Minerwa McGonagall nerwowo chodziła w tę i z powrotem wzdłuż potężnej, ponad dwumetrowej ściany żywopłotu. Mięśnie miała napięte do granic możliwości, a tylko fakt, że w dłoni dzierżyła różdżkę, powstrzymywał jej ręce przed niekontrolowanym drżeniem. Wszystkimi zmysłami chłonęła rzeczywistość – jej oczy nieustannie szukały czerwonych iskier, jej słuch alarmował ją o każdym głośniejszym dźwięku, jej węch informował ją o okropnych stworzeniach, krążących po labiryncie.
Ogromna, świecąca gwiazda na czubku kapelusza irytowała ją, ale wiedziała, że nie może jej zdjąć. Musiała być z daleka widoczna, na wszelki wypadek. Wciąż prześladował ją widok Harry'ego wbiegającego do labiryntu.
Gdzie teraz był? Czy to możliwe by był za najbliższą kłującą ścianą? Z czym teraz musiał się mierzyć? Czy się bał?
Prawie podskoczyła, gdy w oddali dostrzegła czerwone iskry. To nie był obszar jej działań. Usiłowała się uspokoić. Nie mogła porzucić swojego patrolu i biec do iskier. Nie tylko ona pilnowała labiryntu. Nawet jeśli to Harry, ktoś się nim zajmie.
Nie pomyliła się. Zaraz pojawiła się srebrzysta mrówka –patronus Flitwicka. Mrówka jego nieco piskliwym głosem poinformowała ją, że panna Delacour odpadła z rywalizacji. Minerwa skrzywiła się. To było zbyt szybko. Liczyła, że reprezentantka Beauxbatons jest ulepiona z twardszej gliny. Ubolewała też nad faktem, że oto odpadła jedyna dziewczyna. Zostało trzech chłopców.
Minął może kwadrans od zniknięcia patronusa Flitwicka, gdy Minerwa zobaczyła słup czerwonych iskier w swoim sektorze. Zapamiętała ich położenie, po czym machnęła różdżką, a labirynt otworzył przed nią swoje mroczne korytarze.
Nie bawiła się w krążenie i szukanie. Bez wahania używała różdżki, by utorować sobie prostą drogę do miejsca, skąd wysłano iskry. Czujnie rozglądała się wokół, gotowa zareagować, gdyby pojawiło się coś nieoczekiwanego jak sklątka lub bogin. Nic jednak nie spotkała. W myślach nie przestała błagać wszystkich bóstw, by to nie Harry wzywał pomocy.
To nie był Harry. Gdy wpadła na alejkę, nad którą ktoś wyczarował czerwone iskry, zobaczyła bezwładne ciało reprezentanta Drumstrangu. Ostrożnie, czujnie, Minerwa podeszła do chłopaka. Oddychał, choć był nieprzytomny. Rzuciła szybki czar sprawdzający i krzyknęła cicho, gdy zorientowała się, że Krum został oszołomiony, ale wcześniej musiał być pod wpływem niewybaczalnego zaklęcia Imperius.
Jej umysł pracował na najwyższych obrotach. Coś było nie tak. Ktoś, kto źle życzył Harry'emu, musiał być w labiryncie.
- Cholibka!
Minerwa odwróciła się. Przez gałęzie właśnie przedarł się Hagrid.
- Tutaj! – krzyknęła, machając do niego. Półolbrzym zrobił kilka susów i już był przy niej.
- Co go trafiło? – zapytał, wskazując na Kruma.
- Zabierz go do Albusa i powiedz, że ktoś musiał wcześniej rzucić na niego Imperiusa. Ja jeszcze się tu rozejrzę. – rozkazała Minerwa.
- Ale pani profesor… - Hagrid zmarszczył czoło.
- Hagrid, to nie była prośba. Musisz zabrać chłopaka do sędziów. – warknęła Minerwa.
- Niech pani uważa, pani psor. – mruknął gajowy, ale posłusznie zabrał Kruma, przerzucając go sobie przez ramię jak nic nie ważący worek ziemniaków. Minerwa odczekała, aż Hagrid praktycznie przeskoczy najbliższą ścianę żywopłotu i zniknie jej z oczu.
Potem wyprostowała się i z różdżką w pogotowiu ruszyła w stronę centrum labiryntu. Musiała się upewnić, czy wszystko było w porządku. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że coś było nie tak.
Szła, nie napotykając na żadne przeszkody. Jedynie w jednej z bocznych alejek zobaczyła sylwetkę sfinksa. Postanowiła jednak iść dalej w stronę pucharu. Z każdym kolejnym krokiem zwalniała, jakby bardziej spięta, bardziej wyczulona na wszystko.
Dlatego o mało nie rzuciła nierozważnego zaklęcia tarczy, gdy zobaczyła ogromne cielsko akromantuli.
,,To tylko pająk." – wmawiała sobie, ostrożnie omijając nieruchomą bestię. Gdy już udało jej się przejść, pojęła, że oto jest w alejce, w której powinien znajdować się puchar.
Powinien, bo na cokole nie było nic. Tak jak nie widziała ani Diggory'ego, ani Harry'ego.
- Potter! Diggory! Jest tu kto?! – zawołała, ruszając w stronę cokołu. Odpowiedziała jej głucha cisza. Podeszła do cokołu. Dotknęła zimnego kamienia. Puchar powinien tu być. Gdyby został znaleziony, wystrzeliłby deszcz złotych iskier, ale nie zniknąłby. Coś tu było nie tak.
Wyszeptała zaklęcie wykrywające ostatnie użycie magii. Jej różdżka nie zaświeciła się na żaden kolor, ale poczuła dziwne szarpnięcie w brzuchu.
Świstoklik.
Minerwa poczuła jak krew odpływa jej z twarzy. A potem…
- Avada Kedavra!
Instynktownie zanurkowała za cokół, a zielone zaklęcie przeleciało jej nad głową, wypalając dziurę w żywopłocie za nią. Ktoś ją atakował!
Wychyliła się nieco, ale nikogo nie widziała. Mocno ściskając różdżkę, wychyliła się jeszcze bardziej.
- Avada Kedavra! – tym razem klątwa minęła ją o włos.
Minerwa nie rozpoznała chrapliwego głosu, choć wydawał jej się znajomy. Zrozumiała jednak, że w labiryncie nie ma ani Pottera, ani Diggory'ego, jest za to czarnoksiężnik, gotowy zabijać.
- Moody! – rozpaczliwie użyła umysłu, by zawołać na pomoc przyjaciela – to on miał patrolować centrum labiryntu.
Odpowiedziała jej jedynie cisza.
Usłyszała szelest. Pojęła, że próba walki z nie wahającym się zabić nieznanym przeciwnikiem, byłaby szaleństwem. Musiała ostrzec Albusa. Należało znaleźć Harry'ego…
Zebrała swoje siły i teleportowała się z hukiem.
Usłyszała pełne zdumienia okrzyki, gdy wylądowała tuż przed wejściem. Jednak ona szukała jednej osoby. Albus już biegł do niej, jego twarz ściągnięta niepokojem.
- Co się stało? – spytał, podbiegając do niej.
- Puchar zniknął. Był świstoklikiem. Nigdzie nie widziałam ani Harry'ego ani Cedrika. – wycharczała, próbując złapać oddech. Oczy Albusa rozszerzyły się. Nie migotały. Minerwa odkryła w nich strach.
- Dumbledore! Co to ma znaczyć? Jak profesor McGonagall mogła się teleportować na terenie szkoły? – zaraz przy nich pojawił się zdenerwowany Knot.
- Ale jak? – Albus gorączkowo myślał, Minerwa prawie widziała, jak pracują trybiki jego mózgu.
- Tam ktoś był. W labiryncie. Rzucał na mnie zaklęcie uśmiercające… - dodała, a potem syknęła, gdy Albus gwałtownie zacisnął dłoń na jej ramieniu.
- Ktoś próbował cię zabić?!- tym razem w oczach Albusa zobaczyła gniew.
- Dumbledore! Co tu się dzieje, na Merlina? Najpierw mówisz coś o tym, że Krum jest pod wpływem Imperiusa, teraz ona zjawia się z nieba i mówi, że ktoś próbował ją zabić… - minister nie przestawał trajkotać obok.
- Rozpoznałaś go? – Albus jednak był skupiony wyłącznie na niej.
- Nie widziałam go. Ale jego głos był znajomy… - Minerwa ze wszystkich sił usiłowała sobie przypomnieć. Było to trudne, w końcu samych uczniów miała setki. Jak w tym gąszczu znajomych głosów mogła wskazać ten jeden?
- Musimy szukać Harry'ego. – rzuciła, prostując się.
- Tylko gdzie? – Albus nerwowo obejrzał się za siebie, na szepczącą publiczność.
- Nie wiem, ale musimy go znaleźć. Może… - Minerwa spojrzała na labirynt.
- Tam go nie ma. Nie ma go na terenie zamku. – Albus z rezygnacją pokręcił głową.
Minerwa poczuła jak jej serce ściska się z niepokoju, jak zaczyna brakować jej tchu, jak magia wrze w jej żyłach.
Nie teraz. – pomyślała, nerwowo pocierając dłońmi szatę, by ukryć ich lśnienie.
Lecz moc nie pochodziła jedynie od niej. Tuż obok Albus na przemian otwierał i zamykał oczy. Jego złość, jego strach, jego wszechpotężne emocje brały w górę nad jego rozsądkiem. Minerwa znała go dobrze.
- Szszsz. – przysunęła się do niego, mimo że odepchnęło ją lekkie wyładowanie elektryczne.
I wtedy właśnie za ich plecami rozległ się trzask.
Odwrócili się błyskawicznie.
Na ziemi leżał Harry Potter, zakrwawiony, trzymający w jednej ręce puchar turnieju, a drugiej różdżkę i bezwładne ciało Cedrika Diggory'ego.
- Harry! – Albus jako pierwszy dopadł do dwóch chłopców.
Minerwa zrobiła kilka kroków do przodu, ale potem znieruchomiała.
Cedrik Diggory był martwy. Jego puste, szklane oczy lśniły w blasku lamp. Jego twarz była biała, blada.
- On wrócił. Wrócił. Voldemort. – wyszeptał Harry, patrząc na Albusa.
Albus odwrócił się do niej. Gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, Minerwa zrozumiała. Oto stało się to, czego lękali się od tylu lat.
- Tam jest mój syn! Mój syn! – zza jej pleców dobiegły ją pełne przerażenia wrzaski Amosa Diggory'ego.
Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć do Albusa, wybuchła panika. Wszyscy krzyczeli. Rodzice usiłowali dopaść do ciała swojego dziecka. Albus i Knot usiłowali ich uspokoić. Uczniowie i widzowie krzyczeli, płakali lub siedzieli nieruchomo, zbyt zdezorientowani, by cokolwiek zrobić.
Minerwa tymczasem widziała jedynie martwe oczy Cedrika. Takiego uprzejmego, bystrego chłopca, który zawsze był taki grzeczny, taki aktywny na jej lekcjach. Chłopca którego cechowała szlachetność i lojalność właściwa Puchonom. Chłopca, który miał jak setki innych, skończyć Hogwart, znaleźć pracę, założyć rodzinę i zbudować dom. Chłopca, którzy tak jak inni w jego wieku, miał marzenia, pasje.
Dawno nie czuła takiego żalu. Widywała go niemal codziennie, a teraz on już nie ukłoni się jej, widząc ją w Wielkiej Sali. Pomagała mu jedynie przy najtrudniejszych transmutacjach, a teraz już nigdy nie powie mu, że powinien mniej gwałtownie machać różdżką. Dodawała mu punkty, bo zawsze wiedział jak się zachować, a teraz już nigdy go nie pochwali.
Niewiele mogło się równać z żalem po stracie ucznia. Ucznia, którego obserwowało się od chwili, gdy położyło się tiarę na jego głowie. Ucznia, którego się spodziewało zobaczyć wśród roześmianych absolwentów.
Cedrik nie zasługiwał na śmierć. Miał całe życie przed sobą. Odebrano mu je od tak po prostu. By pokazać, że można decydować o ludzkim życiu. By ich społeczność znów zaczęła się bać, by znów zapanował terror.
- Minerwa! – ktoś pociągnął ją za rękaw szaty.
Z wysiłkiem skupiła wzrok na twarzy przed sobą.
- Poppy, powinnaś zająć się rodzicami Cedrika. – Minerwa lekko odepchnęła od siebie pielęgniarkę.
- Nie rozumiesz. Chodzi o Moody'ego… - krzyknęła Poppy, by Minerwa usłyszała ją w tym zgiełku.
- To teraz nie ma znaczenia! – ryknęła Minerwa, ale Poppy nie dała się przestraszyć.
- To nie jest Moody! On nie wie o rzeczach, które Moody powinien pamiętać!
I wtedy Minerwa zrozumiała.
,,Pani profesor" – Moody nigdy by tak do niej nie powiedział. Moody nie zmieniłby Malfoya w fretkę, nie zbywałby Poppy, nie ignorowałby jej. Alastor zareagowałby na jej wołanie o pomoc.
- Harry. –wyszeptała Minerwa i rozejrzała się. Nie widziała nigdzie ani chłopca, ani kuśtykającej sylwetki Moody'ego, choć mogłaby przysiąc, że mignął jej, gdy Harry wynurzył się z labiryntu.
Albus przekazał łkającą panią Diggory Pomonie, a sam podniósł głowę. Zrozumieli się bez słów.
Minerwa jak z procy wystrzeliła w stronę zamku. Biegła ile sił w nogach, z różdżką w dłoni. Za sobą słyszała kroki Albusa i Severusa. Nie czekała jednak. Biegła, choć płuca ją paliły żywym ogniem, a nogi nie chciały nieść. A jednak strach o Harry'ego był silniejszy niż wszystko inne.
Wspinała się po schodach, przemykała przez korytarze. Doskonale znała drogę do jego gabinetu. Miała jedynie nadzieję, że tam właśnie się udał. I że nie przybędzie za późno.
Zamek słuchał się jej. Drzwi stanęły otworem:
- Drętwota!
Jej zaklęcie posłało Moody'ego na ziemię. Nie przestając celować w niego różdżką, podeszła do trzęsącego się Harry'ego. Albus wyminął ją i kopniakiem przewrócił Alastora na plecy. Nie musiała na niego patrzeć, by wyczuć pulsującą od niego złość.
- Severus, przyprowadź skrzatkę Mrużkę i przynieś mi veritaserum. – polecił dyrektor. Snape pokiwał głową i wybiegł. Minerwa tymczasem powiedziała, mając na myśli Harry'ego:
- Jest ranny. Powinien iść do skrzydła szpitalnego.
- Nie. Zostanie tutaj. Musi zrozumieć, jak do tego wszystkiego doszło. Ulecz go sama. – mruknął Albus, a jego klatka piersiowa nadal falowała, gdy nie odrywał różdżki od gardła nieprzytomnego mężczyzny.
- Profesor. To był on. Cały czas. – Harry bełkotał coś, ale Minerwa jedynie jedną ręką chwyciła go za dłoń, a drugą wycelowała różdżką w ranę na jego przedramieniu i wypowiedziała zaklęcie leczące. Rana zasklepiła się.
- Dziękuję. – Harry jakby z trudem opanowywał łzy. Minerwa lekko otoczyła go ramieniem i odezwała się do Albusa:
- Co teraz?
- Musimy znaleźć prawdziwego Moody'ego. – odpowiedział Albus, rozglądając się po pokoju. Jego oczy rozbłysły na widok ogromnego kufra. Machnął różdżką i kufer zaczął się otwierać – miał kilka zamków.
Minerwa podeszła do kufra. Krzyknęła, widząc na dnie wyczerpanego, pozbawionego nogi, oka i włosów mężczyznę. Przyjaciela, którego już tyle razy zawiodła.
- Minnie? – prawdziwy Alastor uniósł głowę.
- Zaraz cię stamtąd wyciągniemy. O nic się nie martw. – krzyknęła.
- On ciągle pytał o ciebie i Poppy. Czy wy… czy wszystko w porządku? – Moody próbował się podnieść, ale był zbyt słaby.
- Tak. Wytrzymaj jeszcze trochę. – odpowiedziała. Gdy wyprostowała się znad kufra, spojrzała na Albusa.
- Zawiadom Poppy. – mruknął mag. W chwili gdy jej srebrny patronus wyleciał z komnaty, do środka wpadł Snape i mizernie wyglądająca skrzatka domowa. Albus tymczasem chwycił piersiówkę, leżącą na biurku i przechylił ją, wylewając na blat charakterystyczny płyn.
- Eliksir wielosokowy. Sam widzisz, jakie to było proste, a jakie sprytne. Moody pił wyłącznie ze swojej piersiówki, wszyscy o tym wiedzieli. Oszust musiał, oczywiście, trzymać prawdziwego Moody'ego gdzieś w pobliżu, żeby sporządzać nowe porcje eliksiru. Spójrz na jego włosy, obcinał mu je przez cały rok, widzisz te nierówności? Wydaje mi się jednak, że dziś, w ferworze mógł zapomnieć o zażywaniu go tak często, jak powinien, czyli co godzinę. . . Zaraz zobaczymy. . .- mruczał Albus do Harry'ego.
Skrzatka zawahała się. A potem leżący na ziemi człowiek zaczął się zmieniać.
Minerwa poczuła zimny pot spływający po plecach, gdy ujrzała Bartemiusza Croucha Juniora. Ostatni raz widziała go zabieranego przez aurorów po tym, jak przyłapała go na torturowaniu Longbottomów.
Potem już wszystko potoczyło się szybko. Snape podał Crouchowi veritaserum. Oszust przyznał się do wszystkiego. Opowiedział im o poświęceniu matki, która poszła za niego do Azkabanu. Opowiedział o zniewoleniu i morderstwie ojca. Opowiedział o służeniu Voldemortowi. O tym jak porwał prawdziwego Alastora Moody'ego. Jak pomógł Voldemortowi powrócić.
Minerwa przez cały ten czas nie oderwała ręki od ramienia Harry'ego. Prawie czuła jego przerażenie. Jednocześnie zaś nie mogła wyjść z podziwu dla jego odwagi.
Oto znów Harry Potter stanął przed Voldemortem i przeżył.
Gdy Crouch skończył mówić, Albus błyskawicznie wyczarował krępujące go więzy. Potem zaś zwrócił się do Minerwy:
- Minerwo, zaprowadzę Harry'ego na górę. Mogłabyś stanąć na warcie? – Albus spojrzał na nią z powagą zza swoich połówkowych szkieł. Minerwa wiedziała, że nie zostawiłby jej tu z śmierciożercą, gdyby rozmowa z Harrym nie była dla niego ważna. Pokiwała głową.
- Severusie, sprowadź ministra, na pewno będzie chciał przesłuchać Croucha osobiście. – rozkazał jeszcze Albus, a potem lekko ujął Harry'ego pod ramię i ruszył do drzwi.
Minerwa wycelowała różdżkę w Croucha, który mimo to wrzasnął za nimi:
- Teraz, gdy powrócił, już go nie powstrzymacie! Czarny Pan posiądzie ją, jakkolwiek byś jej nie chronił, Dumbledore!
- Drętwota! – rzekła Minerwa, a czerwony promień z jej różdżki trafił Croucha w pierś. Mężczyzna znieruchomiał.
Albus stał jak wryty. Harry błądził wzrokiem pomiędzy twarzą dyrektora a jego nieco drżącą ręką. Te kilka słów szaleńca zdawały się kompletnie wyprowadzić Albusa z równowagi. Jego palce lśniły i Minerwa zrozumiała, że jest bardzo bliski utraty kontroli nad swoją magią. Jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że Crouch miał dziesiątki okazji by wbić im nóż w plecy. Minerwa odezwała się:
- Przejdziemy przez to. Razem. Nie martw się na zapas. – włożyła w ten ton tyle optymizmu, ile zdołała z siebie wykrzesać. Zniosła bariery skrywające jej silną aurę czarownicy, pozwoliła by drobne wątki jej magii musnęły uspokajająco Harry'ego i otoczyły skrywaną skrzętnie aurę Albusa. Musiał wiedzieć, że ona jest tu z nim, że będzie trwała przy Hogwarcie, na dobre i złe.
Wyraz twarzy Albusa złagodniał, w jego oczach błysnęło coś... na kształt czułości? Nie, wyobrażała to sobie. Ostatecznie, dyrektor pokiwał głową i wyprowadził Harry'ego. Minerwa tymczasem podeszła do brzegu wysokiego kufra. Ostrożnie, z maksymalną delikatnością, za pomocą zaklęcia lewitującego wydobyła wycieńczonego Alastora z kufra.
Gdy już opuściła go na ziemię, usłyszała wrzask za swoimi plecami.
W drzwiach stała Poppy. Z przerażeniem wpatrywała się w zabiedzonego Moody'ego i związanego Croucha. Minerwa, stojąc w centrum tego wszystkiego, zmusiła się do zachowania zimnej krwi.
- Poppy. – wyszeptał Alastor, a potem stracił przytomność. Minerwa była na tyle blisko, że zdążyła go złapać, zanim jego głowa gruchnęła o kamienną posadzkę. Poppy chyba odzyskała zdolność reakcji, bo opadła na kolana tuż obok.
- Moody, na Merlina. – mamrotała, oglądając jego zmaltretowane ciało.
- Dasz radę sama zabrać go do skrzydła szpitalnego? Zaraz pewnie zjawi się tu Knot. – Minerwa podniosła z ziemi protezę, która leżała tam odkąd Crouch się zmienił.
- Tak, już. Czy on coś mówił jeszcze? – Poppy przymocowała protezę do swojego fartucha i przywołała porzucone magiczne oko, po czym wsunęła je do kieszeni.
- Nie. Ale zważywszy na to, co przeszedł… - Minerwa pokręciła głową. Gdyby ją ktoś zamknął w kufrze na kilka miesięcy, zabiłaby się, uwalniając całą swoją energię.
Tak, tak jakby to było takie proste. Skrzywiła się, wspominając żałosne próby utopienia się w misce z wodą podczas wojny. Tymczasem Poppy machnęła różdżką i zaczęła powoli lewitować Alastora. Minerwa nieco odetchnęła, gdy za pielęgniarką i nieprzytomnym aurorem zamknęły się drzwi. Widok Alastora w takim stanie jedynie budził w niej ogromne poczucie winy.
Znów zawiodła. Nie rozpoznała oszusta, mimo że ten wcielał się w jednego z jej najlepszych przyjaciół. Nie uchroniła Harry'ego przed grozą spotkania Voldemorta. Pozwoliła, by reprezentanci weszli do tego przeklętego labiryntu. A jeden z nich opuścił go martwy.
Minerwa dawno nie czuła się tak źle.
Nie wiedziała, że zaraz poczuje się jeszcze gorzej.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Albus Dumbledore szedł pustym korytarzem Hogwartu. Czuł się kompletnie wypompowany ze wszystkich emocji. Właśnie rozmawiał z rodzicami Cedrika Diggory.
Nigdy nie zastanawiał się nad tym, jak może wyglądać śmierć dziecka w perspektywy rodzica. To nie było naturalne, to dzieci chowały rodziców. Gdy to zaczynało się zmieniać, był to znak, że nadchodzą czasy terroru.
Widok łkającego, zupełnie załamanego Amosa wstrząsnął Albusem mocniej, niż ktokolwiek mógłby sobie to wyobrażać. Tyle bólu, tyle cierpienia. Płacz, rozpacz czarodzieja, którego Albus znał dość dobrze, były szokujące. Agonia, jaka promieniowała z Amosa dotknęła Albusa w nieoczekiwany sposób. Wywołała z nim strach i wszechpotężne poczucie winy. Bo powinien był to przerwać, gdy tylko Tiara wyrzuciła imię Harry'ego. Bo powinien skonfrontować wszystkie podejrzenia dotyczące Alastora z zainteresowanym. Bo powinien słuchać się jej, kiedy jej nieomylna intuicja podpowiadała, że jego kuszenie losu skończy się tragicznie.
Nigdy by mu nie wybaczyła, gdyby Harry zginął.
Nagle zatrzymał się. Coś było nie tak. Wyczuł to poprzez to specyficzne połączenie dyrektora ze świadomością zamku. Odczucia Hogwartu płynęły leniwą rzeką, od czasu do czasu jedynie ocierając się o umysł Albusa. Gdy jednak działo się coś złego, swego rodzaju dzwonek alarmowy rozbrzmiewał w głowie Albusa z mocą niepozostawiającą złudzeń, czyja potężna świadomość go ostrzega.
Niemniej jednak Albus nie widział kolorowych strzałek wskazujących mu drogę do tego, co tak zaniepokoiło starożytnego ducha szkoły. Musiał zdać się na swój własny instynkt. Postanowił pognać więc do skrzydła szpitalnego.
Nawet ze znacznej odległości usłyszał krzyki zażartej kłótni. Przyspieszył, gdy zorientował się, że jeden z głosów należy do Knota, a drugi do silnie wzburzonej Minerwy. To nie mogło wróżyć dobrze.
Co jednak oni oboje robili w skrzydle szpitalnym? Tam był wyczerpany Moody i na pewno przerażony Harry – chyba rozumieli, że ich wrzaski nie pomogą im w uporaniu się z przeżytymi traumami?
Wpadł do skrzydła szpitalnego w momencie, gdy padło jego nazwisko.
- Co się stało? Dlaczego ich niepokoicie? Minerwo, jestem bardzo zaskoczony, prosiłem cię, żebyś pilnowała Barty'ego Croucha… - zaczął Albus.
- Nie ma potrzeby już go pilnować, Dumbledore! Pan minister już o to zadbał! – wrzasnęła Minerwa.
Dopiero teraz Albus zobaczył w jakim jest stanie. Cała trzęsła się ze złości, na jej bladych zwykle policzkach pojawiły się szkarłatne plamy, a jej szmaragdowe oczy ciskały błyskawice. Albus natychmiast zrozumiał, że tylko ostatnie wysiłki woli powstrzymują ją przed wypuszczeniem z siebie ogromnej dawki mocy.
- Kiedy powiedzieliśmy panu Knotowi, że schwytaliśmy śmierciożercę, odpowiedzialnego za ostatnie wydarzenia -uznał, że jego osobiste bezpieczeństwo zostało zagrożone. Uparł się, by wezwać dementora, by towarzyszył mu, gdy wejdzie do zamku. Zabrał go ze sobą do gabinetu, gdzie Barty Crouch. . . – wyjaśniał Snape cichym głosem, przezornie odsuwając się od Minerwy.
- Mówiłam, że nigdy się na to nie zgodzisz, Albusie! Powiedziałam mu, że nigdy nie pozwoliłbyś wejść do zamku żadnemu dementorowi… - zagrzmiała Minerwa, a jej głos tak wibrował energią, że szyby w oknach zatrzęsły się.
Albus wiedział, że musi ją uspokoić zanim będzie za późno.
- Droga pani! Jako minister sam mogę decydować o tym, czy mam mieć ochronę podczas przesłuchania potencjalnie niebezpiecznego… - zaczął Knot, czerwony ze złości na twarzy, nieświadom niebezpieczeństwa, w jakim znalazł się teraz.
- Gdy ten… to coś… wkroczyło do gabinetu… rzuciło się na Croucha i… - Minerwa przymknęła oczy.
Albus otworzył szerzej swoje, widząc jak kamienie na posadzce pod jej stopami falują. Ona właśnie oczyszczała się, różdżka w jej ręce skierowana była w podłogę, a zaklęcie wywołała niewerbalnie. Albus bał się nawet poruszyć – tylko on był świadomy, jak niebezpieczny był proces oczyszczania. Jednocześnie nie posiadał się ze zdumienia – ile razy Minerwa wydawała mu się taka krucha, potrzebująca ochrony. A teraz dokonywała czegoś, co on jeszcze niedawno uważał za niemożliwe.
- Z tego, co o nim wiemy żadna to strata! – wybuchnął Knot.
Albus zignorował go. Patrzył prosto w rozszerzone złością oczy Minerwy. Lekko pokręcił głową. Ona odwróciła twarz, świadoma niebezpieczeństwa jakie przed chwilą stwarzała. Pozostali byli zupełnie nieświadomi tego, że w posadzkę skrzydła szpitalnego właśnie przelano energię zdolną powalić trolla.
Oto, jak działali na nią dementorzy. Miała rację, mówiąc, że on nie zgodziłby się na wpuszczenie tych kreatur do zamku. Nie, kiedy wiedział, jak wiele bólu rodzą w niej samą swoją obecnością. Oczywiście, była dość silna, by poradzić sobie z nimi. Lecz nie był pewien czy Hogwart jest dość silny, by przyjąć jej magię, zrodzoną z bólu złych wspomnień.
- Jest odpowiedzialny za kilka mordów!
- Ale nie może już złożyć zeznań, Korneliuszu. – Albus uznał, że pora nieco uświadomić ministra.
Dyrektor Hogwartu nie spodziewał się, że ta rozmowa tak się potoczy. Owszem nie miał zbyt wysokiego mniemania o zdolnościach przywódczych Knota, ale nie mógł przypuszczać, że minister zachowa się tak absurdalnie.
Knot w ciągu tych wszystkich lat swoich rządów, zawsze z pokorą przyjmował rady Albusa. A teraz nagle odmówił przyjęcia do wiadomości, że Voldemort powrócił i w związku z tym musi podjąć odpowiednie kroki. Do tego stopnia przyzwyczaił się do samych przywilejów i dystynkcji związanych z pełnioną funkcją, że wolał udawać, że nic się nie stało, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, byle tylko nadal cieszyć się ministerialnym stołkiem.
- Ten chłopiec potrafi rozmawiać z wężami, Dumbledore, a ty nadal uważasz, że można mu wierzyć? – zapytał Knot. Albus odruchowo zerknął na Minerwę, która już zdążyła się uspokoić. Teraz jednak jej oczy rozbłysły, gdy wrzasnęła:
- Ty głupcze! Cedrik Diggory! Pan Crouch! To nie są przypadkowe ofiary szaleńca!
Albus już nie był zdziwiony, gdy Knot zatrzasnął za sobą drzwi. Minister nie wiedział jednak, że swoją decyzją być może pośrednio przyczynia się do ułatwienia zadania Voldemortowi. Zmanipulowanej i nieświadomej zagrożenia społeczności łatwiej można było narzucić terror. Jednak póki Albus posiadał jakieś wpływy, nie zamierzał dopuścić do powrotu straszliwych czasów sprzed kilkunastu lat. Należało działać i to szybko.
- Minerwo, chcę jak najszybciej się zobaczyć z Hagridem. Niech przyjdzie do mojego gabinetu. I z madame Maxime, jeśli wyrazi na to zgodę. – rzucił Albus do swojej zastępczyni, po tym jak już Bill zapewnił go, że poinformuje Artura o wszystkim co zaszło.
Minerwa ruszyła do drzwi, żadnym gestem nie okazując, że traktowanie jej jak dziewczyny na posyłki w jakiś sposób ją ubodło.
- Królowa na A5. – zawołał za nią Albus, w przypływie impulsu. Zatrzymała się i nie odwracając się, wolno pokiwała głową.
Uśmiechnął się. Wiedział, że zrozumie. I dobrze, potrzebował jej. Jeszcze dziś musieli uruchomić całą machinę Zakonu Feniksa. Albus wiedział, że czekał ich bardzo ciężki czas. I podejrzewał także, że ani Zakon, ani Hogwart, ani on sam nie zdoła przetrwać tego bez wsparcia Minerwy McGonagall.
Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Albus zazwyczaj chodził szybko, stawiając zdecydowane kroki, a jego szaty łopotały nawet w korytarzach pozbawionych przeciągu. Lecz dziś, dziś wolno stawiał krok za krokiem, a rąbek czarnych, zupełnie czarnych szat wlókł się za nim, zbierając kurz zamkowej posadzki.
Nie przypominał sobie gorszego dnia w swojej dyrektorskiej karierze. Bo nawet kiedy wiele lat temu odpierali otwarty atak na zamek, obyło się bez ofiar. A dziś? Właśnie powrócił z ceremonii pogrzebowej Cedrika Diggory'ego.
Amos chciał, by to była cicha i prywatna ceremonia. Oprócz Albusa jedynymi osobami spoza rodziny była Amelia Bones, reprezentująca Knota, Pomona Sprout, jako opiekunka domu Cedrika i panna Chang z rodzicami. Albus podejrzewał, że dziewczyna była bliską przyjaciółka Cedrika, ale zmienił zdanie, gdy ujrzał jej ogromną rozpacz – to było więcej niż przyjaźń.
Niemniej jednak nic nie rozstroiło go tak, jak cierpienie przeżywane przez rodziców zamordowanego Puchona. Ich płacz, ich szloch, ich zawodzenie i lament. Te słowa wcale nie oddawały tego, jak wielką agonię przedstawiali sobą na pogrzebie państwo Diggory. Albus zamknął oczy, ale wciąż słyszał ich głosy, już zachrypnięte od nieustannego skowytu.
Jak mogło do tego dojść? Jak on mógł do tego dopuścić? Czy mógł się tego spodziewać?
Przecież to on sam, Albus Dumbledore, najgłośniej przestrzegał przed powtórnym powrotem Voldemorta! On sugerował, że poświęcenie Lily Potter kupiło im jedynie nieco czasu, trochę spokoju. Każdemu powtarzał, że Voldemort za bardzo bał się śmierci, by nie próbował się przed nią ochronić.
I odkąd Harry na nowo został wciągnięty w ich świat, w ten okrutny świat magii, nie było roku, by coś się nie działo. Gdy Weasley'owie zaoferowali, że zabiorą go na mistrzostwa świata w quidditchu, Albus w kościach czuł, że coś się wydarzy. I nie zrobił nic. Gdy Czara Ognia wyrzuciła kartkę z nazwiskiem Harry'ego, Albus wiedział, że z tego nie może wynikać nic dobrego. Ale nie zrobił nic, pozwolił mu startować. Gdy widział, jak Minerwa coraz bardziej martwi się o chłopca, nie zrobił nic, chociaż jego serce się krajało.
Wyszedł na dziedziniec transmutacji, licząc, że świeże powietrze pozwoli mu nabrać dystansu do tego wszystkiego.
Lecz czy nie tym się właśnie kierował, nic nie robiąc, nie podejmując żadnych działań, by zatrzymać ten szalony turniej? Dystansem? Przekonaniem, że to będzie dla Harry'ego wyśmienita okazja by nabrać doświadczenia, by być bardziej gotowym na to, co zostało mu przeznaczone? Przeznaczone w początku świata, potwierdzone przez prorocze słowa Sybilli Trelawney, dawno temu, w gospodzie Aberfortha?
Harry musiał przechodzić przez to wszystko, to było poświęcenie konieczne do finalnego pozbycia się Voldemorta.
Lecz Cedrik? Lecz Amos i jego żona? Hogwart? Samego siebie nawet nie śmiał wliczać w poczet ludzi, z których przeznaczenie okrutnie sobie zadrwiło.
Podszedł do ogromnego drzewa, które rosło w centrum dziedzińca i usiadł na jednym z grubych korzeni, które rozciągały się aż pod mury krużganków. Drzewo było już olbrzymie, gdy Albus był uczniem i zawsze lubił tu przesiadywać, chociaż z początku tylko dlatego, że stąd było najbliżej do jego ulubionej klasy, klasy transmutacji.
Cedrik Diggory. Chłopak, który miał tyle przed sobą… Albus pomyślał o tych niezliczonych chwilach szczęścia, jakich mógł doświadczyć młody czarodziej, gdyby Albus przerwał w porę Turniej Trójmagiczny. Kariera, szybka i błyskotliwa; z jego urokiem, o którym Pomona mówiła na pogrzebie, zaszedłby daleko w ministerstwie. Miłość, może nawet w osobie panny Chang, która zachowywała się dziś tak, jakby i jej na zawsze odebrano już możliwość kochania. Rodzina, którą cieszyłby się, wobec której byłby lojalny jak każdy Puchon, którą doceniałby, tak jak doceniał swoich rodziców, co zaznaczyła Amelia w podniosłej laudacji.
I co? Krótkie uczucie satysfakcji, dezorientacja, niezrozumienie, Avada i koniec.
Albus westchnął, usiłując skupić się na maksymalnie splątanych korzeniach. Lubił to miejsce, bo wiązało się z bardzo przyjemnym wspomnieniem. To tu wylądował z Minerwą po weselu Potterów. Tu potknęli się i poturlali w dół, na kostki bruku. To on wziął na siebie impet upadku, ale ostatecznie wylądował na niej, tam, kilka kroków dalej. Doskonale pamiętał jej rozchylone usta, chociaż powinien był większą uwagę poświęcić jej oczom. Do dziś nie wiedział, czy to, co w nich wtedy widział to oczekiwanie, wątpliwość, czy zaledwie zawstydzenie.
Przesunął dłonią po swoich czarnych szatach, pragnąc, by jego myśli nie dryfowały tak łatwo, tak niekontrolowanie. Pomyślał o tych wszystkich pogrzebach, w których zmuszony był brać udział, właśnie takich jak ten dzisiejszy. Nie chodziło o pogrzeby drogich mu ludzi, jak matka, jak Ariana, jak rodzice Minerwy. Tak, Cedrika cenił, ale nie znał go – tak naprawdę to był tylko jeden z wielu uczniów. Jeden z wielu pogrzebów, w których uczestniczył w swoim długim, ponad stuletnim życiu. A jednak poruszył go, na równi z pogrzebami bliskich mu osób. Nie była to kwestia tego, iż czuł się odpowiedzialny za tą śmierć. Za ile śmierci w końcu czuł się odpowiedzialny, przeżywszy trzy straszliwe wojny? Nie, coś innego zasiało w nim wątpliwość, podważyło moralny pogląd na swój plan przygotowania gruntu pod działania przeznaczenia.
Rozpacz rodziców tracących swoje jedyne dziecko. Tak, to go wzruszyło. Bo śmierć rodziców i rozpacz osieroconego dziecka – to znał doskonale, to zdarzało się często – Harry, Minerwa. Ale dziecko, umierające, nie, zamordowane, zanim zdążyło tak naprawdę żyć, które odeszło szybciej niż rodzice, pozostawiając po sobie pustkę… tego nie rozumiał. Tak nie powinno być.
Westchnął, a potem drgnął, bo usłyszał ciche miauknięcie.
Szarobura, pręgowana kotka z charakterystycznymi, ciemniejszymi znakami wokół oczu szła ku niemu, ale nie był w stanie powitać jej uśmiechem. Wiedział, że smutek w jego oczach jest równie wyraźny jak ten odbijający się w szmaragdowych tęczówkach.
Podeszła zupełnie blisko, wciąż w swej kociej formie, chociaż doskonale wyczuwał jej silną aurę czarownicy. Zdumiało go, że zwinnie i bez wahania wskoczyła mu na kolana. Odruchowo zanurzył dłoń w jej miękkim futerku.
- To było okropne, Minnie. Widzieć ich rozpacz, ale wcale jej nie rozumieć. Nie sądziłem, że to mnie tak poruszy, a przecież jego śmierć była o wiele większym ciosem dla tych, który go znali lepiej niż ja. Jak Pomona, albo ty. – powiedział, głaszcząc ją delikatnie po grzbiecie. Poczuł się lepiej. Nie wiedział czy to ulga wywołana możliwością podzielenia się swoimi odczuciami, czy po prostu jej bliskość – przysunęła się tak, że połowa jej drobnego ciała przylegała do jego piersi.
- Nawet nie umiałem znaleźć żadnych słów, by ich pocieszyć. Bo jak mógłbym, gdy tak naprawdę nie mam pojęcia, co oni muszą przeżywać? Mogę tylko wyobrażać sobie, jak to jest, kochać swoje jedyne dziecko, wiązać z nim swoje nadzieje i marzenia, pragnąć, by było absolutnie szczęśliwe, czuć radość z każdego jego osiągnięcia… a potem… potem stracić je, zielony błysk i wszystko, kim był i kim mógł się stać, obrócone w proch, w niwecz. Mógłbym podejrzewać, że moje życie straciłoby sens, że nie pragnąłbym niczego, tyko towarzyszyć mu tam, tak jak towarzyszyłbym był mu w stawianiu jego pierwszych kroków. – urwał, czując że jego oczy wilgotnieją. Jej futerko było takie mięciutkie, jej drobne ciało zupełnie ciepłe, z jej płuc wydobywało się ciche mruczenie, które uspokajało go.
- Przepraszam cię, Minnie. Nie powinienem się tak rozklejać i jeszcze obarczać cię moim smutkiem, masz dość swojego. Szczególnie, że skoro drogi moje i Korneliusza się rozeszły, należałoby przedstawiać silny obraz, determinacji i gotowości. To niewiele, ale chociaż tyle jestem winien tym, którzy mi zaufali. – sięgnął do niej drugą dłonią, by pogłaskać ją za uchem. Jej mruczenie było głośniejsze i uzmysłowił sobie, że to jest prawie tak piękny dźwięk jak jej śmiech.
- Od początku miałaś rację i powinienem był zaufać twojej intuicji. A teraz, teraz nie mam nic, co mógłbym powiedzieć, by nawet w moich własnych oczach, śmierć Cedrika i cierpienie Harry'ego były jakkolwiek kompensowane, bo nie wiem, nie mogę mieć pewności, co się wydarzy. Być może wszystko, co tu robimy, jest na marne. Być może los i tak kieruje nas na jedyną słuszną ścieżkę. – pochylił się, kotka wtuliła głowę w jego brodę. Zastanawiał się, czy ona może słyszeć, jak szybko bije mu serce.
- Wiem, że mamy w tej kwestii inne poglądy. Ty nie wierzysz w los, w przeznaczenie, w wróżbiarstwo. Ale tylko tobie mógłbym opowiedzieć o moich wątpliwościach, bo tak naprawdę, to rozumiesz mnie. Rozumiesz, jak trudny jest wybór pomiędzy dobrem jednostki, a dobrem milionów. I nawet, jeśli twój wybór byłby inny niż mój, to i tak jesteś jedyną osobą, która umiałaby go dokonać i żyć dalej ze wszystkimi konsekwencjami. – szeptał, pieszcząc dłońmi linię jej kociej szczęki, delektując się jej bliskością.
Nie mógł się tego spodziewać. Jeszcze mrugnięcie temu była kotką z ciemnymi obwódkami wokół oczu, łaszącą się do niego w typowo koci sposób. A chwilę później była czarownicą w jego ramionach.
Leżała na nim, czuł ciepło jej ciała przez oddzielające ich dwie warstwy czarnych szat. Jej ręce obejmowały jego szyję. Jej policzek był przy jego policzku, słyszał szmer jej oddechu przy uchu, czuł go na skórze karku – wywoływał w nim ciepłe dreszcze.
Odruchowo otoczył ją ramionami, przyciskając bardziej do siebie. Jego dłonie automatycznie zaczęły kreślić uspokajające okręgi na jej plecach, chociaż to było bardziej kojące dla niego, niż dla niej.
- Życie z konsekwencjami to budzenie się każdego dnia i odpychanie żalu, że nie dokonało się innego wyboru. – wyszeptała wprost do jego ucha.
Przymknął oczy, bo chociaż jej słowa były smutne, były też prawdziwe. Doceniał to, bardzo. Bo gdyby ktoś wlał Veritaserum w jego usta i zapytał, za co w swoim życiu odczuwa największą wdzięczność, odpowiedziałby, że za przyjaźń Minerwy. Była tu, dzieliła jego smutek. Zdawała się być dokładnie dopasowana do jego objęć i Albus nie chciał jej wypuszczać. Tak jak wtedy, gdy tańczyli razem… dekady temu, po Balu Noworocznym.
- Żałuję, że nie zaufałem twojej intuicji. – powiedział, ale wcale nie miał na myśli udziału Harry'ego w turnieju, tylko tamten wieczór, kiedy…
Kiedy był jej profesorem.
Czuł rumieniec wkradający się na policzki, również na ten, o który opierała głowę. Delikatnie, najostrożniej jak potrafił, odchylił się, zabrał dłonie z jej pleców. Jej oczy, wcześniej półprzymknięte, teraz otworzyły się szeroko. Na Merlina, była tak dzielna, że nawet zdobyła się na delikatny uśmiech. Uniosła rękę i musnęła skórę ponad jego zaróżowionym policzkiem, pod oczami.
- Jesteś zmęczony, Albusie. Sen dobrze ci zrobi. Przekieruj całą pocztę do mnie i odpocznij trochę. – powiedziała i zanim zdążył sięgnąć dłonią do jej twarzy, zmieniła się znów. Szara kotka wyprężyła się na jego kolanach.
Pogłaskał ją, ale nie był w stanie się uśmiechnąć. Wiedział, że trudno będzie mu zasnąć, a kiedy to już się uda, zdradzieckie serce wywiedzie jego umysł na niebezpieczne terytoria.
Kotka mrugnęła do niego w zupełnie nie-koci sposób i zeskoczyła z jego kolan. Z wdziękiem odeszła w stronę wieży Gryffindoru. Odprowadził ją wzrokiem. Miała w sobie tyle gracji. I mruczała tak pięknie…
Czarodziej uniósł kąciki ust. Tak, jej przyjaźń była najcenniejszą częścią jego życia i on, Albus Dumbledore, nie może pozwolić sobie na jej utratę, tak jak nie może pozwolić, by serce napełniało umysł fantazjami, które nie miały szans się spełnić.
Ale miał jej przyjaźń i zrozumienie. Jej, jego najdroższej Minerwy.
