Rozdział XXX: Bądź gotowy
Z mocnym postanowieniem, by rozpocząć przygotowania, przedstawiłem swoją prośbę przyjaciołom już podczas śniadania w Wielkiej Sali.
Ron i Hermiona zgodzili się bez wahania, a Dumbledore wspaniałomyślnie przyznał mi tego samego dnia swobodny dostęp do swojego gabinetu i myślodsiewni. Potrzebowałem przygotować się do wojny z Voldemortem, a do tego musiałem ponownie zobaczyć sytuacje, w których używałem swojej mocy.
Wspomnienia były tylko obrazami, jednak i tak przebijało się przez nie nieco mojego widzenia. A ku mojemu przerażeniu, sytuacji, w których używałem swojej mocy, według Rona i Hermiony, było przeraźliwie dużo.
Bardzo sumiennie podeszli do swojego zadania, a Dumbledore skrupulatnie zbierał dziesiątki wspomnień do fiolek, tak, bym mógł je spokojnie przejrzeć. Rozdzieliliśmy je na te z perspektywy Rona, jak i z perspektywy Hermiony; także Dumbledore przyłączył się do całej góry wspomnień, dodając coś od siebie. Hermiona mogła sobie przypomnieć o wiele więcej momentów, w których korzystałem ze swojej mocy, niż pozostali. Jednak gdy dostarczyła mi czterdzieści fiolek, stwierdziłem, że tyle wystarczy.
Ron zapytał się mnie, dlaczego nie ma tu Snape'a, ale uniknąłem odpowiedzi na to pytanie, dostrzegając, że Dumbledore wyraźnie posmutniał. Pewnie domyślił się, że dowiedziałem się, co się stało Severusowi i dlatego koniecznie teraz, w środku egzaminów, potrzebuję rozpocząć pracę i nie może to poczekać ani dnia dłużej.
Mimo że wcześniej Hermiona planowała robić powtórki z Numerologii, to i tak siedziała razem ze mną w gabinecie dyrektora, cierpliwie pozwalając, by Dumbledore raz po raz przykładał różdżkę do jej skroni, by wyciągnąć kolejne wspomnienie.
Czułem, że muszę się spieszyć i pozostały mi ledwo godziny, które uciekały z każdym moim oddechem. Musiałem uratować Severusa!
Wiele ze wspomnień, jakie mi podarowali, pamiętałem zupełnie inaczej, dlatego co chwilę mrugałem zaskoczony.
Tak było na przykład podczas zdarzenia sprzed trzech lat. Hermiona siedziała wtedy pod jednym z drzew i czytała książkę do transmutacji, co chwilę jednak zerkając w moim kierunku, wyraźnie zaniepokojona. Ja natomiast stałem przy jeziorze, zachowując się nadzwyczaj dziwnie. We wspomnieniu uniosłem dłonie w stronę nieba i trwałem tak długie minuty, jakbym robił jakiś magiczny, dawno zapomniany rytuał, polegający na czczeniu promieni słonecznych.
Miałem wtedy jeszcze twarz Harry'ego Pottera i patrzyłem się intensywnie wprost w słońce, tak jakby nie przeszkadzało mi to, że światło drażni moje oczy. W jej wspomnieniach dostrzegałem ledwo echa magii koloru, z którą nic nie robiłem, jedynie stałem w bezruchu, podczas gdy Hermiona zdążyła przeczytać prawie cały jeden rozdział książki.
Gdy dziewczyna zrozumiała, że nie ruszam się już od dłuższego czasu, zawołała mnie kilka razy; nie reagowałem, więc oblała mnie wodą z jeziora, bym wybudził się ze swojego stanu.
To pamiętałem. Tylko dla mnie wydawało się trwać chwilę. Tak jakbym na moment stanął w słońcu, poświęcając ledwie zerknięcie na otaczający mnie świat, a przyjaciółka od razu oblała mnie wodą, co wtedy wziąłem za istną złośliwość z jej strony.
Najbardziej zaskoczył mnie powrót do czwartej klasy, gdy zostałem wybrany przez Czarę Ognia. Sytuacja odgrywała się w wypełnionym gryfonami pokoju wspólnym, zaraz po tym, jak ogłoszono uczestników turnieju. Ron rozmawiał z obgryzającą paznokcie Hermioną, mówiąc, że to niemożliwe, bym wrzucił swoje imię do Czary. Wspominali nawet, że to na pewno Voldemort za tym stoi. Gryfonka była wyraźnie zmartwiona i wręcz z płaczem pytała się Rona, jak mają mi, u diabła, pomóc, skoro zadania trzeba będzie wykonywać samodzielnie. Właśnie wtedy wszedłem do pomieszczenia, wyraźnie wzburzony i przerażony z powodu tego, co się stało. Teraz, patrząc na tę sytuację z innej perspektywy, musiałem przyznać, że coś się zmieniło na twarzach wszystkich gryfonów, znajdujących się w pomieszczeniu.
Gdy wyszedłem z myślodsiewni, zapytałem się o to moich przyjaciół, a oni mi wyjaśnili, że nieświadomie wpłynąłem na ich uczucia w tamtym momencie. W czwartej klasie było jeszcze wiele takich sytuacji; zobaczyłem wspomnienie prywatnej rozmowy między Ronem i Hermioną, z końca tamtego roku, na temat tego, że narzucam im swoje uczucia, gdy jestem z jakiegoś powodu zdenerwowany.
Ustalili wtedy, że następnym razem, zanim zareagują na jakieś zdarzenie bezpośrednio mnie dotyczące, najpierw poczekają, aż się uspokoję.
To tłumaczyło, dlaczego od tamtego momentu przestawali reagować na moje złe humory i zawsze czekali, aż ochłonę.
Przepraszałem ich za to przez następne kilka minut, mówiąc, że jestem koszmarnym przyjacielem i że jakoś im to kiedyś wynagrodzę.
Momentów, w których Ron przyłapywał mnie na staniu bądź siedzeniu z nieobecnym wzrokiem, było mnóstwo. Kilka razy zdarzyło się też, że Ron widział, jak siadam na swoim łóżku, patrząc w stronę okna, a gdy wstawał następnego dnia rano, ja wciąż siedzę w tej samej pozycji, jakbym nie spał całą noc, po prostu gapiąc się w okno.
Wydarzenia z późniejszych wspomnień miały miejsce, gdy miałem już swoje własne ciało. To, jak siedzę przed kominkiem w formie lamii; przybliżałem wtedy i oddalałem dłonie od ognia, sprawiając, że płomienie przygasały bądź się wzmacniały.
Zobaczyłem też dzień, w którym odnawiałem osłony Hogwartu. Z perspektywy moich przyjaciół można było wywnioskować, że wyglądało to o wiele bardziej magicznie i niezwykle, niż do tej pory myślałem.
Musiałem zrozumieć swoją magię. Musiałem odkryć, jak jej używać. To była moja jedyna szansa na pokonanie Voldemorta.
Gdybym tylko zrozumiał, jak się nią posługiwać!
Postanowiłem, że uratuję Severusa i byłem pewien, że będę w stanie to zrobić.
Wszystko będzie lepsze, niżeli jego ponowne okaleczenie. Nie pozwolę na to Voldemortowi! Skoro udało mi się uleczyć panią Figg i wyciągnąć magię z Remusa, to wyciągnę i magię z tego ohydnego Mrocznego Znaku. Może i z wilkołakiem nie poszło w pełni tak, jakbym tego chciał, ale teraz byłem mądrzejszy, a alternatywa była o wiele gorsza. Nie mogłem stracić ukochanego. Byłem pewien, że jeżeli uda się na kolejne spotkanie, nigdy więcej już go nie zobaczę.
Dotarło do mnie, że istnieje tylko jeden sposób na zrobienie tego. Jak tylko Severus zostanie ponownie wezwany, przetnę linę, która łączy go z czarnoksiężnikiem i połączę ją ze samym sobą.
Wtedy będę mógł lepiej kontrolować sytuację. Z całą pewnością, jeżeli coś pójdzie nie tak, to od razu będę mógł to naprawić. Nie powtórzę tego samego błędu, jak w przypadku Lupina, kiedy zniszczyłem jego połączenie i rozerwałem część jego magii. Ale jeżeli przeniosę to połączenie, jakie Severus ma z Voldemortem, na siebie, wszystko powinno być dobrze.
Severus nie może dostać się w pobliże tego potwora. Nigdy więcej! Nie pozwolę na to.
Ja mogłem iść do Voldemorta!
Skoro chciał, przyjdę.
I niech lepiej będzie na mnie gotowy. Zrobię wszystko, by ochronić osobę, na której mi zależy!
Musiałem w końcu dowiedzieć się, kim jestem, jaki mam związek z Czarnym Panem i dlaczego to wszystko spotkało właśnie mnie! Gorąco zaklinałem się w duchu, że tym razem się nie cofnę. Nie będę zmuszony do stawienia się, a sam wyjdę naprzeciw. Ten koszmar musiał się skończyć. A jeśli tylko dostanę ku temu możliwość, rozszarpię magię czarnoksiężnika na strzępy.
XXXxxx
Od następnego poranka, nie dając nic po sobie poznać, każdego dnia jadłem z Severusem śniadanie i całowałem go tuż przed tym, nim rozdzielaliśmy się, idąc w swoje kierunki. Popołudniami pracowałem wytrwale w Pokoju Życzeń nad opanowaniem swoich zdolności poprzez ćwiczenia na magicznych przedmiotach i runach. Wystarczył jeden wieczór, bym zrozumiał, że potrafiłem pozbawić magii nawet kilka magicznych przyrządów na raz. Wystarczyło, bym pochwycił magię, jaką emanowały urządzenia magiczne, i pociągnął, przerywając łączenia. To dało mi do zrozumienia, że w podobny sposób mógłbym pozbawić magii także i człowieka. Jeżeli nie na stałe, to przynajmniej na jakiś czas.
Później zacząłem eksperymentować.
Sprawdzałem, czy jak w magicznym, samonagrzewającym się czajniku, umieszczę ryczący przeraźliwie budzik, który dostałem od Rona na święta, to będę w stanie pozbawić magii tylko ten przedmiot, który znajdował się w środku, bez naruszania zaklęć na zewnętrznej stronie czajnika. Udało mi się już za pierwszym razem.
Później umieściłem kilka przyrządów w osłonie z kręgu runicznego i starałem się zmanipulować kolory w ten sposób, by otrzymać kilka różnych efektów.
Sprawdzałem, czy potrafię swoją zdolność zablokować, czy potrawę nią przechodzić przez osłony z run. I co się stanie, gdy postaram się spleść magię magicznego przedmiotu z osłonami.
Z tych eksperymentów dowiedziałem się jednego, czego nigdy wcześniej nie byłem świadomy.
Ze wspomnień wigilijnych wiedziałem, że mimo iż stałem w jednym miejscu, potrafiłem złapać magię wielu osób, znajdujących się dookoła. Wcześniej wydawało mi się, że jeżeli kogoś nie dotknę bądź nie będę wystarczająco blisko danej osoby, nie będę w stanie ingerować w jego magię.
Strzępy kolorów wyglądały dla mnie niczym mgła, wata cukrowa, unosząca się cieniutkim jak wstążki pasmem na wietrze. Im dłużej jedna osoba znajdowała się w danym miejscu, tym więcej tych wici unosiło się pobliżu źródła i od niej rozprzestrzeniało. Niczym dym, który unosił się z każdego ciała i przedmiotu, jaki widziałem.
Byłem pewien, że o ile ktoś nie będzie stał w miejscu wystarczająco długo, ja nie będę w stanie pochwycić jego magii, bo ta nie będzie znajdowała się w zasięgu moich dłoni. Dzięki ponownemu obejrzeniu w myślodsiewni tego, co stało się na wigilii, zrozumiałem, że jednak powinienem dać sobie z tym radę.
Potrzebowałem kilka prób. Ale potrafiłem przywołać do siebie magię.
Choć moje próby, by to zrobić, musiały wyglądać niezwykle głupio z perspektywy osoby trzeciej. Bowiem stałem jak ten idiota i to machałem dłońmi, jakbym pływał, to starałem się pochwycić magię na niewidoczne lasso albo wciągałem głośne oddechy, jakbym chciał ją z daleka wessać do płuc.
Ćwiczyłem to wytrwale i dopiero po egzaminach praktycznych z magicznych run udało mi się w końcu to ogarnąć.
Po prostu musiałem skusić kolory magii swoją własną mocą.
To była zdolność, którą poznałem już jako dziecko. Potrafiłem zmusić własną magię, by ta wydostała się z mojego ciała dalej, niż sięgam wzrokiem. Ot, taki kolorowy pokaz, którego niestety nikt, poza mną samym, nie potrafił zobaczyć. Jednak teraz okazało się, że niczym mackami jakiejś niewidocznej ośmiornicy, mogłem przedostać się swoją siłą przez nawet kilkanaście metrów i przyciągnąć do siebie magię przedmiotów czy osób, które wybrałem.
Najwyraźniej podczas świąt zrobiłem właśnie coś w tym stylu.
To dało mi dużą przewagę. Teraz nie musiałem już nikogo dotykać, by wpłynąć na tę osobę.
Będąc świadomy tego, że Severus mógł być wezwany w każdym momencie, uważnie obserwowałem najmniejszy strzęp koloru, unoszący się dokoła Hogwartu, chcąc odkryć, czy Voldemort nie zaczął działać. Moim zadaniem było go pilnować, a aby tego dokonać, koniecznie musiałem opanować swoją nietypową zdolność.
- Wszystko okej, Dan?
Hernest popatrzył na mnie znad swojej karty z odpowiedziami. Byliśmy już po pierwszym egzaminie z Historii Magii i wszyscy z naszego rocznika Gryffindoru dyskutowali właśnie nad odpowiedziami, jakich udzielili. Ginny, stojąca obok, popatrzyła na mnie uważniej.
- Tak. Wszystko dobrze. Po prostu mam wiele do przemyślenia – zapewniłem spokojnie, składając kartę z pytaniami.
- Nie masz powodów do zmartwień. Przecież jesteś jednym z najlepszych uczniów na roku. – Ginny uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie. Odkąd Złote Trio naprawiło swoje relacje i ona przestała być tak drażliwa jak wcześniej. Znowu była dziewczyną, którą znałem. – Choć nie rozumiem, jakim cudem, zważywszy na ten ogrom nieobecności, jaki miałeś –dodała i zmarszczyła brwi. – Chyba nie czujesz się znowu źle? Co? To byłaby katastrofa, gdybyś znowu wylądował w skrzydle szpitalnym w połowie egzaminów. Mamy jeszcze sporo do napisania i byłoby ci trudno to powtórzyć!
Uśmiechnąłem się do niej ciepło.
- Dziękuję, ale to nie o to chodzi. Czuję się dobrze. Po prostu stresuję się dalszymi testami – zapewniłem spokojnie.
- To dobrze. – John klepnął mnie w ramię potężnym ciosem tak mocno, że się zachwiałem i zmarszczyłem gniewnie brwi.
- Co? Sprawdzałem tylko, czy naprawdę jesteś na siłach! – Wyszczerzył zęby. –Utrzymałeś się na nogach, więc jest okej!
Wywróciłem oczami, a Ginny pokręciła głową.
Szliśmy wspólnie do Wielkiej Sali na lunch, gdy właśnie syczący coś wściekle pod nosem Filch wypadł z klasy Obrony Przed Czarną Magią.
Penaus stanął w progu, groźnie marszcząc brwi.
- Na Merlina! Przecież mówiłem, żebyś w końcu dał mi spokój! Ty i ta wciąż śledząca mnie kotka! Nie jestem uczniem! – wrzasnął nauczyciel.
- Coś jest z tobą nie tak! - warknął Filch, obracając się w stronę nauczyciela. –Ja to wiem! Ja to udowodnię! A obaj wiemy, że nie będziesz się zawsze pilnował!
Penaus wykrzywił wargi.
Odkąd Severus i Dumbledore wykluczyli go jako szpiega, dali mu spokój. Jednak zgadzałem się z Filchem w stu procentach. Coś było z tym nauczycielem nie tak.
- Magiczni złodzieje zostaną wymazani! – Usłyszałem i przez chwilę wydawało mi się, że coś jest nie tak z tym wysokim głosem.
- Ostrzegam cię! Jestem tutaj nauczycielem, a od samego początku traktuje się mnie jak jakiegoś wroga! Dyrektorowi mogłem wybaczyć jego podejrzliwość, ale ty już przechodzisz sam siebie! Wkradać się do moich komnat! Przeszukiwać moje rzeczy?!
- Ale akcja – szepnęła Giny, podekscytowana ciekawą kłótnią. Dorośli ignorowali uczniów, za bardzo skupieni na sobie.
- Czy Filchowi odbiło? - zapytał cicho John. – Grzebać w cudzych rzeczach? Czegoś takiego jeszcze w Hogwarcie nie było.
Filch splunął na ziemię, sprawiając, że niektórzy się skrzywili, i wskazał brudnym paluchem Penausa.
- Nie będziesz się zawsze pilnował! Choć raz! Tylko raz! A ja już wszystko będę wiedział! Nie myśl sobie, że stracę swoją szansę! – wykrzyknął z pasją w głosie.
Dziwnie ta rozmowa brzmiała.
- Tylko prawdziwi panowie będą rządzić! Magiczni złodzieje zostaną ukarani –wysyczał ktoś, kogo nie mogłem zobaczyć zza pleców Filcha. Wyglądało na to, że te słowa moją coś wspólnego z kłótnią, skoro nikt nie skomentował tej dziwnej wypowiedzi.
Zmarszczyłem brwi, obserwując, jak Filch obraca się gwałtownie i, przeciskając się przez grupę osób, w której stałem, odchodzi korytarzem. Miał przerażająco zaciętą minę.
- Nie zbliżaj się więcej! - wrzasnął nauczyciel Obrony, obracając się w stronę klasy.
- O jakich magicznych złodziejach oni mówili? - zapytałem Ginny, marszcząc brwi. Może było to coś związanego z Historią Magii albo czymś, co było napisane w gazecie. Nie czytałem ostatnio Proroka, a Ginny była lepsza z Historii.
- Jacy magiczni złodzieje? - zdziwiła się dziewczyna.
- Jak myślicie, czego Filch szukał u Penausa? – dociekał Hernest w tym samym momencie.
- Mam nadzieję, że nie bielizny. – Zaśmiał się John. - To by było dopiero coś. Filch podkradający bieliznę facetom!
Stłumione śmiechy przeszły przez korytarz.
Obróciłem się jeszcze raz, by popatrzeć na Penausa i napotkałem jego spojrzenie. Patrzył się na mnie z czymś dziwnym w oczach, ale nasze spojrzenia spotkały się tylko na krótką chwilę, bo zaraz ponownie poszukał wzrokiem woźnego, idącego wciąż przed nami, po czym zatrzasnął drzwi, wracając do klasy.
- A może myśli, że Penaus ma coś, co pozwoli mu czarować? – zastanawiał się dalej John. – Wszyscy wiedzą, że Filch zrobi wszystko, by uzyskać magię. Więc dlaczego i nie kradzież?
Spekulację trwały dalej, a ja wkrótce zapomniałem, o co się przedtem pytałem, pozwalając snuć się przypuszczeniom, czegoż to szukał Filch w rzeczach Penausa.
XXXxxx
Czekałem bez efektu na wołanie Voldemorta. Ten jednak jakby o tym wiedział, i wezwanie nie nadchodziło.
Wiedziałem, że także Severus stał się niespokojny z powodu zwłoki Czarnego Pana, jednak nic nie można było zrobić.
A tymczasem egzaminy trwały.
Dzień za dniem wszystko zdawało się być tak normalne jak powinno. Żadnych ataków czy dziwnych zachowań u innych. Zwykłe szkolne życie.
Uczniowie wstawali rano, załatwiali swoje sprawy i kładli się do łóżek bez żadnych niespodziewanych niedogodności.
Było to piątego dnia egzaminów. Miałem już za sobą Historię Magii, egzamin praktyczny z Astronomii, także praktyczny i pisemny z Starożytnych Run, a po jednym dniu przerwy mieliśmy się przygotować na egzamin z Transmutacji. To był zwykły piątek, taki jak każdy inny. Uczniowie od momentu otwarcia oczu powtarzali po raz ostatni materiał przed swoimi testami. Egzaminy zajmowały naprawdę wiele uwagi. Pewnie jedynym w szkole, który się na tym nie skupiał, byłem ja sam. Tak naprawdę podchodziłem do egzaminu jak do napisania jednego z wielu referatów czy prac domowych, które musiałem odrobić przez te wszystkie lata.
Moje myśli zajmował Severus.
Cały czas wypatrywałem jakichkolwiek nieprawidłowości w obronie Hogwartu. Co chwilę wyszukiwałem swoją magią zmian w osłonach, bez przerwy szarpałem za strzępy magii, które wydawały się podejrzane.
Przez to wszystko nie spałem też dobrze.
Za każdym razem jak zamykałem oczy, zdawało mi się, że słyszę jakieś nawoływanie. Cały czas obawiałem się też, że Severus po prostu pójdzie na spotkanie śmierciożerców, by przyjąć kolejną karę za niespełnienie zadania, nie informując mnie o tym.
W każdej wolnej chwili ćwiczyłem swoje zdolności, choć wciąż obawiałem się, że to za mało. Nie mogłem się pozbyć wrażenia, że powinienem zrobić więcej.
Przez to wszystko egzaminy końcowe, które przecież w tamtym roku już raz pisałem, wydawały mi się być bardzo małym i odległym problemem. Kompletnie nie mogłem zrozumieć, dlaczego tak nerwowo podchodziłem do nich w zeszłym roku, skoro w tym przekonałem się, że istnieją o wiele ważniejsze sprawy niż jakieś głupie testy.
Xxxx
Dni mijały w ciszy.
Prawdę mówiąc, to powinno mi dać do zrozumienia, że w takim razie atak będzie o wiele silniejszy i bardziej precyzyjny.
Tak więc, gdy po egzaminie praktycznym z Obrony Przed Czarną Magią, Peret Penaus nagle podczas wychodzenia z sali mnie zatrzymał, na chwilę kompletnie zgłupiałem.
Nie miałem pojęcia, co mężczyzna mógłby ode mnie chcieć. Pamiętałem o tym, że ustalono, iż nauczyciel nie miał związku z śmierciożercami. Jednak ten poprosił mnie, bym zamknął drzwi, po czym kazał mi usiąść w ławce, przekonując, że chce ze mną o czymś porozmawiać. Nie podobało mi się to, jednak wmawiając sobie, że to nic takiego i ignorując uczucie niepokoju, spokojnie usiadłem w ławce w pierwszym rzędzie, którą wskazał mi nauczyciel. Nie bałem się, jednak nikt mi nie będzie zabraniał trzymać ręki w pogotowiu na różdżce.
Mężczyzna uśmiechał się szeroko, a jego oczy błyszczały, gdy przysunął się i usiadł na blacie sąsiedniej ławki.
- Panie Dan – zaczął z uśmiechem – czy mógłbym cię zapytać o kilka rzeczy, nie związanych ze szkołą?
Na razie nie wchodziliśmy na niebezpieczny grunt.
Magia mężczyzny była spokojna i ciemnozłota, co upodobniało ją bardzo do magii, jaką emanowała McGonagall.
- Co chciałby pan wiedzieć? – zapytałem z przyjaznym uśmiechem.
- Czy mógłbyś mi powiedzieć coś o swojej rodzinie?
Co to za pytanie? Bardzo dziwne.
Więc opowiedziałem formułkę, którą już znałem, a która była przedstawiana wszystkim przez ostatni rok. Sierota, chorujący przez większą cześć życia, wychowywany przez starego wujka.
Mężczyzna kiwał głową.
- I nigdy nie poznałeś swoich rodziców? – zainteresował się, unosząc brwi.
- Nie, proszę pana.
Penaus wstał na chwilę i tylko przez fakt, że widziałem magię, zobaczyłem, jak mężczyzna rzuca jakieś zaklęcie w stronę drzwi.
Natychmiast wyciągnąłem różdżkę.
Penaus podszedł do swojej torby i wyciągnął stamtąd jakieś kawałki pergaminu.
Przyjrzał się jednemu z nich i wrócił do biurka, siadając ponownie na ławce i kompletnie ignorując fakt, że trzymam różdżkę.
- Mam dla ciebie nietypowe zadanie – oznajmił. - Możesz przeczytać ten tekst i powiedzieć mi, co o nim sądzisz?
Nie puszczając różdżki, pozwoliłem sobie na chwilę rozważania, czy powinienem chwycić ten pergamin.
Jednak nie widać było żadnych zaklęć na papierze, a mężczyzna był spokojny.
Pismo było lekko pochyłe i z niewiadomych przyczyn przez dobrą chwilę zdawało się ono być nieco rozmyte.
Jak patrzyłem się wprost na tekst, widziałem angielski, ale kątem oka dostrzegałem dziwne znaki, które zmieniały się od razu, gdy patrzyłem się na nie bezpośrednio.
Jednak to nie fakt dziwnych liter, a treść była tutaj najważniejsza. Odręcznie napisany fragment był tak zaskakujący, że przez dobrą chwilę nie wiedziałem, jak zareagować.
„Lamie. Nagi. Potomkowie Kerkropsa: ród istot mających ciało o pół-humanoidalnym i pół-wężym ciele…"
Ręce zaczęły mi drżeć tak mocno, że nie mogłem się skupić na tekście, a mimo to starałem się czytać dalej.
„…każdy przedstawiciel gatunku włada indywidualną mocą o niezwykłej potędze…"
Nie byłem w stanie zarejestrować połowy tego, co czytałem, czując, jak drżą mi ręce. Oddech uwiązł mi w gardle z paniki.
„…posiadają zdolność do przybierania całkowicie ludzkiej formy, co sprawia, że nie można ich odróżnić od ludzi…"
Nie byłem w stanie tego przeczytać. Panika zalała moje ciało. Starając się nic po sobie nie pokazać, podniosłem powoli głowę na Penausa, który przyglądał mi się uważnie.
-J-ja… Nie wiem, o co chodzi – wykrztusiłem.
Różdżka w prawej ręce drżała. I jak zwykle, gdy jestem stawiany w sytuacji stresowej, nie jestem sobie w stanie przypomnieć nic więcej poza dziesięcioma podstawowymi zaklęciami, których sam nie wiem, jak mógłbym teraz użyć.
Penaus się uśmiechnął.
Odebrał pergamin z moich drżących palców i złożył go powoli.
To niemożliwe! Przecież Penaus był już wykluczony z grona podejrzanych! Dlaczego teraz wyskakuje z czymś takim!? A ja byłem z nim sam na sam!
- Och, jestem pewien, że bardzo dobrze się zrozumieliśmy – zauważył spokojnym głosem.
Wstał w tym samym momencie, w którym ja, wskazując różdżką w stronę jego piersi, wyprostowałem się tak gwałtownie, że przewróciłem krzesło.
Penaus jednak podniósł dłonie do góry z przyjaznym uśmiechem.
- Och, panie Lind. Przez to całe zamieszanie z pana podejrzanym pojawieniem się w szkole od razu na piątym roku, nie podejrzewałem cię przez długi, długi czas o bycie tym, kogo szukam.
- Czego pan chce!? Kim pan jest!? - zapytałem spanikowany, przeczuwając, że na nic zdają się moje zaprzeczenia. Cofałem się w stronę drzwi, mając nadzieję, że zdążę się stąd wydostać, zanim ten wyciągnie swoją różdżkę.
- Proszę się nie martwić. - Penaus uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Nie jestem tutaj, by wyrządzić ci krzywdę.
Tak... jasne...
Już byłem w połowie drogi do wyjścia. Tak niewiele brakowało!
- Wiedziałem, że osoba, której szukam, musiała uczęszczać do szkoły magicznej dłużej niż tylko jeden rok. Ale fakt, że najwyraźniej wcześniej byłeś tutaj, podszywając się pod kogoś innego, nie przyszedł mi do głowy.
Żołądek ścisnął mi się w ciasny supeł.
Nie było mowy, bym się teraz obrócił do niego plecami.
- Drzwi nie są zablokowane. Tylko wyciszone – powiedział mężczyzna, powoli opuszczając dłonie. Nie wiedziałem, co o tym myśleć.
– Nie jestem tutaj, by cię skrzywdzić. Chcę tylko porozmawiać – ciągnął dalej.
Już byłem przy drzwiach i szukałem po omacku klamki.
- Jestem tutaj z powodu twojej rodziny.
W moim umyśle zapanował chaos, a potem głucha cisza, która opróżniła moją głowę ze wszystkich myśli.
Co?
- Co? – wykrztusiłem.
Penaus wciąż się uśmiechał.
- Jestem tutaj z powodu twojej rodziny – powtórzył. - Twoja rodzina szukała cię przez wiele lat - dodał spokojnym, cichym głosem.
Co? O czym on mówi? Jak to… szukała?!
Nie… coś było nie tak! Przez te ostatnie miesiące swojego życia dowiedziałem się, że zarówno w mugolskim, jak i magicznym świecie, nic nie było o istotach podobnych do mnie. A teraz nagle miałbym uwierzyć, że ktoś taki istnieje?
Nacisnąłem klamkę, opadła ona w dół, a drzwi się uchyliły.
- Koniec roku jest za kilka dni. Zastanów się, co chcesz zrobić z tą informacją. –Usłyszałem jeszcze za sobą, gdy wybiegałem na korytarz z szaleńczo bijącym sercem.
Co to, na Merlina, było?! O co chodziło?!
Musiałem się dostać do Severusa! Musiałem z nim koniecznie porozmawiać!
I wtedy, jakby znikąd, pojawił się Filch.
Uśmiechnął się do mnie krzywo, a ja musiałem się zatrzymać. Miałem wrażenie, że moja twarz nie wygląda na tak przerażoną, na jakiego się czułem w środku.
- Magiczni panowie będą rządzić!
Obróciłem się gwałtownie na te słowa, zaskoczony, bo nie wydawało mi się, bym miał kogoś teraz za sobą, a to sprawiło, że cały się poderwałem.
Na kinkiecie wisiał mały wąż. Taki, co to może swobodnie schować się w kieszeni. Gad płynnym ruchem zmienił położenie swojego ciała, tak jakby chciał mnie dosięgnąć, by obwinąć się dookoła mojego ramienia. Odruchowo się odsunąłem. - Magiczny pan! Jesteś magicznym panem!
Zbladłem. Drzwi do gabinetu otworzyły się i Penaus wypadł na korytarz. Przez jakiś czas we trzech po prostu się na siebie gapiliśmy. Wąż za to zaczął się zsuwać w dół między kamieniami zamku i kierować w moją stronę.
Odbiegłem ile sił w nogach.
Przeskakiwałem po kilka stopni. Przebiegałem przez wszystkie korytarze. Wszedłem nawet dosyć odważnie w jeden ze skrótów, który prowadził wprost pod wejście do komnat Severusa. I już po chwili tam byłem. Otwierałem jego drzwi i wchodziłem do środka.
Czułem, że muszę się z nim właśnie teraz, w tej chwili, zobaczyć.
Jednak na nawoływania nie odpowiadał.
W stanie, w jakim w tamtym momencie byłem, pomyślałem sobie, że nigdy więcej go nie zobaczę. Kolory zawirowały przed moimi oczami. Chwyciłem się ściany, starając się zrozumieć, co się dzieje. I wtedy to poczułem.
To, o czym mówili już kilkukrotnie, zarówno Severus, jak i moi przyjaciele.
Kolory jeszcze bardziej się wyostrzyły, magia swobodnie płynąca dookoła mnie nagle zaczęła do mnie lgnąć i we mnie wsiąkać jak deszcz, który spada na piaszczysty grunt.
Starając się opanować swój oddech, opadłem na kolana.
Nie mogłem zatrzymać mojej przemiany. To wydawało się naturalne i konieczne w tej chwili do zrobienia.
Wkrótce byłem pod oknem, które otworzyłem na oścież, by złapać więcej powietrza.
A kolory były takie piękne!
Wyciągnąłem dłonie.
Wcale nie musiałem sięgać po tę magię palcami. Wcale nie musiałem jej szarpać i ciągnąć z drugiego końca błoni do siebie, by coś z nią zrobić. Ona sama do mnie lgnęła. Poddawała się mojej woli. Mojej myśli.
Ciepło ogrzało moje ramiona, gdy z świadomością, jak jeszcze nigdy, ściągnąłem do siebie więcej promieni słonecznych.
Wiedziałem, że to fizycznie niemożliwe, by przesunąć słońce. A mimo to, jakimś cudem, potrafiłem nawet złapać coś, co nie miało fizycznej formy i sprawić, by całe moje ciało zalało ciepłe słoneczne światło.
- Dan?
Obróciłem się w stronę wejścia. Severus podchodził do mnie powoli.
A jego magia, snująca się ciepło czerwonymi wiciami, była tak piękna i tak blisko!
- Hej, jesteś ze mną, czy znowu cię nie ma? – zapytał zmartwionym głosem, a jego oczy były takie pięknie i ciepłe.
Otworzyłem i zamknąłem usta, nie mówiąc nic.
Jeszcze nigdy tak świadomie nie poddałem się temu procesowi. Czułem czasami jego efekty. Ale to uczucie! Było tak piękne i upajające!
Przysunąłem się do Severusa, obejmując go i otaczając swoim ogonem ze wszystkich stron.
Dotknąłem jego magii, a Severus westchnął.
Chciałem, by mnie poczuł. Chciałem, by poczuł tę panikę, jaka mnie zalała podczas rozmowy z Penausem, to, jak rozpaczliwie chciałem go zobaczyć. Także moje uczucie strachu.
Chciałem, by poczuł, jak i ja poczułem magię.
I Severus to czuł.
W tym samym momencie objął mnie żal, że nie potrafił mi odpowiedzieć w ten sam sposób.
Jak by to było wejść w magię Severusa do tego stopnia? Jak by to było, gdybym nie tylko ja dawał mu poczuć swoją magię, ale i on potrafił mi dać to samo w zamian?
Jego kolory reagowały tylko tym, co sam mu pokazywałem, co sam odczuwałem. Jak byłem podekscytowany, to potrafiłem mu to pokazać dotykiem, a wtedy i on stawał się podekscytowany. To było jak odruch bezwarunkowy. Ale on nie wiedział o co mi chodzi, a ja też do tej pory nie rozumiałem, że potrzebowałem go czuć w ten sposób.
Rozpaczliwie chciałem, by i on pokazał mi swoje uczucia tą samą drogą!
Chwytanie jego magii podczas tych krótkich zbliżeń było niewystarczające.
Chciałem go całego wylizać. Spić z niego wszystką magię i wszystkie uczucia, jakie może mi podarować. Tak mocno tego pragnąłem! Tak bardzo chciałem mieć możliwość zetknięcia się z jego magią zawsze i wszędzie. Nie tylko wtedy, gdy opanowują go silne odczucia podczas seksu.
Ręce mi drżały, gdy coraz mocniej go przytulałem.
- Dan? - wysapał pytanie w moje włosy.
Nie mógł mi dać tego, czego w tej właśnie chwili pragnąłem.
Rozpłakałem się.
To uczucie było zbyt druzgocące. Czułem się, jakbym miał zaraz rozpaść się na kawałki. Jakby jedynym wyjściem było położyć się i spać do momentu, póki wszystko nie będzie dobrze.
Magia tak pięknie otaczała mnie ze wszystkich stron. Przepełniała mi żyły. Sprawiała, że światło tańczyło na moim języku. A ja nie potrafiłem przestać płakać.
Przytulałem Severusa rozpaczliwie mocno. Nie chciałem tracić z nim kontaktu. Potrzebowałem, by mnie przytulał. Ale to i tak nie było wystarczające.
Serce chciało mi pęknąć w piersi na sprzeczność uczuć, które pożerały moje ciało. Jednoczesną ekscytację magią i przerażającą irytację, że w żaden sposób nie potrafiłem otrzymać tego, czego potrzebowałem.
Ukochany dawał mi tak wiele, a mimo to ja wciąż nie byłem syty.
Odsunąłem się od niego na może pół cala. Tak, by móc spojrzeć mu w oczy. Wydawał się być zmartwiony. Mówił coś, ale słowa do mnie nie docierały.
No cóż.
Może jednak nie byłem w pełni świadomy tego, co się dzieje? Widziałem jego zmartwienie. Szarpnęła mną irytacja na to, że nie zrozumiał tego, co mu pokazywałem swoją magią. Nie musiał się o mnie martwić! Przecież wszystko było dobrze! Przecież powinien zrozumieć, bo pozwalałem mu poczuć to, co i sam czułem.
Westchnąłem ciężko, zrezygnowany i świadom tego, że to nie jego wina, że nie rozumie.
Pogładziłem go po twarzy i przywarłem do jego ust.
Jego smak.
Magia iskrząca się na naszych wargach.
Niczym małe wyładowania elektryczne. Smakował tak cudownie.
Wsunąłem swoje dłonie pod jego szaty. Zdejmowanie każdej sztuki odzienia. Dotykanie skóry. Wciąż coś gadał, ale nie słuchałem.
Opadłem niżej i zabrałem nas do sypialni.
Smakowanie go ustami.
Ocieranie się, by wymieszać nasze zapachy.
Przyjmowanie go w siebie.
Przytulanie się do szczupłego ciała, gdy uspokajaliśmy nasze oddechy.
Sen.
A wczesnym wieczorem wszystko rozpadło się na kawałki.
