Minerwa McGonagall gwałtownie weszła do kamienicy Grimmauld Place 12 i nieopatrznie zatrzasnęła za sobą drzwi. W korytarzu natychmiast rozległ się wrzask portretu Walburgii Black:

- Zdrajcy! Szumowiny! Przeklęci mugolacy! Bezcześciciele czystej krwi!

Z kuchni wypadł zdenerwowany Syriusz, za nim dreptała Molly. Minerwa skinęła im głową, a potem głosem potężniejszym od wrzasków matki Syriusza warknęła:

- Ucisz się, Walburgo. – Minerwa doskonale wiedziała, że w jej głosie brzmiała stal. Kobieta na portrecie umilkła, a potem rozejrzała się na boki, usiłując zlokalizować źródło głosu. Minerwa zrobiła kilka kroków do przodu.

- Ty. – syknęła Walburga, ale wyraźnie bała się powiedzieć coś więcej. Minerwa uniosła brwi:

- Ja. – rzekła, bez cienia lęku patrząc na portret kuzynki. Bardzo dobrze pamiętała jak wredna była dla niej Walburga, gdy Minerwę Tiara przydzieliła do Gryffindoru. Miała też w pamięci natarczywe listy tej kobiety, domagającej się, by jej starszego syna umieścić w Slytherinie.

Teraz jednak po Walburdze został jedynie złośliwy portret. Minerwa nie miała czasu ani chęci się z nim spierać, dlatego wyminęła go z wysoko uniesioną głową i już prawie była obok Syriusza, gdy usłyszała za sobą syk:

- Największa zdrajczyni z nich wszystkich. Pohańbiła swoją krew, swoje nazwisko, swoją reputację.

Minerwa prychnęła, a kumulująca się wokół niej magia z szelestem zasłoniła portret wiszącymi obok zasłonami. Molly zmierzyła ją troskliwym spojrzeniem, Syriusz przepraszająco wzruszył ramionami. Gdzieś na szczycie schodów Minerwa dostrzegła zaciekawioną Ginewrę Weasley.

- Nie spodziewałam się ciebie tutaj, Minerwo, ale zostało trochę ciasta. – Molly zaprosiła ją gestem do kuchni. Siostra Gideona i Fabiana, była jedną z niewielu osób, które szybko nauczyły się mówić do Minerwy po imieniu, porzucając profesorski tytuł.

- Wpadłam tylko na chwilę. Jest Kingsley? – Minerwa nawet nie kwapiła się, by zdjąć sztywny, mugolski płaszcz.

- Nie, zjawi się dopiero wieczorem. Ma dziś grafik przy Knocie, bo ministrowi zachciało się jakiejś konferencji. – rzekł Syriusz, odgarniając długie włosy z czoła.

Minerwa zacmokała z niezadowoleniem. Potrzebowała Kingsley'a.

- Rozumiem że to nie jest coś, co mogłabyś przekazać mu przez sowę, ale my możemy mu coś powtórzyć. – zasugerowała Molly. Minerwa już miała odmówić, ale zawahała się.

- W zasadzie to możecie poprosić go, by prześwietlił niejaką Dolores Jane Umbridge? Muszę znać jej przeszłość, jej pozycję w ministerstwie, wszystko co jest z nią związane. – wyjaśniła Minerwa.

Osoba, o której poszukiwała informacji, była proponowanym przez ministerstwo kandydatem na nauczyciela obrony przed czarną magią. Co jednak najbardziej rozwścieczyło Minerwę, to fakt, że rzeczona Umbridge była na razie kandydatem jednym. Albus chyba nie kwapił się do szukania kogokolwiek na to stanowisko, twierdząc, że nie może przyjąć nikogo z Zakonu, ani szukać kogoś na siłę, tym bardziej, że ministerstwo bardzo naciskało na niego, by zatrudnił tą Dolores.

Obrona przed czarną magią w roku powrotu Voldemorta nie mogła być jednak zaniedbywana. Dlatego Minerwa, niedoinformowana i mając mało czasu, usilnie szukała informacji. Zaryzykowała pojawienie się w kwaterze głównej, chociaż umowa dotycząca Pottera i jej zaangażowania nadal obowiązywała. Albus pod naciskiem zdradził jej, że uczył Dolores. Kobieta była Ślizgonką i kończyła Hogwart w roku śmierci Dippeta. Była więc młodsza od Minerwy, ale na razie to niewiele mówiło nauczycielce transmutacji.

- Umbridge… - Molly zapisała nazwisko na kawałku pergaminu.

- Nadepnęła ci na odcisk ta wiedźma, Minnie? – Syriusz mrugnął do niej – Minerwa odnotowała, że wyglądał teraz dużo lepiej niż jeszcze rok temu – oczywiście na pierwszy rzut oka wyczuwała, że mężczyzna czuje się nieswojo w domu swojego dzieciństwa, ale chyba był szczęśliwy z obecności Harry'ego.

- Jeszcze nie. Ma być nowym nauczycielem obrony przed czarną magią, nasłanym przez ministerstwo, Black. – odpowiedziała, szczególny nacisk kładąc na jego nazwisko. Syriusz się skrzywił.

- Knot za bardzo się rozzuchwalił. – skomentował, wzruszając ramionami. Minerwa w duchu przyznała mu rację. Na głos rzekła do Molly:

- Przekażcie Kingsley'owi. Ja muszę już lecieć, do zobaczenia.

- Na pewno nie zostaniesz ? – Molly uśmiechnęła się zachęcająco.

- Nie mogę. Rozumiesz. – Minerwa rozłożyła bezradnie ręce.

- Zatem powodzenia w nowym roku szkolnym. – Molly serdecznie uściskała Minerwę. Wysoka czarownica skinęła jeszcze głową Syriuszowi i odparła:

- Będzie mi potrzebne, z czwórką twoich urwisów. – mrugnęła do dawnej uczennicy i wyszła na korytarz.

Była już przy drzwiach, gdy usłyszała wołanie.

- Pani profesor! Profesor McGonagall, proszę zaczekać!

Rozpoznała ten głos, dlatego odwróciła się powoli, z niewzruszoną miną.

Harry Potter zbiegał po schodach, przeskakując po kilka stopni naraz.

- Spieszę się, Potter. – rzekła Minerwa, choć najchętniej wyściskałaby chłopca i powiedziałaby że jest dumna z tego, jak poradził sobie z dementorami i ministerstwem.

- Mam do pani tylko jedno pytanie. – Harry spojrzał na nią błagalnie.

- No dobrze. Chodź, tu po lewej chyba jest stary salonik, gdzie Walburga nie będzie podsłuchiwać. – mruknęła Minerwa, gestem wskazując zasłony portretu kuzynki. Harry otworzył szerzej oczy, ale pozwolił się zaprowadzić do zakurzonego salonu.

- Skąd pani wiedziała, że tu jest salon? – spytał, rozglądając się. Minerwa, widząc katastrofalny stan zdezelowanych mebli zrozumiała, że Syriusz nie oprowadzał swoich gości po parterze z prostej przyczyny – te pokoje wyraźnie potrzebowały solidnego sprzątania.

- Bywałam w tym domu jako dziecko. To było twoje pytanie, Potter? –spytała, kątem oka dostrzegając ruchomą, starą fotografię przedstawiającą mężczyznę o złośliwym wyrazie twarzy i olśniewająco piękną dziewczynę. Obydwoje mieli takie same arystokratyczne rysy i ciemne włosy.

- Nie, przepraszam, pani profesor. Chodzi o to…. Czy to prawda, że dyrektor zażądał, by wycofała się pani z czynnego udziału w sprawach Zakonu jako warunek mojego przybycia tutaj? – wyrzucił z siebie jednym tchem chłopiec.

Minerwa spojrzała na niego ostro.

- Skąd masz takie informacje? – rzuciła, ukrywając zdumienie. Kiedy Harry spuścił wzrok, szybko wyciągnęła wnioski:

- Bliźniacy. Podsłuchiwali wtedy pod drzwiami. – powiedziała, raczej do siebie, niż do niego. On nie zaprzeczył.

- Potter, moja rola w Zakonie Feniksa nie powinna cię interesować, jako że sam nie jesteś jego członkiem. – zwróciła się do Gryfona, patrząc mu w oczy.

- Ale to jest prawda, czyż nie? Dlatego wpada tu pani jak burza i zaraz znika. – Harry drążył temat.

- Nie powinieneś się tym zamartwiać, tylko cieszyć się czasem spędzonym z ojcem chrzestnym. – Minerwa ruszyła ku drzwiom.

- Chciałbym pani podziękować. Wiem, że Dumbledore wolałby bym został u Dursley'ów. Tylko pani mogła go przekonać do zmiany zdania. – wykrzyknął za nią Harry.

Minerwa zawahała się, z dłonią na klamce. Oto miała wyraźne potwierdzenie, że jej poświęcenie nie poszło na marne, że miała rację, mówiąc o tym, że Harry marzył o wyrwaniu się od rodziny swojej matki.

- Profesor Dumbledore, Potter. – poprawiła go, a potem wyszła z salonu i zniknęła za frontowymi drzwiami.

Gdy fasada Grimmauld Place zniknęła za jej plecami, Minerwa pozwoliła sobie na lekki uśmiech – w końcu było warto dać się odseparować w pustym zamku.

Było warto.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Migotanie w oczach Albusa było nieco przygaszone, Minerwa odnotowała, wprowadzając pierwszorocznych do Wielkiej Sali. Wystarczyło jednak przesunąć wzrok nieco w prawo, na miejsce za Severusem. Minerwie wystarczyło jedno spojrzenie.

Wyglądało na to, że ministerstwo przysłało na nauczycielkę obrony przed czarną magią różową ropuchę.

Uzbrojona w informacje pozyskane przez Kingsley'a i Zakon, Minerwa nie okazała zdumienia. Albus mógł sprytnie wmanewrować ją w tworzenie planów zajęć by nie musiała witać nowej nauczycielki w zamku, ale nie mógł odciąć jej od źródeł informacji. Mimo tego, że miała żywą i bogatą wyobraźnię i tworzyła sobie pewien obraz protegowanej Knota, rzeczywistość okazała się dużo bardziej… rażąca. Mogła czuć jedynie niesmak.

Ceremonia Przydziału przebiegła szybko i sprawnie – zgodnie z przewidywaniami Minerwy – założyła się z Filiusem, że do czasu ukończenia Hogwartu przez Pottera nie będzie żadnego hatstalla. Minerwa tylko raz odwróciła się do Albusa, który mrugnął do niej, potem zaś wyszła, wynosząc ze sobą Tiarę Przydziału.

Tiara nie była dzisiaj wcale rozmowna, jakby wszystko wyjaśniła w swojej pieśni, dlatego gdy Minerwa wróciła, uczta była dopiero w początkowej fazie. Bezszelestnie podeszła do stołu prezydialnego. Albus, mimo uprzejmej rozmowy z różową landryną, bez użycia różdżki odsunął dla niej krzesło po swojej prawej stronie. Minerwa opadła na nie, czując dziwną satysfakcję z miejsca po jego prawicy.

Ta Umbridge nawet na chwilę nie przerywała swojej rozmowy z Albusem, tak szybko połykając niewielkie kawałki potrawki, że Minerwie łatwo było sobie wyobrazić ją sobie jako żabę o długim, lepkim języku. Postanowiła jednak nie zwracać na to uwagi. Lekko gawędziła najpierw z Pomoną, potem z Filiusem. Wreszcie nadszedł czas na końcowe przemówienie Albusa. Dyrektor lekko dotknął jej ramienia, nadal słuchając piszczącego głosu Umbridge.

Minerwa zastukała w kieliszek złotą łyżeczką, a dźwięczny brzdęk dzięki subtelnej magii wzniósł się ponad wszystkie głosy.

Umbridge urwała zdumiona, a Dumbledore uśmiechnął się do niej przepraszająco i powstał, by zacząć mowę. Minerwa celowo musnęła jego dłoń, dodając mu otuchy.

Albus spokojnym tonem wygłosił standardowe uwagi, skierowane głównie do pierwszorocznych, rezygnując jednak ze swoich mało zrozumiałych kawałów. Gdy wtrącił o zastępstwie Hagrida, Minerwa przywołała na twarz niewzruszoną minę, choć tak naprawdę serce ściskało jej się z niepokoju. Ta misja trwała za długo. Gdyby nie obowiązki w Hogwarcie, wybrałaby się na poszukiwania przyjaciela, ale nie mogła zostawić uczniów, nie teraz, gdy do zamku wcisnęła się ta różowa wiedźma.

Dyrektor przedstawił ją, ale nikt jej nie oklaskiwał. Minerwa ostentacyjnie uniosła wyżej głowę – ten gest wpoiła jej babka dawno temu, jako wyraz skrajnej obojętności i lekceważenia.

Niemniej jednak jej uszy wychwyciły szuranie odsuwanego krzesła. Albus też to usłyszał, bo przerwał w pół zdania. Równocześnie odwrócili się w stronę źródła dźwięku – uśmiechającej się obłudnie Dolores Umbridge, która była niewiele wyższa na stojąco niż wtedy gdy siedziała. A jednak teraz odchrząknęła znacząco, dając jasno do zrozumienia, że chce coś powiedzieć.

Minerwa poczuła złość i bezwiednie zacisnęła dłoń w pięść, ale Albus posłał jej ostrzegawcze spojrzenie. Nie zamierzała tracić panowania nad sobą, lecz ta nowa nauczycielka powinna wiedzieć, że dyrektorowi się nie przerywa.

Ona jednak nic sobie nie robiła z posyłanych jej niechętnych spojrzeń.

- Dziękuję dyrektorze, za tak miłe słowa powitania. – rzekła sztucznym, piskliwym głosem. Minerwa z całej siły zacisnęła usta.

Umbridge mówiła tym przesłodzonym, ale stanowczym tonem przez prawie kwadrans, kreśląc przed uczniami i gronem pedagogicznym wizję Hogwartu zupełnie sterowanego przez ministerstwo. Minerwa słuchała z uwagą, ale oprócz nauczycieli niewielu obecnych przejmowało się propagandą lejącą się z ust Umbridge. Nie umknął jej szereg zawoalowanych gróźb, skierowanych do Albusa czy całego personelu. Zwróciła też uwagę na nabożną cześć, jaką Dolores otaczała ministerstwo. Nowa nauczycielka kilkukrotnie też ujawniła swoją rażącą niewiedzę w zakresie funkcjonowania Hogwartu. Większość pedagogów nie ukrywała dezaprobaty i niesmaku – Minerwa wszędzie napotykała porozumiewawcze spojrzenia – profesorowie w lot pojęli znaczne pogorszenie sytuacji w zamku za sprawą tej pupilki ministra.

Gdy Umbridge skończyła, Albus zaklaskał. Przez cały monolog czarownicy udawał żywe zainteresowanie. Minerwa nie mogła zmusić się do oklasków. Nie była jedyna w tym względzie – znudzeni uczniowie ledwie odnotowali zakończenie nudnego przemówienia nowej nauczycielki. Ożywili się dopiero, gdy Albus zaczął mówić o treningach quidditcha.

Sama Minerwa cierpliwie odczekała do końca uczty, a potem wstała, by jak zawsze pójść z Albusem na partię szachów. Zatrzymała się jednak, gdy wyczuła subtelny nacisk na swoje umysłowe bariery. Rozpoznała go od razu, mimo że od bardzo dawna nie komunikowali się w ten sposób.

- Przyjdź za godzinę. W kociej postaci.

Minerwa zerknęła na Albusa, który rozmawiał o czymś z Filiusem, wolno kierując się do drzwi. Dostrzegła drepczącą za nimi Umbridge, wyraźnie próbującą podsłuchać toczącą się rozmowę. Natychmiast pojęła, jak dalekie środki ostrożności muszą powziąć, by obronić przed tym wścibskim szpiegiem Knota sprawy Zakonu.

Podobno to zeszły rok wydawał się trudny. Minerwa jednak wzięła się w garść i ruszyła w stronę Rolandy, rozmawiającej z Angeliną Johnson. Musiała być silna. Uczniowie polegali na niej, nauczyciele polegali na niej, Zakon potrzebował jej wsparcia. A Albus pokładał w niej jakieś bliżej niesprecyzowane nadzieje.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Albus nerwowo krążył po swoim gabinecie. Od uczty powitalnej minęła już godzina, Minerwa powinna tu być. Przecież ona nigdy się nie spóźniała – jej punktualność była tak legendarna jak jej szkocki upór. Właśnie – pewnie wciąż była na niego wściekła w związku z przepowiednią. Zgarbił się, kiedy spróbował postawić się w jej sytuacji – tak bardzo zależało jej na szczęściu i bezpieczeństwie Harry'ego, że musiała od dawna zakładać, że w ostatecznym starciu zdoła mu pomóc, ba, nawet poświęcić się, byle tylko zwyciężył. Teraz, gdy nie była w stanie uratować go od grozy wydarzeń na cmentarzu, gdy dodatkowo Albus zdradził jej, że wszystko i tak dotyczy jedynie Harry'ego i Voldemorta, musiała być zdruzgotana i przerażona. Pozostawała jeszcze kwestia zaufania i jej relacji z samym Albusem.

Naprawdę, miała prawo czuć się urażona – ile lat się znali, jak długo ze sobą współpracowali, od jak dawna była jego prawą ręką? A on nie powiedział jej o najważniejszym, umyślnie to przed nią zataił i naprawdę niewiele miał na swoje usprawiedliwienie. Westchnął, zerknąwszy znów na zegarek.

Chciał ją udobruchać, wynagrodzić jej to w jakiś sposób. Powiedzieć jej, że ogromnie ją docenia, także to, że jest jedyną osobą, która nie waha się głośno wyartykułować mu, że się z nim nie zgadza. Lecz by to zrobić, musiała się zjawić w jego gabinecie. Czyżby coś ją zatrzymało?

Postanowił pójść jej poszukać. Niecierpliwił się, gdy ruchome schody poruszały się powoli, sprowadzając go na poziom korytarza z chimerą. Gdy wreszcie wyszedł przed kamienną postać strzegącą wejścia do jego gabinetu w mig pojął powód spóźnienia Minerwy.

Na korytarzu stała Umbridge, udając zainteresowanie zupełnie pustym portretem. Na widok Albusa przywołała na twarz słodki uśmieszek, który w jej przypadku wcale nie dodawał uroku. Albus stłumił odruch skrzywienia się na dźwięk jej piskliwego głosu:

- Dyrektorze, chciałam omówić kilka ważnych spraw, ale ten złośliwy gargulec wzbraniał mi dostępu do pańskiego gabinetu!

- To rzeczywiście niefortunne, że mnie nie poinformował, chociaż z drugiej strony dyrektor zawsze jest zajęty w pierwszym dniu roku szkolnego. A teraz także mam wiele spraw do załatwienia, dlatego sugeruję, byśmy porozmawiali jutro, albo pojutrze. – Albus rozejrzał się – czyżby Minerwa zrezygnowała z dzisiejszego spotkania, widząc warującą tu różową ropuchę?

I wtedy zza zakrętu korytarza wyłoniła się śnieżnobiała kotka o niesamowicie szmaragdowych oczach, nie pozostawiając wątpliwości.

- Alba! – zawołał uradowany Albus, wyminął zdumioną Umbridge i podbiegł do kotki. Podniósł ją z łatwością i z satysfakcją odnotował, że zupełnie wtuliła głowę w jego brodę.

- Alba? To pańska kotka? – Dolores z nieufnością patrzyła jak Albus z wyraźną czułością gładzi bielutkie futerko.

- Ach, profesor Umbridge, koty to indywidualiści, nie wiem, czy zasłużyłem na zaszczyt nazywania Alby moją. Ale bez wątpienia jest to najbardziej urocza przedstawicielka tego gatunku. – Albus nie mógł się powstrzymać, szybko ucałował czubek kociej głowy – kotka odpowiedziała głębokim mruczeniem.

- Ale…- zaczęła Umbridge, przystępując z nogi na nogę, gdy Albus ruszył z powrotem w stronę gargulca.

- Na pewno musi się pani przygotować na jutro, pierwszy dzień nauczania zawsze stanowi wyzwanie. Dobrej nocy, profesor Umbridge. – Albus płytko się skłonił, bardzo dbając o uprzejmy ton swojej wypowiedzi. Chimera odskoczyła przed nim usłużnie, a potem równie szybko wróciła na swe miejsce, blokując Umbridge dostęp. Schody ruszyły w górę.

Albus tym razem cieszył się, że schody nie jechały w górę za szybko. Delikatnie głaskał białą kotkę, nucąc cicho. W swoim gabinecie nie wypuścił jej – ostatnio nieustanna obecność portretów jego poprzedników w gabinecie go denerwowała. Przeszedł więc przez gabinet, wspiął się po schodach na galerię i udał się do swojego salonu.

Gdy już magicznie zamknął za sobą drzwi, powinien postawić kotkę ostrożnie na ziemi. A jednak… tak cudownie było ją trzymać, zupełnie blisko. Zawahał się. Za długo.

Zmieniła się i tylko jakimś cudem udało mu się utrzymać równowagę – rękoma obejmowała jego szyję, nogami oplatała go w pasie. Myśl o jej ciele, tak przywierającym do niego… On odruchowo podtrzymywał jej uda, ale szybko cofnął dłonie, gdy odskoczyła od niego, ujmujący rumieniec na jej bladych policzkach.

- Przepraszam, myślałam że mnie wypuścisz i zmienię się w locie. – zaczęła się tłumaczyć, robiąc trzy kroki do tyłu. Zachwiała się, instynktownie był przy niej, mocno łapiąc dłońmi jej talię. Mógł kciukami wyczuć jej żebra, zaniepokoił się:

- Wszystko w porządku?

- Tak, zawroty głowy są normalne, gdy eksperymentuję z rasą kociej formy. – odpowiedziała, odwracając głowę.

- Usiądźmy zatem. – poprowadził ją do sofy, zdecydowanie trzymając dłoń na jej talii. Usiedli obok siebie – obejmował ją jedną ręką – czuł ogromną radość gdy oparła się o jego ramię, chociaż wciąż była spięta – widział jak nerwowo poprawia swój surowy kok.

- Alba? – uniosła brwi, patrząc na niego – kilka radosnych błysków rozjaśniło jej oczy.

- To pierwsze przyszło mi do głowy, widząc to śliczne białe futerko. – odpowiedział szczerze.

- Użyłabym sieci Fiuu, ale byłam ciekawa jak długo ta pupilka Knota będzie warować pod chimerą zanim straci cierpliwość. – wyjaśniła Minerwa.

- Obawiam się, że jej obecność będzie prawdziwym testem naszej cierpliwości. – stwierdził Albus, licząc, że wspólne narzekanie na ministerstwo sprawi, że Minerwa zapomni o kwestii przepowiedni. Oczywiście, mylił się.

- Kto dziś stoi na warcie? – spytała, patrząc na niego twardo, nieustępliwie.

- Moody. – odpowiedział zgodnie z prawdą.

- On udaje, wciąż nie doszedł do siebie po wydarzeniach z zeszłego roku. Powinieneś…- urwała, bo Albus zaryzykował i magią bez użycia różdżki wyjął spinki podtrzymujące jej surowy kok. Widział, że rumieńce, które pojawiły się na jej policzkach są równie szkarłatne co jego własne. Sam nie widział co go podkusiło, ale było coś nieziemsko pięknego w sposobie, jaki srebrno-czarna kaskada jej włosów opadła w dół, okalając jej zdumione oblicze aureolą zmiękczającą jej ostre rysy.

- Jesteś zbyt spięta. Rozluźnij się – twoje zamartwianie nic nie daje, bo ja uparcie i tak ci nie pozwolę ci narażać się dla przepowiedni, w którą nie wierzysz. – Albus zastanawiał się, jak daleko może się posunąć, zanim ona go nazwymyśla, że się zapomina, zanim jej szkocki temperament i uraza wezmą w górę nad… tym rozkosznym zdumieniem.

Zapominał się. Przecież to, co robił, przekraczało granicę kompromisu jakim była ich przyjaźń.

- Wciąż nie mogę uwierzyć, że przez tyle lat mi o tym nie powiedziałeś. – jej drżący głos podszyty był nie tyle złością, co smutkiem. Pomyślał, że było wiele rzeczy, o których przez tyle lat jej nie powiedział. Przecież nawet teraz każde jego działanie względem niej było związane z lękiem, że ona odkryje, jak bardzo na niej polegał, że działała na niego w ten sam sposób co dawno temu, gdy ich bliższa relacja była kompletnie nieodpowiednia. I nadal tak było. A nawet gdyby był gotów to zignorować, to nie mógł ryzykować tego, co udało im się osiągnąć przez tyle lat – tej unikatowej przyjaźni.

- Min, żałuję, że to spowodowało rozdźwięk między nami. – powiedział. Zmrużyła oczy.

- Ale nie żałujesz, że zatajałeś to przede mną. Pewnie żałujesz, że powiedziałeś mi teraz. – zarzuciła mu, odgarniając do tyłu kosmyki włosów. Znała go tak dobrze…

- Gdybym wiedział, jak będziesz się tym zamartwiać… - zaczął, ale ona prychnęła:

- Lepiej zamilknij, zanim stracę cierpliwość. – zupełnie nieoczekiwanie przysunęła się do niego, oparła plecami o jego pierś, wtuliła głowę w jego ramię i złapała za tą rękę, którą wcześniej ją obejmował.

- Jesteśmy beznadziejni w chronieniu naszej przyjaźni. –stwierdziła, splatając swoje palce z jego. Albus ledwie ważył się oddychać – obawiał się, że to wszystko jest snem, ulotnym jak mydlane bańki. Upajał się jej konwaliowym zapachem, chłonął ciepło jej ciała, tak blisko niego, ściskał jej dłoń, a jej głowa lekko unosiła się z każdym jego oddechem. Zanim się zdołał opamiętać, wolną rękę wsunął w fale jej włosów – przeczesywał je palcami, podziwiając ich jedwabistość.

Nie potrafił stwierdzić, jak długo siedzieli w milczeniu, po prostu ciesząc się swoją obecnością – pięć minut, kwadrans, pół godziny? Nie ważne ile, dla Albusa każda ilość czasu oprócz wieczności nie byłaby odpowiednia.

Niemniej jednak nie potrafił wyciszyć tego okropnego głosu rozsądku, który podpowiadał, że tego wieczoru posuwa się za daleko, że okrutnie zwodzi Minerwę, że przyjdzie mu ją zranić i odtrącić jak zawsze, bo tak będzie lepiej dla całej reszty świata. Przepowiednia Sybillii ciążyła mu strasznie – w jakiś sposób miał pewność, że dotyczyła Minerwy, że jego uczucia względem niej zagrożą nadrzędnemu planowi przeprowadzenia ich społeczność przez wojnę z Voldemortem w możliwie najmniej bolesny sposób. Przynajmniej nie widział teraz jej oczu – bo gdyby jeszcze spojrzała na niego, czy byłby w stanie powstrzymać odruch pocałowania jej, posmakowania jej ust?

Drgnęła, gdy z gabinetu dobiegło ich wołanie Dylis:

- Albusie! Albusie!

Zdziwiło go, że Minerwa bardzo powoli odsunęła się od niego. Przez moment miał wrażenie, że widzi żal na jej twarzy, gdy wstawała i kilkoma machnięciami różdżką zaplatała swoje włosy w warkocz, który potem zwinęła ponad karkiem w nieco mniej surowej wersji swojego zwyczajowego koka. Sam szybko się otrząsnął i ruszył do gabinetu.

- Minerwa nadal tu jest? Panna Granger czeka przed drzwiami jej gabinetu z dwiema pierwszorocznymi. – oznajmiła była dyrektorka z wysokości swojego portretu.

- Ach, tęsknota za domem podczas pierwszej nocy, jak mogłam o tym zapomnieć? – Minerwa wyminęła Albusa, kierując się w stronę kominka.

- Minerwo… - sam nie wiedział co rzec, więc urwał, gdy odwróciła się, z garścią pełną proszku Fiuu.

- Wiesz, bardzo lubię swoje imię, ale mogłabym się zgodzić na bycie twoją Albą. – mrugnęła do niego, unosząc lekko kąciki ust.

- Śpij dobrze, moja Albo. – powiedział, uśmiechając się szeroko.

Zniknęła w wirze zielonych płomieni, a on westchnął. Wiedział, że tej nocy będzie śnił o tym, że zasypia i budzi się, a ona wciąż jest w jego ramionach, że jego pierwszym widokiem po przebudzeniu jest jej śpiąca sylwetka, że jego pierwszym uczuciem jest wrażenie ciepła jej ciała, być może nawet nagiej skóry…

Upadł na kolana, na miękki dywan, przy wtórze zdumionych okrzyków portretów jego poprzedników, gdy uzmysłowił sobie, jak daleko posuwał się w swoich pragnieniach. Miał ochotę przeklinać, widząc podtekst swoich myśli, bazujących na tamtym jednym doświadczeniu, które nigdy nie powinno mieć miejsca. Nienawidził swojej wyobraźni, dodającej więcej i więcej, kuszącej go niemiłosiernie, podsuwającej wizje, których spełnienie teoretycznie było na wyciągnięcie ręki – w końcu była tu, w tym samym zamku, obecnie dzieliło ich tylko kilka kondygnacji i korytarzy. Zacisnął palce na dywanie, czując gorąco wstępujące na jego policzki – doprawdy, gdzie podziała się jego galanteryjna szlachetność – jak w ogóle śmiał myśleć w ten sposób o swojej najlepszej przyjaciółce? Przecież tak dawno poprzysiągł sobie, że będzie ignorować jej fascynującą kobiecość- sposób, w jaki się poruszała, jej zapach, jej dotyk… przecież nauczył się od tego odcinać, prawda?

Problem w tym, że w Minerwie hipnotyzowało i przyciągało go wszystko – jej magia, charakterystyczna, nie do pomylenia z żadną inną sygnaturą, nieustannie go zaskakującą, ale równocześnie tak pobudzająca, gdy czarownica traciła kontrolę nad ukrywaniem swojej aury. Jej umysł, to, jak myślała, odmiennie od niego, ale z bystrością cechującą najlepszych strategów, jeśli nie taktycznych geniuszy. Jej lojalność wobec Hogwartu, pragnienie bycia przydatną, poczucie obowiązku wobec ich społeczności, altruizm nakazujący zawsze stawiać uczniów na pierwszym miejscu, ten brak egoizmu, który zdawał się być lekiem na samolubność Albusa.

Fawkes przycupnął obok niego, wtulając głowę w jego ramię. Albus pogłaskał jego szkarłatno-złote pióra, podziwiając inteligencję pierzastego przyjaciela – Fawkes zawsze wiedział, kiedy należy pocieszyć Albusa, był nieocenionym towarzyszem i sędzią charakterów. Nie bez powodu oprócz Albusa naprawdę lubił tylko Harry'ego i Minerwę.

Gdyby Minerwa się domyśliła jego uczuć względem niej, znienawidziłaby go. W końcu, te wszystkie małe gesty w jej przypadku przecież nie mogły wynikać z głębszych uczuć – ona po prostu, jak każdy, potrzebowała czasem przyjacielskiej bliskości, świadomości obecności innych osób w swoim życiu, nawet pomimo jej pełnej rezerwy natury. Pozostawała jeszcze kwestia wojny – Albus wiedział, że dystans, jaki Minerwa utrzymywała między sobą a resztą świata wynika z jej wojennych doświadczeń i że naciskanie na nią groziłoby przypomnieniem jej o przeżytej traumie. A on, który pozwolił jej się wtedy narażać, który przybył o wiele za późno, który ledwie zdołał ją odratować, był ostatnią osobą, u której by chciała szukać pocieszenia w związku z tamtymi wspomnieniami. Ostatecznie, dlatego odcięła się od niego, gdy wyjechała do Ameryki. Fakt, że nie wróciła stamtąd szczęśliwsza, o niczym nie świadczył, bo na pewno wróciła silniejsza.

Podniósł się, ignorując pełne troski spojrzenia portretów. Wspiął się z powrotem na schody, przeszedł przez swój salon i zatrzymał się na progu swojej sypialni. Wzdrygnął się, widząc dokładnie pościelone, niezapraszające, ogromne łóżko – puste. Zamknął oczy, usiłując za wszelką cenę wyprzeć obraz formowany przez jego wyobraźnię – zmięta kołdra, porozrzucane poduszki i rozłożona w poprzek sylwetka kobiety, której czarno-srebrne loki kontrastowały z bielą pościeli.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa w najwyższym skupieniu siedziała po turecku na dywanie w swoim salonie, korzystając z wolnej godziny i ćwicząc wyciszenie swojego wymęczonego organizmu. W pokoju panował półmrok, spowodowany ciemną energią, uwalnianą przez nią w postaci ciemnej mgły. Takie wykorzystanie magii było powszechnie stosowaną praktyką w dawnych celtyckich czasach, lecz teraz już zupełnie o tym zapomniano.

Należało pozbyć się wszelkich negatywnych emocji z powierzchni umysłu. A potem trzeba było sięgnąć do ukrytych pokładów optymizmu i …

Wokół Minerwy rozbłysły dziesiątki światełek. Czarownica przez chwilę podtrzymywała je w bezruchu, a potem pozwoliła im wirować wokół siebie w szaleńczym tańcu.

Czuła się nieco lepiej po przywróceniu do planowania spraw Zakonu. Oczywiście najchętniej nie tylko ustalałaby grafiki pilnowania przepowiedni, ale sama udałaby się do ministerstwa by chronić tę jedną szklaną kulkę. Ciekawiło ją czy w Sali Przepowiedni są jakieś dotyczącej jej. Chciała też być bardziej przydatna – weekendy upływały jej na zamartwianiu się o Zakon, szkołę i Hagrida, a mogłaby odciążyć Artura czy Tonks. Albus jednak wyrażał swój silny sprzeciw, gdy tylko próbowała o tym wspomnieć.

Nie rozmawiali zbyt często, bo jak Minerwa przekonała się po uczcie powitalnej, od czasu do czasu przed gabinetem dyrektora warował różowy cerber. Niejednokrotnie musiała potraktować lekkim zaklęciem wybuchającym część korytarza, by wywabić Umbridge spod gargulca. I tak udawało jej się przemknąć tylko dlatego, że była w kociej postaci. Nie rozumiała, dlaczego muszą zachowywać aż takie środki ostrożności – w końcu Knot wiedział, że są prawie nierozłącznym duetem, ale Albus znów się upierał.

Jeśli robił to, by uchronić jej reputację przez ciętym językiem Umbridge, to cała sytuacja zakrawała na ironię.

Jej reputacja, jej nazwisko i jej honor zostały zrównane z ziemią już dawno temu.

- Zamknij się! – czyjś krzyk rozdarł ciszę.

Trzask. Światełka pogasły, a ciemna mgła z potężną siłą wsiąknęła w rozproszoną Minerwę. Czarownica skuliła się, gdy paskudne emocje zalały jej ciało w postaci magii. Wreszcie jednak podniosła się, przeszła przez gabinet i wypadła na korytarz.

- Na litość boską, czemu tak krzyczysz, Potter? – spytała ostro, widząc bladego Harry'ego. Jej umysł błyskawicznie odszukał w swoich czeluściach plan lekcji pięciorocznych Gryfonów:

- Czemu nie jesteś na lekcji?

- Zostałem przysłany do pani. – odpowiedział, nieco sztywno.

- Przysłany? Co to znaczy, przysłany? – czy on znów wpakował się w jakieś kłopoty?

Podał jej różowy liścik. Od razu skojarzyła kolor z nadawcą. Włożyła na nos okulary i zaczęła czytać. Mrużyła oczy, z każdą chwilą czując coraz większą nienawiść do nowej nauczycielki.

- Wejdź do środka, Potter. – mruknęła wreszcie, wskazując na drzwi swojego gabinetu. Magią bez użycia różdżki zamknęła za nim drzwi.

- No więc? Czy to prawda? – spytała, starając się zachować spokój.

- Czy co prawda? Pani profesor? – wypalił Potter.

- Czy to prawda, że krzyczałeś na profesor Umbridge?

- Tak.

- Nazwałeś ją kłamcą?

- Tak.

- Powiedziałeś jej, że Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać powrócił?

- Tak.

Minerwa mimo wszystko poczuła przypływ ciepła – odpowiedzi Pottera jednoznacznie wskazywały, z jakiego jest domu. Tylko Gryfon odpowiadałby szczerze, nawet nie próbując się tłumaczyć.

- Weź sobie ciasteczko. – mruknęła, siadając.

- Ciaste… co? – Potter wytrzeszczył na nią oczy – Minerwa zrozumiała, że spodziewał się krzyków i szlabanów. Choć nie przyznałaby się do tego głośno, lubiła tak zaskakiwać uczniów. Gdy przeżywali szok, widząc w niej człowieka.

- Weź sobie ciasteczko, Potter. I usiądź. – rzekła, wskazując stojącą na biurku puszkę w tartanowy wzór. Podobne puszki miała w każdym pokoju swojego apartamentu – Albus zawsze dbał, by nie brakowało jej piernikowych traszek.

- Potter, musisz być ostrożny. – dodała, gdy chłopiec już chrupał ciastko. – Złe zachowanie na lekcjach Dolores Umbridge może kosztować cię znacznie więcej niż tylko szlaban i punkty.

- Co pani chce… - zaczął Harry. Minerwa zniecierpliwiła się – czy ten chłopak nie rozumiał, że jest osią wszelkich działań w ich społeczności? Czy nie rozumiał, że konflikt z ministerstwem osłabia ich, że traci na tym Zakon, że to ułatwia sprawę Voldemortowi?

- Potter, pomyśl rozsądnie. Wiesz, skąd ona jest, musisz wiedzieć, komu donosi. – warknęła, a Harry otworzył szerzej swoje oczy w kolorze sosnowych igieł.

W tym momencie zadzwonił dzwonek. Minerwa westchnęła, przypominając sobie o dwóch lekcjach ze Ślizgonami pod rząd.

- Tu jest napisane, że masz u niej szlaban codziennie wieczorem w tym tygodniu, począwszy od jutra. – zerknęła jeszcze raz na różowy blankiecik.

- Codziennie wieczorem w tym tygodniu! – wykrzyknął zatrwożony chłopak. – Ale pani profesor, nie może pani…

- Nie, nie mogę. – Minerwa z żalem pomyślała o ograniczeniach, jakie nakładał na ich relację Dumbledore. Gdyby mogła, poruszyłaby niebo i ziemię dla tego zagubionego chłopca.

- Ale…- wciąż patrzył na nią błagalnie.

- Ona jest twoją nauczycielką i ma prawo cię karać. Jutro o piątej pójdziesz do jej gabinetu. Tylko pamiętaj, uważaj na to, co mówisz. – rzekła, podnosząc się.

- Ale ja mówiłem prawdę! Voldemort powrócił, pani wie, że to prawda, profesor Dumbledore wie… - oburzył się Harry.

- Na miłość boską, Potter! Naprawdę myślisz, że tu chodzi tylko o prawdę i kłamstwo? Tu chodzi o niewychylanie się i trzymanie nerwów na wodzy! – czy on nie widział niczego poza swoim trudnym położeniem? Minerwa zacisnęła usta, a potem wyciągnęła ku Harry'emu kraciastą puszkę.

- Weź jeszcze ciasteczko. – nie udało jej się ukryć irytacji w głosie.

- Nie, dziękuję. – odpowiedział, obrażony.

- Nie bądź śmieszny. – burknęła, teraz bardziej zła na siebie, niż na niego.

Wziął jedno.

- Dziękuję. – jednak pewne normy nie upadły, co nieco ją udobruchało.

- Czy nie słuchałeś przemówienia Dolores Umbridge na uczcie powitalnej, Potter? – spytała.

- Tak. Tak… powiedziała… że postęp będzie zakazany lub .. no w każdym razie znaczyło to że… że Ministerstwo Magii próbuje się wtrącać w sprawy Hogwartu.

Minerwa była zdumiona tą błyskotliwą odpowiedzią – była przekonana, że Harry jak reszta uczniów przestał słuchać Umbridge po pierwszym zdaniu. Zaraz jednak przypomniała sobie o czymś.

- Cóż, jestem zadowolona, że słuchasz przynajmniej Hermiony Granger. – rzuciła, wskazując mu wyjście z gabinetu.

Gdy wyszedł, Minerwę natychmiast dopadły wyrzuty sumienia – potraktowała go zbyt ostro. Powinna była wykazać się zrozumieniem i współczuciem, powinna interweniować u Albusa…

Czasem miała wrażenie, że mniej rozumie swoje własne reakcje niż nieprzewidywalne zachowania nastolatków, których uczyła. W końcu wtedy, po uczcie powitalnej… co ją opętało, by zachowywać się w ten sposób?

Dobrze, najpierw jej rozsądek był przytłumiony przez instynkty kociej formy – nie była w stanie powstrzymać zadowolonego mruczenia, gdy dłonie Albusa przebiegały po jej kocim ciele, głaszcząc ją. I to, jak się do niej zwracał i jeszcze ten szybki pocałunek złożony na jej kociej głowie, który napełnił ją taką lekkością… Potem, sama przemiana – dawno nie czuła się tak zawstydzona, gdy odkryła, że przywierała do niego całym ciałem – szczególnie, że podobało jej się to uczucie. A dalej, kiedy usiedli na sofie, gotowi dla równowagi znów się pokłócić… na to, jak praktycznie wtłoczyła się w jego ramiona, nie miała żadnego usprawiedliwienia.

Na Merlina, co się z nią działo? Jak mogła zachowywać się tak skandalicznie względem niego? Po tym wszystkim, co było między nimi, co ich różniło, co ich łączyło, co ich przekreśliło? Jak mogła tak po prostu pragnąć się zapomnieć w jego ramionach, jak mogła tak po prostu fizycznie pożądać go, gdy ona pamiętała, jakimi tragediami kończyły się ich próby wykroczenia poza granice bezpiecznej przyjaźni?

Ukryła twarz w dłoniach, pochylając się nad biurkiem. Nie mogła wyciszyć wspomnienia, podsyłanego przez umysł – to rozkoszne ciepło, szmer jego oddechu, uścisk jego dłoni i jeszcze te zmysłowe palce przeczesujące jej włosy… jęknęła z frustracją. Ile lat spędziła w tym zamku, tuż obok niego, ignorując i kontrolując swoją fascynację nim? Ile razy skupiała się na ich przyjaźni, byle tylko zapomnieć o pożądaniu, które mimo wszystko wciąż odczuwała względem niego? Ile zmarnowanych okazji, gdy był tuż pod ręką, w tym samym zamku?

Uderzyła pięścią w biurko. Doprawdy, czy ona już nie miała wstydu? Przecież było niemożliwe, by on pragnął jej w ten sam sposób, a nawet gdyby, to nie mogłaby być tak okrutna, by to wykorzystać, nie zdradziwszy mu prawdy, że już kiedyś byli na tym etapie. Należało się opanować i dbać o ich przyjaźń, ale jednocześnie nie przymykać oczu na to, jak on podąża drogą zakładającą poświęcenie Harry'ego. Należało na nowo uśpić te rozbudzone po uczcie powitalnej pragnienia.

Tylko jak, skoro wspomnienie tego, jak cudownie uskrzydlona mogła się czuć z nim było tak mocno wyryte w jej umyśle? Jak całą noc, wciąż i wciąż, i coraz intensywniej…