EPILOG


Panowało późne letnie popołudnie. Trzask mojej teleportacji był dobrze słyszalny, gdy pojawiłem się przed domkiem o porośniętych bluszczem ścianach.

Zarówno dom jak i okolica wydawały się spokojne. Zero niebezpieczeństw bądź czyhających za rogiem czarnoksiężników.

Wszystko się skończyło.

Wątpliwe też, by ktoś starał się w najbliższej przyszłości podążać ścieżką czarnej magii.

Postąpiłem parę kroków do przodu, przekraczając granicę antyaportacyjną i do moich uszu dotarł dźwięk rozmów.

Marszcząc brwi, skierowałem swoje kroki na tyły.

Zastałem tam nieco niecodzienny dla przeciętnych ludzi widok. Ja jednak zacząłem się już powoli do tego przyzwyczajać.

Dan w swojej formie lamii siedział pod olbrzymim kasztanem, trzymając dłonie w górze, jakby chciał złapać przebywającą tam podobną do niego, pół-wężą istotę.

Był to najmłodszy z jego braci o imieniu Noah. W tej chwili trzymał się raczej kurczowo pnia drzewa, oplatając go ogonem; wyraźnie miał problemy z zaakceptowaniem pomocy Dana w zejściu na ziemię.

Obok Dana stał w swojej ludzkiej formie Aron, kolejny z braci. Obserwował swoje rodzeństwo, jakby rozważał, czy powinien wejść na drzewo, by ściągnąć z niego na siłę swojego młodszego brata.

Nie zauważyli mnie. Za to ktoś inny - owszem.

- Witamy z powrotem. – Usłyszałem znajomy głos. Obróciłem się.

Echidna uśmiechała się do mnie. Powstrzymałem się od wzdrygnięcia, choć jej uśmiech wydał mi się nieco niepokojący.

Dan mi wyjaśnił, że jego rodzina posiada coś w rodzaju charakterystycznego dla nich systemu obronnego, który sprawia, że ich mimika twarzy nie działa tak, jak powinna, wysyłając błędne sygnały. Kilka razy zapewniał mnie przy tym, że nawet jeśli Echidna uśmiecha się szeroko i nieco obłąkańczo niczym psychopatka, to wcale nie znaczy, że chce mnie posiekać na kawałki tępym nożem kuchennym i zrobić ze mnie szaszłyki.

Powoli się do tego przyzwyczajałem. Tak jak do wielu innych rzeczy.

Miała na sobie lekką białą sukienkę, odsłaniającą głęboki dekolt i podkreślającą jej powabne kształty dorosłej kobiety.

- Wszystko do kolacji jest już gotowe. Masz może ochotę na lampkę wina?

Pokiwałem głową, zwracając twarz w stronę tarasu, na którym właśnie kończono nakrywać do stołu. Młode małżeństwo, państwo Weasley, którzy już setki razy powtarzali, bym zwracał się do nich po imieniu, właśnie zasiadali do stołu.

Kątem oka dostrzegłem, jak Dumbledore rozmawia o czymś w salonie z Lupinem i Tonks. Jak z nicości pojawił się obok mnie Alexander, ostatni i najstarszy z braci Dana, którego, tak jak Echidna, miałem już okazję spotkać przed kilkoma laty. Skinął mi teraz głową i zasiadł do stołu. Jego twarz, w przeciwieństwie do jedynej kobiety w rodzinie, wydawała się być maską z kamienia, nie wyrażającą żadnych uczuć.

Echidna obrzuciła wszystko stojące na stole uważnym wzrokiem i wychyliła się przez barierkę.

- Dan, Noah, Aron! Już są wszyscy, chodźcie na kolację!

Obróciłem głowę ponownie w stronę Dana. Ten zrobił to samo i wymieniliśmy krótkie spojrzenia. Uśmiechnął się do mnie ciepło, a jego policzki pokrył rumieniec. Zdawać by się mogło, że nie powinien się rumienić jak nastolatek, ale on wciąż zdawał się czasami tak bardzo niewinny. Odkąd wrócił pół miesiąca temu, wyglądał tak, jakby przeżywał ponownie, od początku, czas swojego pierwszego nastoletniego zauroczenia. Nie miałem nic przeciwko. Choć, według słów Dana, była to jego nieszczęsna mimika twarzy. Zastanowiło mnie, czy będzie wciąż wyglądał jak zakochany nastolatek za trzydzieści lat.

Sam byłem nie lepszy, bo czułem się, jakbym ponownie przeżywał pierwsze wspólne dni ze swoim wybrankiem.

Podszedłem do niego powoli; uciekł wzrokiem, rumieniąc się jeszcze bardziej.

Pocałowałem go w kark na przywitanie. Dan zadrżał, uciekając przed moimi ustami. Był cały czerwony na twarzy.

- Czyżby ktoś tu utknął na drzewie? – zapytałem, podnosząc wzrok w górę. Dzieciak pociągnął nosem, wciąż przytulając się do pnia. Ani Noah, ani Aron, jeszcze nie odznaczali się wyraźnymi cechami kłopotliwej mimiki twarzy, tak jak starsze rodzeństwo.

- Wcale nie - zapiszczał sopranem Noah. Bardzo męski głos, jak na ośmiolatka, muszę przyznać. Aż mi w uszach zadzwoniło. - Chcę tu zostać. Nie chcę jeść!

Spojrzałem pytająco na Dana. Ten uśmiechnął się lekko, jakby z pobłażaniem.

- Noah jest w bardzo ścisłej symbiozie z roślinami – wyjaśnil. - On z nimi koegzystuje. Pobiera też od roślin energię, więc nie czuje jej braku w swoim ciele. Nie lubi jeść, choć tego potrzebuje.

Zmarszczyłem brwi. Wciąż nie wszystko rozumiałem, jeżeli chodzi o rodzinę Dana. Jednak z tego, co mi wyjaśnił, każdy z nich odznaczał się innym rodzajem unikalnej magii. I od najmłodszych lat musieli się uczyć nad nią panować.

Dobrze pamiętałem wielki słup ognia przed Hogwartem, choć później nie było zwęglone nawet jedno źdźbło trawy. Było to dziełem Echidny. Z pewnością była niebezpieczna. Ale nie za bardzo wiedziałem, co niebezpiecznego mogłoby być w rozmowie z roślinami, tak jak robił to Noah. Wciąż też nie wiedziałem, co potrafił Alexander. Wydawał się zawsze tak opanowany, jakby nawet najmniejsze odstępstwo od normy miało spowodować katastrofę na skalę światową.

- Noah. Dziś będą lody na deser. Waniliowe. – Młody Aron najwyraźniej też pomagał w przekonaniu brata, by zszedł na ziemię.

- Nie chcę jeść.

- Dzisiaj będzie makaron z warzywami. Przecież lubisz te małe marcheweczki, jakie są zawsze w sosie warzywnym – przekonywał Dan.

- Nie będę jadł - upierał się dzieciak.

- Noah. Proszę, zejdź. Musisz jeść.

- NIE!

Dan westchnął.

- Kolacja stygnie... – rozległo się nawoływanie Echidny po raz kolejny, a Noah jeszcze bardziej przywarł do pnia drzewa.

Zerknąłem na Dana. Mimo że dzieciak był irytujący, on wcale nie wydawał się zły. Mnie pozostało więc tylko cieszyć się jego szczęściem. W końcu nie będę go odgradzał od tego, czego szukał przez tak wiele lat: rodziny.

Podczas tych pięciu lat, w których go nie było, przywiązał się do swoich braci i siostry. Nie znał ich przez większość swojego życia, ale teraz stali się dla niego bardzo ważni.

Jednak wszystko ma swoje granice. A ja byłem głodny.

- Panie Noah, proszę natychmiast zejść z tego drzewa, bo inaczej zetnę gałąź, na której siedzisz – zagroziłem.

Dzieciak zrobił oczy ogromne jak spodki. Niezależnie od tego, czy należał do jakiejś natchnionej przez Boga rasy, czy nie, to wciąż był dzieckiem. A ja wiedziałem, jak wywoływać strach w dzieciakach. Skoro lubił drzewka bardziej niż lody, to groźba musiała być odpowiednio sformułowana.

- Severusie! - Dan uszczypnął mnie w ramię, dosyć mocno, jakby chciał mnie przed czymś ostrzec.

Noah zaczął płakać, wciąż trzymając się pnia.

- Mówię poważnie, młodzieńcze. Zejdź natychmiast - kontynuowałem.

Przez czkanie i wycieranie wielkich łez trudno było dzieciaka zrozumieć.

- Schodzisz, czy mam wyciągnąć różdżkę? - zapytałem na tyle głośno, by usłyszał mnie przez własną serenadę.

- Ja nie… hik!… mogęęę…. - zawył.

- Utknąłeś – oświadczyłem beznamiętnie, stwierdzając oczywistość. Już od samego początku się tego domyśliłem.

Pokiwał głową, wycierając oczy.

- To trzeba było mówić od razu, a nie odstawiać tu jakieś dramaty.

- Severusie... - Dan brzmiał na zrozpaczonego.

- Jestem głodny, a on wszystko opóźnia przed odstawianie scen – oświadczyłem, a Dan pokręcił głową. Przez chwilę pomyślałem, że w tej chwili oskarża i mnie o odstawianie scen.

- Wyczaruj mu po prostu zjeżdżalnię – powiedział. - Idę do stołu.

Ja jednak wyczarowałem schody. Było to zamierzone, bo wiedziałem, że dzieciak ma z nimi problemy. Jego zejście zajęło jeszcze trochę czasu. Mimo że prościej byłoby po prostu dzieciaka ściągnąć, to nie pozwoliłem na to Aronowi, który ze mną został, ani też sam po niego nie poszedłem. Widząc, jak Noah nieco niezgrabnie stara się ni to zsunąć, ni to zejść po schodach, przypomniałem sobie, jak po raz pierwszy widziałem Dana w takiej sytuacji. On też nie radził sobie ze schodami na początku.

W końcu jednak chłopiec dotarł na ziemię, a jego zalaną wciąż łzami twarz rozświetlił uśmiech.

Nie znałem ich długo, więc wciąż starałem się zrozumieć, kim są i jak widzą mnie oraz Dana.

Od powrotu mojego ukochanego porzuciłem nauczanie Eliksirów w Hogwarcie i jeszcze tego samego dnia przenieśliśmy się do Treewalle. Noce przeważnie spędzaliśmy sami w domu. Jednak podczas dnia codziennie odwiedzali nas krewni Dana.

Mimo że wolałbym mieć chłopaka teraz tylko dla siebie, nie sprzeciwiłem się nawet słowem, choć skręcało mnie patrzenie na Echidnę i Alexandra, którzy przecież zabrali go ode mnie na tak długo.

Kobieta zadomowiła się od razu, zamieniając się w gospodynię. Bardzo często zabierała czas, jaki mogłem spędzić z Danem, zawłaszczając go dla siebie. Nie znosiłem tego, jednak nic nie mówiłem.

Nie podobało mi się także, że żadne z nich wciąż nie odpowiedziało na wiele moich mnożących się z każdym dniem pytań.

Ta sytuacja napełniała mnie niepokojem, bo obawiałem się w głębi duszy, że znowu mi go zabiorą. Echidna może i była gdzieś na dnie serca delikatna, czuła i nie chciała krzywdy Dana, jednak czasami tak na mnie patrzyła, że miałem ochotę wyciągnąć różdżkę.

Noah energicznie sunął swoim ogonem przez trawę i już po chwili był przy stole. Aron dotarł zaraz za nim i obydwaj spojrzeli na siostrę z wyraźnym wyczekiwaniem.

Echidna z uśmiechem pocałowała Noaha w czoło, gratulując mu zejścia po schodach. Ani słowem nie skomentowała metod, jakich użyłem, by osiągnąć ten cel.

Prawdę mówiąc, starałem się przy tym zobaczyć jak kobieta zareaguje na presję z mojej strony, którą wywarłem na jej najmłodszym bracie. Nie wydawała się jednak mieć do mnie żalu, czy być zirytowana.

Wciąż nie do końca pojmowałem to ich zachowanie.

Do kolacji przy stole zasiadło więc dwóch pół-węży, z czego jednym był mój kochanek, Dan, a drugim Noah, który umościł się wraz ze swoim ogonem na dość sporym krześle.

Widziałem, że reszta rodzeństwa nie przebywa aż tak dużo czasu w wężej formie jak ta dwójka. Każda z lamii wydawała się wręcz czytać w swoich uczuciach jak w otwartej księdze i być ogromnie zżyta ze sobą. Wyglądało na to, że Dan naprawdę ich szczerze pokochał w czasie, gdy go nie było. I mimo iż Echidna nie była najstarsza z rodzeństwa, to ona zdawała się kierować wszystkim.

Rozmowa podczas kolacji była lekka i serdeczna. Hermiona i Ron wciąż mieli tysiące pytań do ich przyjaciela odnośnie tego, jak wyglądały jego ostatnie lata. Patrzyłem z ogromną przyjemnością, jak mój kochanek z radosnym uśmiechem udzielał się w rozmowie. Jego oczy wciąż błyszczały, gdy spoglądał nieco maślanym wzrokiem na wszystkich dookoła siebie.

Piłem wino, obserwując wszystko ze skupieniem.

- Nie, Noah, jest już po dziesiątej. – Dobiegły mnie słowa Echidny, skierowane do najmłodszych. - Aron tak samo - do łóżek! Wasz brat przyszykował wam posłanie w salonie. Zmiatać do środka.

- Ale jeszcze troszkę - jęczał Aron.- Jestem dorosły. Mam już prawie dwanaście lat!

- To jeszcze o wieczność za mało, byś się mnie nie słuchał. Do środka - wysyczała kobieta.

Echidna starała się właśnie ściągnąć Noaha z krzesła, które oplótł wszystkimi swoimi kończynami i nie chciał się ruszyć.

Zaraz. Dlaczego krzesło…

Zerknąłem pod stół i ku swojemu zaskoczeniu zobaczyłem, że zarówno stół, jak i krzesło, na którym siedział dzieciak, zapuściły korzenie. Dostrzegłem nawet parę zielonych gałązek na nogach od krzesła.

Tego to jeszcze nie widziałem…

Zerknąłem na Dana, który w odpowiedzi na mój pytający wzrok wzruszył ramionami.

- Jego symbioza z naturą nie polega tylko na rozmawianiu z roślinami - wyjaśnił z uśmiechem, dolewając mi wina do kieliszka. – W jego pokoju wszystko jest zawieszone na stalowych łańcuchach, tak by każdy mebel nie zaczął rosnąć ponownie.

Pokręciłem głową. Ta rodzina była coraz bardziej fascynująca.

Echidna w końcu oderwała wrzeszczącego w proteście Noaha od krzesła i zabrała dzieciaki do domu. Widziałem, jak układa je na materacu, specjalnie ustawionym tam dla niej i dzieci.

Zachowywała się raczej jak matka niż jak ich siostra. Jeszcze bardziej się upodobniła w wizerunku matki, gdy wracając do stołu i przechodząc obok Dana, pieszczotliwie przeczesała jego włosy, dopytując się, czy czegoś mu nie potrzeba.

Rozmowa toczyła się dalej. Dyrektor nie mógł przestać się zachwycać wiadomością, że Dan zgodził się zostać nauczycielem latania i trenerem Quidditcha od przyszłego roku. Niestety fakt, że gryfon nie zakończył edukacji, skutecznie zamykał mu inne posady w Hogwarcie.

Gdy rozmawialiśmy o tym parę dni temu, przyznał nawet, że nie widzi w tej chwili potrzeby nadrabiania zaległych lat nauki.

Po kolacji goście powoli się rozeszli i w końcu pozostałem tylko ja i lamie. Przenieśliśmy się do salonu. Echidna, która właśnie układała swoje wężowe ciało na materacu obok kominka, przygarnęła do siebie dwóch śpiących braci, przytulając ich.

Nie rozumiałem, dlaczego nie wybrali żadnego z pokoi na piętrze. Ale zastanawiając się nad tym głębiej, Dan też podczas pierwszych wakacji spał w salonie obok kominka. Może potrzebowali czuć ciepło płomieni? Wciąż było wiele niewiadomych spraw i pozostawała mi tylko obserwacja.

Alexander stanął obok kominka z lampką wina i patrzył się w płomienie, jakby wyszukiwał w nich jakiś wzorów. Ja za to siedziałem na kanapie, a Dan opierał swoją głowę na moich kolanach.

Spojrzałem powoli na tulące się na materacu ciała. Byłoby to wręcz niestosowne, gdyby nie to, że wydawało się tak naturalne.

- Jesteście w jakiś mentalny sposób ze sobą powiązani, prawda? – zapytałem, mając wrażenie, że może w końcu nadszedł czas, by uchylono mi rąbka tajemnicy ich istnienia.

Dan pokiwał głową.

- To nieco skomplikowane, ale tak. Tak jak kiedyś pokazywałem ci, jak potrafię wpłynąć na ciebie poprzez wysyłanie konkretnych uczuć, tak z nimi potrafię w ten sposób rozmawiać. To nie jest na zasadzie czytania w myślach czy wspomnieniach, a w odczuciach.

Miał rację. Mimo że byłem ekspertem w sprawach oklumencji i legilimencji, nie rozumiałem, jakim cudem można odczytywać uczucia innych i prowadzić w ten sposób jakąś rozmowę.

- Ale kim tak właściwie jesteście? Gdzie jest reszta waszej rodziny? Wasi rodzice?

Ten temat był bardzo delikatny. Wiedziałem wszak, że Dan zawsze chciał mieć rodzinę. Odnalazł swoje rodzeństwo. Gdzie jednak podziewała się matka i ojciec tej niezwykłej grupki?

- Rodzice umarli jeszcze przed narodzinami Dana.

Uniosłem brwi, patrząc na Echidnę i chcąc samą mimiką twarzy przekazać jej, że chyba coś pomieszała w tym zdaniu. Mówiła po angielsku lepiej niż przed kilkoma laty, ale czasami formułowała wypowiedzi w sposób, który nasuwał mi przypuszczenia, iż wciąż nie do końca zna ten język perfekcyjnie.

- To nie przejęzyczenie, Severusie. - Dan pośpieszył z wyjaśnieniami, uśmiechając się lekko zakłopotany.

- Pamiętasz, jak... jak robiłeś mi jakieś badania oczu? Było to chyba pierwszego dnia po mojej przemianie. Powiedziałeś mi wtedy, że wydaję się być inaczej rozwinięty. Jakbym był do przodu z ewolucją bądź był odrębnym gatunkiem.

- I co, chcesz mi powiedzieć, że pochodzicie z przyszłości?

Przewrócił oczami, uśmiechając się lekko.

- Nie, chcę ci powiedzieć, że istotnie jesteśmy odrębnym gatunkiem.

W moim umyśle zaczęła się tworzyć burza myśli. Odrębny gatunek? Skoro było ich tak niewiele, to przecież musieli się krzyżować z ludźmi, a wtedy cechy, którymi charakteryzowała się ich rasa, zanikłyby.

- To u nas działa inaczej. Nasza rasa została stworzona jeszcze na początkach istnienia Ziemi, zanim pojawili się pierwsi ludzie. - Echidna przeciągnęła się i przeczesała swoje długie czarne włosy. - Kiedyś byliśmy rasą dominującą i tworzyliśmy ściśle zamknięte społeczeństwo. Legendarnie odnaleźć nas można w słowniku pod nazwą Atlantyda.

Jeszcze przed człowiekiem? Odległa historia.

- Mamy jednak bardzo poważna niedoskonałość, która nie była gotowa na to, by dostosować się do wzrastającej populacji pojawiających się ludzi – szeptała.

- To znaczy?

- Nasza rozrodczość. - Echidna wydawała się zasmucona.

- Kobieta mojego gatunku zachodzi w ciążę tylko raz w ciągu życia. Cały ten okres musi spędzić w swojej wężej formie, a po półtora roku ciąży składa jaja.

Zamrugałem pewien, że się przesłyszałem, choć nie powinienem być zaskoczony. W końcu mieli w sobie coś z gadów.

- Tylko raz? - upewniłem się, patrząc po ich ciałach. Byli wszak w różnym wieku, a Dan mówił, że są rodzeństwem. Ale zaraz mnie olśniło.

- Składa kilka jaj! Ale dzieci wykluwają się w różnym odstępie czasu, tak?

Alexander i Echidna pokiwali głowami, a Dan westchnął.

- To ile... czasu minęło od... - W głowie pojawiła mi się obawa, że być może Dan i jego rodzeństwo mogą żyć setki lat, a ich matka mogła zginąć już w średniowieczu.

- Żyjemy tylko nieco dłużej niż ludzie. Nasz okres życia bardziej pasuje do czarodziejów. Jestem pewien, że jeszcze będziemy się razem znosić jakieś sto lat –powiedział cicho Dan, dobrze wiedząc, co chodziło mi po głowie.

- Nasza matka - zaczęła ponownie Echidna - żyła jeszcze za mojego i Alexa życia. Zamordowano ją i naszego wujka w dniu porwania Dana.

To zabrzmiało podejrzanie.

- Byliśmy wtedy jeszcze dziećmi, ale dobrze pamiętamy nauki matki - odezwał się nagle Alexander. – „Nie można zbliżać się do czarodziejów". To była nasza jedyna zasada, którą wpajano nam od dziecka. Przez tysiąclecia nasza rasa się wykruszała. Część zaczęła się krzyżować z ludźmi. Ale o ile ze związku samca lamii i ludzkiej kobiety, potomstwo zawsze było ludzkie, to samica zawsze rodzi w pełni genetycznie rasowo lamie. Dlatego kobiety w naszej rasie są bardzo ważne. To one odpowiadają za przetrwanie rasy. Samice i ich jaja. Niestety jaja są bardzo kruche i bardzo łatwo je zniszczyć, a siłą obudzone młode umierają o wiele częściej niż jakiekolwiek inne wcześniaki na świecie. I tak nasz świat powoli upadał.

- Ilu was jeszcze jest? – zapytałem.

- Kilkoro. My jesteśmy jedyną rodziną w Europie. Oczekujemy jeszcze wyklucia ostatniego jaja, naszej siostry, ale nie wiemy, ile to potrwa i czy dziecko przeżyje. W Indiach są dwie rodziny, ale tam jest tylko jedna samica przy życiu i nie mają innych jaj, więc o ile samica nie wyda na świat córki, ich gałąź wymrze. W Japonii są trzy rodziny. Kilka więcej jest w lasach tropikalnych Afryki. A w Amerykach, jeżeli ktoś tam jeszcze jest, nie mamy z nimi kontaktu.

To istotnie niewiele. Najbardziej zagrożony gatunek na świecie.

- Dlaczego nie wolno wam zbliżać się do czarodziejów?

- Bo o ile jeszcze egzystencję z niemagicznymi jakoś przetrwaliśmy, to najbardziej niszczące nasz gatunek było spotkanie z czarodziejami. Jeszcze niecałe sto pięćdziesiąt lat temu w całej Europie istniało nas całkiem sporo. Żyliśmy wtedy, koegzystując ze sobą w dosyć sporej harmonii. Nasz dziadek jest czarodziejem, a babcia uczęszczała do Hogwartu. Jednak pojawił się Grindelwald i zbuntował czarodziei przeciwko nam.

- Ale nigdzie nie ma o was nawet wzmianki - zaprotestowałem. Jak mogli żyć obok czarodziejów przez tyle lat i nic o tym nie było w żadnej książce? A Grindelwald? Skoro ten wariat wiedział o ich rasie, to z cała pewnością także i wielu jego popleczników.

- Bo wojna nas wyniszczyła. – Westchnęła ciężko kobieta. - O ile potomstwo samicy zawsze będzie lamią, to ze związku samca i czarownicy powstawały dzieci o niezwykłych zdolnościach. Jedną z umiejętności była mowa węży, która zanikała wraz z upływem pokoleń. Ale także moc, pozwalająca na korzystanie z magii, jaką i my władamy. A to rodzi konflikty. Było kilku niezwykłych czarodziejów, urodzonych ze związków lamii i czarownic. Jednym z nich był Slytherin, innym wasz legendarny i zapomniany król Artur. Ale Grindelwald zaczął ludzi burzyć i udowadniać, że jesteśmy rasą osłabiającą czarodziejów. Najpierw była sama polityka, później wojna. W końcu grupa czarodziejów Grindelwalda zaatakowała naszą wyspę, ostatnie miejsce na tym globie, które uważaliśmy za swój wspólny dom. W ciągu ledwo kilku chwil nasza cywilizacja upadła. Zginęły kobiety, zdolne przydłużyć naszą rasę, jak i zostało zniszczone sanktuarium z jajami. Tamtego dnia zginęły wszystkie niewyklute dzieci ówczesnego pokolenia.

Echidna przerwała na chwilę, sprawiając wrażenie, jakby mówiła o czymś, co widziała na własne oczy i była tym zdruzgotana. Jej dłonie instynktownie przeczesały włosy młodszych braci, a ci tylko mocniej wtulili się w jej ciało podczas snu.

- Wtedy ci, którzy pozostali przy życiu, zrozumieli, że muszą ochronić własną rasę za wszelką cenę. Nasi dziadkowie wraz z wieloma innymi użyli wewnętrznej magii, by przemienić pamięć wszystkich czarodziejów.

- Masowe Obliviate? Na wszystkich czarodziejach na świecie? – wyksztusiłem, nie mogąc pojąć umysłem tego, co mi właśnie mówili.

- To nie do końca Obliviate. To był ich dar. Pewnie już zauważyłeś, ale nasza magia różni się od tej czarodziejów.

Pokiwałem głową, przyznając jej rację. Zauważyłem. Magia, której używali, miała w sobie coś innego. Nieznanego. Nie była określana zaklęciami, a działa się naturalnie, jakby wystarczyła tylko wola i myśl.

- Każdy z nas odznacza się innym rodzajem daru. Ja rozumiem i kontroluję ogień. Noah rośliny. A nasza babka, która dokonała niepojętego wyczynu wymazania historii wraz z innymi, potrafiła widzieć i kontrolować magię samą w sobie.

Widzieć i kontrolować… Spojrzałem na chłopaka, wtulonego w moje ciało.

Nasze spojrzenia się spotkały. Dan usiadł, nabrał głębokiego oddechu do płuc, po czym go wypuścił.

- Ja też mam ten dar - powiedział stanowczym tonem, jakby chciał mieć to już za sobą, choć tego akurat się domyśliłem.

- Żadne z nas nie byłoby w stanie uczęszczać do Hogwartu. – Przykuła ponownie moją uwagę Echidna. - Tylko Dan. Bo tylko on ten dar posiada. Mimo że władamy magią, to nigdy nie bylibyśmy w stanie rzucić nawet tego waszego zwykłego Lumos.

W mojej głowie nowe informacje wskakiwały na swoje miejsce. Z tego, co mi powiedzieli, można było wywnioskować wiele. Wyglądało na to, że naprawdę różnili się zarówno od mugoli, jak i innych czarodziejów. Nie rozmnażali się tak samo jak ludzie, choć mogli się z nimi krzyżować. Nie władali tą samą magią, co czarodzieje. Choć czasami zdarzało się, że i wśród nich rodził się ktoś z podobnymi umiejętnościami. Społeczność funkcjonowała na innych zasadach odnośnie rodziny, swojego statusu i nawet samego faktu, że potrafią porozumiewać się między sobą za pomocą uczuć.

To było szalone!

Musiałem się jednak jakoś przyzwyczaić i poznać lepiej obyczaje lamii. Nie mogłem pozwolić na to, by Dan, z powodu różnic społecznych i rasowych, odszedł ode mnie.

- Nasi Starsi spletli z magii specjalny czar, który wymazał nasze istnienie ze wspomnień i wizji wszystkich czarodziejów – kontynuowała po przerwie Echidna. Jej głos był opanowany i wyprany z emocji. - Od tamtej pory czarodzieje nas nie pamiętają. W waszych legendach i mitologii pozostały tylko jakieś niejasne, całkowicie opacznie zrozumiane wzmianki.

- Dużą pomocą były wszystkie magiczne stworzenia. Czar Starszych ich nie objął, bo nie było takiej potrzeby; wystarczyło je poprosić o uszanowanie naszej woli i o pomoc – dodał Alex.

- Skrzaty domowe - uściślił Dan, zauważając, że nie do końca dotarło do mnie, co właściwie chcą mi przekazać. - Pamiętasz ich dziwne zachowanie?

Skinąłem głową. Skrzaty domowe istotnie nieco dziwnie reagowały na wężową postać Dana.

- Skrzacia magia jest podobna do tej lamii. Nigdy nie używały różdżek, a mimo to mogą się teleportować nawet w Hogwarcie. Echi wyjaśniła mi, że skrzaty również widzą magię i właśnie dzięki temu potrafią czarować. Jednak nigdy nie będą w stanie jej kształtować i pleść zaklęć tak, jak ja. Dlatego szanują mnie i całą moją rasę.

- Dla istot magicznych jesteśmy czymś w rodzaju jednorożców – tłumaczyła spokojnie kobieta. - Bytów nietykalnych, którym należy okazać szacunek i których nie wolno zranić. Uważają skrzywdzenie nas za świętokradztwo, a nasze prośby wykonują wręcz z czcią. Wszystko to jest związane z posiadanymi przez nas darami, które odzwierciedlają prawa natury i równowagi we wszechświecie.

- Dlatego gdy nasi dziadkowie poprosili przedstawicieli skrzatów o pomoc w ukryciu wszelkich dokumentów, traktujących o naszym istnieniu, na całej Ziemi poznikało mnóstwo ksiąg i wpisów w nich zawartych. Nie mogli jednak znaleźć i zniszczyć jednej rzeczy: ksiąg napisanych przez bardzo znanego czarodzieja, który potrafił się posługiwać językiem węży w mowie i piśmie. Voldemort odnalazł księgi z ręcznymi zapiskami Salazara Slytherina, w których czarno na białym było napisane o naszym istnieniu. Slytherin wspominał tam dosyć sporo o swoim ojcu-lami, potrafiącym władać wszystkimi językami świata. Nauczył się wiele od niego oraz swojej matki – czarownicy.

- Ze względu jednak na to, że działo się to wiele wieków temu, Voldemort po prostu przyjął wzmiankę o lamii za błąd w rozumieniu tekstu. Zapewne sądził, że to było tylko wskazanie, z której strony rodowodu pochodzi zdolność wężomowy, nie przyjmując do wiadomości, że ktoś taki, jak pół-wąż, pół-człowiek, naprawdę może istnieć. Jednak później, gdy zaczął już szerzyć swoją działalność jako Lord Voldemort, albo zrozumiał, co tak naprawdę w tamtej księdze było napisane, albo trafiły mu w dłonie inne teksty w wężomowie, który nakierowały go na odpowiedni trop. - Echidna westchnęła ciężko i spojrzała krótko na najstarszego z braci. - Jakimś cudem nas odnalazł. Musiało być to związane z naszym pokrewieństwem krwi. Nie wiemy dokładnie. Jednak pojawił się na naszym progu i od razu zaczął rozmawiać z nami językiem węży. Byliśmy wtedy wciąż tacy młodzi… Czar zapomnienia został rzucony jeszcze przed naszymi narodzinami w 1944, więc nie znaliśmy innego życia, niżeli w ukryciu wraz z naszą matką i wujkiem.

- Przybył do nas i na początku sądziliśmy, że to samotny, zaginiony krewny. Nie wiedzieliśmy dokładnie, z jakiej rodziny pochodził. Może w jego żyłach płynęła krew naszego wujka? A może naszego pradziadka? Jednak przyjęliśmy go, bo przecież był jednym z nas. W tamtym momencie było nas już tak niewielu. Byłam zaledwie nastolatką i jedyną kobietą, która mogła przydłużyć ród. Jako czternastolatka zauroczyłam się na zabój w przystojnym, starszym ode mnie mężczyźnie. Nasza rodzina coraz bardziej się wykruszała. Ci, którzy nie mieli do kogo się udać, na początku, po rzuceniu czaru zapomnienia, powoli się wyprowadzali. W tamtym momencie w naszym rodzie tylko matka, wuj Edward, ja oraz Alex, jako jedyni byliśmy zdolni przyjąć formę lamii. W naszym rodzinnym domu było także stałe miejsce dla Pereta, Synthii i Malcolma, trójki sierot, pozostawionych przez czar zapomnienia. Ich krew, mimo braku zdolności do przemiany, była zbyt powiązana z naszą, by objął ich czar zapomnienia.

- Peret? - zapytałem.

Dan skinął głową.

- Tak. Ojcem Pereta był samiec lamii i czarownica. Jako czarodziej uczęszczał do szkoły magii – powiedział. – Pozostała dwójka pochodziła ze związków z mugolskimi kobietami, jednak nie spotkałem ich. Echi powiedziała, że zdecydowali się odejść i założyć własne rodziny poza rodem.

- A Czarny Pan? Jakie on ma powinowactwo?

- Po tym, że nie posiadał nic z magii, jaką potrafią władać lamie, można przypuszczać, że pochodził albo z drugiego, albo najdalej trzeciego pokolenia rasowej lamii. – Alex westchnął ciężko i zobaczyłem cień na jego twarzy. – Myśleliśmy, że oto wrócił zaginiony krewny, więc przyjęliśmy go jak swojego. W efekcie, zanim się obejrzeliśmy, nasza matka i wuj zginęli w tajemniczych okolicznościach, a jedno z jaj matki znikło wraz z Riddle'em.

Westchnąłem i powoli spojrzałem na Dana, tulącego swój policzek do mojej piersi.

- Jajo Dana.

- Tak. - Głos Echidny zadrżał.

- Nagle zostaliśmy sami – mówiła dalej. - Tylko nasza dwójka do ochrony pozostałych jaj i dwa ciała ostatnich członków naszego rodu. Alex miał udać się na uczelnię do Paryża, ale nie mógł. Miałam wszak dopiero czternaście lat. Nie chciałam, by się dla mnie poświęcał. Jednak… nie mógł odejść. Dlatego właśnie wezwałam Pereta. Z nim jedynym utrzymywaliśmy kontakt. Mieliśmy pieniądze, by zatrudnić wielu ludzi. Wiele rodzin zostawiło nam swoje majątki. Jednak to nie było to, czego potrzebowałam. Nie mogłam zostać sama. Musiałam mieć kogoś z rodu.

Echidna brzmiała na roztrzęsioną. Potarła swoje ramiona i spojrzała z dużym smutkiem na Dana. Wyciągnęła dłonie w jego stronę i ten natychmiast wpadł w jej ramiona, wyślizgując się z moich. Przytulali się i dotykali przez chwilę.

- Wymiana naszej magii jest konieczna do prawidłowego rozwoju - powiedział Alex, przerywając moje przyglądanie się temu spektaklowi. – To, że Echidna nie mogła zostać sama, nie miało związku z tym tylko, że była nieletnia; Echidna dojrzewała. Poprzez dotyk przekazujemy i otrzymujemy naprawdę wiele. Nie tylko uczucia; to pomaga rozwinąć się organizmowi i magii naszych ciał. Podobnie jak uczenie się chodzenia czy odróżnianie, że ogień parzy, a pod wodą należy wstrzymać oddech. Dlatego Dan ma problemy z przemianą, odczuwa ból, gdy ją ignoruje i dlatego swojej magii tak naprawdę do końca nigdy nie opanuje. W jego najważniejszym okresie życia brakowało innej lamii, która pomogłaby mu rozwinąć się prawidłowo, a magia czarodzieja, który zaklął go w człowieka, zakłóciła ten proces jeszcze bardziej. Dan nigdy nie będzie tak do końca zdrowy.

Spojrzałem na wtulonego w ramię siostry kochanka z żalem.

- Nic się nie da zrobić?

Echidna smutno pokręciła głową, przeczesując czarne włosy swojego brata. Ich gładkość i kolor były niesamowicie podobne do jej własnych. Przytulał głowę do jej piersi, jakby wsłuchiwał się w bicie jej serca.

- Czasami, gdy w przeszłości lamie były rozdzielane z członkami swojej rodziny, znajdowały sobie jakiś substytut. Przygarniały psa czy kota. Jedna z naszych przodkiń przygarnęła nawet tygrysa. Gdy spędza się odpowiednią ilość czasu z jednym i tym samym żywym stworzeniem, można znaleźć w jego dotyku sposób na regulowanie przepływu magii. Na pewno i Ty tego doświadczyłeś ze strony Dana. To jak dotykanie czegoś w tobie. Czegoś, co nie ma ciała, a jednak sprawia, że człowiek drży i potrafi zrozumieć, poczuć coś, co nie jest jego własnymi uczuciami. Może gdybyś spędził z nim więcej czasu... może kilka lat... byłbyś w stanie odpowiadać na taki dotyk. Zwierzęta, odpowiednio długo przebywające z lamią, robią to instynktownie; pomaga to przetrwać osamotnionej lamii, uspokajając jej magię. Jednak Dan nie miał nawet żadnego zwierzęcia, które mogło by odpowiedzieć na jego wezwanie. Wręcz przeciwnie. Uczono go od małego, że jest to czymś złym. Nie wolno się przytulać, nie wolno nadużywać magii. Nie spotkał się też z tym, by ktoś kiedykolwiek dotykał jego magii, więc mimo że tego potrzebował, sam też starał się nie dotykać uczuć innych. Wiem, że w końcu magia Dana przełamała zaklęcia, które na niego rzucono, ale stało się to zatrważająco późno, bo nie rozwijał się prawidłowo. Gdyby rozwój przebiegał naturalnie, byłby w tej chwili prawdopodobnie najpotężniejszą, władającą mocą istotą na tej planecie. W porównaniu z czarodziejami już teraz jest silny. Ale znane są w naszej historii przypadki lami, które były tak potężne, że samą myślą mogły zmieniać rzeczywistość, nie potrzebując do tego ani tych waszych różdżek, ani zaklęć.

Rozważałem przez chwilę to, co usłyszałem.

- Mówicie mi to wszystko. - Spojrzałem najpierw na Alexandra, a później Echidnę. – Czyli akceptujecie mnie jako jego partnera? Nie przeszkadza wam to, kim jestem?

Echidna uśmiechnęła się, a ja starałem się nie wzdrygnąć. Jej uśmiech wyglądał nieco niepokojąco.

- Lamia ma jedną szansę nie tylko na spłodzenie potomka, ale także i na odnalezienie jednego partnera na całe życie. Dan wybrał ciebie.

Przełknąłem ciężko, mając nadzieję, że się nie zarumieniłem.

- Czyli jednak to jest tak jak u wilkołaków... Niejaki przymus pokochania tego, z kim było się pierwszy raz? Ja… - urwałem, patrząc z lekkim poczuciem winy na Dana, który otworzył swoje oczy i powoli zbliżył się do mnie, wtulając się ponownie w moją pierś.

Poczułem, jak jego magia ociera się o mnie delikatnie. Jego ciepłe uczucia były cudowne, jak dotyk światła na nagiej skórze. Westchnąłem. Czułem jego magię. Przytulałem go. Czy kiedyś będę w stanie robić to, co on? Tak, by móc odpowiedzieć mu tym samym?

- Tu nie chodzi o stosunek. – Dan pokręcił głową. - Chodzi o coś, co sprawia, że lamia instynktownie wie, do kogo ma się udać, by być szczęśliwą. Żaden związek nie jest idealny, ale magia podpowiada lamii, kto jest dla niej tą wyjątkową osobą. Ty mnie uszczęśliwiasz, Severusie. Zawsze chciałem dotknąć twojej magii. A gdy w końcu to nastąpiło, wiedziałem, że chcę z tobą być.

- To chyba na to samo wychodzi. Wszystko sprowadza się do obmacywania - mruknąłem mu w ucho, tak by jego rodzeństwo nie usłyszało, a Dan zachichotał pod nosem.

- Może chodźmy już spać. Jest późno - zaproponowała cicho Echidna.

Wszyscy przystali na jej propozycję, ale mimo to, gdy kładliśmy się wspólnie do łóżka jakiś czas później, Dan miał szeroko rozwarte, błyszczące oczy.

- Wciąż czuję się, jakbym cię nieco wykorzystał – wyszeptałem w półmroku sypialni. – Może i to, co mówicie, ma nieco racji. Ale mam wrażenie, że w tamte wakacje twoje instynkty po prostu zmusiły cię, by mnie zaakceptować. Nie było nikogo innego, a ty potrzebowałeś dotyku. Przyznaj to!

Dan oplótł moje nogi swoim ogonem, przyciągając mnie bliżej. Czułem jego magię za każdym razem, gdy się do mnie zbliżał. Nie był to tak mocny, nachalny przekaz jak to, co pokazywał mi kiedyś lata temu. Dotyk jego magii był delikatny, jakby chciał mi coś wyszeptać do ucha, choć wciąż nie rozumiałem słów. Wcześniej myślałem, że to z powodu tęsknoty za mną, jednak teraz zrozumiałem, że robił to, bo chciał, bym jak najszybciej pojął jego zdolność i też się jej nauczył. Pragnąłem tego równie mocno. Miałem nadzieję, że istniała jakaś książka na ten temat.

- Nie masz racji. – Dan uśmiechnął się lekko. - Może i to, co się działo w tamte wakacje, przełamało jakieś lody, ale tobie zacząłem się przyglądać już wcześniej.

Poczułem gorąco w żołądku.

- Wcześniej? – wyksztusiłem. Byłem zszokowany.

- Nie udawaj, że jesteś zaskoczony, Severusie - powiedział z psotnym uśmieszkiem.

-Dan. Kiedy?! Przecież wcześniej… - Nagle mnie olśniło. - To znaczy, jak byłeś jeszcze Harrym Potterem?

Pokiwał powoli głową, a jego oczy nieco pociemniały.

- Twoja magia ma ciepłą czerwoną barwę. Trochę jak żar powstały z ogniska. Wydawało mi się dziwne, że ktoś, kto był dla mnie zawsze takim oziębłym ślizgonem, ma magię, która kolorem przypomina mi barwy charakterystyczne dla Gryffindoru. Nie pamiętam, kiedy dokładnie ta sytuacja miała miejsce, ale z całą pewnością kiedyś, na jednych z zajęć, kiedy warzyłeś jakiś swój eliksir. Wiedzieliśmy tylko, że twoje warzenie przedłużyło się i musiałeś dokończyć je w trakcie zajęć, choć raczej rzadko zdarzało się, byś robił własne eliksiry w klasie. Może potrzebowałeś zrobić jakąś bazę na zajęcia dla wyższych klas? Nie wiem. Jednak pracowałeś tam, a nam kazałeś robić notatki z jakiegoś rozdziału, byśmy ci nie przeszkadzali. Było to coś tak przeraźliwie nudnego, że już po chwili siedziałem i gapiłem się raczej bezmyślnie, jak wkładasz kolejne składniki do kociołka. Pracowałeś szybko i w wielkim skupieniu. Pamiętam jednak, że w końcu ci się udało to, co planowałeś, bo twoja magia zabłysła i zaiskrzyła, a ty uśmiechnąłeś się lekko. Właśnie wtedy po raz pierwszy bardzo chciałem cię pocałować. - Dan zachichotał nerwowo. – Oczywiście, zaraz po tym, jak o tym pomyślałem, chciałem sobie strzelić w głowę. W końcu byłeś dla mnie dupkiem. Dlaczego chciałem cię pocałować, było dla mnie niepojęte. To pragnienie i te myśli jednak prześladowały mnie później przez naprawdę długi czas.

Rozmyślałem przez chwilę o tym, co usłyszałem, kompletnie zszokowany.

- Powiedz mi, czy przypadkiem nie rozmawiałeś o tym pragnieniu pocałowania kogoś tej samej płci z przyjaciółmi, co zakończyło się twoim próbnym pocałunkiem z Granger?

Dan zmrużył oczy.

- Skąd o tym wiesz?

Zacisnąłem wargi, niezadowolony.

- Cholera. Będę musiał sam siebie przekląć! – warknąłem wkurzony.

Chłopak zaśmiał się dźwięcznie.

- Co? O czym ty mówisz?

- Obiecałem sobie kiedyś, że jak się dowiem, kogo chciałeś pocałować w swoim okresie, gdy zrozumiałeś, że wolisz chłopców, to przeklnę tę osobę.

Dan schował głowę w poduszkę, by stłumić swój chichot.

- Mam ci pomóc z wyborem klątwy? – wyksztusił.

Ten mądrala… Przyciągnąłem jego usta i pocałowałem.

Wielokrotnie kiedyś powtarzałem, że jest irytującym chłopakiem, który został zesłany, by zatruć mi życie. Nie było łatwo. Jednak w końcu się przekonałem, że nie był moją klątwą, a wybawieniem.

Żaden związek nie może się obyć bez potknięć i problemów.

Czułem całym sobą, że wszystko jest już na swoim miejscu. Nie było już żadnego zagrożenia. Żadnej klątwy. Żadnych przeszkód.

Dan był teraz tylko mój. A ja byłem jego.

A z całą resztą jakoś sobie poradzimy.


Posłowie.

Finisz! The End. Koniec.

Dziękuję za uwagę!

Teraz kilka słów wyjaśnień.

Może wydawać się to nieco dziwne, jednak „Lamia" to crossover. W tym przypadku mamy tutaj połączenie świata Harry'ego Pottera, napisanego przez Rowling, wymieszanego z moim własnym tekstem.

Jak to się zaczęło?

Około dziesięć lat temu, podczas zajęć w szkole, analizowaliśmy mitologię grecką. Wtedy interesowało mnie znalezienie w udostępnionej mi z biblioteki książce tego, co mogłabym znaleźć na temat Gai, czyli bogini Matki Ziemi. Mitologia ma to do siebie, że jest w niej mnóstwo nieścisłości, jednak przez przypadek trafiłam tam na historię Kerkropsa. Czyli istoty, którą stworzyła prabogini Gaja, chcąc mieć także jakiś swój wkład w zaludnienie świata śmiertelników. Kerkropsowi dano prawie ludzkie ciało i ludzkie zdolności, jednak z całą pewnością nie był on człowiekiem.

Dlaczego tak się skupiłam na tej postaci?

Powodów jest kilka. Podczas czytania mitologii dotarło do mnie, że Gaja, dając życie Kerkropsowi, nie dała życia kolejnemu bogu. Mimo posiadania zdolności, by żyć przez wiele lat, był on bliższy mentalnie ludziom niż bogom.

Pojawił się jednak jeden problem. Gaja stworzyła tę istotę w taki sposób, że był on przerażający dla ludzi. Pół-wąż, pół-człowiek. Inni śmiertelnicy się go bali.

No cóż. Najlepiej przeczytajcie sobie krótki fragment, dotyczący Kerkropsa:

archeos . pl/grecja/mitologia/artykul/4238 (wykasować spacje)

Drugim z powodów, dla którego nie mogłam zapomnieć o tej postaci, było to, że potrzeba było kobiety, która nie bałaby się jego przerażającej powłoki i go pokochała. Widać tu podobieństwo do jednej z bajek. Mojej ulubionej.

Ktoś wie, jakiej?

„Piękna i Bestia", oczywiście.

Piękna dziewczyna, która dostrzegła, że w potworze jest coś wartego miłości. Po prostu uwielbiam ten motyw.

Idąc tą myślą, wpadłam na pomysł nietypowej rodzinki. Czyli tego, co by się stało, gdyby ród Kerkropsa dotrwał do dzisiejszych czasów. Stworzyłam alternatywną historię. Świat, społeczeństwo itp.

Niestety. Nigdy nie dokończyłam swojego tekstu. Może kiedyś…

Wciąż jednak uwielbiałam powracać do tej mojej amatorskiej książki i jakiś czas temu wpadł mi do głowy pomysł… dobrze… ciekawe, jakby się to wszystko potoczyło, gdyby w świecie Harry'ego Pottera też były takie istoty?! W końcu musiał być jakiś powód tego, że istniała w świecie czarodziejów zdolność do wężomowy!

Tak oto powstał Dan Lind.

Mam nadzieję, że zbytnio nie namieszałam, i że polubiliście wszystkie nowe postacie.

Tak naprawdę, nie wiedziałam, czy powinnam ten tekst gdziekolwiek zamieszczać. Jednak wydawało mi się, że niczemu nie zaszkodzi to, że zobaczą go inni i wyrażą swoją opinię.

W zanadrzu mam jeszcze jeden rozdział EXTRA. Będzie on opowiadał o tym, jak wyglądał pobyt Dana u jego rodziny tuż po śmierci Voldemorta. Poznamy lamie nieco bliżej. :D

Nie oczekujcie jednak, że napiszę coś więcej związanego z głównym wątkiem fabularnym. Danowi i Severusowi daję już spokój. Nie zamierzam ich więcej męczyć. :D

Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników i komentujących.

Serdecznie dziękuję za pomoc The Pretty Girl.

Jednak pieśni dziękczynne i głębokie ukłony kieruję ku wiedzy i cierpliwości mojej BETY, kryjącej się pod imieniem Ahrimanka.

Pozdrawiam,

Fantastmania.