Rozdział XXXII: Sen nad Hogwartem

Snape

Nie mogłem się do niego dostać.

Płomienie, które zasłoniły widok olbrzymią ścianą ognia, zmusiły wszystkich do odwrotu.

Dumbledore wciąż nakazywał uciekać do zamku, by szykować się do obrony. Nie rozumiałem tego! W końcu po to wyszliśmy przed wrota, by móc odeprzeć pierwszy atak!

Uczniowie, którzy, mimo sprzeciwu kadry nauczycielskiej, zostali w zamku, mieli atakować z okien. Bardziej wykwalifikowani mieli stanąć w wąskim gardle wrót wejściowych, by odpierać pierwszą falę. Taka była początkowa, na szybko zaplanowana, strategia. Jednak teraz Dumbledore nakazywał wszystkim odwrót.

A Dan został sam, po drugiej stronie!

Wiedziałem, że nie tylko ja wyrażam chęć, by się do niego dostać. Ale ogień był nieprzejednany. Swoim buchającym gorącem zmuszał wszystkich do ucieczki. Sam też musiałem się odsunąć, by znaleźć inną drogę.

Może dałbym rady przelecieć nad tym pogorzeliskiem? Wystarczyłoby dostać jakąkolwiek miotłę i dotrzeć do okna. Musiałem się tylko dostać na drugie piętro. Jednak teraz zajęłoby to za dużo czasu! Nasi wrogowie nie mogli wiecznie podtrzymywać ognia. Biegający wszędzie członkowie Zakonu i uczniowie starali się znaleźć sobie jakieś nowe pozycje do obrony. Niektórzy uznali schowanie się za posągiem za wystarczające. Ja sam nie zamierzałem nigdzie odchodzić. Wraz z Dumbledorem i kilkoma członkami Zakonu stanąłem zaraz w Głównym Holu, obserwując wciąż płonący dziedziniec.

Co to za rodzaj magii? Ten płomień wydawał się być w pełni przez kogoś kontrolowany!

- Severusie. Dan chce coś zrobić. Nie zbliżaj się do osłony Hogwartu - powiedział Dumbledore, chwytając mnie za nadgarstek, po to, by zyskać moją uwagę.

Nie obchodziło mnie jednak to, co mówił. Niezależnie od wszystkiego, moje miejsce było tam, gdzie znajdował się Dan.

Jednak po chwili nie było to już ważne.

Gdy płomienie nagle zgasły, każdy z nas zobaczył biegnących w stronę wrót śmierciożerców.

Zdążyłem wymienić spojrzenie z McGonagall; w jej oczach dostrzegłem tę samą determinację, jaką ja także czułem.

Niezależnie od tego, co stało się z płomieniami, miało to swoje skutki. Fala morderczych psychopatów najwyraźniej zdążyła zdjąć w tym rekordowo krótkim czasie osłonę i plan Dana, jakikolwiek by nie był, nie wypalił.

Zacisnąłem dłonie na swojej różdżce.

Teraz musiałem się przebić przez tych wariatów.

Jak znikąd pojawiły się skrzaty domowe, po prostu teleportując gdzieś razem ze sobą pierwszą falę śmierciożerców, w jakieś tylko im znane miejsce. Jednak skrzatów nie było na tyle, by mogły sobie poradzić ze wszystkimi i zaraz musiałem uskoczyć przed Crucio oraz zaklęciem tnącym. Kilka następnych skrzatów broniło teraz zaciekle swojego domu tasakami i nożami. Zobaczyłem, jak Hermiona Granger, manewrując zaklęciem lewitacji, wraz z kilkoma uczniami spuszcza na głowy wbiegających do środka zamaskowanych postaci ciężkie kamienne ławki, zazwyczaj stojące w zamkowych korytarzach. Rudzi Weasleyowie przelecieli nad naszymi głowami na miotłach, a coś, co niepokojąco wyglądało jak kolorowe wyroby pirotechniczne bliźniaków, wprowadziło dezorientację w szeregach śmierciożerców.

Kamienni żołnierze, ożywieni przez McGonagall, przemaszerowali na front, celując swoimi ostro zakończonymi włóczniami w przeciwników, skutecznie ich powstrzymując przed dostaniem się głębiej do zamku.

Zaklęcia latały we wszystkie strony. Hol Główny zamienił się w istny chaos.

Ja jednak, korzystając z drogi, jaką mi przez przypadek zrobiła Granger, przebiegłem po wywróconej do góry nogami ławie i jęczących pod nią śmierciożercach i wypadłem na dziedziniec. Od razu musiałem uskoczyć przed kolejnym atakującym. Jednak pierwszy przeciwnik nie był taki trudny. Wkrótce wylądował pod moimi stopami. Z następnym jednak poszło mi gorzej. Obok mnie ludzie wciąż wbiegali do środka, podczas gdy ja walczyłem z - byłem tego prawie pewien – Greybackiem, ukrytym za białą maską. Zdejmował ją tylko po to, by kogoś pogryźć swoimi nie do końca ludzkimi zębami. Chyba uważał to za jakiś swego rodzaju chory rytuał.

Wilkołak był cholernie szybki i unikał moich ataków, jakby dużo wcześniej wiedział, gdzie padnie następny. Można było szkolić się w szybkim reagowaniu, ale to i tak było niewystarczające w konfrontacji ze wzmocnionym i wyczulonym ciałem nie w pełni ludzkiego przeciwnika.

Nie mogłem się jednak wycofać. Musiałem pokonać tego szaleńca, by posunąć się do przodu.

Nieco rozpaczliwie, rzucałem zaklęciami tak, by stworzyć miedzy sobą a wilkołakiem istny tor przeszkód. Sidła, linki, imitacja ruchomych piasków czy wilcze doły. Wszystko, co tylko mi przyszło do głowy, a mogło spowolnić wilkołaka. Starałem się uzyskać dzięki temu choć odrobinę przewagi. Właśnie miałem wyciągnąć zza pasa eliksir i rzucić nim o ziemię - była to baza do eliksiru Żywej Śmierci, na tyle żrąca, że z całą pewnością zaszkodziłaby nawet komuś takiemu, jak Greyback – ale wtedy…

Wtedy pojawił się śmierciożerca bez maski. Avery Nott.

Poczułem zimno na kręgosłupie, gdy moje ciało przypomniało sobie krzywdę, jaką uczynił mi ten mężczyzna kilka miesięcy temu. Nowa skóra wciąż nie była ukształtowana tak jak wcześniej i bóle, nawiedzające mnie czasami, podczas zwykłych codziennych czynności, skutecznie przypominały mi o tym, co się stało.

To przypomnienie i zimne niebieskie oczy śmierciożercy, wbijające się we mnie, mogły kosztować mnie życie.

Mogły, jednak właśnie wtedy, gdy mgnienie oka dzieliło mnie od spotkania się z konsekwencją mojej głupoty i nieuwagi na polu bitwy, zza moich pleców wyskoczył olbrzymi zestaw zębów i pazurów.

Zarówno Avery, jak i Greyback, zaskoczeni, cofnęli się o krok. Jednak nie mieli do czynienia ze zwykłym wilkiem. Remus Lupin wydawał się co najmniej dwa razy większy, gdy jego ociekające czyjąś krwią zębiska przypadły wprost do gardła Greybacka.

W szoku patrzyłem, jak olbrzymi wilk, poruszający się szybciej niżeli to możliwe przy tak wielkim ciele, zaciska swoje zęby na przeciwniku, unosi go, po czym potrząsa pyskiem. Jego ofiara wrzeszczała tylko przez chwilę, po której stała się tak bezwładna w paszczy czworonożnego koszmaru, jakby ważyła nie więcej niż pluszowa zabawka.

Dopiero gdy brązowy wilk odwrócił się ze zwisającym z jego pyska bez życia ciałem w stronę Averego, dotarło do mnie, że były wilkołak naprawdę był większy niż jeszcze chwilę wcześniej. Jego sierść płynęła po ciele jak poruszana wiatrem trawa; mięśnie, napędzane adrenaliną walki, były napięte i gotowe do dalszego działania, a pazury zyskały złotawy poblask.

Kilka tygodni temu Dan starał się wyzwolić Remusa Lupina spod jego klątwy. Cokolwiek wtedy uczynił, nie sprawiło to, że mężczyzna stał się zwykłym wilkiem, ale czymś magicznym, potężnym i z całą pewnością jedynym w swoim rodzaju.

Jego wzrok zapłonął złotymi płomieniami, cała jego sierść stanęła na sztorc, a oczy jarzyły się tak intensywnym zewem bitewnym, jakbym właśnie spoglądał na piekielnego ogara i wcale, a wcale nie zdziwiłem się, gdy Avery zaczął panikować.

Uniósł różdżkę. Z cała pewnością miał w zanadrzu jakieś paskudne klątwy, jednak byłem szybszy, a on przez pojawienie się wilka nie skupiał na mnie wystarczająco dużo uwagi.

Można powiedzieć, że miałem nieco rachunków do wyrównania z tym konkretnym czarodziejem i z więcej niż miłą chęcią sprawdziłem siłę zaklęcia wybuchającego na jego głowie.

Remus spojrzał na mnie. Wypuścił zwłoki śmierciożercy z pyska, a ja zaskoczony dostrzegłem, że prawie przegryzł szyję martwego na wylot. Musiałem sobie zapamiętać, by trzymać się z dala od zębisk Lupina.

Jego siła to nie były żarty.

Wymieniliśmy tylko przelotne spojrzenia, gdy były wilkołak, po dokonaniu swojej własnej vendetty na potworze, który ściągnął na niego przekleństwo wilkołactwa, zastrzygł uszami i puścił się pędem w prawo.

Mimowolnie się obróciłem, by za nim spojrzeć. Dostrzegłem, jak przypadł do jakiegoś kolejnego śmierciożercy, właśnie nachylającego się nad przeraźliwie wrzeszczącą, bladą ze strachu kobietą, i zacisnął swoje zęby na ramieniu napastnika. W kolejnym pokazie swojej niezwykłej siły wyrzucił go w powietrze, a ten przeleciał łukiem co najmniej dwadzieścia stóp i upadł z ciężkim uderzeniem o ziemię.

Wilkołak stanął obronnie nad kobietą. Zawarczał z głębi swojego gardła jak sam strażnik piekieł. Po czym rzucił się w dalszy wir walki.

Nad moim ramieniem śmignęło zaklęcie, ponownie zmuszając mnie do odruchowego odwrócenia spojrzenia, a Syriusz Black, uśmiechając się do mnie z wyższością, przebiegł obok i dobił śmierciożercę, którego właśnie spetryfikował.

- Nie śpij, do cholery, Snape! - rzucił w moją stronę.

Nie miałem czasu na to, by mu odpowiedzieć. Każdy z nas rozdzielił się w różne strony, wracając do obrony zamku.

Mój cel był jednak jeden.

Przeć naprzód.

Odetchnąłem, odwracając się w stronę, gdzie powinien być Dan. Wydawało mi się, że słyszałem, jak woła moje imię. Jednocześnie szukałem nowego przeciwnika, gdy nagle przede mną stanął ten, z którym zmierzyć nie odważył się nikt od lat.

Czerwone oczy Czarnego Pana błyszczały, gdy, uśmiechając się, powiedział coś.

Uskoczyłem w bok, nie mając najmniejszego zamiaru sprawdzać na własnej skórze, co to było. Moje serce waliło jak oszalałe.

Uchyliłem się przed kolejnym zaklęciem i prawie dostałem Cruciatusem zaraz potem. Starałem się go przynajmniej spowolnić. Zaklęciem zmieniłem podłogę w bagnistą głębię, a potem rzuciłem Avadą, przed którą zwinnie się odchylił. Biegłem wzdłuż murów Hogwartu w stronę Wieży Astronomicznej.

- To będzie przyjemna śmierć, Snape. Nie uciekaj – zadrwił czarnoksiężnik.

Nie odpowiedziałem, tylko rzuciłem po raz kolejny Avadę. Wtem jakieś dłonie z drewna wynurzyły się z ziemi, chwytając mnie i unieruchamiając. Puściłem je z dymem, ponownie odskakując. Ogień zwalczaj ogniem. Ognista szarża powinna przynajmniej spowolnić Czarnego Pana. Jednak płonący rumak został przez niego złapany w kulę próżniową, a oddech później płomień został skierowany wprost w okno Hogwartu.

Cholera, teraz ogień szalał po zachodnim skrzydle.

Gdy dalszy uskok przed zaklęciem zagrodziła mi niewidzialna szklana tafla, Czarny Pan prawie mnie dopadł. Rozbicie tafli i posłanie szkła w jego stronę również nic nie dało. Zdawał się mieć odpowiedź na wszystko!

I w końcu wpadłem. Kościste dłonie szkieletów wyrosły nagle spod ziemi i chwyciły mnie za nogi. Tego cholerstwa nie znałem! Zaklęcie tnące połamało kilka palców, ale inne dłonie zaraz mnie pochwyciły i ściągnęły na ziemię. Tak jakby przyzwano kości wszystkich, którzy zmarli na terenie zamku i wskazano mnie jako winowajcę ich śmierci.

Rzuciłem zaklęciem wybuchającym we wroga, ale to ja byłem teraz unieruchomiony i zaklęcie chybiło okropnie. Moja dłoń po sekundzie została złapana przez kolejne szkieletowe palce i przyciągnięta do ziemi.

Cholera. Cholera. Cholera…

Nie mogę tutaj zginąć! Nie mogę zostawić Dana samego!

Czarny Pan uśmiechnął się leniwie. Tak, jakbym nie był wart nawet gniewu za zdradę, jakiej się dopuściłem. To była dla niego rutynowa czystka. Gdy ze mną skończy, zajmie się kolejnymi. Widziałem, jak zachodnie skrzydło płonie czerwonym dymem za jego plecami, a on unosi różdżkę i nagle zamiera.

Nie wiem, co się stało i co wyczuł w tamtym momencie. Jednak jego wzroku, pełnego zdziwienia i czegoś na kształt kompletnego zagubienia, nie miałem zapomnieć już nigdy.

Zamarły w bezruchu Czarny Pan wyczuł bardzo istotną zmianę, której powodu wtedy jeszcze nie znałem.

Ja, wciąż pochwycony przez szkieletowe dłonie, które przestały mnie w końcu wciągać w głąb ziemi, zobaczyłem olbrzymi obiekt, zbliżający się niebezpiecznie szybko do Voldemorta, którego skóra nagle jakby poszarzała.

Westchnął, a ja skuliłem się na swoim miejscu, mając nadzieję, że jakoś z tego wyjdę.

Olbrzymia, powiększona przynajmniej kilkukrotnie głowa Salazara Slytherina z posągu stojącego w Wieży Astronomicznej, przecięła niebo i spadła z głuchym łoskotem, zgniatając Voldemorta jak karalucha, którym tak właściwie był.

Gapiłem się bezmyślnie jakiś czas na puste oczodoły olbrzymiej głowy jednego z założycieli Hogwartu, tak naprawdę nie do końca pojmując, co się stało. Popatrzyłem z lekkim niepokojem na postać na miotle, zlatującą w dół z wieży.

Odetchnąłem z ulgą, rozpoznając, kim jest.

Harry Potter był blady jak płótno, gdy, lądując obok mnie, prawie się przewrócił i oparł dłoń o kamienną głowę. Zaraz jednak ją cofnął, patrząc na nią z przerażeniem.

Podszedł do mnie, pomagając mi wydostać się z kości. Wydawało mi się, że dzieciak zaraz zwymiotuje.

- M-myśli Pan, że on… - zaczął nieskładnie. Był niezdrowo zielony na twarzy.

- To ty rzuciłeś tą głową?

Potter potwierdził, kiwając.

- Jestem tchórzem. Wiem – wysapał drżącym głosem. - Schowałem się w Wieży Astronomicznej… ale… - Machnął nieskładnie dłońmi, wskazując na swoje dzieło.

Nie mogłem winić chłopaka, że się schował. W końcu był jeszcze młody i wcześniej nie radził sobie dobrze ze stresem.

- Czy on nie żyje?

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Czy Mroczny Lord naprawdę umarł od czegoś takiego, jak obiekt spadający na niego z nieba?

Wiedziałem, że jego szaty miały tysiące zaklęć, mających zapobiegać czemuś takiemu. Gdyby było naprawdę kiepsko, miał się aktywować awaryjny świstoklik. Ale zdawało mi się, że nie widziałem momentu jego zniknięcia.

Zacisnąłem dłoń na różdżce, obawiając się, że Czarny Pan zaraz teleportuje się za moimi plecami. Jednak gada nigdzie nie było widać!

Wyglądało też na to, że w Hogwarcie odgłosy walki jakby przycichły.

Nikt nie biegł z żądzą mordu w naszą stronę. Jakiś bohater poskromił także ogień, panujący w zachodnim skrzydle.

Chciałem szukać Dana. Musiałem jednak to potwierdzić.

Wingardium Leviosa uniosło kamień do góry, ukazując to, co chcieliśmy wiedzieć.

Potter odwrócił się i zwymiotował na trawę, a ja, zaciskając wargi, powoli opuściłem kamień na poprzednią pozycję. Nie miałem ochoty oglądać spłaszczonych i połamanych członków tego, co kiedyś było w miarę rozumną istotą.

Przez głowę przeszła mi ironiczna myśl, że na pewno to miejsce będzie odwiedzane przez wszystkich czarodziejów jako miejsce spoczynku Czarnego Pana. Ludzie będą przychodzić i robić sobie zdjęcia obok głowy Slytherina, opowiadając, że to właśnie pod nią skończył najgroźniejszy czarnoksiężnik tego stulecia.

Pewnie będą z równym zapamiętaniem fotografować górę wymiocin Pottera, która, ku mojemu obrzydzeniu, zdawała się systematycznie powiększać.

Nie wiedziałem, czy pogratulować mu jego wyczynu, czy zapytać się go, jakim cudem wpadł na tak idiotyczny pomysł, by rzucić wielkim kamieniem na kilkanaście jardów. Mógł równie dobrze zmiażdżyć mnie zamiast czarnoksiężnika.

Potter miał naprawdę więcej szczęścia niż rozumu. A ja cudem uniknąłem śmierci.

Teraz jednak nie było to ważne.

Ignorując gryfona, ruszyłem biegiem w stronę wrót zamkowych.

Musiałem dostać się do Dana… Słyszałem, jak Potter, na wciąż nieco niepewnych nogach, podąża moim śladem, jednak nie czekałem na niego.

Byłem pewien, że tuż przed tym, jak Czarny Pan zginął, stało się coś, co dało możliwość Potterowi dokonania tego wyczynu. Widziałem, jak skóra Czarnego Pana poszarzała niczym popiół, a w jego oczach zagościł ból, jeszcze przed tym, jak trafił go prowizoryczny pocisk, kończący jego życie.

Na Wieży Astronomicznej figury czterech założycieli będą uszczuplone teraz o jedną postać.

Zastanawiając się, co było prawdziwą przyczyną klęski Czarnego Pana, dotarłem w końcu przed główne wrota zamku. Tylko kątem oka dostrzegłem wciąż płonącą chatkę Hagrida oraz wywrócone wieże na boisku do Quidditcha. Wrota Hogwartu były szeroko rozwarte i mimo że ludzie biegali przez nie w tę i z powrotem, to nie doszukałem się wśród nich nikogo wrogo nastawionego.

Nastolatkowie, ich rodzice, aurorzy wraz z członkami Zakonu, wszyscy przemieszczali się między zamkiem a błoniami w pośpiechu, choć bez paniki, jaka towarzyszyła czarodziejom w środku walki. Brudni i lekko ranni pomagali tym, którzy wymagali pilniejszej pomocy medycznej w dostaniu się do Wielkiej Sali. Jakiś auror właśnie lewitował trzy ciała unieruchomionych śmierciożerców na skraj polany, gdzie ktoś, wyglądający z daleka jak Kingsley Shacklebolt, stał otoczony dziesiątkami podobnie nieruchomych i powiązanych ciał.

Poczułem dreszcz na plecach. Co się stało? Czyżby śmierć Czarnego Pana zabiła także jego popleczników? Już po walce?

Spojrzałem w kierunku ścieżki prowadzącej do Hogsmeade. Jeszcze nie tak dawno temu kilka jardów dalej stał mój kochanek. Gdzie on się podział?

- Profesorze!

Obróciłem się, widząc biegnącą w moją stronę Hermionę Granger. Zaraz za nią, z jakimś dziwnym piskiem, pojawiła się młoda Weasleyówna. Wrzeszcząc coś jak „Harry, dzięki Merlinowi, że żyjesz!", przytuliła go, praktycznie wskakując na niego jak małpka.

Najwyraźniej nie miała pojęcia, że jej bohater zdezerterował i schował się w Wieży Astronomicznej.

- Co się dzieje, Granger? – zapytałem.

Hermiona miała krwawiącą szramę na czole i rękę w prowizorycznym gipsie. Wyglądało jednak na to, że w tej chwili zajmowała się rannymi, a to oznaczało, że… Naprawdę było już po wszystkim? Ile więc trwała walka? Dziesięć minut?

- Nie mamy pojęcia, dlaczego, ale nagle wszyscy śmierciożercy stracili zdolność używania magii - wysapała Hermiona, zerkając na Ginny, która zaczęła niepohamowanie całować Pottera.

- Wszyscy… stracili magię? – wyszeptałem matowym tonem.

Pokiwała głową.

- Jeszcze chwilę wcześniej walczyłam z Bellatriks i już myślałam, że po mnie, gdy ona machnęła różdżką i nic się nie stało. Na początku nie wiedziałam, dlaczego, więc ją ogłuszyłam i związałam, myśląc, że udało mi się naprawdę ostatnim łutem szczęścia, ale później zorientowałam się, że dotyczy to wszystkich śmierciożerców.

Rozejrzałem się, dostrzegając większą ilość członków Zakonu, pracujących nad przenoszeniem ciał śmierciożerców na skraj polany oraz samego dyrektora, rozmawiającego z kimś w uniformie aurora. Dumbledore nas zauważył i zaczął się do nas zbliżać. Więc i on przetrwał to szaleństwo. Nie mogłem w to uwierzyć!

- Trochę trwało, zanim zarówno śmierciożercy, jak i nasi, dostrzegli, co się stało, a gdy w końcu zrozumieliśmy, że oni… nie mogą teraz czarować… Ogłuszenie ich było kwestią kilku zaklęć - mówiła dalej Hermiona i odgarnęła zdrową dłonią włosy z czoła.

- Widzieliście gdzieś Dana?

Hermiona pokręciła głową, zmartwiona.

- Ron powiedział, że widział, jak tych dwoje podejrzanych ludzi bierze go w stronę Zakazanego Lasu. Ale nie wie dokładnie, czy tam się dostali, czy teleportowali się gdzieś zaraz po opadnięciu osłony. Jak tylko się uspokoiło, Ron nawet nie pomógł nam zająć się resztą śmierciożerców, tylko pobiegł z Billem, Fredem, Lupinem i Blackiem w las, by sprawdzić, czy go tam nie ma.

Skinąłem głową. Muszę w takim razie do nich dołączyć.

Dumbledore chciał mi najwyraźniej coś powiedzieć. Jego szybkie kroki o tym świadczyły. Ja jednak nie czekałem. Pobiegłem w dół zbocza i już po chwili dotarłem na skraj lasu.

Może się nie teleportowali! Może wciąż tu byli i również stracili magię. Jeżeli tak się stało, to zwierzęta w lesie bardzo łatwo mogłyby ich zranić!

Mój krzyk, nawołujący Dana, rozniósł się po okolicy. Ale bez żadnego odzewu. Starałem się znaleźć go magią. Też bez efektu. Mimo to dalej krzyczałem, biegnąc. Mój oddech powoli zaczął się urywać, a wzrok rozmywać, więc prawie przegapiłem osobę stojącą miedzy drzewami.

Opierając dłonie o kolana wróciłem i połykając pierwsze słowa, spojrzałem na Peanusa.

Stał, opierając się o pień drzewa. Spokojny i rozluźniony. Tak, jakby czekał na mnie tylko kilka chwil i nie zdążył się znudzić w tym czasie. Wymienił ze mną spojrzenie i odwrócił się, znikając miedzy drzewami. Usłyszałem jeszcze jakiś odległy krzyk kogoś nawołującego Dana. Pewnie Weasley.

Podążyłem za profesorem Obrony.

Penaus co chwilę pojawiał się między drzewami, zachowywałem jednak bezpieczny dystans. Nie miałem absolutnie bladego pojęcia, co on tutaj robił. Jednak przeczucie mi mówiło, że pomoże mi jakoś dostać się do Dana.

Już miesiące temu wykluczyliśmy go z grona popleczników Czarnego Pana. Ale jednak coś w nim było. Coś, co kazało mi teraz iść za nim.

Zakazany Las miał to do siebie, że nie trzeba było wcale wchodzić do niego zbyt głęboko, by konary drzew całkowicie przysłoniły niebo. Las był tak gęsty i ciemny, że czasami trudno było znaleźć jakąkolwiek ścieżkę, niezarośniętą przez wyłaniające się z ziemi korzenie.

Szukanie kogoś wśród listowia z góry było skazane na porażkę. Z lotu ptaka zauważono by tylko i wyłącznie kogoś, kto wysyłałby wystarczająco jasne znaki świetlne spośród drzew. Dlatego też, idąc za Penausem, nie od razu dostrzegłem, że przed nami zaczyna się nieco przejaśniać.

Ognisko płonęło ciepłym światłem, rzucając blask na trzy postacie. Zatrzymałem się i zamrugałem zdezorientowany. Nie miałem pojęcia, jak miałbym zareagować na widok, który zastałem.

Trzy lamie, siedzące po przeciwnej stronie ogniska, wtulały się w siebie nawzajem, i gdyby nie to, że wydawało się to tak dla nich właściwe, to powiedziałbym, że jest to nieco niestosowne.

Kobieta o krwistym ogonie uniosła wzrok z Dana i spojrzała na mnie czerwonymi oczami. Jej okrutne oblicze przyglądało mi się uważnie. Była niczym królowa gniewu, pragnąca wydać wyrok, a ja poczułem niepokój, że będę jej kolejną ofiarą. Z głową na jej łonie spoczywał nieprzytomny Dan. Był taki spokojny w tym momencie. Prawie widziałem uśmiech na jego wargach, podczas gdy dłonie kobiety gładziły go bardzo delikatnie, odczesując włosy z jego twarzy. Tuż za nimi usadowił się mężczyzna o nieprzeniknionej twarzy. Jego ogon stanowił mieszaninę odcieni fioletu i błękitu. Zarówno ogon kobiety, jak i mężczyzny, były ściśle ze sobą splecione. A wśród tej plątaniny można było zauważyć także czarny ogon Dana. Wydawało się to być niczym opiekuńczy uścisk na nieprzytomnym chłopaku.

Nie wiedziałem, co powiedzieć.

Nie śmiąc nawet być pierwszym, który przerwie ciszę, choć miałem tysiące pytań, stałem jak zamurowany. Nauczyciel Obrony podszedł bliżej kobiety, a ta spojrzała na niego i pogładziła go po twarzy, sycząc coś w języku węży. Penaus, ku mojemu zdziwieniu, odpowiedział jej tym samym.

I wtedy, w końcu to do mnie dotarło.

To nie Czarny Pan wysłał go do Hogwartu, tylko ta kobieta. Nie ulegało żadnej wątpliwości, że ma on z nią jakiś związek, i że obydwie lamie wraz z Penausem byli tutaj tylko i wyłącznie dla Dana.

Moje serce ścisnęła nagła obawa. Wzmocniłem uchwyt dłoni na różdżce i wbiłem wzrok w spokojną twarz kochanka.

- Jesteś dla niego ważny – powiedział Penaus, co sprawiło, że przeniosłem uwagę na niego. – Dlatego też uznałem, że tobie powinno się powiedzieć, co się stanie.

Przełknąłem. Kobieta ponownie syknęła, a Peret przetłumaczył.

- Echidna zabiera Dana, nie musisz go szukać – oświadczył.

Czas stanął w miejscu, a powietrze zaczęło być zbyt ciężkie, by oddychać. Poczułem przeraźliwe zimno, a następnie gorąco, przechodzące przez moje ciało. Drżenie i słabość w końcu zachwiały mną, więc musiałem się podeprzeć o najbliższe drzewo. Zdawałem sobie sprawę, że to stan na granicy omdlenia, więc zmusiłem swoje ciało do głębszych oddechów.

- Nie musicie go zabierać. Jest bezpieczny razem ze mną! Ochronię go! – wykrzyknąłem.

Kobieta znowu syknęła, mrużąc oczy.

- Tu nie chodzi o bezpieczeństwo, a o jego rozwój. Ukradziono go. Zaklęto. Krzywdzono. Nie może zostać. - Przetłumaczył znowu okrutne słowa Penaus.

- Więc zabierzcie mnie ze sobą! Gdziekolwiek by to nie było! Chcę mu towarzyszyć.

Tym razem to mężczyzna się odezwał. Język węży w jego ustach zabrzmiał bardziej wyraźnie i niżej, przez co wydawał się brzmieć poważniej.

- Nie jest to wskazane. Dan będzie potrzebował spokoju i czasu na regenerację. Jego rozwój był nieodpowiednio przeprowadzany przez wiele lat. Będzie potrzebował pełnej uwagi i mnóstwa snu. Niepowołana obecność zakłóciłaby ten proces.

Przełknąłem. Czułem się, jakby woda uciekała mi z zaciśniętych dłoni o tyle szybciej, o ile mocniej zaciskałem palce.

Dan ponownie mi się wymykał.

Nie chciałem się z tym pogodzić. Ale widząc te istoty, wyglądające tak jak on, emanujące tą samą potęgą… Oni byli czymś odległym, a przez to i gryfon zdawał się być coraz dalej. Jakby brutalnym szarpnięciem w końcu los rozerwał nasze dłonie, ciągnąc nas w przeciwnych kierunkach.

- Nie zabierajcie go, proszę – wyszeptałem drżącym głosem.

Wiedziałem, że zabrzmiałem jak mięczak. Ale czułem, że się zatracam. Dan zbyt wiele razy znikał wśród swoich dziwnych stanów. Nie mogłem dotrzeć do niego przez długie miesiące jego dziwnych śpiączek. A teraz mieli mi go zabrać bez wiedzy, czy kiedykolwiek wróci?

- To niebezpieczne. – Angielski w ustach kobiety zabrzmiał nieco wymuszenie. – Niebezpieczne dla innych, niebezpieczne dla Dana. Niebezpieczne dla przyjaciół. Dan jest potężny. Może skrzywdzić. Może nie wiedzieć, jak to naprawić. - Jej wzrok był surowy, a ciało napięte. – On teraz śpi. Nie jest zdrowy. Będzie spał jeszcze długo. Włada magią bardzo potężną. Pozbawił Voldemorta i jego popleczników magii. Pomogliśmy mu. Gdyby nas nie było, zginęliby ludzie.

Przełknąłem gulę w gardle. Mówiła z ciężkim akcentem, ale przekaz był jasny.

Wbiłem wzrok w spokojną twarz kochanka. Wychodziło na to, że to on znowu uratował dzień. Pozbawił magii… pewnie ponad tysiąc osób. To była przerażająca władza. Zacząłem się zastanawiać, czy to, co im zrobił, miało pozostać na zawsze. Setki rodzin czystokrwistych czarodziejów, pozbawione magii. Katastrofa w magicznym świecie.

Przerażająca potęga w małej czarnowłosej osobie.

Spojrzałem na dwoje lamii, przyglądających mi się uważnie.

Podświadomie wiedziałem, że tak trzeba. Chłopak był zbyt niebezpieczny, by zostawić to tak, jak teraz. Nie wiedział, jak kontrolować swoje moce. Mógłby skrzywdzić wiele osób, nawet nieświadomie. Najlepszym przykładem był Lupin; przecież nie wiadomym było, czy kiedykolwiek odzyska ludzką postać. Musiał opanować swoje zdolności, a te dwie istoty najwyraźniej wiedziały, jak mu w tym pomóc.

Tylko tak trudno było mi zaakceptować, że musieliśmy się rozstać.

Jakaś część mnie wiedziała, że kiedyś będzie musiał odejść.

Zanosiło się na to od miesięcy. Mimo że tak cudownie i idealnie układało się nasze życie uczuciowe, cały czas na naszej drodze stawiano przeszkody, których zarówno ja, jak i Dan, nie mogliśmy ominąć.

Mimo że tak rozpaczliwie go trzymałem, to przeczuwałem, że i on sam dojdzie w pewnym momencie do wniosku, że będzie musiał oddalić się na jakiś czas, by w samotności, z dala od innych, zacząć ćwiczyć swoje niezwykłe zdolności. To, że miał teraz jakąś pomoc, powinno mnie cieszyć. Jednak tak rozpaczliwie chciałem przeciągnąć moment rozstania. Chciałem… jeszcze raz go objąć…

Nie poruszyłem się jednak.

- Czy zajmiecie się nim dobrze? – wyksztusiłem z siebie.

Potwierdzili, kiwając mi głowami. Penaus wyciągnął z kieszeni jakiś kawałek liny, pewnie świstoklik.

Kobieta obwinęła dłoń Dana i zacisnęła na niej swoje palce. Mężczyzna za nią nachylił się nad jej ramieniem, również chwytając linę. Penaus, trzymając drugi koniec, wyciągnął różdżkę.

Wciąż się nie ruszałem. Chciałem się wyrwać i również zacisnąć dłoń na linie. A może wyrwać Dana z ich uścisku? Jednak się nie poruszyłem. Nie mogłem tego zrobić.

- Jeszcze jedno - odezwałem się, świadomy, że przez moje ściśnięte gardło głos wydobywa się z trudem. – Kim jest dla was Dan? Kim wy dla niego jesteście?

Kobieta przekrzywiła nieco głowę. Jej czarne włosy zabłysły w płomieniach, które ją otaczały, a oczy rozgorzały niczym węgielki w ognisku.

- To nasz zaginiony brat - powiedziała.

Jej twarz rozszerzył uśmiech. I mimo że jej oblicze nie wyglądało pięknie, w jej oczach dostrzegłem uczucia tęsknoty i smutku, które właśnie się zakończyły.

Peret wypowiedział zaklęcie i cztery postacie zafalowały, a tchnienie później znikły, wraz z unoszącymi się w powietrzu płomieniami, zostawiając mnie w ciemności.

Powinienem się cieszyć, że Dan odnalazł rodzinę. To byli jemu podobni, którzy zrozumieją jego problemy i będą w stanie mu pomóc o wiele lepiej niż ja.

Odebrano mi tego, który był dla mnie całym światem, a jego utrata była jak krwawiąca rana, przecinająca moją pierś.