Rozdział XXXI: Hogwart w płomieniach

Przypomniam.

Autorka: Fantastmania/Lilka.

Beta: Ahrimanka.


SNAPE

Jak atrament spadający na biały materiał obrusu, tak w jednej chwili wszystko było czyste i proste, a w następnej przeszywający ból szarpnął moim jestestwem.

Podniosłem się gwałtownie, chwytając się za przedramię i starając opanować początkową panikę. Zerknąłem na zegarek. Dochodziła pora kolacji. Po tym jak spotkałem Dana w swoich komnatach, zajętego kolejnym dziwnym magicznym rytuałem, polegającym na kąpieli w słońcu, wszystko działo się dosyć szybko.

Może powinienem walczyć z nim nieco mocniej? W końcu nie powinno się współżyć z osobą, która nie do końca zdaje się świadoma swoich czynów. Dan jednak wydawał się tego rozpaczliwie potrzebować.

To było takie intensywne i pospieszne. A później po prostu zasnęliśmy. Przespaliśmy obiad. A także prawdopodobnie jeden z egzaminów Dana. I nie przejmowaliśmy się tym, po prostu będąc ze sobą.

Czy gdybym wiedział wcześniej, że właśnie dziś nadejdzie wezwanie, zmieniłbym coś w tym, w jaki sposób spędziliśmy te ostatnie chwile spokoju? Absolutnie nie.

Teraz opuszczenie boku ukochanego i ubranie się w szaty śmierciożercy zdawało się zadaniem zbyt trudnym do wykonania. Dobrze wiedziałem, że jak tylko Czarny Pan mnie zobaczy, otrzymam karę, której perspektywa napełniała mnie dreszczami strachu. Obejrzałem się na partnera i wzdrygnąłem się, gdy dostrzegłem, że jego oczy były szeroko otwarte i wpatrzone we mnie.

Przekląłem się po raz kolejny za to, że pozwoliłem mu zobaczyć skutki ostatniego razu, gdy zawiodłem Czarnego Pana. Marna szansa, by nie zauważył, co się właśnie dzieje.

Wyciągnął dłoń w kierunku Mrocznego Znaku. Wodził po nim palcami. Pozwoliłem mu na to przez moment.

- Nie idź - powiedział.

- Dan. Muszę, przecież…

- Nie idź. On już wie - przerwał mi stanowczym głosem.

Zielone oczy wpatrywały się wprost we mnie. Źrenica całkowicie zanikła. I tak jak przed kilkoma godzinami, podczas mojego przyjścia tutaj, jego oczy stały się kompletnie, całkowicie zielone. Jakbym patrzył się w samo centrum szmaragdowej czarnej dziury, która pochłaniała mnie bez reszty.

- Nie wiem dokładnie, co się stało. Ale on dziś się dowiedział. Idą tutaj – wyszeptał bezuczuciowym głosem.

Poczułem się nieco niepewnie.

- O czym ty mówisz? –wyksztusiłem.

Dan uśmiechnął się ze smutkiem i przekrzywił głowę na bok.

- Czuję, jak się zbliżają. Odnowiłem osobiście osłony Hogwartu, więc czuję to na swojej skórze, jakby drapali mnie po kręgosłupie paznokciami. Starają się znaleźć lukę, by się tutaj dostać. Zamknąłem szkołę, w tej chwili się tutaj nie dostaną.

Przełknąłem gulę w gardle.

- Dan...

Wstał. W sekundę zamiast ogona miał nogi i narzucał na siebie szatę.

- Dan!

Obrócił się w stronę okna, jakby czegoś wypatrując, a później przekrzywił głowę, nasłuchując czegoś, czego ja nie byłem w stanie usłyszeć.

- Voldemort nadchodzi, Severusie. Idzie tutaj po mnie. Słyszę, jak mnie nawołują. On już wie – powtórzył niepokojąco odległym głosem.

Spojrzał mi w oczy i nagle był ponownie przy mnie, przytulając się mocno.

- Nie pozwolę, by cię skrzywdził. Zaufaj mi, dobrze?

W odpowiedzi tylko go uściskałem.

XXXxxx

Alarm rozbrzmiał we wszystkich zakątkach Hogwartu prawie w tym samym momencie, w którym dotarliśmy do Wielkiej Sali.

Powiadomiłem już Albusa i resztę grona pedagogicznego poprzez Patronusy.

Uczniowie mieli się udać do swoich dormitoriów, gdzie prefekci mieli stać na straży, czekając na dalsze wytyczne.

Do Wielkiej Sali dotarliśmy wraz z Blackiem i Lupinem, którzy znajdowali się w swoich czworonożnych formach. A gdy tylko tam weszliśmy i upewniliśmy się co do tego, że są tam tylko nauczyciele, Black natychmiast stał się człowiekiem.

Wszyscy mieli na ustach pytanie o powód wszczęcia alarmu.

Dumbledore nakazał stanowczym głosem zachować ciszę i zwrócił się do nas ze zmartwieniem w spojrzeniu.

Nie wiedziałem, co powiedzieć.

Znak teraz tylko piekł. Wiedziałem jednak, że następne wołanie będzie bardziej bolesne. W tej chwili czarnoksiężnik pozwalał mi tylko nabrać oddech, by zaatakować i bardzo boleśnie mnie ukarać za niestawienie się.

- To moja wina – padło od mojego kochanka. Dan ściskał palce mojej dłoni tak mocno, jakby chciał ukryć drżenie swoich. Przed wszystkimi starał się grać odważnego i pewnego tego, co mówi.

– Ja… Miałem uważać. Ale nie pilnowałem się wystarczająco. Dziś Penaus mnie zatrzymał po egzaminie z Obrony i… To wszystko było takie zaskakujące… że… nie pilnowałem się.

McGonagall, pewnie tak jak i wszyscy inni, nie wiedziała, o czym on mówi. Ja też nie miałem pojęcia.

A Dan rozejrzał się i ponownie przekrzywił głowę, po raz kolejny nasłuchując czegoś, co nie było przeznaczone dla moich uszu.

Nie podobało mi się to.

Chłopak spojrzał na mnie.

- Penaus zdążył opuścić szkołę, zanim zablokowałem osłony Hogwartu – powiedział nieco nieprzytomnie. Tak, jakby manipulowanie osłonami było czymś, co potrafi każdy. – Ale Filch… Filch coś wie. On jest gdzieś w zamku.

- Filch?

Padły zaskoczone pytania z kilku ust.

Poproszono skrzaty o znalezienie i dostarczenie woźnego. W ciągu dwóch minut mężczyzna pojawił się wraz z garbatym skrzatem, który skłonił się i nieco odsunął.

Filch rozglądał się rozbieganymi oczami po naszych twarzach. Zatrzymał spojrzenie na Danie i lekko się uśmiechnął.

Wszyscy to widzieliśmy.

- Argusie. Mamy do ciebie kilka pytań odnośnie twojej wiedzy na pewien temat – głos Dumbledore'a był spokojny, gdy zbliżył się do woźnego.

- Pytajcie, o co chcecie. Moja nagroda i tak jest pewna.

Te słowa nie brzmiały ani trochę uspokajająco.

- Severusie? - Dumbledore spojrzał na mnie stanowczo. Wiedziałem, czego chciał. Najwyraźniej i on, tak jak ja, sądził, że uwierzenie na słowo temu mężczyźnie nie będzie dobrym pomysłem.

Przywołanie Veritaserum z moich kwater nie zajęło nawet trzydziestu sekund.

Wlanie go w gardło poprzez zaciśnięte wargi charłaka kolejne pół minuty.

A kilka oddechów później mieliśmy do dyspozycji jego wyprany z wszelkich emocji głos, odpowiadający na nasze pytania.

- O jakiej nagrodzie mówiłeś? – zapytałem, zanim ktokolwiek się odezwał. Nie chciałem tracić czasu na podstawowe pytania sprawdzające, czy eliksir działa. Oczywiście, że działał! W końcu sam go uwarzyłem!

Usta Filcha się otworzyły, z kącika warg teraz nieco bezwładnego mężczyzny wypłynęło trochę śliny,.

- Moc. Obiecał mi stać się czarodziejem.

- Kto ci obiecał? – wykrzyknął Black.

- Czarny Pan... – wyksztusił z siebie woźny przez rozchylone wargi, a ślina pociekła mu z ust, płynąc po podbródku.

Lupin warknął, a ja rozdarłem szatę charłaka. Z kieszeni wypadło kilka magicznych pieczęci i rozsypało się po podłodze. Dan spoglądał na to wyraźnie zszokowany, choć nie rozumiałem, dlaczego. Skupiłem się na znalezieniu tego, co najważniejsze. Nie było Mrocznego Znaku. Za to w kieszeni ukrywał się bardzo mały, nie grubszy niż palec, wąż. Nie przyglądając mu się, spetryfikowałem gada i zamknąłem go w słoiku, odsyłając następnie do kwater.

Wąż nie wróżył dobrze. Wiedziałem już, o co chodziło. Ale musiałem i tak się upewnić.

- Co miałeś zrobić w zamian za moc? – dopytywałem zaniepokojony.

- Znaleźć lamię. Pół-wężą, pół-ludzką istotę.

Półprzytomny wzrok skierował się na Dana.

Przez chwilę Filch wyglądał, jakby się zmagał z czymś w swoim ciele, wyginając się w łuk, ale zaraz opadł na krzesło ponownie.

- Używałeś do tego węża. Chodziłeś po szkole i nasłuchiwałeś, czy ktoś nie reaguje na jego syczenie, tak?

Spojrzałem na młodego gryfona, który miał opuszczone ramiona. Musiał zareagować mimowolnie i się wydało. Potwierdziło się to, gdy chłopak ze smutną miną skinął głową.

- To moja wina – wyszeptał teraz, spuszczając wzrok i drżąc. – Nie zauważyłem sygnałów. Nie domyśliłem się, co oznaczają! Jakiś czas temu na lekcji uczyliśmy się o magicznych pieczęciach.

Podszedł i zebrał kilka pergaminów, które wysypały się spod szaty Filcha, przyglądając się im ze zgrozą.

- Wtedy prawie to do mnie dotarło. Profesor mówiła o tym, że odpowiednio napisane przez czarodzieja runy, mogą być używane nawet przez mugoli. I dostrzegłem, że po użyciu pieczęci w konkretny sposób, magia się wypala i nie widzę więcej pasm kolorów, które mogłyby mi powiedzieć, że użyto magii.

Dan zacisnął dłonie na pieczęciach i spojrzał na Filcha przerażonymi oczami.

- Dostałeś te pieczęci! Cały czas współpracowałeś ze śmierciożercami! – wrzasnął, szeroko otwierając oczy. – To przez ciebie pojawiły się pająki w Hogwarcie i to ty zmusiłeś akromantule do zaatakowania uczniów w Zakazanym Lesie!

Woźny pod wpływem eliksiru prawdy nie mógł odpowiedzieć precyzyjnie na te oskarżenia. Wił się i skręcał w bólach i mimo że chciałbym go takim zostawić, musiałem poznać prawdę. Przeredagowałem pytania w ten sposób, by wymusić odpowiedzi.

- Musieliśmy oddzielić część pająków od ich kolonii, by móc doczepić do nich pieczęci – wyjęczał Filch. Po czym zaczął sapać. Spojrzał w sufit i uśmiechnął się niepokojąco, jak szaleniec. – Podstawienie dwójki uczniów jako ich zwierzynę pozwoliło nam skutecznie wykonać zadanie i zniknąć, zanim ktokolwiek się pojawił.

- To pozwoliło im na przetransportowanie akromantul do zamku –wyszeptała McGonagal ze zgrozą.

- Akromantule znajdują się w Zakazanym Lesie – zauważył Dumbledore ze smutkiem. – Mieszkając, teoretycznie, na terenie należącym do osłon Hogwartu, dlatego właśnie bez problemu potrafiliście ustalić, jakich pieczęci należało użyć, by przenieść je wprost do zamku. Dzięki odpowiednim runom byłoby to podobne do zwykłego zaklęcia przyzywającego.

Filch zaśmiał się niepokojąco głośno i urywanie, jakby jego oddech był ucinany, zanim wydał z siebie dźwięk do końca.

Spoglądając na tego parszywego charłaka, potrafiłem sobie też dopowiedzieć, jak ten gnojek dowiedział się o lamii, przebywającej na terenie szkoły. Podczas gdy Dan odnawiał osłony szkoły, Dumbledore przypilnował, by każdy posiadający magię znajdował się z dala od chłopaka. Filch jednak nie władał magią. Musiał wtedy gdzieś go dostrzec. Może nie chciał się wychylać i wystarczyło mu tylko rzucenie okiem. Zapewne parszywy charłak przestraszył się na sam widok wężego ogona i uciekł. Jednak przekazał niejasne informacje Czarnemu Panu.

Dlatego właśnie Czarny Pan wiedział, że na terenie szkoły znajduję się lamia, ale nie wiedział, w jakim wieku i jakiej jest płci.

Musiałem wiedzieć jeszcze jedną rzecz, więc nie skupiałem się na kolejnych konkluzjach McGonagall, zaniepokojonym dyrektorze czy warczącym gardłowo Lupinie, stroszącym sierść w lekkim oddaleniu. Odkąd wilkołak został zamknięty w ciele zwierzęcia i nie potrafił się komunikować za pomocą słów, starał się okazywać swoje zdanie w każdy inny możliwy sposób. A teraz chyba chciał wszystkim zakomunikować, że chętnie by rozszarpał woźnego na strzępy.

- Co z tym wszystkim ma wspólnego Penaus?

Filch zachwiał się na krześle. Zamrugał. I wypluł z siebie:

- Nie wiem. Kilka razy wydawało mi się, że zareagował na syczenie węża, ale nie mogłem znaleźć jasnego potwierdzenia. Jednak z tym chłopakiem było inaczej. On zareagował. Wiedziałem już, że to on. Śledziłem go przez ostatnie dni. Wiem, gdzie chodzi, wiem, gdzie sypia. – Uśmiechnął się szeroko. - Znalazłem go, więc Czarny Pan mnie wynagrodzi. Będę miał moc. - Jego spojrzenie spoczęło na mnie. - A ciebie zabije.

Zamknąłem oczy na chwilę. Napiąłem się lekko, gdy poczułem dłoń kochanka na ramieniu.

- Oni już tutaj są – powiedział cicho.

XXX

Filcha odesłaliśmy i zamknęliśmy na cztery spusty. Uczniowie młodszych roczników mieli zostać ewakuowani. Wielu pełnoletnich uczniów na wieść o zbliżającym się niebezpieczeństwie zadeklarowało chęć uczestnictwa w bitwie. I mimo że nauczyciele nie mogli obiecać, że pomoc przybędzie na czas, nie wszyscy zdecydowali się na ewakuację.

Było już po godzinach pracy ministerstwa, i mimo że Dumbledore wysłał wiadomość z prośbą o pomoc, to niezwykle kłopotliwym będzie zebranie wystarczającej ilości aurorów zdolnych do walki.

Podczas gdy Dumbledore wysyłał wiadomość za wiadomością przez kominek, Dan siedział obok niego z kamiennym wyrazem twarzy, najwyraźniej będąc już w stanie na tyle elastycznie operować barierą Hogwartu, że otwierał i zamykał połączenie Fiuu bez konieczności używania przy tym różdżki.

Dyrektor tego nie skomentował w żaden sposób.

Problemem pozostawało, jakim cudem mieliśmy odesłać aż tylu uczniów niezauważenie w bezpieczne miejsce. I jak sprowadzić aurorów oraz członków Zakonu, tak by śmierciożercy tego nie wykryli.

Black przypomniał o tajnych przejściach, ale wybranie konkretnego z nich zajęło trochę czasu.

Dumbledore w końcu zaaprobował to najdłuższe z nich. Prowadzące aż za wzgórza i ciągnące się kilkanaście mil pod ziemią.

Na miotłach kilku sprawnych uczniów mogłoby pewnie dolecieć na koniec tunelu w pięć-dziesięć minut. Mogła być to także alternatywna możliwość dla aurorów, tak by i ci mogli się dostać do zamku.

Akcja ewakuacyjna ruszyła pełną parą.

Problem stanowili ślizgoni. Jako jedyni mieli być wysyłani do domów z mojego tajnego mieszkania w Hogsmade, z którego korzystałem tylko wtedy, gdy udawałem się na spotkania śmierciożerców. Drzwi były od zewnątrz zapieczętowane moją magią, więc dopóki nie zginę, nikt stamtąd nie wyjdzie, a zablokowanie Fiuu skutecznie też zamknie ślizgonów w środku.

Atak rozpoczął się, jeszcze zanim pojawiło się jakiekolwiek wsparcie. I wtedy, gdy dopiero połowa uczniów, mających opuścić zamek, weszła w przejście. Pierwsze uderzenie magii zadrapało osłony Hogwartu. Dan zadrżał i obrócił się w stronę błoni, a w tej samej chwili we wszystkich zamkowych kątach rozbrzmiał szyderczy głos.

- Chyba zapukałem wystarczająco głośno? Może mnie wpuścicie? Nieładnie pozwalać tak czekać gościom na zewnątrz – wysyczał wysoki głos, dobrze mi znany ze spotkań śmierciożerców. Dźwięk wydawał się docierać przez przestrzeń wprost do mojego ucha, tak jakby czarnoksiężnik stał tuż za mną.

Dan złapał moją dłoń. Odwzajemniłem uścisk.

Dumbledore, wyprostowany jak struna, podszedł do wrót i otworzył je.

Na błoniach, tuż poza granicami barier Hogwartu, stały setki postaci w czarnych szatach.

Armia Voldemorta przybyła.

Xxxx

Armia Voldemorta stała na granicy barier Hogwartu w pełni gotowa do działania. Tak, jakby śmierciożercy kompletnie nie zastanawiali się nad tym, że sytuacja zmierza do jednoznacznego zaatakowania szkoły pełnej dzieci. Osłony kiedyś stworzone przez Dana błyszczały mocnym światłem, odgradzając zdeterminowanych do odparcia ataku małolatów, przeciwko śmierciożercom.

Mój kochanek stał obok mnie, wyglądając na iście przerażonego. Jego ciało drżało, a twarz była niezwykle blada. Wyciągnąłem dłoń i delikatnie chwyciłem jego palce, ściskając go za rękę. Jego zielone, błyszczące jak w gorączce oczy, spojrzały na mnie z przestrachem. Miałem ochotę go teraz przytulić.

Syknąłem, gdy Znak zapiekł mnie w odpowiedzi na gniew Czarnego Pana i podniosłem wzrok. Voldemort. Widziałem go nawet stąd. Jego uśmiech był pewny siebie. Obok niego stały dwie podejrzane postacie, ubrane w krótkie czerwone szaty. Dan cofnął się, opierając o moje ramię.

- Poddajcie się i oddajcie tego, który nie należy do was, a oszczędzicie sobie ofiar - zabrzmiał bezuczuciowy głos czarnoksiężnika, roznoszący się echem przez błonia i trafiający wprost do głowy każdego z mieszkańców zamku.

Miałem ochotę wziąć Dana i uciec z tego pola bitwy. Nie mogli nas zmusić do walki! Mogłem go ocalić!

Przełknąłem, starając się zniwelować suchość w ustach. Bariera były potężne. Dan miał taką moc i dzięki jego wkładowi były twarde jak stalowy mur. Wytrzymają.

- Odejdź stąd i zabierz swoich popleczników - Dumbledore odpowiedział pewnym głosem.

- Jesteś zapewne świadom konsekwencji swoich słów? Przyszliśmy tylko po jedną osobę. Nic więcej. Potem odejdziemy.

Dawno nie słyszałem tak słabo ukrytego kłamstwa. Jasne było dla wszystkich, że Czarny Pan nie ma najmniejszej chęci zawrócić, nawet jeśli spełnilibyśmy jego żądanie. Przybył tutaj dzisiaj, aby podbijać. Nikt nie organizował całej armii tylko po to, aby zdobyć jedną osobę. Wciąż zalewał mnie zimny pot na myśl, co by się stało, gdyby Filch jednak dorwał Dana. Ale byliśmy tutaj. Przetrwamy to.

- Severusie… - Usłyszałem cichy, drżący szept.

Chłopak patrzył się na mnie szeroko otwartymi, przerażonymi oczami.

- Oni mnie wołają.

To „oni" zabrzmiało tak złowieszczo, że poczułem, jakbym się zapadał.

- Jacy „oni", Dan? O kim ty mówisz?

Nie zwracałem już najmniejszej uwagi na dyskusję Dumbledore'a i Voldemorta. Jeżeli coś będzie groziło Danowi, to niezależnie od tego, jak to się skończy, wezmę go i wyniosę stąd, choćby i siłą.

- Śnią mi się w nocy. Wołali mnie. A teraz tu są. - Brzmiał na przerażonego. – Wołają mnie.

- Nie idź. Niezależnie, czego by nie mówili! – wykrzyknąłem bardziej niż przerażony.

Chwyciłem jego dłoń i zacząłem ciągnąć w stronę wrót zamkowych. Wystarczy, że dostaniemy się do jakiegoś kominka i w jednej chwili będziemy oddaleni setki kilometrów od tego szaleństwa. Niech cholera weźmie cały ten zamek i jego mieszkańców.

Nagle jednak Dan zamarł, jakby jego nogi wrosły w ziemię. Wydawało mi się, że chciał zaprotestować przeciwko moim staraniom wyciągnięcia go stąd. Jednak gdy spojrzałem za siebie, na jego twarz, zamarłem. Dan spoglądał w kierunku śmierciożerców, a jego spojrzenie było utkwione w dwóch postaciach, które wysunęły się naprzód, niezatrzymywane przez nikogo. W ciszy, jaka rozbrzmiała po ostatnich słowach Czarnego Pana, rozległy się syczące dźwięki mowy węży. Szarpnąłem Dana za dłoń, chcąc go zmusić, aby się ruszył, ten jednak ani drgnął.

Wyciągnąłem więc różdżkę i stanąwszy przed kochankiem, skierowałem ją w stronę dwóch zakapturzonych postaci.

Te cały czas mówiły coś syczącym językiem, a Dan ich słuchał. Nie powinien ich słuchać.

- Nie zbliżajcie się! - wrzasnąłem głośno i z ulgą dostrzegłem, że zarówno Black, jak i Remus, i Dumbledore, stanęli bliżej nas w milczącym wsparciu. Nie miałem pojęcia, co się działo i nie podobało mi się to.

Postacie zatrzymały się ledwo o krok przed barierą ochronną i zdjęły nakrycia głowy.

Byli to młodzi ludzie, kobieta i mężczyzna. Z jednej strony wydawali się być całkowicie różni, a z drugiej było coś, co ich łączyło. Kobieta miała krwiście czerwone oczy i czarne włosy oraz oblicze o ostrych rysach twarzy. Jakby była przepełniona niszczycielskim gniewem. Mężczyzna miał jasne blond włosy i niezwykle dziwny odcień błękitu oczu, coś między fioletem a błękitem nieba. On w przeciwieństwie do kobiety miał twarz modelowo idealną. Jakby wyciętą wprost z katalogu mugolskich mężczyzn, prezentujących się dobrze w garniturach.

Jednak to, co ich łączyło, nie było tylko językiem węży, jakim się posługiwali, a czymś zaskakująco znajomym. W ich kolorze oczu i aurze, która ich otaczała, było coś takiego, co nasuwało od razu wspomnienia z epizodów niezwykłej aktywności magicznej, jaką można było zaobserwować u Dana.

Siła magiczna oplatała ich prawie materialną poświatą. Byli przerażająco potężni.

Spojrzałem na chłopaka, który słuchał uważnie słów tamtej dwójki. Patrząc się na nich bez mrugania powiekami, wyglądał na niepokojąco zahipnotyzowanego.

- Dan. Nie słuchaj ich. Słyszysz mnie? - Zacisnąłem dłonie na jego ramionach, chcąc zmusić, by spojrzał mi w twarz. Nic do niego nie docierało.

Mężczyzna podniósł wolnym gestem dłoń w górę i nagle coś przepłynęło dziwną magią po osłonie szkoły. I przesunęło się za nią. Słyszałem kilka spanikowanych krzyków, gdy uczniowie, nieco spłoszeni, cofnęli się, a ja ścisnąłem dłoń chłopaka mocniej.

Co to za cholerstwo! Magia, której użył mężczyzna, nic sobie nie robiła z bariery Hogwartu! Mimo że ta wciąż stała, jego czar przez nią przeszedł!

Dan zdawał się w końcu budzić z letargu. Jak tylko zobaczył, co się dzieje, objął mnie i poczułem, jak uaktywnia swoją zdolność, szarpiąc za magię. Dziwne wyładowania elektrostatyczne, wcześniej pełznące po trawie niczym fala tsunami, zatrzymały się, znikając .

Para przed barierą znowu coś powiedziała głośno i Dan sapnął.

- DAN! - Chwyciłem go za ramię, a ten spojrzał na mnie załzawionymi oczami.

- Muszę iść – wyszeptał przez pobladłe wargi.

- Co?

- Oni zostawią was w spokoju, jeżeli z nimi pójdę. To, co zrobił ten mężczyzna, to tylko ostrzeżenie. Mogą się bez problemu przebić się przez osłonę. – Brzmiał na spanikowanego i przestraszonego. Nie powinien taki być. Był przy moim boku! Powinien czuć się przy mnie bezpiecznie! Byłem tutaj, by go bronić!

- Nigdzie nie idziesz! – wrzasnąłem, zaciskając palce na jego prawym ramieniu.

Po policzku Dana spłynęły łzy.

- Muszę iść –wyszlochał, gładząc mnie po twarzy wolną dłonią, a jego oczy były pełne niewypowiedzianych uczuć.

- Gdziekolwiek ty idziesz, ja idę z tobą - zażądałem.

Spojrzałem na dwie istoty, które chciały mi odebrać moje życie. Z ich twarzy nic nie można było wyczytać. Dobrze ich widziałem, mimo że od jednego krańca dziedzińca na drugi, gdzie przebiegała granica, był dosyć spory kawałek.

- Nie pozwalam ci odejść.

Dan spojrzał na mnie z przestrachem, a potem na osoby przysłuchujące się tej konwersacji.

- Poradzimy sobie, Dan - zapewniła Hermiona.

- Nie musisz z nimi iść - dodał młody Weasley.

Chłopak pokręcił głową.

- Oni nie są z Voldemortem. Oni są tu ze względu na mnie.

- Chyba im nie wierzysz - warknąłem. – Nigdzie nie idziesz.

Ponownie zakryłem go swoim ciałem, celując różdżką we wroga, który chciał odebrać mi ukochanego.

- Nie weźmiecie go. On nie należy do was!

Istoty syknęły, a ja poczułem, jak mój Mroczny Znak rozpala nagły ból. Wrzasnąłem.

- Dosyć! – Voldemort najwyraźniej uznał, że musi się do tej dyskusji włączyć, i choć na pewno nie słyszał, o czym rozmawiałem z kochankiem, to na pewno widział moją niechęć w oddaniu Dana.

Ramię przeszył mi koszmarny ból. Nie dało rady tego zignorować. Nie miałem pojęcia, że Mroczny Znak może wywoływać aż tyle cierpienia. Zawsze bolał podczas wezwań, ale nigdy tak, że miałem ochotę odciąć sobie rękę bez znieczulenia.

Dan natychmiast do mnie przypadł, patrząc na mnie z obawą.

- Nie pozwalam, by cię zabrali - wysyczałem przez zęby, zaciskając dłonie na jego ramieniu tak dotkliwie, że na pewno zrobiłem mu tym krzywdę. Wyczytując ból z jego twarzy, poluźniłem uścisk i przygarnąłem go do siebie, obejmując.

- Nie oddam go! - warknąłem w stronę dziwnych istot, kierując w ich stronę różdżkę.

Jednak ból, który mnie tym razem zaatakował, był niszczący.

Dan, bezradny i przerażony, opadł obok mnie na kolana.

Voldemort wbijał we mnie wzrok płonących nienawiścią oczu. To on mnie krzywdził.

Wciąż stał poza granicą. Ale wiedziałem, że czekał na jakiś niemy sygnał, by przejść do ataku. Dwie postacie, mówiące językiem węży, postąpiły bliżej, prawie przekraczając linię bariery. Ich oczy zdawały się świecić złowieszczo wśród cieni zapadającego zmierzchu. Kochanek, nachylający się nade mną, nie widział tego. Za nim dostrzegłem Dumbledorea i pysk wilczej formy Lupina.

Wiedziałem, że mam sporą widownię, ale nie mogłem powstrzymać swoich krzyków.

Mimo że sam słaniałem się na nogach, przesunąłem Dana za siebie. Nie byłem w stanie unieść różdżki, a słowa na pewno by mi się i tak pomieszały, bo w bólu nigdy nie potrafiłem skupić się na tyle, by rzucić jakiekolwiek skomplikowane zaklęcie. Mimo to zasłoniłem go sobą.

Zobaczyłem wiele osób stających nagle przed nami.

Widziałem warczącego groźnie jeszcze w animagicznej postaci Blacka i wielkiego wilka Lupina. McGonagall oraz uspokajającą potęga Dumbledore'a. Ron i Hermiona dotykali ramion Dana, coś do niego mówiąc. Nie miałem pojęcia, co.

Wciąż tak naprawdę nie wiedzieliśmy dlaczego Voldemort nie atakował. Dlaczego czekał na to, by Dan przeszedł za osłonę do tej dwójki obcych.

Z bardzo dużym prawdopodobieństwem mieli oni coś wspólnego z pojawieniem się lami na tym świecie. Jednak byli po stronie Voldemorta. Nie wolno im było zabrać chłopaka! W głowie pojawiały się mi przerażające wizje tego, że kochanek, zabrany przez nich, będzie poddawany tysiącom potwornych eksperymentów.

Jasne było, że kogoś takiego jak Dan nie zabito by od razu. Nie mogłem pozwolić, by go zabrali.

- Severusie. Proszę. Czuję, że oni mogą wam zrobić wielką krzywdę, jeżeli ich nie posłucham – nalegał Dan. - Ich magia jest w jakiś sposób całkowicie inna niż was wszystkich.

Nie byłem w stanie odpowiedzieć.

- Zrozum. Jeżeli oni włączą się do bitwy, nie macie szans na zwycięstwo. – Jego oczy były pełne łez, gdy spoglądał mi w twarz. – Są potężni, Gdyby się włączyli do walki, przegralibyśmy. Jedyna szansa w tym, że ich stąd odciągnę. Wtedy wasza walka będzie miała jakiś sens.

Otworzyłem zaciśnięte szczęki, nie byłem jednak w stanie ponownie nic powiedzieć. Czułem, jak moje ciało się wygina i wrzasnąłem.

Dan zmartwiony spojrzał na mój Znak.

Jego dłonie zaczęły przesuwać się po mojej skórze, a wzrok wciąż miał smutny. Czułem, jak ból odchodzi. Nie trwało to długo, może tylko trzy jego przesunięcia palcem, ale to wystarczyło. Ból odszedł, a ja zwaliłem się na ziemię obok ludzi patrzących na mnie. Dopiero teraz zorientowałem się, że Hermiona podtrzymuje moja głowę.

Dan się uśmiechnął i wstał, jakby zrozumiał coś, co mu umykało.

- Tyle dobrego w tym ataku Voldemorta, że byłem w stanie teraz pochwycić jego magię i wyciągnąć ją z twojej ręki.

Stęknąłem, starając się usiąść, ale Dan już wstał i skierował się w dół zbocza.

Usłyszałem, jak ktoś krzyknął jego imię, ale sam byłem skupiony bardziej na tym, by unieść się na nogi i wstać, niż na źródle tego dźwięku. Chłopak się ode mnie oddalał. Wydawało mi się przez mgnienie oka, jakby powiedział coś do dyrektora i jeszcze raz zerknął w moim kierunku pięknymi zielonymi oczami. A później już nie był w zasięgu moich dłoni.

Nie tylko ja chciałem pobiec za gryfonem, jednak silne zaklęcie Dumbledore'a sprawiło, że wszyscy zamarli w miejscu na kilka ważnych w tym momencie sekund, a Dan zdążył w tym czasie odejść już za daleko.

Odepchnąłem starucha i upadłem na kolana, niezgrabie podnosząc się zaraz potem, by iść za moim ukochanym. Jednak Dumbledore mnie zatrzymał uściskiem na ramieniu i pokręcił głową. Miałem gdzieś jego zdanie! Musiałem się przedostać dalej!

Wyciągnąłem z szat eliksir wzmacniający i wypiłem go. To pozwoli mi stanąć na nogi. A musiałem być skupiony i sprawny. Zanim mój wzrok na nowo się wyostrzył, Dan był już za daleko ode mnie i za blisko nich.

Czułem, jakbym się zapadał. Chciałem za nim biec!

- Dan! – wrzasnąłem.

xxxxXXXX

Dan

Kobieta miała znajomo krwisto czerwone oczy i twarz, którą już wielokrotnie widywałem w swoich koszmarach. Przybywała czasami na jawie, czasami wśród sennych mar. Znałem jej twarz i coś pełnego okrucieństwa w oczach, co wybudzało mnie w nocy. Trwało to długie miesiące, a jeszcze wcześniej ukazywała mi się w płomieniach kominka.

Czy znałem ją wcześniej? Czy to ktoś z mojego wczesnego dzieciństwa, kogo twarz do tego stopnia zapadła mi w pamięć, że potrafiła mnie dręczyć nawet po tylu latach?

Ale kobieta nie wydawała się być taka stara. Mimo że była przerażająca niczym wojowniczka, która właśnie opuściła pole bitwy, niosąc odrąbaną głowę przeciwnika w ręce, to wyglądała na niewiele starszą ode mnie. Już ten mężczyzna, patrzący na mnie nieruchomym spojrzeniem, wydawał się być w bardziej odpowiednim wieku, by mieć coś wspólnego z moim pojawieniem się na świecie.

- Jestem tutaj. Nie krzywdźcie moich przyjaciół! – powiedziałem, absolutnie nie mając w tamtym momencie pojęcia, że posługiwałem się mową węży. Pewnie Severus mógłby mi to uświadomić. Niestety, mój ukochany pozostał na górze.

Nie obejrzałem się, by nie stracić odwagi i nie zawrócić.

Wiedziałem, co muszę zrobić. Przez to, że stawiałem na nowo barierę Hogwartu, bardzo wyraźnie czułem ją całym sobą. I teraz też jak nikt inny wiedziałem, jak to wykorzystać.

Podświadomie czułem, co muszę zrobić. Magia zdawała się mi podpowiadać sposób na to, jak mógłbym wszystkich uratować.

Wzrok kobiety był nieruchomy. Niczym tygrys, przyczajony na swoją ofiarę. Nie widziałeś w oczach tego drapieżnika żadnego sygnału na to, że zaraz może zaatakować, a mgnienie oka później zaciskał swoje zęby na twoim karku. Kobieta przekrzywiła głowę, jakby czegoś nasłuchiwała i zmrużyła oczy. Spojrzała wzdłuż mojego ciała i skupiła wzrok na moich dłoniach.

Od momentu, w którym opuściłem przyjaciół, zacząłem wprowadzać w życie swój ostatni plan. Moje palce szarpały za wstęgi magii, znajdujące się w pobliżu, zbierając je, a wzrokiem wyszukiwałem kolejnych wstęg kolorów, które również musiałem pochwycić.

Jeszcze tylko moment. Wciąż stałem w granicach osłony. Ledwo oddech od tej dwójki, emanującej potężną magią. Voldemort, mrużący oczy w moim kierunku, stał wraz ze swoją armią kilka kroków dalej i obserwował mnie głodnym, pożądliwym spojrzeniem.

- Masz bardzo ciekawą magię. - Padło z ust mężczyzny, a ja poczułem zimny pot na plecach.

Czy oni wiedzieli, co ja robię? Widzieli? Jak? Przecież według tego, co mi było wiadome, nikt nie mógł zobaczyć magii.

- DAN!

To był Severus. Obejrzałem się. Nie mogłem inaczej. Black i Dumbledore trzymali słaniającego się na nogach mężczyznę, a Lupin patrzył w moją stronę wielkimi smutnymi oczami.

Poświęciłem sekundę, by spotkać się z jego wzrokiem, po czym spojrzałem na Voldemorta i jego przerażającą armię, stojącą niebezpiecznie blisko bariery. Czekali na to, aż przez nią przejdę. Czarny Pan uśmiechał się paskudnie, jakby wiedział, że już wygrał.

Niedoczekanie twoje! Szarpnąłem za kolejne snopy iskier magii, spoglądając ponownie na dwójkę przede mną. Musiałem ich zagadać. Tak, by pozwolili mi zrobić to, co zaplanowałem.

Jednak oni stali spokojnie. Nie ruszali się ani o cal, obserwując moje ruchy. Naprawdę wiedzieli, co robię?! Poczułem zimny dreszcz i prawie się cofnąłem. Nie zareagowali. Zdawało się, że… pozwalają mi na dokończenie tego, co zacząłem. Jakby byli zainteresowani tym, czego mogę dokonać.

- Znaliśmy kiedyś kogoś, kto potrafił robić to, co ty – powiedział nagle mężczyzna. Nie chciałem pozwolić się rozproszyć, ale poczułem, że powinienem wysłuchać tego, co mają do powiedzenia.

- Nie wiem, o czym mówicie – wyszeptałem, błagając w duchu Dumbledore'a, by powstrzymał wszystkich, tak jak go o to prosiłem.

- Tak. Nawet dwie takie osoby. - Głos kobiety był zachrypnięty. Poczułem dreszcz na plecach.

- Czy to istotne, by teraz o tym rozmawiać?

Nie patrzyłem jej w twarz. Bałem się. O wiele łatwiej było mi się skoncentrować, gdy między jednym szarpnięciem magii emanującej tym samym kolorem co Mroczny Znak a drugim, zerkałem na oblicze mężczyzny, zamiast na nią.

- Zdaje się, że to dosyć istotne w tym momencie. W końcu właśnie z tego powodu tutaj jesteśmy - powiedział.

- Nie rozumiem.

Jeszcze trochę…

- Na imię ci Dan, prawda? - Kobieta wepchnęła się tuż przed moją głowę, zmuszając mnie tym samym, by nasze oczy się spotkały.

Jęknąłem, zaciskając na chwilę pięści w nieodpowiednim momencie i kilka nitek magii, które już pochwyciłem, uciekło. Prędko je złapałem pospiesznymi ruchami palców. To, co robiłem, wyglądało dla postronnych pewnie tak, jakbym grał na niewidzialnej harfie, szarpiąc niewidoczne struny.

- Dan, tak. Mam na imię Dan – wyksztusiłem, czując zimny pot spływający mi po plecach.

Kobieta uśmiechnęła się tak szeroko, jakby jej usta sięgały od ucha do ucha.

Dumbledore. Błagam. Powstrzymaj wszystkich… błagam.

Severusie. Nie biegnij za mną.

Uciekajcie do zamku.

Błagam.

Skandowałem w myślach.

- Ja mam na imię Echidna – przedstawiła się kobieta, wciąż z tym przerażającym uśmiechem na twarzy. – Wiesz, że to imię bogini zniszczenia?

Och… doskonale mogłem sobie to wyobrazić.

- Pójdę z wami – powiedziałem, przełykając. – Tylko… - Słowa uwięzły mi w gardle.

Dotarło do mnie, że już kończę i zaraz będę musiał wyjść za barierę i oddać się w ręce tej kobiety, zdającej się mieć szpony zamiast palców. Musiało się udać. Na pewno się uda. W końcu znałem już wszystkie runy, które wypisałem na wrotach Hogwartu. Znałem magię, zarówno tę, co unosiła się w powietrzu, jak i tę, która sięgała wprost ku ziemi. Uczyłem się o niej. Wiedziałem, co robię. Albo przynajmniej miałem taką nadzieję…

- Pójdę z wami - zacząłem ponownie, ściskając już wszystkie nici kolorów w dłoniach, tak jak chciałem. Moje ręce drżały. Musiałem teraz po prostu zrobić krok. – Tylko musicie mi obiecać, że nie skrzywdzicie nikogo z moich bliskich w Hogwarcie.

Oczy kobiety się rozszerzyły, a jej twarz wyglądała jak u kogoś obłąkanego.

- Och, o to już nie musimy się martwić – powiedziała i nagle jej ręka wystrzeliła w przód. Prawie puściłem to, co trzymałem w dłoniach, świadom, że właśnie przebiła barierę Hogwartu swoimi palcami, jakby jej wcale tam nie było i chwyciła moją bluzę. Spojrzałem zszokowany na kobietę, gdy ta przyciągnęła mnie do siebie, wyciągając poza barierę. - O to chyba zatroszczyłeś się już sam…

- Odwrót do zamku! - Krzyk Dumbledore był donośny.

- Atakować! - syknął Voldemort w tej samej chwili.

Widziałem, jak kobieta wyciąga przed siebie dłoń, którą mnie nie trzymała, a jej oczy zabłysły jak rozżarzone do czerwoności węgle.

Przerażony patrzyłem, jak całość polany przeszył ogień. Między moimi przyjaciółmi a barierą Hogwartu, w górę uniosła się tak wielka, niebezpieczna pożoga ognia, że mimo iż byłem od tego daleko, to i tak poczułem żar na policzkach.

Smierciożercy zaatakowali osłonę, a to uderzyło mnie niczym obuch prosto w brzuch. Słyszałem przerażone wrzaski ludzi, którzy w panice przed potwornymi płomieniami uciekali do zamku. Widziałem, że starali się je zgasić wodą, ale nieskutecznie. Wśród krzyków nie można było usłyszeć nic spójnego.

Zaciskając dłonie jeszcze mocniej, z przerażeniem spojrzałem na uśmiechającą się obłąkańczo Echidne. Nie rozumiałem tego. Jakim cudem potrafiła wysłać magię poza osłony tak, jakby wcale ich nie było?

- Obiecałaś! – wrzasnąłem. – Zostaw moich przyjaciół!

Przekrzywiła głowę i spoglądała na mnie twarzą niepokojąco pozbawianą wszystkich ludzkich emocji.

To taką ją widziałem. Dokładnie taki wyraz twarzy miała, gdy spoglądała na mnie z ognia podczas odległych snów, poruszonych płomieniami.

Była przerażająca.

Dłonie mężczyzny nagle objęły mnie od tyłu, przyciągając do jego piersi i zatrzymując w mocnym uścisku.

- Po prostu patrz – powiedział wprost do mojego ucha.

Mimo że wciąż zaciskałem dłonie w ostatniej nadziei, że mój plan powiedzie się chociaż w minimalnym stopniu, to moje bezgraniczne przerażenie nie malało. Ogień wznosił się coraz wyżej. Nie można już było zobaczyć ani wrót, ani nikogo na błoniach. Wyglądało to tak, jakby Hogwart płonął.

Miałem nadzieję, że wszyscy zdążyli uciec do zamku… Dzięki podziemnym przejściom powinni dać radę uciec.

Wysoki, obcy mężczyzna przyciskał mnie do swojej piersi jedną ręką, ale dostrzegłem wyraźnie, jak podniósł swoją lewą dłoń, coś szepcząc.

Coś, co było kolejnym objawem przerażającej magii, zabłysło w jego kolorach. Impuls elektryczny ugodził barierę Hogwartu z siłą i szybkością błyskawicy. Skórcz bólu uszczypnął mój kręgosłup i wrzasnąłem, wyginając swoje ciało.

Tylko kątem oka dostrzegłem, że kolor bariery zmienił się wyraźnie.

Co jest... to było coś…

Poczułem łzy na policzkach.

Wszystko przepadło! Chciałem, by każdy, kto atakował barierę Hogwartu, został pozbawiony magii. To wykluczyłoby wszystkich, którzy przyczyniliby się w jakikolwiek sposób do upadnięcia osłony. Jednak teraz wszystko się zmieniło!

Wiedziałem, że Voldemort nie uczestniczył w natarciu i na niewiele zdałby się mój desperacki atak. Byłem jednak pewien, że przynajmniej kilku śmierciożerców dosięgłyby moje plany.

Śmierciożercy zawyli z uciechy i ruszyli do przodu. Widziałem już, jak pierwsi z nich bez trudu przechodzą przez osłonę, biegnąc w stronę Hogwartu. Ogień stworzony przez demonicę wygasł nagle jak zdmuchnięta świeca, pozwalając postaciom ubranym w czarne szaty dostać się do szkoły. Rozbrzmiały pierwsze zaklęcia, mające za zadanie skrzywdzić innych.

Moje uczucia były mieszanką zbyt poplątaną, bym mógł wyciągnąć jedne z nich na wierzch. Miałem ochotę wrzeszczeć, uwolnić się z uścisku i biec, by pomóc przyjaciołom. Jednak to gniew okazał się najsilniejszy. Starałem się wyrwać z uścisku na moim ciele, podczas gdy silne męskie dłonie zmuszały mnie do pozostania w miejscu.

- Obiecaliście! – wrzeszczałem, kopiąc. – Moi przyjaciele tam są! Wpuściliście do nich śmierć!

Mężczyzna jednak, dużo wyższy i szerszy w ramionach niżeli każdy, kogo do tej pory widziałem, trzymał mnie za moje zaciśnięte pięści, nie reagując na moje starania.

Czy wydawało mi się, że kobieta była przerażająca z tym jej uśmiechem okrutnego szaleństwa? Ten mężczyzna był równie niebezpieczny z tą swoją niewzruszoną twarzą!

- Dotrzymałem słowa. - Usłyszałem syk za sobą. – Chłopak został wam zwrócony.

Dreszcz przerażenia sprawił, że skuliłem się na ziemi pod wciąż trzymającym mnie mężczyzna.

Voldemort uśmiechnął się drapieżnie, tak jakby kompletnie nie śpieszyło mu się na pole bitwy, gdzie przez teraz już nie funkcjonujące prawidłowo wrota zamku wdzierali się śmierciożercy, by walczyć z zamkniętymi tam ludźmi.

- Droga do tej szkoły stoi ci otworem – zauważyła Echidna.

- Trochę to trwało. – Czarnoksiężnik przeciągał sylaby i jego czerwone oczy spojrzały na mnie. Zobaczyłem w nich coś, co wyglądało jak chciwość. Skuliłem się. Nie mogłem wyksztusić z siebie słowa.

Voldemort odwrócił się i spokojnym krokiem przeszedł przez barierę, a ja patrzyłem na to bezradnie.

Drżałem na całym ciele. Wiedziałem też, że płakałem. Nagle zza wrót wybiegła postać, którą znałem.

Severus.

Jego wzrok natychmiast mnie odnalazł. Widziałem, jak odbił zaklęcie jakiegoś śmierciożercy i z zaciekłością zaczął z nim walczyć. Voldemort spacerowym krokiem skierował swoje kroki do zamku, tylko od czasu do czasu unosząc różdżkę, by odbić jakieś zaklęcie. Niewielu się odważało go zaatakować.

Oddalał się coraz bardziej… Czułem rozpacz. Tam byli moi przyjaciele!

Severus, przeskakując w bok, ugodził w końcu swojego przeciwnika na tyle potężnie, że ten upadł na ziemię. Odwrócił głowę w moją stronę. Był za daleko, bym wiedział, co wyraża jego wzrok, ale widziałem jego magię.

Krzyczałem jego imię, starając się wyrwać. Ale uścisk się nie poluźnił. Musiałem mu pomóc! Voldemort zmierzał w jego kierunku. Wrzeszczałem i kopałem jak szalony, a moim ostatnim, rozpaczliwym posunięciem było przemienienie się w swoją drugą formę. Może jak go zaskoczę bądź przestraszę, to mnie puści.

Ale mężczyzna tylko odsunął się z drogi mojego ogona, a jego dłonie objęły mnie innym chwytem, przypierając całym ciałem do ziemi. Mój ogon wił się i uderzał bez skutku. Dłonie Echidny pochwyciły moją twarz, zmuszając, bym na nią spojrzał.

Uśmiechała się… ten uśmiech… Zdrętwiałem, na chwilę przestając walczyć. A ona nachyliła się, całując mnie nagle i niespodziewanie w czoło. Pomyślałbym, że chce swoimi ustami sprowadzić na moje ciało jakiś rodzaj przekleństwa, gdyby nie to, że jej dotyk był delikatny, podczas gładzenia mnie po twarzy.

- To ty… - Padło z jej ust westchnienie. Nagle puszczono moje dłonie. - Przerwij teraz więzy magii. A ich uratujesz.

Zamrugałem. Obydwoje spoglądali na mnie z czymś dziwnym w oczach. Coś w ich magii powoli się zmieniało. Widziałem to i mimo strachu… Czułem, że już wszystko będzie dobrze.

Posłuchałem.

Szarpnięciem gwałtownym, jakbym chciał wyrwać oporne chwasty z wyschniętej ziemi, zerwałem magię.

Strzępy szmaragdowych nici, które przypisywałem wszystkim osobom posiadającym Mroczny Znak, rozproszyły się w powietrzu i zawirowały, zanim przesunęły się, opadając na ziemię. Wsiąkły w nią i znikły.

W tej samej chwili barwy przed moimi oczami poruszyły się gwałtownie, a coś znajomo obezwładniającego i bolesnego ugryzło moją własną magię. Szok z tym związany sprawił, że straciłem przytomność.