieś w pobliżu jest animag, ale nie sądziła, że to Black.

- Martwię się o Harry'ego. – odparł mężczyzna z pełnymi ustami.

- Jak my wszyscy. – natychmiast odparowała.

Po balu wiele rzeczy się zmieniło.

Ona i Albus znów byli idealnie zgranym dyrektorskim duetem – choć każde z nich odpowiadało za co innego, uzupełniali się – ona nieustannie miała na oku Harry'ego, on szukał niebezpieczeństw poza Hogwartem. Albus jakby bardziej starał się zrozumieć jej przywiązanie do syna Potterów, już nie krytykował jej za przesadne zamartwianie się jego losem.

Zaraz po balu mieli ogrom pracy – najpierw musieli uporać się ze sprawą Hagrida i okropnego artykułu tej paskudy Skeeter. I choć Albus wziął na siebie poważną rozmowę z załamanym półolbrzymem, to na Minerwę spadło odpowiadanie na dziesiątki listów od zaniepokojonych rodziców.

Te listy nie były dla niej zaskoczeniem. Doskonale pamiętała złość swojej matki, gdy ta dowiedziała się, że razem z Minerwą w Gryffindorze uczy się półolbrzym i gburowaty syn szkockich aurorów. I niby minęło tyle lat. Ona, Hagrid i Moody znów byli razem z Hogwarcie. Lecz z ich trójki tylko jej udało się zrzucić brzemię inności i wpasować się w społeczność. Pochodzenie Hagrida nadal było dla niego przyczyną problemów, a Moody uważany był za znerwicowanego i szalonego.

- Wyniosę się stąd, gdy tylko ten turniej się skończy. – głos Syriusza wyrwał ją z rozmyślań. Przyjęła jego słowa do wiadomości – przekonywanie go do wyjazdu ze Szkocji nie miało sensu, był zbyt uparty. Żałowała, że nie może zaprosić go do rezydencji, ale Albus się temu sprzeciwiał. Nie podał powodu, ale Minerwa podejrzewała, że albo ma co do jej rodzinnego gniazda jakieś dalekosiężne plany, albo to wszystko jest częścią jakiejś irracjonalnej potrzeby chronienia jej.

- Już bliżej do końca niż dalej. – odpowiedziała, nie zatrzymując się.

To była prawda. Harry'emu udało się pomyślnie przejść drugie zadanie. Co prawda Minerwa była jednym wielkim kłębkiem nerwów wtedy – zgodnie z tym, co obstawiał Moody, Gryfon użył skrzeloziela, dlatego mogła oczekiwać, że pierwszy dotrze do uśpionych na dnie jeziora. I tak w istocie było, jednak Minerwa nie wzięła poprawki na szlachetność Harry'ego, który był zdeterminowany by uratować wszystkich. Na szczęście Albus przekonał resztę sędziów, że to zachowanie godne podziwu i Potter nie stracił punktów.

Minerwa była dodatkowo dumna, słysząc jak Albus wyjaśnia Bagmanowi, że ,,takie szlachetne serce jest typowe dla Gryfonów, bo profesor McGonagall wyjątkowo dba o wypracowanie w swoich uczniach wysokich standardów moralnych". Jeszcze lepiej poczuła się, gdy do rozmowy wtrąciła się Olympia, by opowiedzieć, jak Minerwa sama rzuciła się na przeważające siły wroga by pomóc w ewakuacji Beauxbatons w czasie wojny z Grindelwaldem. Minerwie nie podobało się jedynie chłodne spojrzenie, jakie posłał jej w tamtym momencie Karkarow. Zignorowała go jednak.

Teraz, gdy drugie zadanie zdążyło już przejść do historii, ilość pracy związana z turniejem nie zmalała. Minerwa doglądała wzrastającego labiryntu i pomagała w przygotowywaniu różnych zadań, które miały czekać na reprezentantów w zielonym gąszczu. Dlatego gdy Syriusz napisał o tym, że jest w Hogsemade i byłby wdzięczny za zorganizowanie środków do życia, początkowo czuła się przytłoczona, ale zaraz potem zabrała się do gromadzenia jedzenia.

- Lunatyk odzywał się do ciebie? – spytał Syriusz, skubiąc teraz ogromny bochenek chleba.

- Lupin? Nie, ale chyba wyjechał za granicę, inaczej pewnie byłby zainteresowany turniejem. – Minerwa zmarszczyła czoło – powinna napisać do Remusa, sprawdzić, czy wszystko u niego w porządku.

- Może on widziałby w tym coś więcej? Mnie się wydaje, że najbardziej podejrzany jest Karkarow i Crouch… ale miałem z nimi mało do czynienia… - mówił Syriusz. Minerwa syknęła, gdy z jej palców uciekły iskry.

- O co chodzi? – niestety Black to zauważył.

- To ja złapałam Croucha Juniora, po tym jak z Lestrange'ami torturował Longbottomów do utraty zmysłów. – wyznała Minerwa. Syriusz otworzył szeroko oczy.

- Wiedziałem, że miałaś coś wspólnego z zamknięciem Belli, bo jej cela była niedaleko mojej. Czasem słyszałem jak cię wyzywała. Ale że Crouch też był zamieszany w sprawę Longbottomów… - mag pokręcił głową z niedowierzaniem.

Minerwa nie odpowiedziała, zajęta wyobrażaniem sobie wykrzywionej wściekłością twarzy Bellatriks Lestrange, wrzeszczącej groźby pod jej adresem.

- Dobrze, że sczeznął w Azkabanie. – rzekł twardo Syriusz, nawiązując do młodego Croucha.

Jeszcze przez dobre dwie godziny rozmawiali, a Minerwa zaczynała cieszyć się, że jednak Syriusz był pod ręką, a nie gdzieś na końcu świata. Jej uwadze nie umknęło, że nie tylko ona była dostarczycielką jedzenia z zamku, ale nie zapytała o to Syriusza. Jakaś część jej cieszyła się i uważała za naturalne, że Harry szukał kontaktu z odzyskanym ojcem chrzestnym. Oczywiście zaraz uaktywniała się ta część, która zarzucała jej, że ona nie może się ujawnić w roli matki chrzestnej, a Syriusz nadal jest uważany za groźnego przestępcę. Rozsądek Minerwy uciszał jednak ten nieracjonalny żal.

Oprócz tego, że Syriusz był ojcem chrzestnym Harry'ego, był jej byłym uczniem, jednym z jej ulubionych Huncwotów. Dobrze było znów z nim rozmawiać, nawet jeśli każde z nich zasadniczo się zmieniło.

Dlatego właśnie Minerwa z ciężkim sercem zostawiała Blacka, dodatkowo wiedząc, jak samotny musi czuć się – tak blisko ciepłego i przyjaznego Hogwartu, ale jednak bez możliwości udania się tam, ba, nawet porozmawiania z kimkolwiek. Jego żal był aż nadto widoczny, gdy odprowadzał ją, obydwoje w animagicznych formach.

Pożegnał ją szczeknięciem na obrzeżach Hogsemade. Minerwa nie zmieniła się – nie miała nic do załatwienia w wiosce, chciała od razu wrócić do Hogwartu. Idąc wolno wąską ulicą, nie odwracała się, choć mogłaby się założyć, że wielki czarny pies nadal siedzi przy krawężniku i odprowadza ją spojrzeniem szarych oczu.

Szła niespiesznym krokiem. Minęła pogrążone w swoich sprawach Hogsmeade, a nikt nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. Minerwa wielokrotnie się dziwiła, jak nieostrożni bywali czarodzieje. Ona wyczuwała animagów, nawet jeśli jej zdolności z wiekiem nieco słabły. Inni jednak nie mogli wiedzieć, czy kryjący się na śmietniku szczur nie jest sługą Tego- Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać…

Była już przy bramie i to ona wyzwoliła w niej te wspomnienia. Prawie rok temu tutaj Pettigrew wymknął się z jej łap. Nadal była wściekła na siebie, że pozwoliła mu uciec. Nie miała wątpliwości, że musiał odnaleźć swojego pana – zbyt wiele subtelnych oznak dowodziło, że Tom powoli zaczyna bawić się sznurkami ludzkich losów – incydent na mistrzostwach świata, udział Harry'ego w turnieju, a nawet bagatelizowane przez wszystkich zniknięcie Berty Jonkins.

Minerwa oczywiście uczyła wiecznie roztargnioną Bertę – była to dziewczyna, która nie zwracała na siebie uwagi, mało bystra i jeszcze mniej utalentowana. A jednak… jej zniknięcie niepokoiło Albusa bardziej, niż byłby skłonny to przyznać. Minerwa martwiła się razem z nim – w końcu Berta pracowała w ministerstwie – kto wie, jakie miała informacje?

Żwir chrzęszczał pod jej łapami. Zbyt głośno.

- Drętwota! – ochrypły głos dobiegł z prawej.

Tylko zwierzęcy instynkt uratował Minerwę przed potężnym zaklęciem, którego czerwony promień trafił dokładnie w to miejsce, w którym była sekundę wcześniej.

Nie marnując więcej czasu, zmieniła się i wyciągnęła różdżkę w obronnym geście. Już miała odpowiedzieć urokiem, gdy z krzewów rosnących na skraju Zakazanego Lasu wypadł …

- Moody! – wrzasnęła.

- Pani profesor! – auror stanął jak wryty, nie spuszczając jednak wzroku z czubka jej różdżki.

Minerwa zawahała się. Alastor nigdy nie używał jej belferskiego tytułu. W ramach żartów mówili sobie po nazwiskach – jej imienia używał jedynie w wyjątkowych sytuacjach. Ale nigdy nie była dla niego ,, panią profesor". W końcu nie uczyła go, na żadnym z etapów.

- Co to ma znaczyć? – warknęła, wskazując na niewielki krater w żwirowej ścieżce.

- Podobno Crouch oszalał i grasuje po lesie. Potter go widział, a jak pobiegł po dyrektora, oszołomiono Kruma. Dumbledore kazał mi szukać Croucha. – wyjaśnił Moody.

- CO? A Potterowi nic się nie stało? – Minerwie ciężko było zrozumieć cokolwiek ze słów Alastora.

- Nie. Idź do zamku, Dumbledore pewnie zamartwia się o ciebie. – rzucił oschle Moody.

Zupełnie jakby zapomniał, kim była.

- Umiem o siebie zadbać. Nawet jeśli atakuje mnie wariat, nie umiejący odróżnić wroga od przyjaciela. – syknęła, odwracając się zamaszyście w stronę zamku.

Moody nie odpowiedział na zaczepkę. Zmierzając do wrót Hogwartu, Minerwa zastanawiała się, jak to możliwe, że jej przyjaciel tak się zmienił.

Oczywiście natychmiast skierowała się do gabinetu Albusa. Nie siliła się na podawanie hasła – gargulec sam usłużnie odskoczył na bok na jej widok. Jak gradowa chmura wpadła do okrągłego dyrektorskiego gabinetu.

- Albus! – krzyknęła. Usłyszała kroki. Dumbledore nadbiegł, wychylił się przez balustradę nad swoim biurkiem, zobaczył ją i odetchnął z ulgą.

- Już miałem wybrać się na poszukiwania. – rzekł, zbiegając ze schodów.

- Odwiedzałam Łapę. O co chodzi z Crouchem? – spytała, zdejmując płaszcz.

Albus pospiesznie streścił jej wszystko co powiedział mu Harry i co odkryli po dotarciu na miejsce.

- Karkarow cię oskarżył!? – Minerwa z trudem stłumiła przekleństwo.

- Boi się. Znak na jego ręce robi się wyraźniejszy. – odpowiedział Albus.

- I co teraz? Jeśli Moody nie znajdzie Croucha… - Minerwa nerwowym krokiem zaczęła krążyć po gabinecie. Albus przyglądał się jej zza połówek swoich okularów, marszcząc czoło.

- Myślę… z tego co mówił Harry, wynika, że Crouch musiał być poddawany długotrwałemu Imperiusowi. – rzekł wreszcie dyrektor. Minerwa posłała mu ostre spojrzenie:

- Barty?! Ale chyba nie kiedy był tutaj… - czuła jak głos jej drży.

- To całkiem prawdopodobne. Barty jednak jest silny, musiał zacząć się buntować, dlatego nie pokazywał się ostatnio. A teraz, zapewne udało mu się uciec, lecz jeśli wróg jest w Hogwarcie, to nie jest tu bezpieczny. – Albus splótł palce.

- Ale kto? Kto stoi za tym wszystkim? To nie może być tylko Pettigrew. Jeśli zatem to nie Karkarow… - Minerwa gorączkowo myślała, ale nikt już nie przychodził jej do głowy.

- To może być ktoś, kogo zupełnie nie podejrzewamy. Może też być pod wpływem Imperiusa, albo może być animagiem… trzeba być nieustannie czujnym. – Albus zerknął na okno.

- Ktokolwiek to jest, osiągnął już bardzo wiele. – przyznała Minerwa. Albus podszedł do niej i uspokajającym gestem położył dłoń na ramieniu.

- O tak, ale jednego nigdy nie zmieni - tak długo, jak ufamy sobie nawzajem, nie można jeszcze mówić o terrorze. – rzekł czarodziej. Jego palce ścisnęły lekko jej ramię. Sięgnęła do nich dłonią, zanim zdążył je zabrać. Nie chciała, by odsuwał się od niej. Przecież czuła się bezpiecznie tylko kiedy on był blisko. Stał za nią, nie widziała jego twarzy, ale wyczuła jak jego aura rozlewa się, otaczając jej własną, oblekając ją w cudowny, magiczny kokon bezpieczeństwa.

Minerwa pozwoliła, by jego aura, jego obecność i pewne słowa uspokoiły ją trochę. Na razie nie mogli nic zrobić, poza przedsięwzięciem wszelkich środków ostrożności. Wciąż czekało ich trzecie zadanie.

oooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo

Moi kochani Czytelnicy!

Jak Wasze odczucia względem balu? Nie wiem na ile wysokie były Wasze oczekiwania, ale mam nadzieję, że ten rozdział się Wam podobał. Kolejny będzie już dotyczył wydarzeń kończących Czarę Ognia, zatem powoli zbliżamy się do mojej ulubionej części - Zakonu Feniksa.

Moje serdeczne podziękowania dla Wszystkich, którzy komentują tą historię!

Kitiaa, greenispretty, SchaMG, Minerwa, Lirthea- jesteście absolutnie niesamowici, uwielbiam czytać Wasze komentarze, dla mnie niezmiennie fascynujące i motywujące jest to, jak odmiennie widzicie czasem tą historię albo odwrotnie, jak trafne są Wasze przypuszczenia.

Chciałabym też powitać tych, którzy dopiero odkryli tą serię - Elena, diople33, Zcapap - bardzo się cieszę, że znaleźliście tyle czasu i wytrwałości by przebrnąć przez te wszystkie rozdziały i jestem ogromnie wdzięczna, że pozostawiliście tak miłe komentarze. Zapewniam, że nie mam zamiaru porzucać tej historii - nie kiedy coraz więcej osób zdaje się czekać na kolejne rozdziały ;D

Pozdrawiam, ściskam i czekam na wasze reviews!

Wasza Emeraldina