Dla przypomnienia: BETA. Ahrimanka. (Jest z nami od rozdziału nr 22)
Autorka. Fantastmania/Lilka.
ROZDZIAŁ XXXIII: HOGWART NOCĄ
Severus
Powrót do zamku zdawał się trwać tylko chwilę. Tak jakby wystarczyło się obrócić, a tuż za rogiem napotykało się wejście prowadzące wprost do Wielkiej Sali.
Nie miałem pojęcia, jak się tam znalazłem. Dopiero Dumbledore obudził mnie wołaniem, chyba już po raz kolejny, mojego imienia.
Matowym głosem wyjaśniłem, że Dana nie trzeba już szukać i że jest on w bezpiecznym miejscu. Dookoła mnie stało mnóstwo osób; przyjaciele gryfona, począwszy od Hermiony i Rona, a skończywszy na wszystkich zainteresowanych, którzy chcieli się dowiedzieć, gdzie on jest. Dostrzegłem nawet sporą grupkę pierwszoklasistów, których przecież nie powinno tutaj być! Odesłano ich wszak jeszcze przed walką! Nie mogłem jednak powiedzieć nic więcej ponad to, co już usłyszeli. Dana zabrano w bezpieczne miejsce.
Dopiero później, w gabinecie Dumbledore'a, wyjaśniłem dokładnie, co się stało i czego się dowiedziałem. Jedyną odpowiedzią dyrektora na moją opowieść było kiwnięcie głową. Dan nas wszystkich uratował i nikt nie miał ku temu wątpliwości.
Już na następny dzień opinia publiczna okrzyknęła Pottera zbawcą świata czarodziei.
A Potter, jak ten idiota, którym zresztą był, starał się od razu wszystko naprostować i wyjaśnić, kto naprawdę podczas bitwy wykazał się zdolnościami i odwagą. Chłopak dobrze wiedział, że to nie jego heroiczny rzut głową posągu Salazara zabił Voldemorta. Namówienie go, by nie rozpowiadał wszem i wobec o zdolnościach i zasługach Dana, było drogą przez mękę.
Dumbledore dopiero po kilku godzinnej rozmowie przekonał go, że dla wszystkich będzie lepiej, jeśli będą wierzyć, że śmierć Czarnego Pana pozbawiła czarodziei magii. Koniecznością było przekonanie innych, że wszyscy śmierciożercy, będący w pobliżu, stracili swoją magię z winy czarnoksiężnika i Mrocznych Znaków na ich ciałach. Tysiące rodzin musiało pogodzić się z tym, że od tej chwili mieli wśród swoich członków mnóstwo charłaków.
Sytuacja, taka jak po pierwszym pokonaniu Voldemorta, podczas poprzedniej wojny, po prostu nie miała tym razem miejsca. Wcześniej wielu śmierciożerców uniknęło Azkabanu i kary, mówiąc, że byli pod działaniem Imperiusa bądź zwalając winę na zaklęcie Zmieńca.
Choć i tym razem wielu próbowało w ten sposób się tłumaczyć, to mimo że udało im się uniknąć więzienia, to nie uniknęli kary.
Taki zapisek w historii nie tyle powstrzymywałby innych przed staniem się następnym Czarnym Panem, ale też i dałby do myślenia kolejnym ludziom, którzy zechcieliby należeć do podejrzanej grupy, podobnej do śmierciożerców. Utrata magii straszyła konsekwencjami skuteczniej niżeli jakakolwiek kara, której nie można cofnąć.
A nie można było.
Według zebranych informacji, każdy śmierciożerca, który przeszedł przez zmienioną przez Dana i jego rodzeństwo barierę Hogwartu, stracił magię. I to bezpowrotnie. W rodzinie Malfoyów jedynym, który się ostał, był Draco. Ale i tak Malfoyowie nie znaleźli się w tak strasznej sytuacji, jak na przykład Crabbe'owie i Goyle'owie. Oni nie posiadali w rodzinie już nikogo władającego magią. Druzgocący cios, z którego nigdy nie mieli się otrząsnąć.
Wiele nienawiści spadło na Pottera, ale główna fala, umiejętnie pokierowana przez prasę i wywiady, skupiła się na Voldemorcie. Jeszcze chyba nigdy aż tak bardzo nie nienawidzono zmarłego, tak jak właśnie jego. Ex-śmierciożercy byli pewni, że to wina czarnoksiężnika, który, wypalając im Znak na ramionach, sprowadził na nich zagładę. Wojnę można było przegrać i przeżyć. Ale magia? Zabranie czegoś tak drogocennego dla wielu z nich było gorsze niż śmierć.
Niebezpieczni poplecznicy Czarnego Pana właściwie przestali istnieć.
Moja ironiczna myśl, że dookoła głowy Salazara Slytherina pewnie będą się zbierać ludzie, by zrobić sobie obok niej zdjęcia, niewiele się wyminęła z prawdą. Choć resztki ciała usunięto i zniszczono, to pierwsze procesje, jakie się tam pojawiły, nie składały się z osób chcących sfotografować kamień. Były to głównie osoby z rodzin czystokrwistych. Przychodzili, by wyładowywać swoją złość i nienawiść, nie tylko wyklinając, a wręcz czasami plując na miejsce, w którym dokonał on swojego żywota.
XXXxxx
Niecały rok po pamiętnej bitwie, piętnastego lutego, Remus Lupin odzyskał swoje ciało. Jak wyjaśnił, przemiana, jaka w nim zaszła, była najzwyczajniej w świecie wymuszoną przemianą w animaga. A przynajmniej pozornie tak właśnie było. Według tego, co mi powiedział i do jakich wniosków doszliśmy, potrafił się teraz zmieniać w magiczne stworzenie o kształcie wilka. Może to było przyczyną powstania wilkołaków? Może kiedyś, wieki temu, jakiś czarodziej zapragnął stać się animagiem magicznego stworzenia i coś poszło nie tak? Normalnie czarodzieje przyjmowali formę niemagicznych stworzeń, takich jak pies, kot, czy nawet zwykła żaba. Nie można było przemienić się w magiczne zwierzę, bo nie dało rady przekształcić swojej własnej magii, by ta dostosowała się do zdolności magicznych stworzeń.
Taka zdolność byłaby zbyt piękna. Przyjąć formę feniksa i posiąść zdolność leczących łez? Marzenie wielu osób.
Według przypuszczeń samego Remusa, to właśnie musiało być początkiem klątwy wilkołactwa. Jakiś zachłanny czarodziej zapragnął mocy, jaką posiadają magiczne stworzenia, a jego eksperyment poszedł nie tak.
Dan wyleczył Lupina. Jedynym, co pozostało samemu Lupinowi do zrobienia, było nauczenie się zmieniania formy tak, jak robił to każdy inny animag.
Zajęło mu to trochę czasu, jednak wszyscy byli szczęśliwi z powodu odzyskania przez niego człowieczeństwa.
Teraz mógł bez problemu zmieniać się w wilka i z powrotem w człowieka.
Dan byłby szczęśliwy.
Wkrótce później Lupin zaczął się spotykać z młodą aurorką, Nimfadorą Tonks. Raz usłyszałem, że wspomniał coś o przekleństwie, które w końcu zostało z niego zdjęte i darze zdolności do kochania. Wyglądał tak cholernie szczęśliwie, że brakowało tylko latających mu nad głową serduszek i gwiazdeczek do idealnego obrazka miłosnej parki.
xxxXXX
Niecałe dwa lata po pokonaniu Voldemorta Potter odsunął się od świata czarodziei.
Ciężko mu było zaakceptować bycie wychwalanym za coś, czego tak naprawdę nie dokonał. Wszyscy, którzy znali prawdę, wiedzieli, że gryzie go fakt, że na samym początku uciekł i ukrył się, bojąc się walki.
Ginny Weasley i Syriusz Black, niedawno oczyszczony ze wszystkich zarzutów, zniknęli z Potterem na długie miesiące w mugolskim świecie, by pomóc mu przetrwać ten okres. Dużo później dotarło do mnie, że Potter i Ginny Weasley dokończyli edukację w Salem w Ameryce i tam Potter otworzył sklep z eliksirami. No cóż. Chłopak miał w końcu do tego smykałkę. A najwidoczniej lepiej mu było na innym kontynencie z tym przeklętym Blackiem i śliniącą się do niego Weasleyówną niż w Angli.
Granger i Weasley, zaraz po zakończeniu swoich dwuletnich szkół zawodowych, pobrali się, organizując huczne wesele, na które zaprosili mnie, mimo moich usilnych sprzeciwów, zmuszając mnie także do tego, bym był świadkiem.
Cholerni gryfoni. Nie mieli za grosz instynktu samozachowawczego.
Moja obecność na pewno nie przyniesie im szczęścia!
Zupełnie do nich nie docierało, że powinni trzymać się ode mnie z daleka, bo mimo mojego paskudnego charakteru, odwiedzali mnie przynajmniej raz w miesiącu, zapraszając do siebie równie często, i mimo że byłem koszmarnym gospodarzem, nie zniechęcali się ani trochę. Wierzyli gorąco, że ich przyjaciel zaraz wróci i wydawali się tak szczęśliwi w swoim życiu, jakby ten powrót miał nastąpić już następnego dnia.
Wakacje spędzałem w Treewalle. Każdego dnia spodziewałem się, że Dan pojawi się lada chwila i nie chciałem przegapić tego momentu. W końcu chłopak nie wiedział, gdzie był mój dom na Spinner's End. I przecież obiecywałem, że nie pozbędzie się mnie tak łatwo!
Nie miałem wszak nic innego do roboty.
Czwartego roku po tamtych wydarzeniach zdechła sowa Dana.
Zajmowałem się Hedwigą, która cierpliwie czekała na powrót swojego pana, ale nie doczekała się go w ogóle. Urządziłem jej miły pogrzeb na skraju Zakazanego Lasu. Później upiłem się do nieprzytomności, zastanawiając się, czy podzielę los tego wrednego ptaszyska, nie doczekując nawet znaku życia od chłopaka.
Potem w końcu zdecydowałem, że już dość czasu użalałem się nad sobą.
Dan przecież był ze swoją rodziną! Z ludźmi, za którymi tęsknił przez całe swoje życie. Powinienem się cieszyć jego szczęściem. Bo miałem nadzieję, że cholernik był szczęśliwy!
Musiał być! Gdziekolwiek by, do diabła, nie był.
Może nawet znalazł sobie już kogoś nowego i zapomniał o mnie.
Ja też powinienem zapomnieć.
To pozwoliło mi otrząsnąć się nieco z tego poniżającego stanu, w jakim pozostawałem od dłuższego czasu, i przez następny rok byłem tak samo wredny na lekcjach eliksirów, jak przez te wszystkie wcześniejsze lata. Zaniedbałem nieco tego zwyczaju i dzieciaki już zapomniały, że powinny się mnie bać nawet wtedy, gdy przechodzę korytarzem. Przypomnienie im tego zajmowało mi przyjemne godziny w sali do eliksirów.
XXXxxx
- Klefirt! Dzieciak podskoczył na swoim miejscu, a jego i tak do niczego nie nadający się eliksir rozlał się po blacie.
Z warknięciem pozbyłem się mazi, łypiąc na dzieciaka z trzeciego roku. Zamarł on na swoim siedzeniu jak jeleń, złapany w światła reflektorów.
- Eliksir pomniejszający nie ma być żrący! – warknąłem, wskazując na wypaloną w ławce dziurę. – Jestem niezwykle ciekawy, co byś zrobił, jakby doszło do momentu użycia tego… czegoś. Jeszcze raz zrobisz taki błąd, a zmuszę cię do spróbowania tej twojej brei. Na koniec sali i szukaj, gdzie spaprałeś sprawę! Na jutro chcę widzieć na ten temat referat!
Dzieciak odszedł, a inni uczniowie nawet na niego nie zerknęli, w obawie, by nie przyciągnąć mojej uwagi. Wszyscy pracowali w idealnej ciszy. Jeśli trzeba było liczyć ilość wrzuconych do kociołka składników, nawet te obliczenia wykonywali w myślach. Broń Merlinie szeptem. W końcu to mogłoby pomylić innym pracującym liczenie, ile składników wrzucili do własnego kociołka.
Postrach Hogwartu objawił swoje stare oblicze w nowym wydaniu. Chyba nigdy nie miałem na swoich zajęciach aż takiej dyscypliny.
Nie to, żebym narzekał.
Klefirt bardzo ostrożnie wyjął swoją książkę i skulił się na siedzeniu.
Po zakończeniu zajęć i wyjściu z sali, przemierzałem korytarze Hogwartu i nie zauważałem prawie wcale, jak uczniowie uskakują mi z drogi.
Mieli dobry dzień. Gdy kogoś zauważałem, ten ktoś kończył ze szlabanem.
Mój wzrok prześlizgnął się po twarzach i tylko kątem oka rozpoznałem jedną z uczennic.
Sarah Blome wyszła z grupy dziewczyn pod klasą Transmutacji i uśmiechnęła się do mnie promiennie.
- Witam, profesorze. Miło pana widzieć. Mam nadzieję, że dobrze pan spędza dzisiejszy dzień.
Wykrzywiłem usta, ale nie byłem w stanie zareagować na nią tak, jak na innych uczniów. Zarówno ona, jak i Raphael Brown, przypominali mi o przyjemnych chwilach z Danem, więc trudno mi było to robić. Obydwoje byli jednak już w siódmej klasie. Wkrótce opuszczą szkołę. Nie będzie wtedy już nikogo, kto przypominałby mi mojego byłego kochanka.
- Dałem już dzisiaj trzy szlabany, Blome. Jeżeli nie chcesz dołączyć do tego grona, odejdź stąd - powiedziałem wyważonym głosem, ale dziewczyna się tylko uśmiechnęła. Wyrosła na młodą, piękną kobietę o ciemnych lokach i twarzy o nieco słowiańskich, szerokich rysach. Niezwykle urodziwa.
- Trzy szlabany, profesorze? – zachichotała. – Nie próżnuje pan, muszę powiedzieć, to dopiero druga godzina nauki dzisiaj. Ma pan na to wszystko czas?
Kompletnie się mnie nie bała i pod nigdy nieniknącym, zszokowanym spojrzeniem innych uczniów, zaczęła iść obok mnie.
- Ja nie, ale woźny i owszem. Jego grafik jest wypełniony, a nawet najbardziej opuszczone klasy świecą czystością.
Ponownie się zaśmiała. Wszyscy inni udawali, że nie widzą nas, idących przez korytarz wypełniony uczniami. Rozstępowali się przede mną jak Morze Czerwone, dając mi przejście.
Nowy woźny, przyjęty już następnego roku po tym, jak Filch po wielkiej bitwie skończył w Azkabanie, był młody i umięśniony. Według dokumentów, Francuz, Paul Papilon, nie ukończył Beauxbatons i nie wydawał się tego żałować. Cieszył się pracą fizyczną, zaczesywał blond włosy do tyłu, i prawdopodobnie systematycznie rozdziewiczał wszystkie wpatrzone w jego przystojną facjatę uczennice Hogwartu. Chętnie przyjmował uczniów na szlabany; dzieciaki, urzeczone prężącymi się mięśniami, które ponoć wyrobił sobie na podobnej pracy i różnych ćwiczeniach, chętniej przenosiły ciężkie meble i sprzątały w zakurzonych klasach, które im wyznaczył.
Przynajmniej chłopcy. Dziewczyny na tych szlabanach bardziej skupiały się na tym, by podczas zamiatania odpowiednio jednoznacznie kręcić swoimi tyłkami przed przyglądającym się im mężczyzną. Szybko zaniechano wysyłania uczennic do odrabiania szlabanów u Paula Papilona, kierując je pod nadzór innych nauczycieli.
- Nikt nie narzeka na taki obrót spraw - oświadczyła Sarah, odrzucając włosy na plecy. Zacząłem się zastanawiać, czy i ona nie wypróbowała już zdolności woźnego w jakimś zacisznym kącie.
Jednak po tym, jak weszliśmy do Wielkiej Sali, a ona uśmiechnęła się jak gorejące słońce do Raphaela, nachylającego się właśnie nad stołem i mówiącego coś do kolegów, wyrzuciłem podejrzliwe myśli z głowy.
Młodzieniec dostrzegł dziewczynę i natychmiast skierował się w naszym kierunku.
- Dziękuję za odprowadzenie mnie do Wielkiej Sali. To była bardzo przyjemna przechadzka.
Popatrzyłem na nią i jej uśmiech, mrużąc oczy, nie za bardzo wiedząc, czy mam ją uświadomić, że to ona sama się do mnie przylepiła.
Raphael Brown z błyskiem w oku pocałował dziewczynę lekko w policzek. I dobrze. Przez większe okazywanie czułości względem siebie wzięłoby mnie na wymioty.
- Witam, profesorze.
Skinąłem mu głową, nie do końca rozumiejąc, dlaczego stoję jak głupek obok tych nastolatków.
- Nie spóźniłaś się. – Raphael następne słowa skierował do dziewczyny i zerknął na zegarek. – Po raz pierwszy od trzech lat, nie spóźniłaś się na nasze spotkanie.
Dziewczyna zachichotała.
- Profesor przetarł mi szlak przez zatłoczone korytarze i dlatego przeszłam przez prawie cały zamek, nawet na chwilę nie musząc przystawać.
Zmrużyłem oczy, dotknięty do żywego.
Wykorzystała moją z trudem zdobywaną reputację, by nie spóźnić się na randkę?
- Szlaban, panno Blome. A dla towarzystwa możesz zabrać ze sobą pana Browna. Dziś, zaraz po zajęciach.
Obydwoje spojrzeli na mnie zranieni, ale nic nie powiedzieli. Tak naprawdę wciąż nie wiedziałem, dlaczego te dzieciaki mnie nie znienawidziły tak jak wszyscy inni.
Nie byłem nikim miłym.
Zajęcia były tak samo jednakowe przez następne godziny w ciągu dnia.
Zbliżał się koniec roku, więc wszyscy usilnie starali się nie pamiętać o egzaminach, choć powinni powtarzać materiały.
Do czasu, gdy lekcje się skończyły i rozbrzmiał ostatni dzwonek, zdążyłem zapomnieć, że teraz miałem mieć na głowie dwójkę gryfonów.
Obydwoje zapukali do mojego gabinetu punktualnie i przywitali mnie z uśmiechami na twarzach. Jakby wcale nie byli źli, że dostali szlaban! Oburzające!
Miałem mnóstwo kociołków do wyczyszczenia. Naprawdę. Jednak nakazanie im rozpakowania dwóch pudeł ze szczelnie zapakowanymi składnikami było odpowiednią pracą na szlaban. Prawda?
Zostawiłem gryfonów w składziku i uciekłem do swojego gabinetu za klasą i starałem się skupić na kociołku, który miałem przed sobą.
Przeklęty eliksir wciąż nie chciał działać tak, jak tego chciałem. Choć byłem już o krok od sukcesu.
Musiałem przyznać, że eliksir na niedowidzenie stał się czynnikiem, który doprowadził mnie do zaskakującej fortuny. Opatentowanie tego było jedną z najlepszych decyzji w moim życiu i dokładny skład mieszanki pozostawał nieznany dla każdego z wyjątkiem czterech pracowników w Londynie, którzy zajmowali się masową produkcją.
W tej sytuacji mógłbym porzucić nauczanie w cholerę. Ale tak naprawdę nie wiedziałem, co innego miałbym robić. Zrezygnowanie z choćby kilku godzin w tygodniu brzmiało nadzwyczaj kusząco.
Miałbym wtedy więcej czasu na badania.
I na użalanie się nad sobą.
Zirytowany, wylałem kolejny kociołek, gdy składniki się zwarzyły po dodaniu smoczej krwi.
Wypróbowałem już tyle opcji, które się nie sprawdziły. Efekt był. Ale utrzymywał się ledwie kilka godzin. Kilku badanych odzyskiwało zdolność dostrzegania kolorów, jeżeli przyjmowali dzienną dawkę. Jednak koszty składników były nieproporcjonalne do efektywności. Nikomu by się nie opłacało płacić pięciu galeonów za jedną fiolkę tygodniowo, by wyleczyć się z daltonizmu. Musiałem albo wydłużyć działanie, albo znaleźć inne, tańsze składniki.
- Jak tam z tymi skórami kobry? – Usłyszałem, gdy wyczyściłem już kociołek, zapisując efekty w notatniku.
Co chwilę słyszałem, jak dwójka młodych wymienia uwagi w klasie eliksirów, przenosząc pakunki. Jednak tym razem moja uwaga się wyostrzyła, gdy usłyszałem to imię.
- Już są na swoim miejscu - odpowiedziała Blome. – Ma ładne czarne łuski ten wąż. Chyba trochę podobne do tych Dana.
Odłożyłem pióro, nie mogąc się powstrzymać przed podsłuchiwaniem. Przybliżyłem się do drzwi.
- Nie… Dan ma trochę ciemniejsze - odparł chłopak. - Poza tym, te są okropnie twarde. Dana w dotyku przypominały normalną skórę, tylko o innym ukształtowaniu.
Chwila ciszy, a mnie zastanowiło, kiedy Raphael miał okazję tak wnikliwie dotykać ogona Dana.
- Trochę i racja… No, ale może żywa kobra też jest nieco inna w dotyku? Ta w końcu pewnie została ususzona już jakiś czas temu.
Przez następne kilka chwil nie wymieniali żadnych uwag, skupiając się tylko na rozpakowaniu kolejnych pudeł ze składnikami. Już zacząłem sobie pluć w brodę za bycie na tyle niezrównoważonym, że podsłuchiwałem nastolatki, gdy ponownie rozbrzmiały ich głosy.
- Myślisz, że on jeszcze wróci? - Pytanie dziewczyny zostało zadane lekkim tonem, ale mnie serce stanęło.
- Nie wiem – odpowiedział gryfon niskim głosem.
Tak, ja też nie wiedziałem.
- To znaczy... Raczej powinien. Minęło już w końcu tyle czasu. Już najwyższy czas, żeby wrócił. Przynajmniej do Snape'a - ciągnęła dalej dziewczyna.
Oparłem głowę o ścianę, zamykając oczy.
- Kiedy się dowiedziałeś, że oni… no wiesz? - Dziewczyna była raczej zbyt wścibska. Ale mnie też ciekawiła jego odpowiedź.
- Chyba najwcześniej. - Zaśmiał się psotnie, po czym ściszył głos.
- To znaczy, trudno było nie zauważyć, prawda? – Znów nieco śmiechu zabrzmiało w głosie chłopaka.
- Może inaczej. Kiedy Dan ci powiedział?
- Nie powiedział – zaprzeczył.
- Więc skąd wiesz? Minęło tyle czasu, a ja wierzyłam ci na słowo, że oni byli razem. Może to wcale nie była taka relacja. Może to było bardziej jak ojciec i syn. - Sarah nie dawała odejść tematowi, wciąż brzmiąc na bardzo zainteresowaną.
Nie rumieniłem się. Ani trochę się nie rumieniłem!
- Podejrzewałem dosyć wcześnie, że Dan jest gejem, ale kiedy się dowiedziałem? Hmmm… Pamiętasz na pewno to, jak na szlabanie w drugiej klasie wylądowaliśmy w Zakazanym Lesie i Dan nas uratował?
Sapnąłem. To było przecież prawie na początku wspomnianego roku! Jeszcze zanim Dan odnowił przyjaźń z Ronem i Hermioną!
- Tak. Trudno byłoby o tym zapomnieć. Chociaż wciąż nie wiedziałam tak konkretnie, o co poszło. Dostałam najbardziej koszmarny szlaban wszechczasów, na którym prawie straciłam życie i nie wiedziałam nawet, dlaczego.
- No cóż. Tamtego dnia, przez przypadek wszedłem w jakiś ukryty korytarz. Jest ich mnóstwo w Hogwarcie. Coś czytałem i gapiłem się w tekst, idąc, gdy nagle znalazłem się w korytarzu, którego wcześniej nie widziałem. To jest na pierwszym piętrze, między posągiem tego przygarbionego faceta z zezem. Wydaje się, że za posągiem nie ma wystarczająco miejsca, by się tam przecisnąć. Może na tyle, by oprzeć tam miotłę, by ktoś się o nią nie potknął. No, ale magia ma to gdzieś, więc jak się wejdzie za posąg, nagle człowiek znajduje się w korytarzu prowadzącym na skróty i po stromych schodkach można zejść wprost do lochów.
- To przecież super przejście! Nigdy mi o tym nie mówiłeś! – wykrzyknęła dziewczyna.
- Nie jest wcale takie super, bo trzeba przejść prawie taką samą drogę, jaką by się przeszło normalnymi schodami, by dotrzeć do klasy eliksirów, a chyba nie muszę wspominać o pajęczynach na ścianach i tym, że lochy to terytorium ślizgonów.
- Racja - potwierdziła gryfonka cicho, wyraźnie przyznając, że kręcenie się niepotrzebnie po lochach nie jest tak dobrym pomysłem.
- Ale ja nie o tym. Więc jak zszedłem, to trafiłem na ścianę z jakimś obrazem. Nie pamiętam już, kto na nim jest.
Och, ale ja wiedziałem, to było wszak przejście prowadzące prawie wprost pod moje prywatne komnaty. I wcale nie byłem zaskoczony następnymi słowami gryfona.
- I przez ten obraz zobaczyłem, jak Dan wychodzi z komnat Snape'a. Wyszedł na korytarz i obrócił się w stronę przejścia za sobą. Uśmiechał się tym swoim ciepłym uśmiechem. Zaraz za nim był Snape. Nie słyszałem, co mówili bo byłem za daleko i może wtedy nie myślałem za bardzo o żadnych romansach i tym podobnych, jednak to mi wiele powiedziało.
- Całowali się? - Blome zabrzmiała na podekscytowaną.
- Nie. Mówiłem już, gapili się na siebie – prychnął chłopak.
- To skąd wiedziałeś, że to nie jest, no nie wiem, że Snape trzyma go za rękę i warczy do niego cicho: „jeszcze raz ci się odbije w mojej klasie, to następnym razem będziesz czyścił mi buty na szlabanie własną szczoteczką do zębów"?
Krótki, cichy śmiech, przerwał rozmowę.
- Jezu, Sarah! To było coś w tym, jak Dan się na niego patrzył. Poczułem się wtedy tak nie na miejscu, że zawróciłem i wróciłem przejściem z powrotem na górę. Jednak wpadłem wprost na ślizgonów, którzy chcieli wiedzieć, dlaczego pojawiłem się znikąd i po sprawdzeniu ściany bardzo szybko znaleźli przejście. Spanikowałem. Ubzdurałem sobie, że muszę ochronić Dana przed tymi ślizgonami. Sam nie wiem, kiedy wywiązała się bijatyka. Pojawiłaś się też ty, i ten Kowalski z rocznika niżej. Gdyby zeszli wtedy przejściem, zobaczyliby to, co ja, a nie chciałem, by zobaczyli Dana. I wtedy pojawił się Snape i nas wszystkich usadził. Byłem pewien, że wyszedł właśnie z tego przejścia, o które się kłóciliśmy. Dan najpewniej poszedł jakąś inną drogą, bo go nie widziałem.
- Nie wierzę, że dostaliśmy szlaban za to, że chroniłeś plecy nauczyciela! Przecież wydanie tego sekretu oznaczałoby największe kłopoty tylko dla niego. Dan wtedy był nieletni!
No cóż. Ja też nie mogłem pojąć, jakim cudem ten gryfon wylądował w roli mojego obrońcy. Istotnie, gdyby doniósł albo sprowadził kogoś, mówiąc o uczniu wychodzącym z moich prywatnych komnat, to ja byłbym pociągnięty do odpowiedzialności.
- Nie mogłem tego zrobić Danowi!
- No tak – wymamrotała dziewczyna.
- Wiesz… Zapytał się mnie później, dlaczego dostałem szlaban.
- Kto? Snape? - wykrzyknęła Sarah, nie rozumiejąc.
- Nie, głupia! Dan! – Zaśmiał się. - Wydawał się być zmartwiony, że dostaliśmy aż tyle karnych punktów i tygodniowy szlaban. Chciałem się go wtedy zapytać o to, czy jest blisko z Snape'm, ale nie chciałem go wprawiać tym w zakłopotanie. Patrzyłem na nich obydwóch bardzo uważnie od tamtego dnia i jakiś czas później byłem pewien, że mam rację. Ale teraz wszystko może być inaczej. Nie ma go już tyle czasu. Teraz obraca się pewnie wśród całkowicie innych osób.
Zapadła cisza, tak jakby obydwoje pogrążyli się w swoich własnych myślach.
Ja też zagłębiłem się w swoich. Minęło tyle czasu. Patrząc wstecz, musiałem sobie powiedzieć, że przecież z Danem byłem przeraźliwie krótko. Nasz związek zaczął się wraz z końcem wakacji, w szkole nie spędziliśmy razem nawet dziewięciu miesięcy, z czego przecież około połowy Dan był w swoim dziwnym letargicznym śnie.
Żałośnie krótki związek.
Powinienem się w końcu z tego otrząsnąć.
W końcu Dan, gdziekolwiek by nie był, mógł już o mnie nawet zapomnieć. W końcu kilka tygodni to nic w porównaniu z pięcioma latami, następującymi po nich. Może dlatego nie wracał. Znalazł sobie kogoś innego do kochania i nawet nie chciał rozdrapywać naszego żałosnego, krótkiego związku.
Usiadłem na krześle ciężko i popatrzyłem w okno.
Byłem żałosny.
Od momentu podsłuchania tej jakże pouczającej rozmowy dwóch gryfonów, zacząłem ich unikać. To dobrze, że już kończyli szkołę.
Naprawdę się cieszyłem, że już niedługo opuszczą zamek, jako ostatni z przyjaciół Dana. Może, gdy ich zabraknie, przestanie mnie dręczyć przeszłość.
XXXxxx
Lato zbliżało się wielkimi krokami, tak samo jak egzaminy końcowe uczniów. W tym właśnie momencie trzeba było przycisnąć wszystkie uparte dzieciaki, zadając im potwornie dużo prac domowych, by nie zapomniały, czym są podstawowe zagadnienia.
Czy uczniowie myśleli, że skoro za dwa tygodnie są egzaminy, odpuszczę im? Ani trochę. Zawsze do ostatniego momentu zadawałem zadania i nakazywałem przygotowywać nowe wywary. Gdyby uczyli się systematycznie, nie musieliby teraz rozsiewać takiej paniki wokół siebie.
Przed egzaminami był zawsze większy ruch na korytarzach, a w klasach przytłaczająca cisza, bo wiedzieli, że nawet najmniejszy moment nieuwagi jakiegokolwiek ucznia skończy się tym, że ocenię ich dużo gorzej na egzaminach końcowych.
Nikt nie ośmielał się nawet westchnąć.
Dlatego też, gdy czwartoklasiści zawzięcie robili notatki w swoich zeszytach, a ktoś otworzył drzwi do mojej klasy z hukiem, miałem ochotę warknąć i przekląć przeszkadzającego. Nawet jeśli to była zasapana od biegu Blome.
Już chciałem nawet to zrobić.
- On wrócił! - wrzasnęła, a ja nie musiałem pytać, o kogo chodzi. Wiedziałem.
Wybiegłem z klasy, a Sarah dotrzymywała mi kroku.
- Widziałam go przez okno! Widziałam, jak szedł do zamku! Widziałam! – wrzeszczała, biegnąc za mną, a mnie uderzyło nagle, że nie jestem ani trochę przygotowany na to spotkanie. Może niepotrzebnie nawet chcę się z nim zobaczyć? Może nie chce mnie widzieć?
W mojej głowie zapanował chaos i strach tak wielki, że najpewniej odetchnąłbym z ulgą, gdyby to okazało się nieprawdą.
Bo to nie może być prawda!
Prawda?
Przecież on nie mógł wrócić ot, tak sobie! W środku tygodnia! Przecież ten czwartek niczym się nie różnił od wszystkich innych czwartków! Dlaczego konkretnie dzisiaj?!
Nie rejestrowałem tego, co dalej mówiła dziewczyna i ze ściśniętym gardłem dostałem się do Głównego Holu. Nie było go. Może już sobie poszedł? Może go wcale nie było? A może był w gabinecie dyrektora?
Wtedy jednak go zobaczyłem.
Stał przed Dumbledorem, który właśnie wypuszczał go z swoich objęć z szerokim uśmiechem na ustach. Nie wiedziałem, co zostało powiedziane. Nie wiedziałem też, kto więcej był przy tym wszystkim.
Mój wzrok był utkwiony tylko na nim, gdy przemierzyłem dzielące nas metry i go objąłem.
Jego dłonie były tak samo ciepłe, jak każde moje piękne wspomnienie o nim. Oczy błyszczały od łez, których już nie powstrzymywał. Moje serce biło w piersi tak głośnymi uderzeniami, że to było jedyne, co słyszałem. Gdzieś znikły wątpliwości tego, że może mnie już nie chcieć, że może zbudował sobie inne życie i o mnie zapomniał. Dan patrzył się na mnie tak samo ciepło, z tą samą miłością, jak ostatniego naszego dnia przed kilkoma laty.
Nie słyszałem niczego, gdy przytulałem go do swojej piersi, chcąc poczuć, że to dzieje się naprawdę i że on tutaj jest!
Naprawdę wrócił!
Nogi się pode mną ugięły. Opadliśmy na kolana, wciąż w siebie wtuleni. Fizyczną niemożliwością było dla mnie wypuszczenie go ze swoich ramion. Gdyby mi go teraz zabrano ponownie, zabiłoby mnie to!
Dan płakał. Oddaliłem nieco twarz, tak by móc spojrzeć mu w oczy, jednocześnie nie przerywając kontaktu z jego ciałem.
Z jego pięknych zielonych oczu płynęły, mieniąc się jak promyki słońca, kryształowe łzy; nos i oczy były zaczerwienione, a on sam brał drżące oddechy, przerywane czkawką. Chciał coś powiedzieć, ale nie zrozumiałem ani słowa spomiędzy jednego a drugiego szlochu, więc wykorzystałem jego usta w bardziej logiczny sposób.
Smakował tak samo niebiańsko jak kiedyś.
Gdy przerwaliśmy, już nie płakał tak rozpaczliwie, mimo że łzy wciąż i wciąż płynęły mu z oczu.
Pogładziłem jego policzki, ścierając wilgoć i przeczesałem jego czarne włosy. Były dłuższe, niż pamiętałem. Sięgały mu teraz aż za ramiona, opadając na nie jedwabistymi czarnymi pasmami, zupełnie jak pierwszego dnia, gdy go zobaczyłem. Jego twarz nie była już też tak młodzieńcza. Mimo że stracił tę charakterystyczną cechę, jaką widać u nastolatków, wciąż miał w sobie coś eterycznego.
- Zapuściłeś włosy – zauważyłem głupio, ale po prostu nie wiedziałem, co powiedzieć. Miałem pustkę w głowie.
- A ty ściąłeś. –Uśmiechnął się drżąco i przesunął palcami po miejscu nad moimi uszami, delikatnie odgarniając krótkie pasma moich włosów.
Po tym, jak moja skóra i ciało zapomniało o torturach Voldemorta i Avery'ego, zdecydowałem się ściąć włosy na krótko, a później tak już zostało. Danowi nie wydawało się to przeszkadzać.
Ponownie go przytuliłem.
On tu naprawdę był! Wrócił! A skoro wrócił, to wszystko było już w porządku.
