I oto jestem z kolejnym rozdziałem specjalnie dla Was - gdziekolwiek jesteście, mam nadzieję, że przyniesie Wam chociaż trochę radości, tak jak dla mnie źródłem pociechy i uśmiechu są Wasze reviews!
Dziękuję tym, którzy komentują:
Anastazina - jest mi niezwykle miło, że cały czas śledzisz tą historię, że widzisz ewolucję w moim pisaniu i że czytałaś całość więcej niż raz - obiecuję, że czeka nas jeszcze wiele rozdziałów z całą serią!
greenispretty - czyste złoto, to aż za duża pochwała dla tego mojego skromnego pisania. Zaklęcie zapomnienia niestety było rzucone bardzo dokładnie i z mocą. Równie mocne jest postanowienie Minerwy, że zabierze swoje sekrety do grobu. Z perspektywy Albusa trudniej się pisze, ale mam nadzieję, że ten poniższy rozdział, też obserwowany jego oczami również będzie dobrze się czytało. Hmm, ciekawi mnie jak widzisz spotkanie z Voldemortem w tej części, bo... tak, spojler... to jest w planach.
Zylerus - witaj! Każdy nowy czytelnik to dla mnie mnóstwo radości, cieszę się, że ta historia Cię wciągnęła. Co do szczerej rozmowy, no cóż, chyba muszę Cię nieco rozczarować - Min i Albus naprawdę mają problem z rozmawianiem o uczuciach i o ile sekrety wyjdą kiedyś na jaw, to raczej w dramatycznych okolicznościach. A jak wytrzyma to ich relacja? Cierpliwości... bo do tego jeszcze daleko.
SchaMG - I hope last chapter clarified something about portrait in common room.
Minerwa - jejciu, od czego by tu zacząć? Od podziękowań - twoje refleksje i spostrzeżenia są niesamowite i zupełnie inspirujące, bo... odmienne od moich. Widzę w nich rację - bo tak, Min może wydawać się sztywna i zachowawcza, a Albus bardziej ludzki - cóż, tak wyszło. Fajnie, że widzisz to ich podejście, że ,,przyjaźń jest najważniejsza i trzeba ją chronić za wszelką cenę". Aberforth natomiast... ma tą cechę charakteru, że szybko widzi przegrane sprawy - wie, że jeśli chodzi o serce Min, nie ma z Albusem szans. Będzie natomiast się pojawiał od czasu do czasu. Co do Twoich kolejnych refleksji... wcale nie myślałam w kategoriach spełnienia i niespełnienia miłości Minerwy i Albusa pisząc rozmowę jedenastoletniej Min z Tiarą Przydziału. Ale to ciekawa myśl i wydaje mi się, że Tiara mogła też w swojej proroczej mądrości wybiec daleko poza wydarzenia, które mają miejsce. W którym momencie obiecałam Ci natomiast nieszczęśliwe zakończenie? Bo mogło mi to umknąć, ale chyba pisałam coś w kategoriach że ,,wiele się wydarzy zanim wszystko skończy się szczęśliwie. Jeśli się tak skończy." Nie cierpię spojlerować, ale przyznam że długo dryfowałam w kierunku całkowitej tragedii i zawróciłam z kursu dość późno, także wszystko zależy do którego momentu w tej historii dobrniemy. I dlatego założenie, że oni się wkrótce zejdą, przynajmniej w połowie jest nietrafione. Co do drugiej połowy opartej na tych ciekawych niuansach, które wypunktowałaś - 1. Uwielbiam porady zawodowe, ale tam mi czegoś zawsze brakowało na końcu, dlatego ta rozmowa w mojej wersji jest nieco zmodyfikowana. Co do sugestii Umbridge, to zawsze uważałam ją za tak diabelsko zły charakter, że wydaje mi się, że ona nie potrzebuje dwuznacznych sytuacji, by oskarżać ludzi o różne rzeczy. 2. To jest zagmatwana sytuacja, bo mi też nie pasuje ten dystans i używanie nazwisk tam, ale jakoś to obeszłam, zakładając, że Minerwa puka, by Albus wiedział, że nie jest sama, a on na widok Harry'ego natychmiast przechodzi do blokowania wszelkich uczuć, bo boi się, że Voldemort wyczyta z umysłu Pottera zbyt wiele. 3. Podbudowana psychicznie. Hmm. Ja po prostu myślę, że Min nie mogła usiedzieć za długo w św. Mungu i była szczęśliwa, że wreszcie wróciła do domu. 4. To nie było tak, że on mimo wszystko przez całe życie miał ogromne wyrzuty sumienia z powodu śmierci Ariany i chciał ją zobaczyć, dlatego sięgnął po Kamień Wskrzeszenia, ale zanim go użył, poraziła go klątwa mająca chronić horkruks? Użycie Kamienia Wskrzeszenia by zobaczyć córkę, to jest bardzo ciekawy wątek, na który nie wpadłam, pisząc kolejny tom, natomiast są pewne słowa, które nie dają Albusowi spokoju i o które mógłby zapytać tylko pewną osobę, która już niestety nie żyje. To pokrętne, ale myślę że przekonasz się, co miałam na myśli w pierwszym rozdziale kolejnej części. 5. Taa dam! Wracamy do zdań przed punktem 1. I do ostatniej przepowiedni Trelawney. Podsumowując, szanse, że oni się wkrótce zejdą, jednak dramatycznie spadają, ale na pocieszenie jest właśnie poniższy rozdział.
diople33- dziękuję i rozumiem, że przykro patrzeć jak oni marnują czas, ale taka była ogólna koncepcja - żeby to było równie, jeśli nie bardziej tragiczne jak śmierć bohatera. Co do kanonu - nie wiem na ile będzie to pstryczek w nos, ale będzie zaadaptowany do mojej wizji. Perenelle (bo takie jest imię pani Flammel) wyczuła same narodziny i jednoczesną śmierć AT, ale przez myśl jej nie przeszło, że to mogłoby być dziecko Albusa i Minerwy. Ten moment był gdzieś w 3 części ;)
Kitiaa - oni negują swoje uczucia już tak długo... i jednocześnie wciąż są na swoim punkcie tak zafiksowani... że coraz bardziej balansują na tej cienkiej granicy. W poniższym rozdziale też, ciekawi mnie co będziesz sądzić o pani Aurelii Dumbledore ; ) Scena związana z atakiem na Artura pojawi się w kolejnym rozdziale, ale tam będzie więcej szkockiej zapalczywości (nad którą Min w tych rozdziałach coraz mniej panuje). Jeśli chodzi o Syriusza, to tamten moment miał być godnym domknięciem jego relacji z Minerwą - bo niestety wiadomo, co wydarzy się w ministerstwie, tam za dużo nie zmieniałam, mimo całej mojej sympatii do tego charakteru.
Lirthea - tak, są ładne rzeczy w tym Zakonie, ale dramatu nie zabraknie, bo ja zawsze zakładałam, że nie bez powodu Minerwa tak strofuje Harry'ego by trzymał nerwy na wodzy - sama w końcu będzie miała tu z tym coraz większe problemy. Dzięki za sugestię, postaram się wziąć ją sobie do serca, jakbyś miała jeszcze jakieś to śmiało pisz.
I jeszcze na koniec, kilka słów wyjaśnienia do poniższego rozdziału - początkowo to miał być osobny one-shot pod tytułem ,,Miłość w czasach różowej zarazy", ale ja nie lubię się rozdrabniać i on jakoś wpisuje się w konwencję całej serii, dlatego wplotłam go tutaj. To jest chyba maksymalny poziom romantyzmu w moim wykonaniu na ten moment, więc będę wdzięczna, jak dacie mi znać, co o tym myślicie.
Wiele zdrowia, uśmiechu i radości dla Was!
Emeraldina
oooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo
Nie pukał. Nie musiał. W końcu wychodziła zawsze o tej samej porze – wcześnie, ale odpowiednio. Jeśli więc on był punktualny, nie musiał na nią czekać.
Nie witali się wylewnie – z jego strony, to było niebezpieczne, bo groziło ujawnieniem jego skomplikowanych uczuć względem niej; z jej strony, była czarownicą, która lubiła utrzymywać wokół siebie odpowiedni dystans.
- Dzień dobry, profesor McGonagall. – witał ją uśmiechem.
- Dzień dobry, dyrektorze. – jej oblicze było spokojne, chociaż było coś w jej tonie, co sugerowało Albusowi, że ona niezmiennie cieszy się, widząc go dzisiaj, tak jak każdego dnia, który zaczynali od tego rytuału.
Ujmowała jego ramię. To zawsze wywoływało u Albusa te wszystkie ciepłe uczucia – spokój, radość, poczucie harmonii. Szli razem przez zamek – sześć kondygnacji, dwie klatki schodowe, trzy korytarze, sala wejściowa, wrota do Wielkiej Sali. Ktoś mógłby powiedzieć, że stanowili niedobraną parę – jego zwichrzona grzywa białych włosów i ekstrawaganckie, kolorowe, wzorzyste szaty ostro kontrastowały z jej surowym kokiem i nieprzełamaną czernią, szarością bądź zielenią nauczycielskich szat. Gdyby jednak się im bliżej przyjrzeć, można było zauważyć, że zdumiewająco synchronicznie stawiają kolejne kroki, że z podobnym wdziękiem schodzą po schodach, a jednocześnie, że gdyby jedno z nich wykonało nieodpowiedni krok, drugie wiedziałoby, że coś było nie w porządku.
Bywały tygodnie, że podążali przez zamek w milczeniu, ale był też czas, gdy idąc, już byli pogrążeni w ożywionej dyskusji. I tak samo, wiedzieli dobrze, kiedy drugie nie ma ochoty na rozmowę, a kiedy jej potrzebuje. Dzisiaj Albus zupełnie swobodnie stwierdził:
- Prefekci postarali się w tym roku z dekoracjami. – nawiązywał do dziesiątek dekoracji związanych z Nocą Duchów.
- Fakt, niektóre pomysły były bardzo kreatywne, ale zostały wstrzymane przez Umbridge. W zasadzie to większość odrzuconych pomysłów była przedstawiona przez prefektów Gryffindoru. – odpowiedziała, krzywiąc się lekko. Już wiedział, co ją trapiło tego poranka. On jednak był zdeterminowany, by Umbridge nie zepsuła Minerwie tego dnia. I właśnie utwierdził się w swoim pomyśle uczczenia tej daty – jej siedemdziesiątych trzecich urodzin.
Weszli do Wielkiej Sali, jeszcze niezbyt zapełnionej – uczniowie mieli tendencję do przychodzenia późno na śniadanie i zjadania go niejako w biegu. Część nauczycieli miała ten sam zwyczaj, ale Albus i Minerwa lubili celebrować śniadanie, kończąc jeść w momencie przybycia sów z poranną pocztą. Mogli w spokoju poczytać Proroka i dopić herbatę, wymieniając się spostrzeżeniami między sobą albo innymi członkami grona pedagogicznego.
Albus zawsze odczuwał ten przypływ dumy, gdy podążali wolno razem w stronę stołu prezydialnego – było coś uskrzydlającego w myśli, że Minerwa kroczyła obok niego, ściskając jego ramię – wspaniała, pełna godności zastępczyni, mistrzyni transmutacji, jego prawa ręka. Odsunął jej szarmancko krzesło, uśmiechając się, gdy na jej talerzu pojawiło się małe pudełko, gdy tylko usiadła.
- A cóż tutaj mamy? – uniosła brwi, z łatwością rozplątując złotą wstążkę, którą obwiązane było pudełeczko.
- Twój urodzinowy prezent. Wszystkiego najlepszego od całego grona pedagogicznego, Minerwo. – Albus skinął głową pozostałym obecnym nauczycielom, którzy unieśli swoje filiżanki z herbatą w niemym toaście. Minerwa zmarszczyła czoło – pewnie zastanawiała się, czemu dostała swój prezent już rano, skoro zazwyczaj wręczali jej go w pokoju nauczycielskim po uroczystej uczcie.
Nie zapytała jednak, bo uchyliła wieczko i uśmiechnęła się – tak w pełni, szeroko, a jej oczy rozbłysły pięknie. W środku znajdowała się kula pogodowa – bardzo rzadki artefakt, który prezentował przewidywaną pogodę danego dnia. Warunkujące to zaklęcie było niezwykle trudne do rzucenia, ale Filius dzielnie uczył się go przez cały miesiąc. Sybilla dostarczyła szklaną kulę, a Pomona i Poppy wykonały realistyczny model Hogwartu – teraz nad małym zamkiem świeciło piękne, miniaturowe słońce.
- Dziękuję wam wszystkim, to cudowny prezent. – Minerwa promieniała, oglądając kulę z każdej strony.
- To da ci nienaturalną przewagę, bo Gryfoni będą wiedzieli, czy podczas ich meczy będzie padać. – zauważył przekornie Severus, podając jej ulubiony, malinowy dżem.
- Deszcz czy nie, są najlepsi. – Minerwa mrugnęła do nauczyciela eliksirów. Albus ucieszył się – niesamowite było, że Minerwa i Severus potrafili porzucić typowe dla Gryfonów i Ślizgonów animozje i mimo zupełnie odmiennych charakterów, środowisk, życiowych doświadczeń i ról rozwinęli między sobą unikatowy rodzaj przyjaźni – momentami złośliwej, często wymagającej i pełnej niedomówień, ale jednak przyjaźni. Oczywiście Severus już jako nastolatek szanował Minerwę, ale teraz można było mieć pewność, że skoczyłby za nią w ogień. Ona również, może nie zgadzała się z nim w wielu kwestiach, ale zdawała się mu ufać bardziej niż reszta Zakonu.
- Albus? – Minerwa lekko dotknęła jego ramienia, sprowadzając go na ziemię.
- Wybacz, moja droga, zamyśliłem się. O co pytałaś?
- Chciałeś odwołać doroczne spotkanie nauczycielskie po uczcie z powodu Umbridge? – był pewien żal w jej głosie - jej urodzinowe spotkanie w ciągu ostatnich czterech lat było za każdym razem zakłócane – pewnie teraz spodziewała się, że Albus dmucha na zimne, wręczając jej prezent od kolegów profesorów podczas śniadania.
- Odwołałem je, bo zaplanowałem dla ciebie niespodziankę i nie pojawimy się na uczcie. Każde swoje urodziny spędzasz w Hogwarcie i najczęściej zamiast odpocząć i zrelaksować się, ty musisz pilnować Gryfonów albo ratować Harry'ego z kłopotów. Dlatego w tym roku postanowiłem porwać cię z zamku. – Albus uśmiechnął się szeroko, widząc jak ona spogląda na niego ze zdumieniem – bo była przyzwyczajona do jego absurdalnych pomysłów, one nie zdumiewały jej. A to, zaproszenie na urodzinową kolację sprawiło, że aż zaniemówiła na moment.
- Ależ Albusie, to Noc Duchów. Jesteś dyrektorem, ja twoją zastępczynią, nie możemy zostawić zamku! To… to nie do pomyślenia. – zaprotestowała. Rozczuliło go, że zawsze, bez względu na wszystkie okoliczności, Hogwart stawiała na pierwszym miejscu.
- To twoje urodziny. Szkoła poradzi sobie bez nas na jeden wieczór. A Filius uprzejmie zgodził się popilnować Wieży Gryffindoru i poprowadzić ucztę. – Albus skinął głową malutkiemu czarodziejowi, który dodał:
- Albus ma rację, Minerwo. Należy ci się trochę odmiennego otoczenia, ja się wszystkim zajmę, ze wsparciem Pomony i Severusa.
- A Umbridge? – Minerwa zerknęła z niesmakiem na główne wrota, przez które wchodziła właśnie nauczycielka obrony przed czarną magią, ubrana w paskudną, intensywnie różową garsonkę.
- Zostaw ją mnie. – uspokoił ją Albus.
Minerwa sceptycznie zacisnęła usta. Albus lekko musnął jej dłoń, odkładając swoją filiżankę z herbatą. Umbridge nie miała żadnego prawa dopytywać się, z jakiego powodu dyrekcja opuści Noc Duchów.
- Dzień dobry państwu! – fałszywy uśmieszek niskiej czarownicy wystarczył, by Severus szybko coś wymamrotał i odszedł od stołu, a reszta zaczęła udawać zintensyfikowane zainteresowanie jedzeniem.
- Witamy, Dolores. – Albus mentalnie uzbroił się w swoją najgrzeczniejszą maskę.
- Jak podobają się panu dekoracje, dyrektorze? Muszę przyznać, że ślizgońscy prefekci mieli w tym roku naprawdę genialne pomysły. – zaszczebiotała Umbridge. Albus kątem oka widział jak Minerwa mocniej zaciska palce na uchu swojej filiżanki.
- Właściwie, to miałbym do pani prośbę, w związku z ucztą Nocy Duchów. – Albus zignorował przytyk i zaczął wprowadzać w życie swój plan.
- Do mnie? Oczywiście, słucham. – Umbridge szybko zamaskowała zdumienie satysfakcją.
- Otóż złożyło się tak, że ani ja, ani profesor McGonagall nie możemy być obecni podczas dzisiejszej uczty, a nie chciałbym obarczać opiekunów domów całą organizacją. Poszukuję osoby, która wygłosi motywujące przemówienie podczas uczty i pani od razu przyszła mi na myśl. Oczywiście wiem, że proszę o wiele, bo przygotowanie takiego przemówienia jest czasochłonne, a ja wspominam o tym dopiero teraz, ale Korneliusz tyle razy wspominał o pani kompetencjach… - Albus nie mógł sobie darować nutki sarkazmu, ale wiedział, że protegowana ministra jej nie wychwyci. W przeciwieństwie do Minerwy, która odwróciła głowę, by nie było widać rozbawienia na jej twarzy.
- Naturalnie, nie ma problemu, chętnie przygotuję takie przemówienie, bardzo mi miło, że powierza mi pan tak odpowiedzialne zadanie, dyrektorze. Dziwi mnie natomiast, że ani pana, ani profesor McGonagall nie będzie na uczcie, w końcu Noc Duchów to bardzo ważne święto w naszej społeczności. – Umbridge przekrzywiła głowę, nawet nie próbując ukryć ciekawości.
- Ja miałem od dawna konkretne plany, a profesor McGonagall na pewno ma jakiś ważny powód, jej lojalność wobec szkoły jest niepodważalna. – odpowiedział Albus z niewzruszoną miną.
- Dostałam wiadomość z domu, podobno centaury grasują po pobliskim lesie. – Minerwa skłamała bez mrugnięcia okiem.
- Och, tak mi przykro, jest tyle problemów z tymi paskudnymi mieszańcami. – zaszczebiotała Umbridge. Albus widział, że prawie wszyscy przy stole prezydialnym krzywią się albo przewracają oczami.
- Wyjeżdżasz zaraz po swoich lekcjach, Minerwo? Bo minister prosił o pełne sprawozdanie z rozliczeń i wydatków szkoły z ostatniego kwartału, a jeszcze go nie dostał. – Umbridge nie zrezygnowała z próby zepsucia dnia Minerwie. Zanim czarownica zdążyła odpowiedzieć, Albus zaoferował:
- Minister dostanie je jutro, sam tego dopilnuję. Nie ma potrzeby dzisiaj dodatkowo obciążać profesor McGonagall tym niewdzięcznym zadaniem. – tym razem jego ton ocierał się o stal – nieznoszący sprzeciwu.
Minerwa wyraźnie miała dość towarzystwa Umbridge, szybko wymamrotała jakieś usprawiedliwienie i opuściła Wielką Salę. Albus odprowadził ją wzrokiem – i tak podziwiał jej cierpliwość - w końcu odkąd tylko Dolores pojawiła się w Hogwarcie, za największego wroga ministerstwa uznała Minerwę. Szpile, wbijane złośliwie, świadomie, wyczerpywały najwytrwalszych. Lecz Minerwa potrafiła być ponad tym. Albus nie pierwszy raz zastanawiał się jak ona to robiła – zachowywała królewską godność i dumę, a jednocześnie umiała je wyciszyć, gdy atakowano jej reputację i honor. Nie rozumiał tego.
Kolejne pół dnia Albus zmarnował na przygotowywanie finansowych sprawozdań dla Knota. Gdy udało mu się z tym uporać, wybrał się na spacer do odległej klasy transmutacji. Nie użył zaklęcia niewidzialności – uczniowie kłaniali się mu, a za jego plecami potrząsali głowami, komentując jego szeroki uśmiech i nuconą wesoło melodię mugolskiej piosenki. W drzwiach do jego ulubionej klasy w całym zamku wyminęła go grupa czwartorocznych Gryfonów – Ginny Weasley powitała go radośnie, reszta tylko wymamrotała zdumione ,,dzień dobry" – dyrektor spacerujący po szkole w wyraźnie wyśmienitym humorze był dla nich rzadkością.
- I dlatego ważne jest, byś była maksymalnie skupiona, panno Leicaster. – spokojny głos Minerwy niósł się doskonale po prawie pustej klasie.
- Czy mogłaby mi pani powiedzieć, jak ją odczarować? – niepozorna dziewczyna z troską wpatrywała się w sowę o piórach z liści.
- Na tym etapie nie możesz cofnąć transmutacji, musisz ją przeprowadzić do końca, a dopiero potem cofnąć. – odezwał się Albus, podchodząc bliżej.
- Och, dzień dobry, dyrektorze. – dziewczynka o ładnych, bursztynowych oczach dygnęła nerwowo. Minerwa, która musiała zauważyć Albusa już na wejściu, szybko dodała:
- Dyrektor ma rację. Spróbuj jeszcze raz. Jak zmienisz ją w roślinę, pokażę ci odwrotne zaklęcie. Panna Leicaster była wyraźnie spięta obecnością Albusa, ale uniosła różdżkę i zdecydowanie rzekła:
- Leafleum! – ruch jej różdżki nie był idealny, ale Albus użył swojej magii bez użycia różdżki, by zintensyfikować transmutację – po chwili zamiast sowy na ławce stała doniczka z zielonym krzewem.
- Wyśmienicie, pięć punktów dla Hufflepuffu, panno Leicaster. – Albus zaklaskał, Minerwa tylko potrząsnęła głową z rozbawieniem – doskonale wiedziała, że czarodziej pomógł dziewczynce.
- Zaklęcie odwrotne to Oweleum. – wyjaśniła Puchonce.
- Dziękuję, pani profesor. Do widzenia, profesor McGonagall, profesorze Dumbledore. – zdumiona swoim sukcesem uczennica zabrała doniczkę z rośliną i wyszła prędko z klasy.
- Mam jeszcze dwie lekcje, ale jeśli nie porwiesz mnie z zamku za wcześnie, znajdę czas, żeby napisać te sprawozdania dla Knota. – zaoferowała Minerwa, zbierając w stos zapisane pergaminy.
- Tym nie musisz się martwić, już to zrobiłem i wysłałem do ministerstwa. Umbridge wciąż może być jednak ciekawa, gdzie się wybieram, dlatego sugeruję, byśmy spotkali się przed gospodą Aberfortha o osiemnastej. Co ty na to, moja droga? – zaproponował.
- Dobrze. Powinnam coś zabrać? – spytała, prześwietlając go wzrokiem. Była bardzo ciekawa, co wymyślił, to było jasne. Zachichotał.
- Dzisiaj nikt nie zwróciłby na nas uwagi, ale chyba praktyczniej będzie włożyć jakieś mugolskie ubrania. – mrugnął do niej. Miał ogromną ochotę zobaczyć ją w czymś innym niż te ciężkie i luźne nauczycielskie szaty.
- Nie ważne, jak się ubierzesz, ty i tak będziesz zwracał na siebie uwagę. – stwierdziła.
Zanim odpowiedział, do klasy wpadła grupka pierwszorocznych Krukonów. Speszyli się na jego widok, więc powiedział do Minerwy:
- Zatem do zobaczenia. – uśmiechnął się, gdy machnęła ręką, wyganiając go z klasy. Podśpiewując, ruszył z powrotem do swojej dyrektorskiej wieży.
Pozwolił sobie na dwie godziny drzemki, ale dokładnie nastawił budzik – przecież nie mógł zaspać na spotkanie z Minerwą. Musiał jeszcze wybrać odpowiedni, mugolski strój. Długie minuty spędził przed lustrem, równocześnie wmawiając sobie, że to nie randka, tylko jej urodzinowa kolacja, że nie powinien przesadzić, by nie musiała się go wstydzić…
Ostatecznie zdecydował się na granatowe spodnie i błękitną koszulę, bo ładnie pasowała do koloru jego oczu. Lekko wygładził swoje włosy i sprytnym zaklęciem skrócił nieco brodę. Wyglądał bardzo dystyngowanie, chociaż wciąż staro, tak uznał. Ale z drugiej strony setkę przekroczył już dawno.
Przed Świńskim Łbem pojawił się wcześniej – miał czas by lekko poprawić czystość fasady gospody Aberfortha. Doprawdy, jak jego brat znajdował klientelę w tak zapuszczonym przybytku, to nie przestało zdumiewać Albusa. Podskoczył, gdy rozległo się ciche miauknięcie.
Stał tyłem do drogi, bo liczył, że usłyszy jej kroki. Lecz przybyła w bezszelestnej, kociej formie, zatem odwrócił się w momencie, w którym się zmieniła. Ubrana była w ładnie skrojony, bordowy płaszcz, długi do kolan. Co było niezwykłe, to fakt, że jej spódnica była niewiele dłuższa – Albus widział tylko jej zielony rąbek – jego uwagę prawie całkowicie pochłaniały łydki czarownicy.
- Albus? Nie sprecyzowałeś, gdzie się udajemy, a ja nie mam pojęcia, co jest teraz modne wśród mugoli. – powiedziała usprawiedliwiającym tonem, podchodząc do niego.
- Piękna jak zawsze, moja droga. – rzekł cicho, wyciągając do niej ramię. Złapała się go mocno, pewnie. Teleportował ich oboje bez żadnego dźwięku.
Rozglądała się z ciekawością, gdy wylądowali na cichej uliczce lekko uśpionego miasta.
- Edynburg? – spytała, jej oczy rozbłysły.
- Gdy jestem tu w interesach, zawsze zaglądam w pewne miejsce. Znają mnie tam, bo miałem szczęście być ich pierwszym klientem, kiedy otwierali. Oczywiście to mugole, znają więc mnie jako Briana Dumbledore'a. – wyjaśnił, prowadząc ją przez labirynt uliczek.
Westchnęła, gdy weszli na jedną z głównych ulic i skierowali się do pięknie oświetlonego lokalu, przed którym ustawiała się długa kolejka oczekujących mugoli. ,,Naleśnikarnia Malcolma" – obwieszczał pomarańczowy neon nad drzwiami. Albus rozmarzył się, wspominając jak kiedyś ten neon był jedyną bardziej wyrafinowaną ozdobą, a w środku nie było więcej niż pięć stolików. Teraz restauracja jego mugolskiego znajomego była jednym z najmodniejszych miejsc w mieście, a różnorodność serwowanych tu naleśników urosła do legendy.
- Frank opowiadał mi o tym miejscu, często przychodził tu z Alice. Podobno mają tu zupełnie niestandardowe kombinacje dodatków – raz opowiadał, że jadł zupełnie zielone naleśniki ze szpinakiem. – powiedziała Minerwa.
Wyminęli całą kolejkę, zatrzymując się przed drzwiami, gdzie kelner objaśniał oczekującym, że w środku nie ma już miejsc. Albus zdążył powiedzieć, że ma rezerwację na nazwisko Dumbledore, gdy drzwi się otworzyły.
- Brian, stary druhu! Dawno cię u nas nie było! – Malcolm, potężnie zbudowany Szkot po pięćdziesiątce, energicznie potrząsnął dłonią Albusa.
- Cieszę się, że interes się kręci, Malcolmie. – Albus odsunął się lekko, właściciel zauważył Minerwę.
- I wreszcie nie przyszedłeś sam! Moje uszanowanie, madame. Jestem Malcolm, pierwszy naleśnik w Edynburgu. – mugol ucałował dłoń Minerwy, która przedstawiła się swoim drugim imieniem:
- Miło mi, jestem Aurelia. – na jej ustach tańczył lekki uśmiech – pewnie dostrzegła jakieś podobieństwo w ekscentrycznym zachowaniu Malcolma do Albusa.
Weszli do środka, właściciel zaprowadził ich do ,,najlepszego stolika" – na antresoli, z widokiem na restaurację w dole, ale również na ulicę za oknem. Albus mógł stwierdzić, że Minerwie podoba się wystrój, pełen akcentów z ciemnego drewna, ale zaraz jego uwagę zaprzątnęło coś innego – Minerwa rozpięła i zdjęła płaszcz, ukazując sukienkę, którą miała pod spodem.
Nie chodziło o to, że sukienka była piękna. Chodziło o to, że Minerwa była absolutnie piękna w niej. Wykonana z aksamitu o intensywnym, szmaragdowym kolorze, dobrze opinała ją w talii, podkreślając smukłą figurę czarownicy. Długie rękawy aż zapraszały by przesuwać dłońmi po jej ramionach, zachwycając się miękkością materiału. Dekolt w karo, wciąż ujmująco skromny, ale nie tak nudny jak te zapinane pod samą szyją nauczycielskie szaty. Spódnica do kolan, falująca lekko przy każdym ruchu.
- Albus, gapisz się.- Minerwa machnęła ręką, lekki magiczny wiaterek musnął jego twarz, która oczywiście musiała zrobić się całkiem czerwona.
- Wybacz, proszę. – szybko odsunął jej krzesło, ale gdy siadała, mógł uzmysłowić sobie, że nauczycielskie szaty nie oddawały piękna jej łabędziej szyi – przez myśl mu przemknęło, że chciałby sprawdzić, czy jej skóra tam jest tak samo jedwabista jak ta na wierzchu dłoni czy policzku.
- Mają naprawdę ogromny wybór. – Minerwa nałożyła na nos okulary i zaczęła z uwagą studiować menu. Albus przyglądał się jej- musiała wiedzieć, że okulary wyostrzają jej już i tak ostre rysy, ale nigdy nie zmieniłaby kształtu oprawek – nie kiedy wybrała je razem z ojcem, niedługo przed jego śmiercią. Może niewielu o tym wiedziało, ale Minerwa była w gruncie rzeczy sentymentalna.
- Wybierz to, na co masz największą ochotę. – zasugerował Albus. Zerknęła na niego i rzekła:
- Skłaniam się w stronę któryś z tych wytrawnych. Zapytałabym cię, co polecasz, ale ty pewnie wybierasz zawsze coś na słodko.
- Znasz moją słabość do wszystkiego, co słodkie. – rzekł, chociaż umysł podsuwał mu słowa, że jego słabość do niej jest wytłumaczalna z tego samego powodu.
- Te z łososiem są intrygujące. – wymruczała. Albus nie mógł się powstrzymać, zachichotał. Gdy uniosła brew, wyjaśnił:
- Tylko ktoś o kociej duszy byłby tak zafascynowany naleśnikami z rybą.
Kilka minut później zjawił się Macolm, wyglądający śmiesznie w pomarańczowym fartuchu i z notatnikiem.
- Zdecydowaliście się, kochani? Na słodko czy na słono? – mężczyzna wyjął z kieszeni fartucha długopis.
- Ja na słono. Zdecydowałam się na te z łososiem. – powiedziała Minerwa. Malcolm zmierzył ją oceniającym spojrzeniem.
- Nie jesteście podobni i nie zamawiasz słodkich naleśników, nie jesteś więc siostrą Briana. – rzucił mugol, zapisując jej zamówienie. Albus posłał mu sfrustrowane spojrzenie – cóż to za pomysł, by myśleć, że Minerwa mogłaby być jego siostrą?!
- Nie, on pewnie zamawia naleśniki z cytryną i czekoladą, z przewagą tej drugiej, a to za wiele słodyczy jak dla mnie. – odpowiedziała ciepło Minerwa. Malcom się roześmiał, nalewając im wina do kieliszków.
- Trafiłaś idealnie! Dla Briana wykonujemy specjalny zestaw pancake'ów posmarowanych czekoladowym kremem i polanych cytrynowym sosem. Znasz go dobrze… no tak, ale musisz być jego żoną, w końcu rezerwacja była na A. Dumbledore! – Malcolm odwrócił się i odszedł, zanim Albus albo Minerwa zdołali zareagować.
Zapadła cisza. Albus miał ochotę zapaść się pod ziemię. Myśl o tym, że Minerwa mogłaby… mogłaby być jego żoną… była jak wbicie i przekręcenie sztyletu w cały jego uporządkowany świat – bo te kilka słów, ta jedna myśl, uświadomiły mu, z czego rezygnował, co poświęcał, kogo odtrącał. I dlaczego? Dla większego dobra, dla zwycięstwa, dla niej?
- Aurelia Dumbledore. Hmm, czy bycie żoną Briana Dumbledore przez ten wieczór to część mojego urodzinowego prezentu? – w jej głosie wyczuł rozbawienie. Na Merlina, czemu to ona zawsze go ratowała, a nie odwrotnie? Odważył się na nią spojrzeć – była taka dzielna, w jej oczach nie było melancholii, obrazy czy obrzydzenia – tylko wesołość, nieco troski i może… może czułość? W końcu…
- Byłabyś gotowa uznać to za prezent? – wypalił, zanim zdążył ugryźć się w język.
- Na razie nie znam dobrze tego Briana Dumbledore, wiem jedynie, że lubi słodycze. Może opowiesz mi o nim coś więcej? – uśmiechnęła się. Tak niewiele, a tyle promieniującego na niego ciepła.
- Widzisz, moja droga, Brian Dumbledore uwielbia szachy, jego ulubioną dziedziną magii jest transmutacja, a jego magicznym towarzyszem jest piękny feniks. – opowiadał Albus, patrząc jej teraz prosto w oczy.
- Brzmi fascynująco. Ale jeśli miałabym być jego żoną, muszę wiedzieć więcej. Czy pokochałby mnie? Jeśli nie, to co musiałabym zrobić, żeby tak było? A jeśli tak, to z czym by się to wiązało? Widzisz, małżeństwo to poważna sprawa, a ja chciałabym wiedzieć, w co Aurelia się wpakowała. – Minerwa pochyliła się, doskonale okazując szczere zainteresowanie. A Albus siedział jak oniemiały, wpatrując się w nią z otwartymi szeroko oczami.
Na ile to była gra, wesołe przekomarzanie się? Na jak wiele mogli sobie dzisiaj pozwolić, by móc patrzeć sobie w oczy po powrocie do szkoły? Na szali było tak wiele… ryzyko – czy byli gotowi je podjąć?
- Och, jestem pewien, że z miejsca by się w tobie zakochał. I kochałby cię mocniej z każdym kolejnym odkryciem, aż wreszcie zacząłby wierzyć, że to nie sen i że naprawdę ma to szczęście mieć za żonę tak cudowną kobietę. I jak go znam, zrobiłby wszystko, byś czuła się szczęśliwa. – wyszeptał Albus. Jego oczy wilgotniały, ale nie oderwał wzroku od jej twarzy. Ta zieleń jej oczu… oczu tak pełnych smutku, bólu…a ona jednak była w stanie się uśmiechnąć, tyle miała w sobie odwagi.
I wtedy pojawił się Malcolm z ich naleśnikami.
- Proszę, smacznego. Swoją drogą, to nie wierzę, że nie powiedziałeś mi o tej wspaniałej damie! Ile razy wysłuchiwałeś moich opowieści o Kat i dzieciakach? Dałem ci podwójną porcję cytrynowego sosu, stary druhu. – Malcolm lekko klepnął Albusa w ramię i odszedł.
- Wygląda smakowicie. Naprawdę, musisz mi opowiedzieć jak właściwie poznałeś Malcolma. – Minerwa szybciej zebrała się w sobie i zaczęła jeść, zaczęła prowadzić normalną rozmowę o wszystkim i o niczym.
Albus opowiedział jej o tym jak odwiedzał sławny sklep z ingrediencjami Medikusa Claudrones, mieszczący się na przedmieściach Edynburga. Tylko tu dostawał konieczne składniki do swoich badań alchemicznych, a w samym sklepie spędzał mnóstwo czasu. Pewnego dnia zgłodniał i postanowił zjeść coś na mieście – Malcolm dopiero otworzył swoją restaurację – była mała i niepozorna i Albus uznał ją za idealne miejsce, gdzie nikt nie będzie zwracał na niego uwagi.
Rozmawiali długo, bo przecież wspólne tematy nigdy się nie kończyły. Kwadranse mijały, a oni prowadzili ożywioną dyskusję, nieświadomi upływu czasu. Minerwie smakowały naleśniki, spróbowała też kompozycji inspirowanej upodobaniami Albusa i stwierdziła, że cytrynowy sos nieźle przełamuje słodycz czekoladowego kremu. Albus czuł się upojony nie tyle wypitym wyśmienitym winem co jej inspirującym towarzystwem. Razem gratulowali Malcolmowi pierwszorzędnej kuchni, udając się do wyjścia.
- Cieszę się, mogąc cię poznać, Aurelio. Będziesz zawsze tu mile widziana, nawet bez Briana, chociaż on sprawia wrażenie, że nie jest gotów odstąpić swojej żony ani na krok! – Malcom ucałował jej dłoń, nie zaobserwował więc rumieńca rozlewającego się po całej twarzy Albusa.
- Do zobaczenia, Malcolm. – czarodziej pozwolił zamknąć się w niedźwiedzim uścisku, ale odetchnął z ulgą, gdy już wyszli na zimne, już praktycznie listopadowe powietrze.
Przez chwilę przechadzali się uliczkami Edynburga, w milczeniu. Albus nie mógł się powstrzymać, jedną ręką objął talię Minerwy, także teraz była zupełnie blisko, a mimo to szli razem z gracją, jaka była typowa dla ludzi spacerujących w ten sposób godzinami.
- Dokąd teraz, Brianie? Wracamy do zamku? – spytała z subtelną wesołością, przerywając ciszę. Zanim Albus odpowiedział, zatrzymała się, nadsłuchując.
- Nie obawiaj się, śmierciożercy nas nie wyśledzą. – założył się, że to jej aurorskie instynkty dają o sobie znać.
- Nie, nie o to chodzi. Wydaje mi się, że słyszę dudy. I skrzypce. I coś jeszcze… och, chodźmy zobaczyć! – spojrzała na Albusa błagalnie, wyraźnie zaciekawiona.
- Prowadź zatem, pani Dumbledore. – uśmiechnął się, bo ujęła jego dłoń i pociągnęła go za sobą.
Moment później i on usłyszał wesołe dźwięki szkockiej piosenki. Dobiegała ona z jednego z podwórek. Minerwa bez cienia lęku podążała do źródła dźwięku – otwartych drzwi, udekorowanych papierowymi dyniami.
Gdy weszli do środka, Albus był zdumiony, jak tak wielu ludzi mogło zmieścić się na tak ciasnej przestrzeni – było to niewielkie mieszkanie w kamienicy, w którym ktoś urządził ogromną, huczną halloweenową imprezę. Byli tu mugole najróżniejszej kategorii – młodzi, starsi, przebrani, eleganccy, trzeźwi, pijani, szczęśliwi i smutni. Albus nie miał czasu, by się im przyglądać – Minerwa już powlekła go w dół schodów, do olbrzymiej piwnicy. Tutaj wszędzie umieszczono niepasujące do siebie lampy w najróżniejszych kolorach, ale pomieszczenie i tak było pełne cieni. Albo raczej pełne tańczących żywiołowo mugoli, do melodii wygrywanej przez zespół ustawiony w odległym kącie pomieszczenia.
- Ach, to ulubiona piosenka z mojego dzieciństwa, kiedy papa po kryjomu uczył mnie szkockich melodii! Zatańczmy! – Minerwa błyskawicznie wstąpiła w krąg tańczących. Albus bez wahania poszedł za nią – miała tyle cudownej energii, śmiejąc się głośno i klaszcząc w takt muzyki. I choć on sam nie miał żadnego doświadczenia w szkockich ludowych tańcach, patrząc na nią, uczył się.
I tańczyli, tańczyli. Razem, ze wszystkimi, szybciej i energiczniej niż ludzie dekady od nich młodsi. Ich stopy łapały rytm, ich ciała zdawały się działać szybciej niż mogli wymyślać intencje, ich twarze jaśniały radością. Bawili się wyśmienicie – i to było oczywiste dla tych wszystkich, nieznajomych im mugoli.
- Hej, staruszkowie! Ten kawałek jest dla was! – zawołał lider zespołu. Minerwa pogroziła mu palcem, na moment przywołując swe belferskie spojrzenie, ale potem wybuchła śmiechem, łapiąc Albusa za ręce.
- Wiesz co jest najlepsze?
Uniósł pytająco brwi.
- Oni nie mają pojęcia, że ja dziś kończę siedemdziesiąt trzy lata! – śmiała się, otwarcie i bez pohamowania.
Wszystko wirowało. Podłoga, sufit, kapela, inni tańczący, kolorowe światła. Ale ona była stałą, do której mógł nieodmiennie się odnosić. Raz blisko, raz dalej, ale wciąż z ufnością poddająca się mu, z zaufaniem okręcana przez niego, przywierająca do niego, transmutująca się w jego ramionach w kobietę wyzwoloną w tańcu, ale wciąż będącą tą samą kochaną Minerwą. Ile by dał, by widzieć ją taką częściej – rozpromienioną szerokim uśmiechem, z ujmującym rumieńcem na policzkach, z kosmykami włosów wymykającymi się z koka, z tą śliczną sukienką kusząco opinającą jej figurę i kształtnymi łydkami, którymi wywijała z zawrotną prędkością. Ach, czuł się tak szczęśliwy, jakby to były jego urodziny, nie jej. Gdyby tylko nie musiał się tak bardzo kontrolować - jak teraz, gdy przymykała oczy, skupiona, a on nie mógł jej pocałować, nie mógł jej wyszeptać jak jest cudowna.
Muzyka była coraz szybsza, coraz bardziej dzika, jej rytm tętnił w głowie Albusa. Nadążał jednak za nią – bo Minerwa pozwalała mu się prowadzić, ufała mu w ogromnym stopniu, zapominając się w tańcu zupełnie – tak pełnej pasji, tak otwartej i pełnej dziecięcej radości Albus chyba jej jeszcze nigdy nie widział. Bo przecież zawsze była kontrola, zawsze. Przecież ona już jako dziecko narzucała ciężkie kajdany na swoje emocje, zamykała swój ognisty temperament za grubymi murami kontroli. A tutaj, teraz, była kobieta, która zdawała się kompletnie nie pamiętać o ograniczeniach przyjętej roli, o niebezpieczeństwie swoich mocy, o wizerunku, jaki tworzyła latami.
Złapał ją mocno w pasie, praktycznie obejmując całkowicie dłońmi jej talię i uniósł ją w górę, wysoko ponad siebie. Wirowała w powietrzu, śmiejąc się głośno, jej oczy błyszczały radością, ale były całkowicie skupione na nim. Ach, jakże chciał, by ta chwila trwała wiecznie! By nie musieli się martwić Hogwartem, Voldemortem, Harry'm i całą resztą.
Opadła wprost w jego ramiona, obejmując jego szyję. A potem nieoczekiwanie pocałowała go w policzek – raz i drugi, i trzeci, a potem roześmiała się, gdy muzyka przestała grać, a ktoś zagwizdał i zaprotestował.
- Wybaczcie, kochani, ale chyba tylko staruszkowie mają jeszcze jakieś zapasy energii! Nie wiem co oni brali i jak oni to robią, ale są niesamowici! Teraz jednak coś wolniejszego, z pozdrowieniami dla Julii, która właśnie się zaręczyła! – jeden z muzyków posłał pocałunek w stronę roześmianej rudowłosej dziewczyny. Minerwa dołączyła do wykrzyczanych gratulacji, Albus potrząsnął głową, wyobrażając sobie co pomyśleliby sobie uczniowie, widząc ich tutaj dzisiaj – pewnie przecieraliby oczy ze zdumienia, zakładając, że oto nie tylko dyrektor zwariował, ale również wciągnął w to szaleństwo swoją zastępczynię.
Zrobił krok w tył, gotów się wycofać, gdyby taka była chęć Minerwy, ale ku jego zdumieniu ona podeszła, położyła głowę na jego ramieniu i zaczęła się delikatnie kołysać, z melodią zupełnie spokojnej, kojącej piosenki. Albus odruchowo otoczył ją ramionami – nigdy nie tańczyli w ten sposób – praktycznie całkowicie przywierała do niego, nie zwracając uwagi na otoczenie, jakby był tylko on. Nie potrafił stwierdzić, czy jest skupiona czy rozkojarzona, ale była raczej zadowolona – czuł lekkie wibracje jej pełnego satysfakcji nucenia, wpadającego momentami w ton kociego mruczenia. Podejrzewał, że ona musi doskonale słyszeć jak szybko bije mu serce. Opuścił nieco głowę, prawie zanurzając nos w jej włosach – pachniały konwaliowo, zniewalająco.
Kołysali się razem, przez ten jeden moment będąc po prostu Minerwą i Albusem – szczęśliwymi ludźmi, czerpiącymi radość z wzajemnej obecności, z dzielonej bliskości, nieobciążonymi problemami otaczającego ich świata.
A potem Minerwa uniosła głowę i Albus mógł zobaczyć jak z jej oczu ucieka jedna łza – nie potrafił określić, czy radosna czy smutna. Miał ochotę ją zatrzymać, gdy zrobiła krok w tył. Miał ochotę protestować, gdy zaproponowała, że czas wracać. Miał ochotę ją całować, gdy przymykała oczy, oczekując wspólnej teleportacji.
Zniknęli bezszelestnie, a mugole nie zdążyli nawet mrugnąć.
Było ciemno, Minerwa nie mogła określić, gdzie wylądowali, ale było coś niesamowicie cudownego w tym, że zamiast rozejrzeć się z niepokojem, ona tylko przysunęła się bliżej niego.
- Gdzie jesteśmy? – spytała, raczej z ciekawością – musiała ufać, że jakkolwiek szalony był ten wieczór, Albus nie zabrałby jej w żadne niebezpieczne miejsce.
- Zamknij na chwilę oczy. – polecił i znów, kolejne zdumienie, bo bez pytania wykonała polecenie. Skupił się i sięgnął ku prastarej magii, ku potężnej świadomości, z którą był związany swoim dyrektorskim urzędem.
- Teraz możesz otworzyć.
Zachłysnęła się, gdy ujrzała Hogwart, którego nagle wszystkie okna świeciły żółtym blaskiem – absolutnie bajkowy zamek, odbijający się w niezmąconej tafli jeziora.
- Jesteśmy na wysepce na jeziorze. Ale musi być środek nocy, czy światła nie obudzą uczniów i nauczycieli? – Minerwa zrobiła krok do przodu, mrużąc oczy, jakby usiłowała na zawsze zapamiętać widok rozświetlonego zamku – widok, który z podobnej perspektywy ujrzała po raz pierwszy jako jedenastoletnia dziewczynka.
- Jeszcze minuta i zgaszę je. A zamek zadziwiał nas już nie raz – pojawiające się w nocy światło nie jest kompletnie nadzwyczajne. – wyjaśnił Albus.
- Wiesz, bycie Aurelią Dumbledore było jednym z najbardziej niesamowitych doświadczeń w moim życiu, ale jednak byłabym gotowa oddać Briana za to. Za Hogwart i za moje możliwości jako profesor McGonagall. Ale głównie za unikatowego dyrektora i najlepszego z moich przyjaciół, Albusa. – powiedziała z melancholią. Zupełnie jakby czytała w jego myślach, jakby w mig pojęła, jaki był podświadomy cel pokazania jej zamku w pełnej krasie – uświadomienie jej, że pewne wizje, pewne marzenia są zupełnie nierealne, niebezpieczne i ryzykowne dla tego, co było ich wspólną odpowiedzialnością – dla Hogwartu.
Światła zamku pogasły – ostatnie trzy światełka na trzech wieżach – Astronomicznej, dyrektorskiej i Gryffindoru. Albus tymczasem pstryknął kilka razy wygaszaczem, wypuszczając kilka kul światła, które oświetliły górę poduszek i piknikowy kosz ustawione na występie skalnym.
- Och, czyli chociaż minęła już północ, to nie koniec moich niespodzianek? – uradowana Minerwa klasnęła w dłonie, rzucając na nich oboje subtelny czar rozgrzewający – w końcu zaczynał się listopad, a oni już w Edynburgu wysłali swoje płaszcze do Hogwartu.
- Centaury powiedziały mi, że dzisiaj ma miejsce unikatowa koniunkcja Wenus i Jowisza, skrzaty zaoferowały przygotować nam prowiant, a ja zawsze lubiłem to miejsce – podobno kiedyś tą wyspę zamieszkiwały smoki, z tej skały miały wypychać swoje młode, by nauczyć je latać. – poprowadził ją do skalnej półki, rozlał wina w kieliszki i rozpakował zawiniątka pełne najlepszych skrzacich kanapek.
- Astronomia nie była moją mocną stroną, ale ze smokami masz częściową rację. Zamieszkiwały tereny stanowiące teraz okolicę szkoły, ale latać uczyły się na skale, na której teraz wznosi się Hogwart. Tutaj… tu łączyły się w pary. Tak przynajmniej wynikało z legend, które zasłyszałam wśród potomków walijskich zielonych, które zostały stąd przepędzone przez założycieli. – wyjaśniła. Albus nie pierwszy raz był zaskakiwany jej więzią ze smokami, jej doświadczeniem jako Smoczej Wojowniczki. Przez jeszcze pół godziny jedli kanapki i popijali wino, rozmawiając o smokach.
Gdy już skończyli jeść i zapakowali naczynia z powrotem do kosza, akurat lekki wiaterek przegonił chmury zasnuwające niebo, odkrywając nad nimi niebo pełne gwiazd. Albus podłożył sobie kilka poduszek pod plecy, by lepiej móc obserwować nocny taniec konstelacji. Przypuszczał, że Minerwa zrobi to samo, zostawił jej najmiększe poduszki, by mimo twardej skały, było jej możliwie jak najbardziej wygodnie.
A ona wstała, usiadła tuż obok niego i położyła głowę na jego piersi. Uniósł jedną rękę, gotów ją objąć, ale zawahał się – złapała jego dłoń i położyła ją na swoim sercu, nakrywając swoją dłonią. Dziwne, że chociaż oczekiwał tego okropnego uczucia, wynikającego z konieczności zachowania maksymalnej kontroli nad swoimi pragnieniami, tak naprawdę czuł się rozluźniony. Kciukiem delikatnie przesuwał po aksamitnym materiale jej sukienki.
- To są najlepsze urodziny, jakie miałam. – odezwała się Minerwa – jej palce gładziły wierzch jego dłoni. Nie potrafił ocenić, czy ona zdaje sobie sprawę, że to wywołuje w nim ciepłe, miłe dreszcze.
- Cieszę się, że ci się podobało. Nie mogłem pozwolić, byś w tak wyjątkowym dniu musiała jeszcze użerać się z Umbridge. – odparł.
Przez moment milczeli, wpatrując się w gwiazdy. A potem Albus zebrał swoją moc, tkając niewerbalnie i bez użycia różdżki skomplikowany czar. Tuż nad jego ręką zmaterializował się nowy przedmiot, przypięty do sukienki Minerwy. Czarownica wyczuła niewielki ciężar, uniosła głowę i westchnęła.
- Albus! – jedną dłonią wciąż ściskała jego rękę, ale drugą sięgnęła do pięknej broszki – celtyckich węzłów wysadzanych diamentami, oplatających centralny, perfekcyjnie wyszlifowany szmaragd.
- Wszystkiego najlepszego, najdroższa Minerwo. – tak łatwo było pochylić się, sięgnąć do niej i ucałować jej policzek, pokryty subtelnym rumieńcem.
- Rozpieszczasz mnie niemiłosiernie – naprawdę nie musiałeś, cały ten wieczór przerósł wszystkie moje marzenia o cudownym prezencie. – odpowiedziała, jej twarz zaledwie centymetry od jego twarzy.
- Min, zasługujesz na znacznie więcej. – przesunął czule palcami po jej policzku – trudno było zabrać dłoń, zignorować to wszechpotężne pragnienie, by pokryć całą jej twarz pocałunkami, zamknąć w ramionach i by wyobrażać sobie, że jest całkowicie bezpieczna, z nim, że nikt mu już jej nie odbierze.
- Albusie, zrobiłam tyle okropnych rzeczy… - jej głos załamał się – on już nienawidził tego, że ten dawny smutek zepsuł tą chwilę.
- Tobie przydarzyło się wiele okropnych rzeczy. Ale to nie ty byłaś ich przyczyną. I wiedz, że zrobiłbym wiele, by móc cofnąć czas i nawet jeśli nie podarować ci lepsze, alternatywne życie, to chociaż ochronić cię przed tym złem, które cię dosięgło. – usiłował ją pocieszyć, ale miał wrażenie, że i w tym zawodzi, że oto znów stoi na granicy tego jej izolującego bólu, którego nigdy nie umiał przezwyciężyć.
- Czasu nie można cofnąć. Pewnych rzeczy nie można naprawić. Ale ty jednak masz wyjątkowy dar kolorowania naszej szarej codzienności, Albusie. To wszystko, co robisz dla nas wszystkich – to powinno być bardziej doceniane. To, co robisz dla mnie – wiedz, że jestem ogromnie wdzięczna, że ten ,,los", w który wierzysz, postawił cię wtedy na tych schodach do Wielkiej Sali. – otoczyła ramionami jego szyję – teraz już nie mógł uciec wzrokiem, musiał patrzeć wprost w jej zniewalające oczy.
- Spotkalibyśmy się, prędzej czy później, bo byłbym ciekawy tak wyjątkowej czarownicy, ale cieszę się, że to nastąpiło prędzej. – odpowiedział. Widział pewną walkę w jej oczach – a może to było odbicie jego własnych skonfliktowanych emocji? I dlaczego czuł taki żal, gdy zabrała swoje dłonie i odsunęła się?
- To za wiele komplementów, jak na jeden dzień, mój drogi. A jutro czeka nas śniadanie z różową zarazą, chyba powinniśmy wracać, chociaż najchętniej udawałabym, że te moje urodziny trwają wiecznie. – uśmiechnęła się do niego.
Tak, chciałby móc wiecznie myśleć o niej jako o jego Minerwie, o niej jako kobiecie, z którą dzielił wszystko. Ale miała rację, jutro mieli znów stać się dyrektorem Dumbledore'm i profesor McGonagall – filarami warunkującymi odpowiednią edukację dziesiątek uczniów odkrywających magię w Hogwarcie.
Podał jej ramię i naginając bariery antyteleportacyjne przeniósł ich na schody prowadzące do wieży Gryffindoru. Ale to było nic – tyle ile barier oni dziś nagięli…
- Bardzo ci dziękuję. To był niesamowity wieczór.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Dobrej nocy, najdroższa Minerwo. – ucałował jej dłoń. Już robił krok w tył, ale ona wspięła się na palce i jej wargi musnęły jego usta. To było tak szybkie, tak niespodziewane i tak... słodkie, że nie miał żadnej pewności, czy sobie tego nie wyobraził. Pożegnała go, szepcząc tuż przy jego uchu:
- Słodkich snów, kochany Albusie.
Kilka sekund później zniknęła za drzwiami swojego gabinetu, a on półprzytomnie kierował się do dyrektorskiej wieży, zastanawiając się, czy nadejdą takie czasy, że nie będzie żałował ignorowania swojej fascynacji nią.
