Minerwa z westchnieniem odłożyła pióro i zakorkowała kałamarz. Dochodziła jedenasta wieczorem, a ona ledwo uporała się z połową zaplanowanych na dziś rzeczy. Uznała jednak, że dalsze sprawdzanie esejów jest niewskazane – im bardziej była zmęczona, tym mniej błędów zauważała. Pochowała zatem wszystkie prace i uporządkowała biurko. Następnie wstała, by wygasić ogień w kominku w swoim gabinecie, gdy nagle sobie coś przypomniała.

Obiecała skrzatom, że sprawdzi kominek w pokoju wspólnym Gryfonów. Podobno dym nie do końca ulatniał się przez komin – skrzaty nie umiały temu zaradzić, zwróciły się więc do niej. Minerwa zerknęła z utęsknieniem na drzwi do swoich apartamentów – marzyła jedynie o zapadnięciu się w miękkie poduszki i szybkie rozpoczęcie technik relaksacyjnych, które pozwalały jej na przespanie choć czterech godzin. Nie mogła jednak dla własnej wygody zrezygnować z swoich zobowiązań. Poprawiła okulary na nosie i wyszła z gabinetu.

Pokój wspólny znajdował się dokładnie nad jej gabinetem i apartamentami, zatem dotarła tam bardzo szybko. Podała Grubej Damie hasło i już była w środku.

Tak dobrze znane jej miejsce było teraz opustoszałe – nie dziwiło jej to, zważywszy na późną porę. Niewiele się zmieniło tu przez te wszystkie lata – meble, z pietyzmem doglądane przez skrzaty były dokładnie takie jak kilkadziesiąt lat temu, portrety ruchomych, acz milczących magów zdobiły ściany, a na podłodze rozłożono miękki, zabytkowy dywan. Jedyną odmianą były porozrzucane wszędzie wełniane czapeczki – Minerwa szybko skojarzyła ich obecność z Hermioną Granger i jej pragnieniem poprawy losu skrzatów domowych.

Nie była tu jednak by wspominać. Zdecydowanym krokiem podeszła do kominka. Rzeczywiście, gołym okiem widziała smużki dymu wydostające się z paleniska i lecące na pokój, a nie do komina. Przywołała słoik z proszkiem Fiuu, otarła nim swoje buty i szaty, a potem weszła w płomienie. Ogień nie poparzył jej, choć czuła ciepło pod nogami. Rzuciła kilka zaklęć, zanim zorientowała się, że komin najwyraźniej blokował jakiś martwy ptak, który dziwnym trafem dostał się do środka. Minerwa wypchnęła go powietrzem wyczarowanym z różdżki. Następnie wyczarowała biały dym – uleciał od razu do komina, nawet nie próbował wydostać się do pokoju. Zadowolona z siebie, czarownica wyszła z kominka i dołożyła drwa.

A potem usłyszała czyjeś kroki i instynktownie zmieniła się w szarą kotkę i schowała pod jeden z niskich stołów. Nie wiedziała, dlaczego tak zareagowała, głupio jednak byłoby jej tłumaczyć szpiegowanie w pokoju wspólnym Gryfonów, dlatego wychyliła się tylko trochę, by widzieć zbliżającą się osobę.

Była to Hermiona Granger, ocierająca zaspane oczy, ubrana w skromną, fioletową piżamę. Rozejrzała się po pokoju wspólnym, marszcząc brwi, a potem podeszła do jednej z szafek, wyciągnęła motek włóczki, usiadła w jednym z foteli oraz zaczęła robić na drutach.

Chwilę później drzwi za portretem otworzyły się i do środka wszedł zmęczony Harry Potter w towarzystwie Ronalda Weasley'a.

- Stara wiedźma! Ona jest chora! – pieklił się Weasley, nie zauważając Hermiony.

- Kto taki? – spytała spokojnie dziewczyna, nie odrywając oczu od robótki. Rudzielec aż podskoczył.

- Nie śpisz? Umbridge, a kto inny? – odparł, a potem ciężko opadł na fotel naprzeciw Hermiony.

- Co zrobiła tym razem? – Hermiona wreszcie uniosła wzrok. Minerwa zauważyła, że Harry z tego miejsca kręci głową do Rona, ale ten go zignorował.

- Ona torturuje Harry'ego. Spójrz na jego dłoń! – Ronald chwycił rękę Harry'ego i uniósł ją, tak że zarówno Hermiona, jak i skryta metr dalej Minerwa widziały krwawe litery ,, Nie będę opowiadać kłamstw."

Minerwa poczuła jak krew w jej żyłach zamienia się najpierw w lodową masę, a potem gwałtownie przechodzi do wrzenia, sprawiając że czuła ból, jakby coś rozrywało jej żyły. Gniew wziął nad nią kontrolę.

Rozległ się potężny trzask, gdy szyby w oszklonej szafce na książki naprzeciw pękły równocześnie.

Całe trio podskoczyło, przerażone – Harry odruchowo wyciągnął różdżkę. Dopiero po półtorej sekundy Ronald wstał i kilkoma zaklęciami naprawił szkło. Hermiona wyglądała na wstrząśniętą.

- Ale jak? Jak to się stało? – zapytała wreszcie, sięgając po dłoń Harry'ego i oglądając ją pod różnymi kątami.

Minerwa, sparaliżowana własną furią, doskonale wiedziała jak. Krwawe pióro – to była jedyna sensowna odpowiedź. Wszyscy jednak sądzili, że receptura mikstury, która służyła do wykonania tego czarnomagicznego obiektu zaginęła przez wieki.

Opis Harry'ego z jego szlabanu dowodził jednak, że Dolores musiała w jakiś sposób odnaleźć miksturę.

- Idź do McGonagall, powiedz coś! – zasugerował Ron wojowniczo, gdy Harry skończył mówić. Minerwa poczuła jak jej żołądek ściska się, gdy Harry pokręcił głową:

- Ministerstwo tylko marzy o osłabieniu Dumbledore'a. Umbridge wie, że McGonagall jest jego prawą ręką, będzie szukała pretekstu, by się jej pozbyć. A nie możemy pozwolić, by wylali McGonagall. – rzekł z mocą Harry.

Minerwa poczuła dumę i potężną dawkę ciepła, rozlewającą się w okolicach serca. Taka lojalność, takie przywiązanie – nie sądziła, że zasługiwała na coś takiego. Przez cztery lata na polecenie Albusa udawała jedynie surową, oschłą nauczycielkę, ale to nie powstrzymało więzi, jaka wytworzyła się między nią a tą trójką nastolatków.

- W takim razie Dumbledore, idź prosto do niego! – poradziła Hermiona.

- Nie. – odpowiedział nieco zbyt szybko Harry.

- Dlaczego nie? – spytał Ron.

- Ma dość spraw na głowie. – uciął Harry.

Minerwa bardzo współczuła chłopcu, który wolał cierpieć w milczeniu, niż narażać ją na utratę stanowiska, niż prosić o pomoc dyrektora. Z drugiej jednak strony być może Harry wyczuwał dziwną obojętność Albusa względem swojej osoby. To sugerowałby jego ton i Minerwa wcale nie byłaby zdziwiona, gdyby tak było. Albus przez prawie trzy miesiące ignorował Harry'ego – ona sama nie miała pojęcia dlaczego. Po co Albus tak bardzo upierał się przy tym, by trzymać chłopca w niewiedzy?

Harry westchnął, wpatrując się w jakiś punkt nad kominkiem. Ron uniósł pytająco brwi do Hermiony, która wzruszyła ramionami, ale zapytała:

- O co chodzi, Harry? – jej głos był dziwnie miękki – wciąż musiała być w szoku z powodu tego, że ktoś mieniący się nauczycielem w tak rażący sposób nadużywał swojej władzy.

- Może chodzi o to, że nie jestem tak odważny, jak powinienem być? Może chodzi o mój strach, o to, że nie jestem prawdziwym Gryfonem? Że nie jestem jak… - machnął ręką. Minerwa z przerażeniem zrozumiała, że właśnie wskazał jej podobiznę, wiszącą w pokoju wspólnym Gryffindoru nad kominkiem od czasu jej osiemnastych urodzin.

- Harry, jesteś pewnie najodważniejszą osobą w tym zamku i mówię to z pełną świadomością. Nie daj się zwieść pozorom. Ten portret… - Hermiona urwała, jakby szukając słów.

- Jest najpełniejszym wyobrażeniem wszystkiego, co ważne w Gryffindorze, Hermiono. Ja nigdy nie będę bohaterem, jak mogę nim być, skoro każdego dnia boję się, że rozboli mnie blizna, że znów zobaczę śmierć Cedrika? – wyrzucił z siebie Harry. Ron wydawał się być lekko przytłoczony tym wyznaniem, ale pocieszająco poklepał Harry'ego po plecach.

- To nie jest uosobienie Gryffindoru, choćby taka była intencja malarza. Przyjrzyj się dokładnie – to jedyny nieruchomy portret w Hogwarcie. – odpowiedziała Hermiona.

- Zatem ta kobieta jest tylko abstrakcją, tak? – wtrącił się Ron.

- Nie sądzę. Czy sir Cadogana uznałbyś za realnego człowieka? Nie, jeśli portret jest nieruchomy, to najczęściej oznacza w czarodziejskim świecie, że przedstawiona na nim osoba wciąż żyje. – bystro odpowiedziała Hermiona.

- Ale co to zmienia? Na tę kobietę patrzą dziesiątki Gryfonów i wszyscy widzą w niej wzór, do którego powinni dążyć. – rzucił Harry.

Minerwa postanowiła, że jutro z rana każe usunąć ten portret. Nie mogła pozwolić, by Gryfoni tak niewłaściwie obierali swoje wzorce.

- To dużo zmienia, Harry. Zastanów się. Gdybyś nigdy nie widział tego malowidła, to jak wyobrażałbyś sobie typową Gryfonkę? Albo może nie, jak wyobrażałbyś sobie typową Ślizgonkę? – spytała Hermiona.

- Ślizgonkę? Są ładne, ale wredne i złośliwe. – włączył się Ron.

- Ron ma rację. Zazwyczaj są chude, blade, mają ciemne albo platynowe włosy i do twarzy im w zielonym, choć to raczej głupie, że przynależność do któregoś z domu miałaby wpływać na wygląd. – przyznał Harry.

- To teraz spójrz jeszcze raz na portret. – Hermiona lekko uniosła kąciki ust.

Harry otworzył szerzej oczy, gdy zrozumiał, na co zwróciła mu uwagę przyjaciółka.

- To tylko szaty. No i duma w postawie. Choć równie dobrze mogłaby to być ślizgońska wyniosłość. – rzekła Hermiona po krótkiej chwili ciszy.

- Rzeczywiście. Ale dlaczego… - zaczął Ron, z podziwem patrząc na Hermionę. Ta wzruszyła ramionami.

- Nigdy nie udało mi się dociec, kto jest na portrecie. Zarówno jednak Syriusz, jak i twoja mama, Ron, potwierdzili, że obraz wisiał tu już za ich szkolnych czasów. To niekoniecznie odrzuca moją teorię – w końcu czarownice żyją o wiele dłużej niż mugole.

Harry zamyślił się. Gdy wreszcie się odezwał, kierował słowa bardziej do siebie, niż do przyjaciół.

- Może ona też miała wątpliwości? Może wcale nie czuła się w pełni Gryfonką? Może ktoś sprawił jej okrutny żart, wieszając jej portret tutaj na dziesięciolecia?

Minerwa miała już dość. Ten chłopak właśnie ubrał w słowa myśli, którymi katowała się od dekad. Tak, to był jeden, wielki, okrutny żart Tiary Przydziału.

Wyszła ze swojej kryjówki pod stołem i ruszyła do dziury w portrecie. Hermiona zauważyła ją jako pierwsza.

- Ron, otwórz temu kotu przejście. Chyba chce zapolować, to musi być jeden z tych kotów pierwszorocznych.

Weasley posłusznie wstał i otworzył Minerwie przejście. Ona wybiegła na zewnątrz, nie oglądając się - nie chciała już patrzeć na swoje własne, młode i wyniosłe oblicze zupełnie nie pasujące do tego, kim naprawdę była – wyniszczoną, starą wiedźmą, wiecznie uciekającą przed demonami przeszłości.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa McGonagall ze złością odłożyła z brzdękiem widelec. Ostatnio wcale nie miała apetytu. To jednak było jednym z jej najmniejszych zmartwień.

Po pierwsze, Albus nie zgodził się na przeniesienie lub usunięcie jej portretu z wieży Gryffindoru. Oczywiście Minerwa usiłowała rozegrać całą sprawę subtelnie, sugerując, że wolałaby mieć swój urodzinowy prezent przy sobie, lecz dyrektor znał ją zbyt dobrze. Chciał wiedzieć, co stało za jej prośbą. Ona nie mogła opowiedzieć mu o podsłuchanej rozmowie, nie mogła mu powiedzieć, że tak naprawdę znalazła się w domu lwa tylko przez okrutny żart losu. Nie wskórała nic.

Po drugie, nie mogła też powiedzieć światu o barbarzyńskich metodach stosowanych przez Umbridge. Czuła się zupełnie bezsilna w tej sprawie, a jej irytacja sięgnęła szczytu, gdy zobaczyła nagłówek ,,Proroka Codziennego". Knot dał tej szalonej różowej wiedźmie władzę, której żaden urzędnik ministerstwa nie miał od dziesięcioleci. Minerwa natychmiast zrozumiała, że całe funkcjonowanie Hogwartu zostanie zakłócone. Co gorsza, nie chodziło jedynie o utrudnienie jej pracy, ale o poważne nadużycia na uczniach. W dodatku Albus zdawał się tym nie przejmować, jakby jego umysł zaprzątały ważniejsze sprawy, jakby pogodził się z pozbawieniem szkoły autonomii.

Po trzecie, Angelina Johnson właśnie wydzierała się na całą Wielką Salę – frustracja i szkocki temperament Minerwy wzięły w górę nad jej opanowaniem. Wstała od stołu prezydialnego i zdecydowanym krokiem podeszła do ciemnoskórej kapitanki drużyny Gryfonów.

- Panno Johnson, jak pani śmie robić taką awanturę w Wielkiej Sali! Gryffindor traci pięć punktów!

- Ale pani profesor… on znów wpakował się w szlaban. – zaprotestowała Angelina, wskazując na stojącego obok Harry'ego. Minerwa zmarszczyła brwi i spytała ostro:

- Szlaban? Od kogo?

- Od profesor Umbridge. – Potter zwiesił głowę – chyba bał się spojrzeć jej w oczy. I słusznie, bo Minerwa była przekonana, że jej oczy pałały odczuwanym gniewem.

- Chcesz mi powiedzieć, że po ostrzeżeniu, jakiego udzieliłam ci w zeszły poniedziałek, znów cię poniosło na lekcji profesor Umbridge? – Minerwa zmusiła się do zniżenia głosu, świadoma otaczających ich gapiów.

- Tak. – bąknął Harry.

- Potter, musisz wziąć się za siebie. Zmierzasz w poważne tarapaty! Gryffindor traci kolejne pięć punktów! – Minerwa ostatkiem sił powstrzymywała wyładowania elektryczne zbierające się na koniuszkach jej palców.

- Pani profesor, nie! Ja już jestem przez nią wystarczająco karany, dlaczego musi pani jeszcze zabierać punkty? – tym razem Potter uniósł głowę.

- Ponieważ najwyraźniej szlabany w ogóle nie przynoszą żadnego efektu! – wypaliła Minerwa, zanim zdążyła ugryźć się w język.

Uraza w zielonych oczach Pottera była przytłaczająca. Minerwa odruchowo zerknęła na jego dłoń, ukrywaną za plecami. Gdy uniosła wzrok, ich spojrzenia się spotkały i Harry otworzył szerzej oczy. Na jego twarzy pojawił się wyraz zdumienia. Minerwa zmusiła się do nałożenia na swoje oblicze kamiennej maski.

- Nie, ani jednego słowa narzekania, Potter. A jeśli chodzi o panią, panno Johnson, to albo przeniesie pani w przyszłości swoje pojedynki na krzyki na boisko, albo straci pani pozycję kapitana drużyny! – warknęła, dodatkowo irytując się twardym, szkockim akcentem w swoim tonie.

Wściekła na siebie dużo bardziej niż na Pottera czy pannę Johnson, Minerwa odwróciła się do stołu nauczycielskiego. Zacisnęła usta, widząc zaniepokojone spojrzenie błękitnych oczu. Wróciła na swoje miejsce – krzesło odsunęło się samo, pod wpływem jego magii.

- Zły początek dnia? – odezwał się Albus, choć Minerwa miała okropne wrażenie, że zupełnie nie interesuje go jej odpowiedź. Ze stoicyzmem jadł ogromną miskę czekoladowych płatków.

- Mam dzisiaj wizytację na mojej lekcji z pięciorocznymi Gryfonami. –oznajmiła.

Albus współczująco pokiwał głową, a potem sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej szary pergamin z srebrnym znakiem ministerstwa. Podał jej bez słowa kartkę.

Minerwa przebiegła wzrokiem zapisane na niej słowa:

,,Pozycja McGonagall nie pozwala na jej gładkie usunięcie. Zalecane ostrożne zbieranie informacji. Istotna jej relacja z Dumbledore'm."

- To depesza ministra do naszej kochanej pani inkwizytor, przechwycona dziś rano przez Zakon. – rzucił lekkim tonem Albus, nie przestając mieszać łyżką w misce płatków.

- Jak to skomentujesz? – spytała wprost Minerwa. Miała już dość pokrętnych wybiegów. Albus zerknął na nią przelotnie i odparł:

- Musisz być ostrożna. Za wszelką cenę musisz zostać w Hogwarcie.

- Jest aż tak źle? Nie będziesz w stanie ich powstrzymać, jeśli zechcą wyrzucić mnie z zamku? – Minerwa poczuła lekki strach – przecież ministerstwo nie mogło stać powyżej Albusa, nie mogło…

- Nikt nie wie, co może się wydarzyć. – odpowiedział enigmatycznie. Zdenerwowana Minerwa wstała od stołu, dodając jedynie:

- Doprawdy? Myślałam, że Sybilla zdradziła ci już wszystkie tajemnice przyszłości.

Albus nie zareagował, zaś rozwścieczona Minerwa odeszła, przeklinając w duchu swoją szkocką zapalczywość. Oczywiście Albus miał rację – powinna być ostrożna, nie powinna się wychylać – by móc w razie potrzeby zareagować, gdyby Umbridge próbowała posunąć się za daleko. To, że teraz jej pozycja była zbyt stabilna, by ministerstwo mogło bez powodu ją odwołać, było ulotne – wystarczyło nieco nieuwagi, by budowana przez lata reputacja najskuteczniejszej nauczycielki transmutacji legła w gruzach.

Minerwa miała już złe doświadczenia z rujnowaniem swojej reputacji. Nie potrzebowała kolejnych. Z postanowieniem trzymania swojego temperamentu i magii na wodzy, ruszyła w kierunku swojej klasy.

Pierwsze zajęcia minęły jej zaskakująco szybko – zdołała też trochę ochłonąć i przygotować się mentalnie na wizytację.

W klasie panował cichy szmer, gdy do niej weszła. Natychmiast zrozumiała, że Umbridge siedzi w kącie, za jej plecami – mdły, sztuczny zapach gnijących kwiatów od razu uderzył ją w nozdrza. Zrobiwszy mentalną notatkę, by dobrze wywietrzyć klasę, Minerwa powiodła wzrokiem po uczniach i odezwała się spokojnym tonem.

- Cisza.

Natychmiast zapanowała cisza jak makiem zasiał. Minerwa z stoickim spokojem zwróciła się do jednego z uczniów:

- Panie Finnigan, uprzejmie proszę przyjść tutaj i rozdać prace domowe. Panno Brown, proszę wziąć to pudełko myszy… nie bądź głupia, nie pogryzą cię i wręczyć jedną każdemu uczniowi.

Gdy tylko skończyła mówić, siedząca w kącie Umbridge wydała z siebie to irytujące kaszlnięcie. Minerwa postanowiła ignorować ją i dalej prowadziła lekcję:

- Dobrze zatem, wszyscy słuchajcie uważnie… Dean Thomas, jeśli jeszcze raz zrobisz to swojej myszy, dostaniesz szlaban… Większości z was udało się sprawić, że wasze ślimaki zniknęły i nawet ci, którzy zostali z pewną ilością muszli, załapali sedno czaru. Dzisiaj będziemy….- Minerwa przerwała, bo Umbridge znów wydała z siebie ten denerwujący odgłos.

- Tak? – Minerwa obróciła się z szelestem szat i wbiła ostre, belferskie spojrzenie w Umbridge.

- Zastanawiam się właśnie, pani profesor, czy otrzymała pani moją notkę z datą i godziną inspekcji… - odezwała się przesłodzonym głosem Dolores.

- Najwidoczniej otrzymałam, bo w przeciwnym razie zapytałabym, co pani robi w mojej klasie. – warknęła Minerwa, powoli tracąc cierpliwość. Odwróciła się od Umbridge, akurat w porę, by zauważyć, jak część uczniów wymienia zachwycone spojrzenia. Pokrzepiona tym, zaczęła jeszcze raz:

- Tak jak mówiłam, dziś będziemy ćwiczyć o wiele trudniejsze znikanie kręgowców. Zaklęcie Znikania….

- Khem, khem.

Tym razem furia, która zalała Minerwę, była zimna, złośliwa. Zbierając całą swoją złość, zwróciła się do Umbridge:

- Zastanawiam się, jak ma pani uzyskać obraz moich metod nauczania, jeśli dalej będzie mi pani przerywać? Zwykle nie pozwalam ludziom odzywać się, kiedy ja mówię.

Umbridge wyglądała, jakby ktoś ją uderzył. Zamrugała z nieskrywaną wściekłością, a potem zaczęła coś energicznie bazgrać w swoim notatniku. Minerwa zignorowała skrzypienie jej pióra. Była pokrzepiona depeszą, spoczywającą w kieszeni jej szaty, póki co gwarantującą jej nietykalność. Depesza nie zdążyła dotrzeć do Umbridge, która na pewno zdziwi się, gdy Knot odpowie bezsilnością na paszkwil, jaki Dolores na pewno wyśle mu na temat Minerwy. Wysoka czarownica nie zamierzała ryzykować usunięcia z Hogwartu, ale musiała jakoś odegrać się za torturowanie Pottera.

Pottera, który wodził za nią oceniającym spojrzeniem, jakby usiłował zrozumieć, jak to możliwe, że jeszcze rano strofowała go za nie panowanie nad sobą, a teraz nie potrafiła powstrzymać swojej furii na Umbridge. Chłopak nie wiedział, że rany na jego dłoni, teraz skrzętnie ukrywane, nie są dla niej tajemnicą.

Reszta lekcji przebiegła już bez przeszkód, choć obecność Dolores sprawiała, że Minerwę mierzwiła dłoń by użyć jakieś potężniejszej magii niż proste zaklęcie znikania. Minerwa jednak musiała się hamować – wystarczyło, że jej różdżka lekko błyszczała, gdy zaciskała na niej dłoń zbyt mocno. Na szczęście chyba tylko Hermiona to zauważyła.

Na koniec lekcji, gdy uczniowie zaczęli wylewać się z klasy, Umbridge podniosła się z krzesła i ruszyła do biurka Minerwy. Dopiero stojąc naprzeciwko swojej nemezis ponad nauczycielskim biurkiem, Minerwa zauważyła, jak wielka różnica wzrostu je dzieli – bez problemu mogła patrzeć na Dolores z góry. Kątem oka widziała też, że trójka Gryfonów została, by podsłuchać tę wymianę zdań.

- Od jak dawna uczy pani w Hogwarcie? – spytała Umbridge.

- Czterdzieści jeden lat. – odpowiedziała Minerwa, nie zdoławszy ukryć dumy w głosie. Zatrzasnęła torebkę, jednocześnie widząc jak zarówno Dolores, jak i trio z Gryffindoru otwierają szeroko oczy.

- Bardzo dobrze. Otrzyma pani wyniki inspekcji w ciągu dziewięciu dni. – odburknęła Umbridge wreszcie.

- Już nie mogę się doczekać. – odparła Minerwa zimno, wymijając łukiem Umbridge i ruszając do drzwi. Po drodze zgarnęła przed sobą trójkę Gryfonów:

- Wy troje, pospieszcie się.

Potter posłał jej ukradkowy, ale promienny uśmiech. Minerwa uniosła kąciki ust – obydwoje wiedzieli, że w arcyważnym meczu Hogwart- Ministerstwo Magii, na razie było 1-1.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa ostrożnie manewrowała różdżką, wyczarowując kulę pulsującej energii, zmieniającej postać – z strzelających iskrami płomieni w lodowe kryształy, z zielonych liści w szare kamienie, z tęczowej masy w czarno-białą mgłę. Do przerwy zostało niewiele czasu – nie opłacało jej się już sprawdzać kolejnych beznadziejnych prac, nie miała też najmniejszej ochoty ryzykować spotkania Umbridge w drodze do gabinetu Albusa.

Zmarszczyła brwi, gdy kropla syczącej niebieskiej mazi skapnęła z kuli na dywan. Dawno nie posługiwała się tak czystą magią – nie transmutowała jej myślą, bez użycia słów. Jako dziecko często bawiła się w ten sposób – aż ojciec zabronił jej tego – część substancji, w które przemieniała energię była niebezpieczna- poza tym nie zawsze udawało jej się kontrolować takie zabawy.

Oprócz niej w pokoju nauczycielskim była jeszcze Wilhelmina Grubbly- Plank. Minerwa nawet zaprzyjaźniła się z tą konkretną, dość zasadniczą wiedźmą. Teraz Wilhelmina z ciekawością obserwowała jej sposób na nudę. Jednocześnie na jej twarzy malował się subtelny podziw, co mile zaskoczyło Minerwę.

Wtem rozległo się pukanie. Wilhelmina podskoczyła. Minerwa odruchowo wchłonęła kulę energii z powrotem. Wzdrygnęła się, gdy wyczuła lekkie echo bólu w świetlistej kuli wracającej do jej ciała. To nadal nie była tak czysta energia, jak wtedy, gdy była dzieckiem.

Ale też nigdy taka nie będzie. Przecież niewinności nie można było odzyskać.

Minerwa wstała i podeszła do drzwi, za którymi znajdowały się dwa kamienne gargulce.

Nie potrafiła powstrzymać ostrego tonu, gdy zobaczyła na progu Harry'ego Pottera.

- Nie dostałeś chyba znów kary!

- Nie, pani profesor. – odpowiedział pospiesznie.

- Dlaczego w takim razie nie jesteś w klasie? – spytała, mrużąc lekko oczy, za prostokątnymi oprawkami okularów.

- Szukam profesor Grubbly – Plank. Chodzi o moją sowę, jest ranna.

Rzeczywiście, dopiero teraz Minerwa zwróciła uwagę na śliczną, śnieżnobiałą sowę na jego ramieniu. Zaraz też obok niej pojawiła się Wilhelmina i fachowym okiem obejrzała przestraszonego ptaka.

Umysł Minerwy tymczasem pracował na przyśpieszonych obrotach. Jeśli ministerstwo zorientowało się, że ich korespondencja może być przechwycona, być może postanowili skopiować ten pomysł, ale w dużo mniej subtelny sposób?

- Czy wiesz skąd przyleciała ta sowa, Potter? – uniosła pytająco brwi.

- Eee, myślę że z Londynu. – odpowiedział. Gdy uniósł wzrok i spojrzał jej w oczy, doskonale zrozumiał, że domyśliła się dokładnego adresu nadawcy listu.

Tymczasem Wilhelmina zaoferowała się zaopiekować sową. Potter niechętnie oddał ją nauczycielce, a potem już odwracał się, gdy Minerwa przypomniała sobie coś.

- Poczekaj chwilę, Wilhelmino! List Pottera!

Zastępująca Hagrida nauczycielka oddała Potterowi list. Minerwa jednak nie pozwoliła mu odejść.

- Potter!

- Tak, pani profesor?

Minerwa rozejrzała się – z obu stron korytarza wlewali się uczniowie – zaczęła się przerwa. Potem zaś zerknęła na list w ręce Harry'ego i rzekła:

- Pamiętaj o tym, że kanały komunikacyjne z i do Hogwartu mogą być obserwowane, dobrze?

Zanim Potter odpowiedział, dotarła do nich fala uczniów. Minerwa kiwnęła mu głową i cofnęła się do pokoju nauczycielskiego.

Już wiedziała, że będzie musiała złożyć wizytę na Grimmauld Place numer 12. Syriusz nie powinien tak ryzykować. Oczywiście była w stanie zrozumieć jego frustrację – w końcu sama od lat trwała w dyktacie Albusa odnośnie kontaktu z Harrym, ale tak naprawdę żaden członek Zakonu nie odpowiadał jedynie za siebie. Byli powiązani ze sobą zbyt mocno, by pozwolić sobie na słabe ogniwa, na nierozsądne posunięcia.

Późnym wieczorem, mimo lejącego deszczu, Minerwa opuściła ciepły zamek i ruszyła do bramy, osłoniwszy się odpowiednim czarem. Odwróciła się tylko raz – tylko by zobaczyć niską postać w oknie gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią. Wykrzywiła twarz, wiedząc, że z tej odległości Umbridge widzi jedynie jej ciemną, wysoką sylwetkę. Różowa ropucha raczej nie będzie w stanie jej wyśledzić . Nawet gdyby chwyciła się szat Minerwy, nie dotarłaby na Grimmauld Place. Kilkanaście dalekich, błyskawicznych teleportacji w różne zakątki Wielkiej Brytanii skutecznie chroniło przed śledzeniem.

Gdy Minerwa znalazła się w mrocznym korytarzu kamienicy Blacków, pomyślała, że coś jest nie tak. Wyczuwała to wszystkimi zmysłami, choć panowała idealna cisza, wszędzie dominował znajomy zapach stęchlizny i minionej świetności, dopełniany nikłym światłem lamp gazowych. Pełna złych przeczuć, Minerwa ruszyła do kuchni.

Gdy do niej weszła, przez chwilę miała wrażenie, że pomieszczenie jest puste. Ale zaraz potem zobaczyła połowę ciała Syriusza, pochylonego nad wielkim paleniskiem. Przerażona, skoczyła w jego kierunku, ale zanim to się stało, on sam odepchnął się od kamiennej posadzki i wylądował mocno na plecach, tuż pod jej stopami, dysząc ciężko, z poszarzałą i pełną niepokoju twarzą.

- Aguamenti! – krzyknęła Minerwa, natychmiast gasząc lekko zielonkawe płomienie w kominku.

- Profesor McGonagall! – Syriusz niezgrabnie zaczął się podnosić. Minerwa podała mu dłoń, ale złość na jej twarzy musiała być doskonale widoczna – Syriusz już od dawna nie używał wobec niej profesorskiego tytułu.

- Wytłumacz się. – warknęła, jednocześnie rzucając na kominek serię zaklęć zabezpieczających.

- Ja… ktoś próbował mnie pochwycić! Jakaś baba, jakby dokładnie wiedziała, gdzie się pojawię! – Syriusz odzyskał rezon, na jego twarzy pojawiło się oburzenie.

- Ty idioto! Jak mogłeś ryzykować połączenie z Hogwartem przez tak niepewny środek komunikacji jak sieć Fiuu!? Przecież ostrzegaliśmy, że ministerstwo może zacząć przechwytywać naszą korespondencję! Jak myślisz, kogo wzięli na celownik, gdy już zorientowali się, że nauczyciele szyfrują swoje listy? – rozpoczęła swoją tyradę Minerwa.

- Nie rozumiesz. Harry potrzebuje kontaktu ze mną, czuje się samotny i porzucony, Dumbledore go ignoruje, a ministerstwo uwzięło się na niego. – odpyskował Syriusz, wykrzywiając twarz, tak że teraz upodobniła się do jego podobizn z listów gończych ministerstwa. Minerwa przypomniała sobie, że oto ma przed sobą człowieka, który przetrwał wieloletnią obecność dementorów. To jednak nie umniejszyło jej gniewu:

- On czuje się samotny? Zachowałeś się skrajnie nieodpowiedzialnie! Co by się stało, gdyby Umbridge cię złapała? Nie rozumiesz, że narażasz cały Zakon?! Naprawdę, nie sądziłam, że pozwolisz sobie na takie ryzyko!

- No dobrze, może to ja potrzebowałem z nim porozmawiać! Jest moją jedyną rodziną! Ty nie masz pojęcia, jak to jest, być uwięzionym tu, po tym wszystkim, po Azkabanie, jak to jest, ciągle znosić złośliwości Snape'a, że jest się nieprzydatnym, czym jest ten dom dla mnie! – wrzasnął Syriusz, tracąc panowanie nad sobą.

- Nie mam pojęcia?! To ty nie masz pojęcia, co przeżyłam i jakie rzeczy widziałam, Black! Azkaban? Czy naprawdę myślisz, że to jest piekło piekieł? Bezużyteczność ? Jaki pożytek jest ze mnie w Hogwarcie, podczas gdy inni narażają życie w ministerstwie? Rodzina? Nie mam już żadnej, oprócz was! Zakon jest moją rodziną! Uczniowie są moją rodziną! Ty, Harry! – ryknęła Minerwa, a kuchenny stół zatrzeszczał i przełamał się dokładnie w połowie, pod wpływem uciekającej spod jej kontroli mocy.

Syriusz zaniemówił. Stał, z zgarbionymi ramionami, prędko mrugając, jakby widok Minerwy go oślepiał. Na jego twarzy malował się czysty szok, a także strach.

Minerwa odwróciła się i zaczęła powoli uspokajać rozbiegane myśli, używając wszystkich przećwiczonych technik relaksacyjnych. Wreszcie opadła na puste krzesło, opierając dłoń na przekrzywionym stole. Skupiła negatywną energię, wypchnęła ją przez rękę na zewnątrz. Uformowała ją myślą w czar reperujący. Stół złożył się jakby samoistnie. Syriusz słyszalnie wciągnął powietrze – doskonale wiedział, że nie często widzi się tak skomplikowaną magię bez użycia różdżki.

Wreszcie jej dawny uczeń odezwał się cicho:

- Przepraszam.

Minerwa pokiwała głową. Sama też powinna go przeprosić – za przerażenie go, za zniszczenie stołu, za przesadną reakcję, za wylanie na niego swoich frustracji.

Syriusz ostrożnie usiadł naprzeciw, po drugiej stronie wąskiego, naprawionego stołu.

- Wiedziałem, że James i Lily byli dla ciebie drodzy, że za Lupinem skoczyłabyś w stado wilkołaków, ale jakoś nigdy nie sądziłem, że możesz podobnie myśleć o mnie. No w każdym razie po tych wszystkich latach… - wyznał Syriusz.

- Nadal sobie nie wybaczyłam, że nie wyciągnęłam cię stamtąd wcześniej. – odpowiedziała szczerze Minerwa. Taka była prawda – przecież powinna się zorientować, że Syriusz jest niewinny.

- Nie możesz się o to obwiniać. I przepraszam, że bezmyślnie naraziłem Zakon. – Syriusz pogładził stół w miejscu już naprawionego pęknięcia.

Minerwa nie odpowiedziała. Nadal uspokajała szaleńczo bijące serce, wzburzoną krew w żyłach. Usiłowała powstrzymać napływ wspomnień – dzień, w którym zginęli Potterowie, jej pojedynek z Albusem, niszczycielska moc.

- Minerwo? – Syriusz wyciągnął dłoń, ale cofnął ją, niepewny.

Czarownica potrząsnęła głową, a potem skupiła uwagę na siedzącym przed nią mężczyźnie.

- Wybacz. Nie powinnam tracić panowania nad sobą. – mruknęła, autentycznie skruszona.

- Nie szkodzi. Wiem, że ta różowa ropucha Knota bardzo utrudnia ci życie. – Syriusz machnął ręką.

- Właściwie to przyszłam cię przed nią ostrzec. Sprawdza korespondencję przychodzącą do Hogwartu. Oczywiście nauczyciele szyfrują swoje listy, ale wątpię, by Potter to robił. – odpowiedziała, z trudem ukrywając sarkazm. Syriusz tylko zwiesił głowę:

- Powinienem był to przewidzieć. Tylko mam takie głupie wrażenie, że nie zdążę już nadrobić straconego czasu, że tak naprawdę nie będę częścią życia Harry'ego, nie w roli, jakiej się podejmowałem piętnaście lat temu. – wyznał czarodziej. Tym razem Minerwa wbiła wzrok w swoje dłonie. Przecież czuła dokładnie to samo – poczucie zawodu, winy, wobec Lily i Jamesa. Strach, że nigdy nie powie Harry'emu, że go kocha, że jest dla niej kimś więcej niż krnąbrnym Gryfonem.

- Wiem, Syriusz. Wiem. – wymruczała cicho, przypominając sobie swoje zdumienie, gdy Potterowie poprosili ją o zostanie matką chrzestną Harry'ego.

- Czy mogłabyś… mogłabyś opowiedzieć mi o nim? O jego pierwszych latach w Hogwarcie? – spytał cicho Syriusz.

Minerwa pokiwała głową. Tak, była mu to winna, przynajmniej tak jej się wydawało. Zaczęła mówić. Słowa same płynęły. Proste, opisujące Ceremonię Przydziału, pierwsze lekcje, Noc Duchów, to z jaką łatwością Harry pakował się w kłopoty, jak zaprzyjaźnił się z Ronem i Hermioną. Jak dorastał, mierząc się z rzeczami, którym czoła nie stawiliby potężni dorośli czarodzieje. Syriusz spijał każde słowo z jej warg, od czasu do czasu pytając o coś lub porównując Harry'ego do Jamesa.

Tak rozmawiali z dobre półtorej godziny. Po zrelacjonowaniu Syriuszowi wizytacji Umbridge na jej lekcji z pięciorocznymi Gryfonami, Minerwa uznała, że pora wracać do zamku. Wstała, podpierając się na długim stole, w poprzek którego biegła szeroka, ciemna linia.

- Dziękuję. Nawet nie wiesz jak drogie jest tutaj czyjeś towarzystwo. –wymamrotał Syriusz, podając jej płaszcz. Minerwa uniosła brew w belferski sposób i spytała:

- Mam nadzieję, że taka lekkomyślność jakiej byłam świadkiem już się nie powtórzy, panie Black.

- Oczywiście że nie, pani profesor. – odpowiedział Syriusz z błyskiem w oku. Zanim Minerwa zdążyła zareagować, objął ją mocno i wyszeptał:

- Opiekuj się Harrym, dobrze?

Minerwa pokiwała głową, z trudem przełykając ślinę. Syriusz uśmiechnął się i podał jej wysoki kapelusz.

- Wiesz co, Minnie? Nigdy nie czułem się tak wyróżniony jak wtedy, gdy ryknęłaś mi prosto w twarz, że uważasz mnie za część rodziny.

Minerwa poczuła wzruszenie, chwytające ją za serce. Pokręciła głową i poklepała Blacka po ramieniu.

- Zawsze miałam niezdrową słabość do was, Huncwotów. – mrugnęła do niego i aportowała się, wprost pod bramę Hogwartu.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa McGonagall, dysząc bardziej z wściekłości niż ze zmęczenia, wspinała się po schodach prowadzących do wieży Gryffindoru i jej gabinetu. Och, dawno nie pozwoliła swojemu szkockiemu temperamentowi w pełni wybuchnąć. Przez całe tygodnie w milczeniu znosiła coraz większe ograniczenia narzucane przez ministerstwo, coraz śmielsze docinki ze strony Dolores.

Teraz jednak, gdy cios nadszedł z najmniej oczekiwanej strony, nie była już w stanie opanować złości. Widząc Pottera i George'a Weasley'a, jej gniew jedynie wzrósł. Jak oni mogli przynieść jej taki wstyd?!

Szalik w szkarłatno-złotych barwach teraz zadawał się palić jej szyję żywym ogniem. Zerwała go z szyi i warknęła:

- Wejść!

Obeszła biurko, szeleszcząc szatami. Wyprostowała się na pełną wysokość i rozpoczęła swoją tyradę:

- Słucham? Nigdy nie widziałam tak haniebnego przedstawienia! Dwóch na jednego! Wytłumaczcie się!

- Malfoy nas sprowokował. – odpowiedział sztywno Harry. Nie miał odwagi by spojrzeć jej w oczy. Minerwa walnęła pięścią w biurko – nawet nie skrzywiła się, gdy w drewnie pojawiło się wgłębienie, a kraciasta puszka z piernikowymi traszkami spadła na podłogę. To nie był ten rodzaj bólu, który przyniósłby jej ulgę.

Krzyczała na nich dalej, puszczając mimo uszu informację, że Malfoy obraził rodziców Weasley'a i matkę Harry'ego. Potok wylewanego przez nią gniewu przerwał dopiero ten dźwięk, który tym razem uderzył nie tylko w jej temperament, ale również w jej kontrolę nad mocą.

-Khem, khem.

W drzwiach stała ta wredna, różowa ropucha, wyraźnie zadowolona z siebie.

- Mogę pomóc, profesor McGonagall?

Minerwa poczuła jak krew zaczyna wrzeć w jej żyłach, budząc uśpione pokłady bólu.

- Pomóc? Co ma pani na myśli? – słowa ledwo przechodziły Minerwie przez gardło – bała się, że jedno z nich mogłoby wyzwolić kotłującą się w niej niszczycielską moc.

- Pomyślałam, że może być pani wdzięczna za odrobinę dodatkowego autorytetu. – oznajmiła Umbridge słodziutkim tonem.

Minerwę ogarnęła nieludzka furia. Jak ona śmiała? Jak ona śmiała kwestionować jej autorytet? Budowany na czterech dekadach nauczania!

- Więc źle sobie pani pomyślała. – wycedziła Minerwa i powróciła do strofowania dwójki Gryfonów.

Miała zamiar udzielić im wyjątkowo dotkliwego szlabanu, nawrzeszczeć na nich, żeby im w pięty poszło, zwalić na nich cały ciężar swojego rozczarowania.

Ale to, co nastąpiło potem, było już sceną z jakiegoś koszmaru.

- Myślę raczej, że zasługują na coś więcej niż szlabany. – rzuciła beztrosko Umbridge, uśmiechając się zjadliwie.

- Ale na twoje nieszczęście, liczy się to co ja myślę, jako że należą do mojego domu, Dolores. – odparowała Minerwa, mrużąc gniewnie oczy.

- No cóż, właściwie, Minerwo – myślę że przekonasz się, że to co ja myślę, też się liczy. Dobrze, gdzie to jest? Korneliusz właśnie mi to przysłał… To znaczy chciałam powiedzieć – uśmiechnęła się fałszywie, grzebiąc w torebce – Minister właśnie mi to przysłał. Ach tak…

Minerwa z przerażeniem patrzyła, jak wiedźma wyjmuje z torebki wielki zwój z pieczęcią ministra.

- ,,Dekret Edukacyjny Numer Dwadzieścia Pięć" – zaczęła uroczyście Dolores.

- Tylko nie kolejny! – wykrzyknęła Minerwa, zanim zdążyła się opanować.

- Cóż tak. Tak właściwie, Minerwo, to ty sprawiłaś, że zobaczyłam, iż potrzebujemy kolejnej poprawki… pamiętasz jak ominęłaś moje zalecenia, kiedy byłam niechętna ponownemu uformowaniu się drużyny Gryffindoru? Jak poszłaś z tą sprawą do Dumbledore'a, a on nalegał, by pozwolić drużynie na grę. No cóż, w tej sytuacji nie mogłam sobie na to pozwolić. Skontaktowałam się z Ministrem i on zgodził się całkiem ze mną, że Wielki Inkwizytor musi mieć władzę odbierania przywilejów albo on, to znaczy w tym wypadku ja, będzie mieć mniejszy autorytet niż zwykli nauczyciele!

Minerwa przestała słuchać. Jej serce biło szaleńczo, choć jej całe ciało zesztywniało, kurczowo starając się utrzymać wzburzone fale magii, przepływające przez jej organizm.

Zwykli nauczyciele! Po czterdziestu latach pracy… by być tak poniżoną, tak zdegradowaną, by cały jej autorytet został zrównany z ziemią… bo poszła do Albusa, bo nie mogła pozwolić, by Gryfoni zostali bez drużyny… bo otwarcie gardziła ministerstwem… Ona! Ostatnia z McGonagallów! Ona, której ród i rodzina zrobili więcej dla społeczności czarodziejów niż ktokolwiek inny!

A potem ta pupilka ministra zarządziła dożywotnią dyskwalifikację Pottera i bliźniaków!

Minerwa nie panowała już nad niczym. Gdy za Umbridge zamknęły się drzwi, spojrzała na zszokowanego Harry'ego i George'a. Tak długo jak byli tu z nią, byli w niebezpieczeństwie.

- Wyjdźcie. – warknęła.

Harry zrozumiał w mig, bo chwycił George'a za szatę i wypchnął z gabinetu.

Minerwa rozprostowała pięść – wszystkie szyby w jej gabinecie wyleciały z hukiem pękającego szkła. Ona sama rzuciła się do najbliższego okna, zamieniając się w kulę pulsującej energii. Ostatnią rzeczą, jakiej miała świadomość, były szeroko otwarte ze zdumienia oczy Pottera, zamykającego za sobą drzwi.

Gdy odzyskała całkowitą przytomność umysłu znajdowała się na dziwnie znajomej, wielce ekstrawaganckiej sofie. Przesunęła dłonią po szatach, szukając okularów – jej szaty były mokre i jakby brudne od błota, liści i gałązek. Całe ciało ją bolało, jakby przebiegła kilkanaście razy wokół boiska do quidditcha. Włosy miała wilgotne – zupełnie poza zwyczajowym kokiem. Uniosła dłoń do twarzy – jeśli wzrok jej nie mylił, widziała rdzawe plamy na dłoniach – zaschniętą krew.

Próbowała poderwać się na nogi, ale powstrzymał ją cichy głos.

- Wstawanie byłoby niewskazane.

Minerwa otworzyła usta, ale szybko zamknęła je. Były spierzchnięte od zimna, a ona nie mogła wydobyć z siebie głosu.

- Ach, moja droga. Całe szczęście, że Hagrid wrócił i akurat znalazłem się na skraju Zakazanego Lasu. – rozległ się szelest, a potem Minerwa wyczuła zbliżającą się postać, Zaraz potem jej obraz polepszył się, gdy na jej nosie znalazły się okulary.

Patrzyła wprost w migoczące oczy Albusa. Spoglądał na nią z troską.

- Hagrid? – wycharczała, gdy Dumbledore odsunął się nieco.

- Hmm, obawiam się, że powód opóźnienia Hagrida może cię przerazić i lepiej jak on sam ci to powie. Oczywiście jak już odzyskasz siły. – odpowiedział zwodniczo dyrektor. To tylko jeszcze bardziej zirytowało Minerwę.

- Nic mi nie jest. – mruknęła, usiłując nieco się podnieść. Mięśnie jednak odmawiały jej posłuszeństwa.

Albus zmarszczył czoło, jakby targały nim potężne wątpliwości. W końcu jednak podszedł do niej znów, tym razem jednak lekko pomógł jej usiąść i sam spoczął obok, promieniując ciepłem i spokojem.

- Dlaczego doprowadziłaś się do takiego stanu, moja droga? Nie widziałem cię takiej od momentu, gdy odkryliśmy, że będziesz potrzebowała regularnego oczyszczania. – spytał miękko.

- Oczyszczałam się! Po prostu ta różowa jędza… ta …- gdy do Minerwy wróciło wspomnienie Umbridge, słabe echo gniewu zakotłowało się w jej umyśle.

- Cii. Jakiejkolwiek władzy by nie miała, nigdy nie będzie częścią Hogwartu. Ani zamek, ani uczniowie nigdy nie będą widzieć w niej nauczycielki, nie w sensie, w jakim widzą nas, prawdziwych pedagogów, z powołania, nie z nadania. – rozsądnie odpowiedział Albus.

- Dała bliźniakom i Harry'emu dożywotni zakaz gry w quidditcha! – zaprotestowała Minerwa.

- Na razie nic na to nie poradzimy. Ale ty nie możesz doprowadzać się do skrajnego wyczerpania. To w niczym nie pomoże, stwarza jedynie ryzyko – co gdybym to nie ja znalazł cię zakrwawioną, sponiewieraną i nieprzytomną na skraju Zakazanego Lasu? – Albus prostym gestem wyciągnął małą gałązkę z jej skołtunionych włosów. Minerwa otworzyła szerzej oczy, gdy zrozumiała sens jego słów. Odwróciła głowę, zawstydzona swoim brakiem kontroli. Co powiedziałby jej ojciec na takie zatracenie się we własnym gniewie?

- Przepraszam. – mruknęła, a potem znów podjęła próbę podniesienia się – nie powinno jej tu być, powinna doprowadzić się do porządku, Albus i tak już wystarczająco jej pomógł. Nadal jednak brakowało jej sił.

Dawno nie czuła się tak wyzuta z energii, z chęci czegokolwiek, z nadziei. Dawno nie była tak bezradna, tak bezsilna. Dawno tak bardzo nie chciała się rozpłakać. Zwyczajnie, po ludzku, z szlochem i policzkami mokrymi od łez.

Mogła jedynie drżeć, wstrząsana spazmami własnych emocji. Mogła jedynie pozwolić, by otoczyły ją ciepłe, kojące ramiona. Mogła jedynie wtulić twarz w jego ramię, chłonąć uspokajający zapach cytryny i czekolady.

Wyczuła jeszcze, że on łagodnie gładzi ją po włosach. Potem jednak wsłuchała się w miarowe, stabilne bicie jego serca i nawet nie wiedziała, kiedy zasnęła. Zasnęła snem po raz pierwszy całkowicie wolnym od wszelkich koszmarów.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Ciepło. Spokój. Poczucie bezpieczeństwa. Jakże nie chciała się budzić!

Stop.

Przecież wybudzenie zawsze było wybawieniem. To ono odrywało ją od straszliwych koszmarów, zatruwających jej umysł każdej nocy. To ono pozwalało jej uciec z groty.

Teraz jednak, koszmarów nie było. Była za to czyjaś ciepła, kojąca obecność.

Albus.

Minerwa McGonagall zerwała się na równe nogi, wykorzystując na to całą odzyskaną energię. Błyskawicznie odwróciła się, z szeroko otwartymi oczami i przerażeniem na twarzy, by spojrzeć na spokojne oblicze dyrektora Hogwartu.

- Przepraszam. Wiesz może, która jest godzina? – spytała szybko, doskonale świadoma rumieńca na swojej twarzy. Kątem oka widziała zupełnie ciemne okna – musiał być środek nocy.

- Dopiero trzecia. Powinnaś spać dłużej, straciłaś wiele energii. – odpowiedział sennie Albus.

- Trzecia? Na Merlina! – Minerwa zmusiła swoje ciało do zrobienia kilku kroków w stronę drzwi – sprawiło jej to więcej trudności, niż zakładała.

- Moja droga… - zaczął Albus, podnosząc się, ale mu przerwała:

- Tak bardzo cię przepraszam… jak mogłam tak po prostu zasnąć? Ach, to zupełnie nieprofesjonalne! – Minerwa z determinacją stawiała małe kroki w kierunku wyjścia. Jak mogła, jak śmiała zapomnieć się na tyle, by pozwolić sobie na sen w jego ramionach! Spędziła z nim pół nocy! Co gdyby koszmar się pojawił? Gdyby pragnąc zranić siebie, zraniłaby jego? Co gdyby przez sen wykrzyczała imię ... nie mogła już sobie ufać. Utrata kontroli zdarzała jej się zbyt często.

- Nieprofesjonalne będzie opuszczenie mojego gabinetu w takim stanie o trzeciej w nocy, Minnie. – odezwał się cicho Albus.

Minerwa spojrzała w dół i teraz cała jej twarz przyoblekła się w szkarłat – cała jej szata była wygnieciona i brudna – od krwi, błota i kurzu. Podejrzewała, że jej twarz i włosy też muszą wyglądać jak po przejściu tornada. I ile z jej blizn widział? Czy zorientował się, że nie wszystkie z nich są pamiątką po wojnie?

- Opatrzyłem twoje rany, na przedramionach, ale …- Albus urwał, a potem lekko pokręcił głową. Przez myśl jej przeszło, że on czuje się w tym wszystkim jeszcze bardziej zagubiony niż ona.

- Mogę? – Minerwa wskazała drzwi od łazienki - przecież gdyby Umbridge przyłapała ją w takim stanie opuszczającą gabinet dyrektora, rozpętałoby się prawdziwe piekło.

- Oczywiście. Czuj się jak u siebie. – Albus uśmiechnął się lekko.

Doprowadzenie się do porządku zajęło Minerwie więcej czasu, niż zakładała. Albus rzeczywiście uleczył rany, które musiała sobie sama zadać, należało jednak zmyć rdzawe plamy krwi z przedramion. Przywołała czysty komplet szat ze swoich apartamentów i odetchnęła z ulgą, gdy otuliła wyczerpane ciało miękkim, czarnym materiałem. Za pomocą magii splotła włosy w swój surowy kok. Rzuciła ostatnie spojrzenie w lustro – cienie pod jej oczami nie oszukałyby nikogo, była tego pewna. A jednak czuła się dziwnie wyspana. Jak nigdy od kilkudziesięciu lat.

Gdy wyszła z łazienki, Albus stał przy oknie, wpatrując się w gwiazdy.

- Pójdę już. Jeszcze raz przepraszam. I dziękuję. – powiedziała szybko Minerwa. Poczucie wstydu i winy przygniatało ją. Ramiona Albusa drgnęły, gdy odpowiedział:

- Gdyby to się powtórzyło…

- Nie powtórzy się. – wtrąciła z mocą Minerwa.

- Chcę żebyś wiedziała, że zawsze możesz na mnie liczyć. – Dumbledore odwrócił się, tym razem patrzył na nią z uroczystą wręcz powagą.

- Wiem Albus. Wiem. Nie martw się mną. Dobrej nocy. – Minerwa uśmiechnęła się nieśmiało i wyszła z jego salonu.

Doskonale słyszała szmer szeptów portretów byłych dyrektorów, gdy już stała na ruchomej klatce schodowej. Zamieniając się w szarą kotkę, Minerwie przeszło przez myśl, że być może wcale nie chodzi o sam Hogwart. Może to wcale nie zamek blokował jej koszmary i pozwalał na odrobinę normalnego snu? Może to od początku chodziło o bliskość Albusa?

Nie. Minerwa odrzuciła tę myśl. Nie powinna sobie tego wmawiać. To, co dziś się wydarzyło, nie powinno mieć miejsca. Powinna o tym zapomnieć. Skupić się na sabotowaniu działań Umbridge i planowaniu jutrzejszej rozmowy z Hagridem.

Jakże trudno jednak było zapomnieć to cudowne uczucie całkowitego pozbycia się wszelkich trosk!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

- Na brodę Merlina! Przyprowadziłeś do Hogwartu olbrzyma!? – Minerwa zerwała się z krzesła w chatce Hagrida, jednocześnie zła na siebie, że nieostrożnie podniosła głos.

Był wczesny poranek – Minerwa nie miała jeszcze lekcji, a spać i tak już nie mogła – miała wrażenie że wyczerpała limit spokojnego snu na bardzo długi czas. Dlatego postanowiła odwiedzić starego przyjaciela, ciekawa co też opóźniło jego powrót z misji. Teraz, gdy poznała prawdę, gorzko żałowała swojej ciekawości.

- To mój brat, nie mogłem go tam zostawić! – odpowiedział płaczliwie Hagrid, podczas gdy ona nerwowo krążyła po ograniczonej przestrzeni jego chatki .

- Co powiedział na to Dumbledore? – spytała, starając się myśleć racjonalnie.

- Powiedział, że mnie rozumie, cholibka. Graup nie zrobi nikomu krzywdy, pani profesor. – Hagrid patrzył na nią błagalnie. Minerwa z niechęcią odnotowała, że użył jej tytułu – robił to zawsze, gdy bał się ją denerwować.

Oczywiście to nie powinno jej dziwić. Albus rozumiał. Och tak, on też miał brata, którego ukrywał przed światem, ale jednocześnie trzymał blisko. Ona, jako jedynaczka, nie miała prawa tego rozumieć. Nie ważne, że od dziecka wmawiano jej, że nie ma nic cenniejszego ponad więzy krwi. Nie miała rodzeństwa. I po raz kolejny żałowała tego – o ile jej los byłby inny, gdyby jak Hagrid odnalazła nagle zaginionego brata?

Wyparła tę myśl z umysłu – to było po prostu niemożliwe. Skupiła się na skruszonym, lecz zdeterminowanym Hagridzie.

- Hagrid, zdajesz sobie sprawę, że w tym roku musimy być wyjątkowo ostrożni? – zapytała ostro.

- Chodzi o tę wiedźmę z ministerstwa? Poradzimy sobie z nią, przecież Hogwart przetrwał nie takie rzeczy. – Hagrid machnął ręką.

- Ona już posłała Sybillę na warunkowy. Albus może nie być w stanie cię uchronić przed nią, a jest prawie pewne, że ona tylko czeka, by się za ciebie zabrać, inaczej przecież nie przyszłaby tu węszyć wczoraj w nocy, prawda? – Minerwa spojrzała Hagridowi prosto w oczy.

- Skąd wiesz, że tu była? – Hagrid zmarszczył brwi.

- Niestety mój nos dość dobrze wychwytuje jej mdłe perfumy. – wyjaśniła.

Hagrid wzruszył ramionami i zapytał:

- Jak to się stało, że ona ma aż taką władzę? Profesor Dumbledore…

- Ma sporo spraw na głowie. Ale proszę cię, Hagridzie, bądź ostrożny, szczególnie podczas inspekcji. – Minerwa nie mogła powstrzymać rodzącego się poczucia niepokoju – Hagrid nie mógł tego traktować tak beztrosko.

- Tak jest, profesor McGonagall. – odpowiedział, uśmiechając się lekko.

- Cieszę się, że wróciłeś. Naprawdę zaczynałam się już martwić. – wyznała Minerwa, stojąc już przy drzwiach.

- Dobrze być z powrotem w domu. – odparł Hagrid, mrugając do niej.

Minerwa skinęła głową i wyszła. Dom. Och tak, Hogwart zawsze był dla nich przede wszystkim domem. Nie miejscem pracy, nie zaczarowanym zamkiem. Był ich azylem i najświętszym z sanktuariów.

Dlatego należało za wszelką cenę bronić jego niezależności.

Pokrzepiona tą myślą, Minerwa z nową energią ruszyła do zamku.