RYTUAŁ PRZEJŚCIA

CZĘŚĆ 1

Promienie słońca załamujące się na tafli wody stawały się coraz bledsze, coraz bardziej rozmyte w jego oczach, gdy opadał w głąb jeziora. Ogień rozsadzający jego płuca kontrastował ostro z lodowatą wodą wdzierającą się przez jego nos i wargi do gardła. Chłód i zmęczenie przeszły go już dawno do szpiku kości i jedynie niejasny, oddalający się ból w kończynach sygnalizował, że nie opuściło go jeszcze życie. Może, myślał napierając kolejne hausty wody, która miała go pogrzebać, tak było w łonie matki, tuż przed tym, gdy miała wydać go na świat. Może czekało go tylko ponowne narodzenie się w jakiś kolejny, niemożliwy do pojęcia sposób.

Wymknął się nieco wcześniej z obiadu, nie czekając aż wszyscy zaczną wstawać od stołów. Wymówił się od uczestnictwa w napychaniu się deserem, wymawiając się zaległościami w nauce.

- Straciłem dobrych kilka dni – bronił się na odchodnym. – Nie wyobrażacie sobie, ile wypracowań muszę teraz na szybko oddać.

Susan podnosiła się już, by do niego dołączyć.

- Pomogę ci, Hadrian – zaproponowała. – Przygotowałam już wszystkie zadania na najbliższy tydzień, nie ma potrzeby, żebyś siedział nad tym całą noc…

- Dzięki. – Gestem powstrzymał ją od wstawania. – Wieczorem pokażę ci, co udało mi się zrobić, dobra? Tak żebym miał pojęcie, o czym w ogóle mówimy.

Pokiwała głową ze zrozumieniem, obiecując jeszcze raz pomoc, a on oddalił się, odmachując tylko znajomym w drodze do wyjścia z Wielkiej Sali i licząc, że nikt już nie będzie próbował go zatrzymać.

Zatrzymał się tuż za drzwiami w ciemnym, wąskim holu. Wypolerowane zbroje połyskiwały blado w strudze światła przedostającej się do środka przez szczelinę w drzwiach prowadzących na błonia. Grube drewno tłumiło setki głosów. Zasłaniało go przez śledzącymi go parami oczu. Czy zawsze tak było? Czy zawsze, gdy tylko wstał, podnosiły się kolejne głowy?

Odszedł, zanim kolejna osoba zdecydowała się opuścić posiłek. Szklarnie znajdowały się również na parterze, więc zaledwie kilka korytarzy znalazł się przed głównym wejściem. Nie musiał się kryć ze swoją obecnością w tym miejscu – profesor Sprout nie ukrywała, że obecność studentów wyższych lat była mile widziana w jej królestwie tak długo, jak postępowali z głową, zachowując odpowiednie środki ostrożności.

- Nic nie relaksuje lepiej niż praca z roślinami, moi drodzy – mówiła, opierając dłonie w rękawicach brudnych od ziemi na szerokich biodrach.

Hadrian nie pamiętał dokładnie, gdzie znajdowała się roślina, której potrzebował. Częściej wybierał spędzanie wolnego czasu w ciemnych lochach niż słonecznych szklarniach. Musiał przejść kilkanaście kolejnych segmentów, uważając pod drodze, by nie wejść do żadnej niebezpiecznej strefy.

Kiedy w końcu znalazł niepozorną szklarnię pełną niepozornych, poustawianych na blatach donic, odetchnął z ulgą. Ubrał rękawice, przygotował narzędzia i zabrał się do pracy.

Nie interesował go ani szarawy kwiat zioła, przypominający bardziej zamknięty kosz niż cokolwiek innego ani otaczająca go rozeta pierzastych, zakończonych kolcami liści, które owijały się wokół przedramion i nóg każdego, kto ważył się dotykać rośliny. Musiał zebrać korzeń dziewięćsiłu.

Drgnął niespokojnie, gdy usłyszał trzask drzwi za swoimi plecami. Nie spodziewał się niczyjej obecności, tak niewielu studentów chciało pracować z roślinami poza obowiązkowymi godzinami.

Odwrócił głowę, gdy usłyszał chrząknięcie. Dłońmi zanurzonymi w ziemi próbował po omacku dobrze chwycić wijący się korzeń.

- Longbottom – przywitał się. Odwrócił się, chcąc wrócić do pracy.

Gryfon zdawał się jednak na coś czekać, wrośnięty w ziemię nie dalej niż metr od niego.

- Co tu robisz, Lestrange? – Jego głos brzmiał piskliwie, jakby pod spodem krył się stracha, jakaś obawa, że on Hadrian zrobi coś, nie wiadomo co, ale też wyraźne żądanie.

Uśmiechnął się pod nosem, nieświadomy w jaki grymas wykrzywiało to jego twarz. Mgliste światło w pomieszczeniu i półmrok na zewnątrz sprawiały, że Longbottom widział jednak wystarczająco wyraźnie, jak wyglądało jego odbicie.

- A co robisz tu ty, Longbottom? Może przyszliśmy tu w tym samym celu, co ty na to?

- Nigdy cię tu nie widziałem, Lestrange. Z pewnością nie przyszedłem tu w tym samym celu, co ktoś taki jak ty, Lestrange. – Wypluł niemal to nazwisko jakby zepsuło się jeszcze w jego ustach.

- Ktoś taki jak ja – powtórzył spokojnie Hadrian. Wyciągnął delikatnie dziewięćsił z ziemi. Trzymał go przez chwilę w powietrzu, czekając aż wijący się korzeń otrząśnie się z ziemi. Nie mógł zmusić warg do zaniechania uśmiechu mimo kolczastych liści, które wpełzły pod luźne rękawy jego szaty i kaleczyły skórę.

Wszystkie jego rany i złamania po pierwszym zadaniu zagoiły się z pomocą magii, magomedycy zmusili go wręcz, by niektóre kości wyhodował na nowo. Wciąż jednak czuł ból fantomowy tam, gdzie wcześniej skóra była przypalona, a kości złamane, przejmował go ulotny dreszcz podobny do tego, który wprawiał jego kończyny w drżenie po zakończonym cruciatusie.

Wpakował ostrożnie roślinę do płóciennego worka. Odwrócił się, by stanąć twarzą w twarz z Longbottomem, który czekał na coś w niezręcznej ciszy.

- Ktoś taki jak ja, czyli jaki? – zapytał uprzejmie. Rzucił niedbale ochronne rękawice na blat i schował dłonie do kieszeni. Patrzył wyczekująco na Logbottoma. Widział jego złość, ale ponieważ nigdy tak naprawdę nie rozmawiali, on sam mógł się zdobyć co najwyżej na obojętność.

- Ktoś, kto pozbawia nieprzytomną dziewczynę języka – wyrzucił z siebie Longbottom i jakby przybyło mu odwagi, gdy wypowiedział to oskarżenie.

Hadrian spojrzał na jego zaciśnięte pięści, na pulsującą na skroni żyłę od zaciskania szczęk i zaplótł palce na swojej różdżce.

- Tak, zrobiłem to – potwierdził sucho. – Po tym jak wyciągnąłem ją z jaskini, w której z pewnością by się udusiła. Widzisz chyba, że mogłem ją tam zostawić. Nie pomagać osobie w potrzebie.

- To ludzka przyzwoitość, Lestrange, by nie pozwolić komuś umrzeć, gdy możesz mu pomóc. Nie myśl, że to jakiś szlachetny czyn. – Longbottom mówił niemalże przez zaciśnięte zęby, a oczy błyszczały mu ze złości.

- Nie, nie uważam się za bohatera, w żadnym razie. – Hadrian potrząsnął głową. – Po prostu widzę, Longbottom, że przyszedłeś tu i masz ze mną jakiś problem, chociaż wybacz, ale jeśli ze sobą rozmawialiśmy, nie zapadłeś mi w pamięć… - urwał. – Nie chcę cię tu obrazić… Ale jeśli przywołujesz tę konkretną rzecz, to próbuję ci pokazać, że nie jestem taki zły. – Wzruszył ramionami i choć nie chciał, wyglądało to lekceważąco. – Są dobre rzeczy, których mogłem nie zrobić i są złe rzeczy, które wciąż mogłem zrobić.

- Myślisz, że mnie przekonasz do swoich kłamstw? – Longbottom wykonał krok do przodu, a potem kolejny, aż znaleźli się twarzą twarz. I zdawało się, że im lepiej, im dokładniej widział Hadriana, tym bardziej był rozeźlony.

- Nie wiem, po prostu jaki masz problem, stary. – Choć mógł podejrzewać. Ale czemu dopiero teraz? Czemu z powodu jakiejś błahostki, rzeczy wykonanej gdy był pod presją?

Po tym słowach Longbottom się na niego zamierzył. Hadrian odchylił się w bok, a pięść przeleciała obok jego ucha ze świstem. Wyszarpnął dłoń z kieszeni i wbił czubek swojej różdżki w grdykę Longbottoma. Pchnął i gryfon się cofnął o krok, nie odzyskawszy jeszcze równowagi po zamaszystym ciosie.

- Chcesz żebym cię przeklął? – zapytał ze słyszalnym chłodem w głosie. – Bo jeśli naprawdę chcesz, możemy to załatwić, ale musisz wtedy walczyć jak czarodziej. Umiesz się na to zdobyć, czy nie, Longbottom? – ciągnął i patrzył jak czarodziej zbladł, cała odwaga, którą wcześniej przejawiała zdawała się odpłynąć wraz z krwią z jego twarzy. Ogień w oczach zastąpiło drżenie grdyki.

Gdy z jego ust nie wydobyły się żadne słowa, Hadrian opuścił różdżkę, walcząc z poczuciem wściekłości.

- Nigdy nie szukałem z tobą problemów, Longbottom, i nie chciałbyś znaleźć.

Chwycił worek z dziewięćsiłem i ruszył do wyjścia, zanim czarodziej na powrót zebrał odwagę.

- Coś się dzisiaj stało – usłyszała kilka godzin później. Nie otrząsnął się po konfrontacji z Longbottomem przez długie godziny spędzone na pisaniu wypracowań. Skupiał się na kolejnych aspektach transfiguracji człowieka w zwierzę i porównaniem tego z byciem animagi, a gdzieś z tyłu głowy wciąż czekały na niego myśli zaszczepione podczas krótkiej wymiany zdań.

Wziął głęboki oddech i odłożył pióro – zrobił to powoli, wręcz z namaszczaniem choć nigdy nie dbał ani trochę pod jakim kątem miało spocząć na niemal całkiem zapisanym pergaminie. Ostrożnie spojrzał na Lunę. Oczywiście, że wiedziała, zawsze od razu wiedziała, kiedy był smutny a kiedy wściekły.

- Masz rację – zgodził się cicho. – Miałem dzisiaj nieoczekiwane spotkanie – zaczął, marszcząc nos, szukając słów. – i zastanawiam się, czy to możliwe, by przez tyle lat ukrywać nienawiść. Nigdy wcześniej tego nie odczułem.

Zastanawiała się. A on miał czas, miał dla niej tyle czasu, ile potrzebowała, by usłyszeć do końca tę historię.

- To musiałaby być bardzo smutna osoba – stwierdziła w końcu Luna.

Poczuł jakby coś utknęło mu nagle w gardle, z trudem przełknął ślinę.

- Nie wydaje mi się, żebym zrobił coś, żeby zasłużyć na tę nienawiść – powiedział. Słowa zdawały się wychodzić z jego ust opornie, powoli, kiedy on chciałby wypchnąć je z siebie wszystkie naraz. – Longbottom pewnie wini mnie za to, co moja matka zrobiła jego rodzicom. – Zacisnął po tych słowach usta w wąską linię. Brzmiało to ostatecznie, jak finalna prawda.

Wolałby tego nie przyznawać tak szybko. To nie mogło być nic innego.

- Nie czujesz się z tym dobrze.

- Nie.

- Ale nie powinieneś winić siebie – stwierdziła mądrze Luna. – Wystarczy, że on to robi.

Potrząsnął potakująco głową. Milczał, a ona zabrała z blatu przed nim pergamin i zwinęła go w rolkę, zanim został spakowany do jego torby. Położyła mu dłoń na ramieniu.

- Chodźmy do kuchni – zaproponowała, ciągnąc go za rękę i tym samym ponaglając, by wstał jak najszybciej.

Podążył za nią niemo. Brakowało mu słów jakby tego dnia zużył już wszystkie, jakie miał.

- Kiedy go spotkałeś?

- W szklarni… Chyba nie odważyłby się, gdyby ktoś jeszcze był obok.

W kuchni zajęli miejsca blisko paleniska i Hadrian był za to wdzięczny. Był też wdzięczny za gorącą herbatę z imbirem i ciasto dyniowe, które zostało zaraz postawione przed nim.

- Myślę, że by się wstydził. Nikt inny tak o tobie nie myśli. Neville nie powiedziałby przy innych nic, czemu mogliby zaprzeczyć…

Z pewnością nie miała racji, myślał Hadrian. Nie tylko Longbottom miał rodzinę, która walczyła po przegranej stronie wojny. Wszyscy ci, którym pozwolono po wojnie funkcjonować w społeczeństwie bez wyroku równie dobrze mogli hodować głęboko w sobie nienawiść nie tylko do pierwszych Śmierciożerców, ale też do tych, którzy mogli pójść w ślady rodziców i stać się Rycerzami Walpurgii.

Objęła go ramieniem i powoli, zachęcony tym gestem osunął się, aż jego głowa wylądowała na jej kolanach.

- Nie odpowiadasz za to, do czego posunęła się twoja matka – mówiła Luna, głaszcząc go po włosach. – Tylko gnębiwtryski mogłyby podsunąć komuś inne myśli…

Zamknął oczy i opowiedział jej o przełomie w pracach nad antidotum, o zamarzniętej sali w lochach i śmiałej idei, że alchemia mogła posłużyć komuś do stworzenia śmiertelnej trucizny.

- Kiedy słyszałem alchemia, zawsze myślałem tylko o kamieniu filozoficznym – powiedział. – Sądziłem, że to jednak z tych gałęzi magii, które Dumbledore by pochwalił, bo nigdy nie posłużyły żadnemu czarnoksiężnikowi.

- Tatuś mówi, że Flamelowie to starzy przyjaciele profesora Dumbledore'a.

- A czy Dumbledore by skorzystał na tych śmierciach, Luna? – zapytał. Sam nie znał odpowiedzi na to pytanie. – Nigdy bym go nie posądził, starca, którego Minister wyrzucił z własnego gabinetu za niegodne zachowanie… Ale przecież ludzie Dumbledore'a cieszyliby się, gdyby Minister tracił swoich ludzi.

- Być może biorą udział w spisku - zaproponowała Luna. – Powinniśmy o tym zamieścić artykuł w Żonglerze.

Zgodził się z nią sennie, odrzucając jednocześnie tę myśl. Miał tylko znaleźć antidotum. Ktoś inny mógł zająć się szukaniem motywu i winnego.

Wieczorem z pomocą Susan stworzył przynajmniej zarys kolejnych wypracowań, zanim wymówił się zmęczony i opuścił Pokój Wspólny Hufflepuffu na rzecz dormitorium.

Zarzucił na siebie kołdrę, choć pomieszczenie było tak nagrzane, że mógłby obyć się bez niej. Trzy razy się podnosił, by dociągnąć żółte kotary aż do końca karnisza. Drażnił go widoczny przez tych kilka niezasłoniętych cali fragment szafki nocnej.

Na dnie jednej z szuflad spoczywał samotny pergamin ze wskazówką, którego ani razu nie rozwinął. Tuż obok niego czekała wiekowa księga czarnej magii.

Gdy zapadł w końcu w niespokojny sen, zaczął śnić. Koniec różdżki przesuwał się wzdłuż jego ciała, zostawiając za sobą czerwone linie. Zwinny język wnikał przez nie w głąb jego ciała, aż drżał. Blade palce owijały się wokół jego gardła.

Obudził się na długo przed wschodem słońca z własną dłonią przy gardle, zdezorientowany i podniecony. Odetchnął głęboko i dopiero wtedy gwiazdy przez oczami zniknęły.

W świetle dnia nie pamiętał o żadnej z tych rzeczy. Pomiędzy kolejnymi zajęciami, a przyjaznym zagadywaniem Puchonów przejmował się nadrabianiem zaległości i tym, że nie mogli zarezerwować boiska nawet na nieoficjalny mecz quidditcha.

Dopiero po tym wszystkim przyszła pora na powrót do pracy nad antidotum.

- Co teraz będziesz warzył? – zapytała Luna. Siedziała na jednej z ławek, machając nogami. Kolorowe okulary, które przyszły w liście doręczonym poranną sową, zasłaniały połowę jej twarzy.

- Tonik na pryszcze – oświadczył z szelmowskim uśmiechem – oczywiście z użyciem alchemii. – Powoli rozkładał na blacie wszystkie przedmioty i składniki potrzebne do uwarzenia tego konkretnego eliksiru. – Wiem już, jak to zrobić, by zwykłe warzenie eliksirów zmieniło się w alchemię. Chciałbym natomiast lepiej zrozumieć, co mogę w ten sposób osiągnąć. Żadna z książek, które posiadam nie tłumaczy tego dokładnie.

- Mhm – mruknęła Luna. Rozglądała się po sali. Hadrian nie pytał, co chciała znaleźć.

- Odkryłem to przez przypadek… Ale szczęście nie wystarczy, by stworzyć antidotum. Goldestein pewnie już nawet nie czeka.

Jeszcze tego samego dnia specyfik został przekazany do dystrybucji Theodora Notta.

AN:/ Myślę, że ten "rozdział" zdołam zamknąć w trzech częściach, które do świąt postaram się powstawiać. Ponieważ jestem niecierpliwa, żeby opublikować kontynuację po tak długiej przerwie, przecinki i inne rzeczy pewnie pozostawiają trochę do życzenia.