Witam kochani.
Jak zwykle dziękuję serdecznie za wszystkie miłe słowa. Jednocześnie przepraszam, jeżeli poniższy rozdział będzie miał więcej usterek technicznych niż zwykle. Niestety od pewnego czasu nie mam bety, a jednocześnie problemy zdrowotne trochę utrudniają mi rzetelną poprawę. Niemniej mam nadzieję, że i tak jego lektura sprawi wam przyjemność.
Gościem specjalnym tego odcinka będzie... (fanfary)... Ronald Weasley ;)
Jednocześnie muszę się pochwalić, że któregoś dnia w przypływie natchnienia napisałam ostatni rozdział (epilog w sumie) dla tego fika. Ale obawiam się, że jeszcze sporo wody upłynie, nim będę go mogła opublikować.
Zapraszam do lektury.
Rozdział XXVII
– Rodzinne sprawy – mruknął Scorpius, idąc w stronę siedziby Slytherinu. Jednocześnie zgniótł w dłoni karteczkę z pouczeniem o kolejnych trzech dniach szlabanu, tym będzie się przejmował później.
Ciężko mu było uwierzyć, że ktoś może postępować tak podle w stosunku do członka własnej rodziny i to tak bliskiego jak siostra. Mając za przykład rodzeństwo Potterów, którzy zawsze stawali za sobą murem, trudno było sobie wyobrazić inne zachowanie. A jednak przed chwilą Scorpio był tego naocznym świadkiem. Co gorsza zachowanie Elizabeth wyraźnie sugerowało, że to nie był jednorazowy wybryk, ona wyglądała na… pogodzoną z losem, wręcz przyzwyczajoną do takiego zachowania brata. I chyba to było najbardziej niepokojące. Od jak dawna musiało to trwać, że dziewczyna zdążyła do tego przywyknąć. Czy w ogóle coś podobnego może spowszednieć?
W naturze Scorpiusa zawsze była walka. Cokolwiek by się nie działo, jak bardzo nie dostawałby od życia po tyłku, zawsze stawał naprzeciw przeszkodom, nigdy nie potrafił tak po prostu biernie akceptować swojego losu. Tym trudniej było mu uwierzyć, że ta zaciekle atakująca go Krukonka z taką milczącą akceptacją przyjmowała agresję brata. Strach pomyśleć, co by się wydarzyło, gdyby Scorpiusa nie było w pobliżu, gdyby nie postanowił ujawnić swojej obecności. Miał wystarczająco bujną wyobraźnię, by dopowiedzieć sobie resztę. I po prawdzie coś buntowało się w nim na samą myśl.
Przystanął, czując nieprzyjemny skurcz w żołądku. Na przestrzeni trochę ponad roku przynajmniej dwukrotnie widział, jak Timothy Nash znęca się nad słabszymi, a przypuszczał, że takich przypadków było znacznie więcej. Co prawda zazwyczaj kończyło się na słownych przepychankach czy niegroźnych bijatykach, jakich wiele wśród uczniów. Czy jednak można było wykluczyć, że drań maltretował kogoś więcej niż własną siostrę?
Maltretował…
Scorpiusowi cały czas dzwoniły w uszach słowa Nasha, wypowiadane do siostry.
„… ojciec się wścieknie", „będzie bolało bardziej", „chętnie popatrzę..."
Nagle Ślizgonowi zebrało się na mdłości. Mógł mieć tylko nadzieję, że nadinterpretuje rzeczywistość. Przeczesał włosy dłonią, czując kolejną falę wściekłości. Niby nie powinno go to interesować, to absolutnie nie była jego sprawa, a wręcz przeciwnie, biorąc pod uwagę okoliczności, powinien się wręcz cieszyć. Dziewczyna była irytująca i w ostatnich miesiącach zatruwała mu życie. Uczepiła się go, a on nawet do końca nie wiedział dlaczego. Ale czy na pewno?
Uśmiechnął się posępnie do ostatniej myśli. Wszystko zaczęło się składać w logiczną całość. Czyżby obrała sobie go za cel, żeby odreagować to jak znęcał się nad nią brat? Czy nie jest tak, że osoby, które doświadczyły przemocy, same są do niej bardziej skłonne? Choć z drugiej strony ona nigdy nie wyszła poza ustne obrzucanie go błotem. Nigdy nie tknęła go nawet palcem. Więc może kryło się za tym coś więcej.
Teraz jednak nie miał głowy się nad tym zastanawiać. Powinien wracać do swojego Domu i trochę odpocząć, choć nie liczył na zbyt wiele, jeśli chodzi o sen. Zbyt dobrze wiedział, że kiedy jego umysł pracował na tak wysokich obrotach, trudno było mu zasnąć.
Ruszył dalej korytarzem i dotarł, aż do wejścia do lochów, kiedy znów się zatrzymał.
– To nie twoja sprawa – mruknął do siebie z przyganą, gdy był gotowy wypowiedzieć hasło, które otwierało przejście. A jednak nie potrafił odpuścić. Jak bardzo by się nie starał przekonać samego siebie, to wciąż miał przed oczami wściekły wzrok Nasha i przerażenie odmalowane na twarzy jego siostry. Takie rzeczy nie powinny się dziać nigdzie, a już na pewno nie w Hogwarcie.
Westchnął ciężko, czując, że przegrywa wewnętrzną batalię między tym co wygodne, a tym co słuszne. Chyba jednak częste przebywanie w towarzystwie Albusa zaczęło mu szkodzić. Dawniej nie miałby podobnych wątpliwości, dawniej wręcz wykorzystałby to na swoją korzyść, było tyle możliwości. Posiadając taką wiedzę, mógłby uczynić życie Nash prawdziwym piekłem. A teraz… Teraz właśnie opuszczał lochy i szedł po schodach na pierwsze piętro.
Godzina była już mocno wieczorna, ale Scorpius był przekonany, że dyrektorka nadal nie śpi. Z tego co zdążył zauważyć, to właśnie wieczór był czasem, kiedy najwięcej pracowała. Teraz z pewnością również miała wiele spraw do załatwienia i wcale nie chciał dorzucać jej kolejnej. Dlatego nim zapukał, jeszcze raz zastanowił się, czy to na pewno dobry pomysł.
Niespodziewanie drzwi gabinetu otworzyły się i stanęła przed nim zaskoczona McGonagall. Teraz już nie było odwrotu, bo zmarszczka na jej czole wyraźnie sugerowała, że domaga się natychmiastowych wyjaśnień.
– Co tu robisz, Scorpiusie? Co się stało?
Znowu to samo. Nie pytała „czy coś się stało?", ona wiedziała, że nie pojawił się tu bez powodu.
– Chyba przyszedłem w kiepskim momencie – rzucił, mając podskórną nadzieję, że dyrektorka go odprawi do Domu, ta jednak tylko bardziej zmarszczyła brwi.
– Zakładam, że to coś ważniejszego, niż problemy pana Filcha z Irytkiem.
Ślizgon przełknął głośno ślinę. Klamka zapadła, teraz już nie mógł się wycofać. Dlatego ostatecznie pokiwał głową.
– Chyba tak.
Dyrektorka cofnęła się w drzwiach, wpuszczając go do gabinetu. Scorpius wszedł do środka, ale nie usiadł na zwykłym sobie miejscu. Po prostu spojrzał na kobietę, zbierając się na odwagę.
– Prosiła pani, bym przyszedł, jeśli znowu będę miał jakiś problem – odezwał się, a hipokryzja podrapała go w podbródek. W sprawie utraty pamięci jakoś nie zwrócił się do niej. Ale to było jednak coś zupełnie innego. Tam chodziło wyłącznie o jego prywatne życie, tymczasem tutaj sprawa dotyczyła wydarzeń w szkole.
Za wszelką cenę starał się przekonać samego siebie, że to prawda.
– Zgadza się – odparła McGonagall, siadając za biurkiem, a na jej twarzy już bez skrępowania odmalował się niepokój.
– Sam nie wiem od czego zacząć – powiedział Scorpius, przeczesując włosy. – Na Runach jest jedna Krukonka, Elizabeth Nash, która strasznie zaczęła się mnie czepiać. Łaziła za mną, groziła, że zrobi wszystko, by usunięto mnie ze szkoły i inne takie. Starałem się ją ignorować, nie dawałem się sprowokować. To się tak ciągnęło od początku semestru. Aż do ostatniego czwartku, kiedy na korytarzu przed biblioteką źle się poczułem, akurat w chwili, kiedy ona była w okolicy i zaczęła wieszać na mnie psy.
Z każdym jego słowem widział, jak zmarszczki na twarzy dyrektorki się pogłębiają. Domyślał się, jak czarne scenariusze rodzą się teraz w jej umyśle. Choć miał szczerą ochotę nagiąć nieco rzeczywistość, to wiedział, że jeśli McGonagall będzie przepytywać Nash, to ich wersje wydarzeń muszą się maksymalnie pokrywać.
– Akurat pojawił się tam Albus i odebrał jej różdżkę – kontynuował Ślizgon i nieświadomie zaczął krążyć po gabinecie. – Był naprawdę wściekły, myślał, że to Nash zrobiła mi jakąś krzywdę. To go wyprowadziło z równowagi do tego stopnia, że złamał jej różdżkę. Dziewczyna uciekła, a ja przez kilka dni miałem u siebie tę jej zepsutą różdżkę i nie wiedziałem, co z nią zrobić.
To było to, zaraz będzie musiał się przyznać do jednego ze swoich przekrętów, a takie wyznania zawsze przychodziły mu z wielkim trudem. Wziął jeszcze jeden głęboki wdech i pociągnął.
– Aż w końcu wykorzystałem naiwność pani Skamander, dzięki czemu trafiłem do Olivandera na Pokątnej, który ją naprawił.
Scorpius wyraźnie widział, jak na te słowa niepokój na twarzy dyrektorki zostaje zastąpiony przez gniew.
– Naiwność? – zapytała krótko.
– Wiem, że pani nie pochwala podobnych metod, ale intencje miałem dobre. Liczyłem, że jeśli wykażę dobrą wolę i naprawię jej różdżkę, to zakończę ten niedorzeczny konflikt. Może mi pani wlepić nawet miesiąc szlabanu, ale proszę mi dać dokończyć, bo to nie w tym jest problem.
– Ja tu już widzę przynajmniej kilka problemów, ale mów dalej.
Scorpius pokiwał głową.
– Powiedziałem o tym wszystkim, żeby wyjaśnić, co dziś wieczór robiłem w damskiej toalecie na szóstym piętrze. Po prostu szukałem Nash, żeby oddać jej tę nieszczęsną różdżkę. Widziałem, jak tam weszła, więc czekałem na korytarzu. A wtedy zobaczyłem, że wchodzi tam również jej brat Timothy. Wydało mi się to bardzo dziwne i dlatego postanowiłem sprawdzić, co się dzieje. A kiedy znalazłem się w środku, zobaczyłem jak ten drań ją uderzył. Ogólnie był bardzo agresywny i nieprzyjemny. Przypuszczam, że zrobiłby dużo więcej, gdyby mnie nie zobaczył. To nie jest moja sprawa i może nie powinienem się mieszać, ale wyraz twarzy tej dziewczyny, to jak reagowała… – Scorpius potarmosił włosy, a potem spojrzał poważnie na dyrektorkę. – To nie był pierwszy raz. Zresztą ze słów jakie usłyszałem, można przypuszczać, że nie chodzi tylko o Timothy'ego, ale także o ojca Elizabeth. Oni się nad nią znęcają, pani profesor.
Widział jak dyrektorka gwałtownie pobladła. W gabinecie zapadła nieprzyjemna cisza, przerywana jedynie tykaniem zegara, aż w końcu McGonagall lekko drżącą ręką zdjęła okulary i pomasowała palcami nasadę nosa.
– To bardzo poważna sprawa i bardzo poważne oskarżenie.
– Wiem, co widziałem – odparł szybko Scorpius, tknięty nagłą myślą, że dyrektorka mu nie uwierzy. Ta jednak pokręciła głową.
– Absolutnie nie zamierzam podważać prawdziwości twoich słów. Ufam, że naprawdę było tak, jak mówisz i bardzo dobrze, że przyszedłeś z tym do mnie.
Scorpius wzruszył ramionami.
– Jakoś nie mogłem tak po prostu zostawić tej sprawy.
– Doskonale cię rozumiem. Zajmę się tym. – Dyrektorka ciężko westchnęła, na powrót założyła okulary i już znacznie bardziej zdecydowanym głosem dodała. – Wracaj do dormitorium.
– Co pani zamierza?
– Jeszcze nie wiem. Na pewno porozmawiam z profesorem Flitwickiem, a także z samą Elizabeth. Ale z uwagi na wasze wzajemne stosunki, uważam, że twoja obecność tutaj nie byłaby dobrze odebrana.
Z tym stwierdzeniem Scorpius nie mógł się nie zgodzić.
– Jeśli będę potrzebny…
– Na pewno wrócimy do tego tematu – stwierdziła McGonagall, wstając z fotela. – Dziękuję, że mi to opowiedziałeś, ale teraz idź już do dormitorium. Czeka mnie pracowita noc.
Ślizgon uśmiechnął się gorzko, po czym pożegnał dyrektorkę i razem z nią wyszedł z gabinetu.
Leżąc w łóżku, Scorpius patrzył w sufit i wciąż w głowie odtwarzał treść rozmowy z dyrektorką. Wiedział, że na pewno mu nie odpuści tego przekrętu z różdżką. Zapewne czeka go jeszcze wiele ciekawych wieczorów w podziemiach domu pani Skamander. Rykoszetem pewnie zarobi również Albus, ostatecznie nawet w słusznej sprawie, to łamanie czyichś różdżek wykraczało daleko poza ramy regulaminu.
Na tę myśl Scorpio poderwał się do pozycji siedzącej i spojrzał na zegar. Było już po pierwszej. Trochę późno, ale lepiej nie czekać do rana. Sięgnął po lusterko i wezwał Gryfona. Dopiero po trzecim zawołaniu w odbiciu ukazała się zaspana twarz Albusa.
– Co się dzieje? – zapytał pół przytomnie.
– Byłem u McGonagall – szepnął Ślizgon, na tyle cicho by nie obudzić współlokatorów.
W kilku zdaniach opowiedział mu czego był świadkiem i o swojej rozmowie z dyrektorką. Kiedy skończył, Potter był już całkiem obudzony.
– Może cię wezwać, bo byłeś w to wmieszany – ciągnął Scorpius. – Ani słowa o mojej pamięci. Po prostu źle się poczułem, może zaszkodziło mi coś z kolacji. Jasne?
Widział, jak na uczciwej twarzy Gryfona odmalowują się wątpliwości.
– Może powinieneś jej powiedzieć.
Ślizgon zacisnął zęby, czuł jak cierpliwość znów go opuszcza.
– Mówiłem ci, dlaczego nie mogę.
– Wiem, ale…
– Tu nie ma „ale", Potter. Jeśli rzeczywiście odkryłem, coś złego, to postawię McGonagall w bardzo trudnej sytuacji. Najpierw dowiem się, co zapomniałem, a potem zdecyduję czy iść z tym do dyrektorki.
Niechętnie, ale ostatecznie Albus pokiwał głową.
– Zaszkodził ci nadmiar gorącej czekolady, poprawiony oliwkami – rzucił z rezygnacją.
– Dzięki – stwierdził Scorpio, uśmiechając się z przekąsem.
– Mam nadzieję, że nie będę tego żałował.
– Wykaż trochę zaufania.
Albus wywrócił oczami.
– Prosisz, bym zaufał Ślizgonowi. Bardzo ryzykowne.
Scorpius zaśmiał się cicho i zerwał połączenie, a potem z powrotem położył się na łóżku. Naprawdę chciałby zasnąć, ale gonitwa myśli nie dawała mu spokoju. Wciąż zastanawiał się czy postępuje słusznie, czy mieszanie się w prywatne sprawy rodziny Nash nie sprowadzi na niego kolejnych kłopotów. Zapewne tak będzie, ani Elizabeth, ani tym bardziej jej braciszek, nie puszczą mu tego płazem. Mógł jedynie liczyć, że będą się zbyt obawiać reakcji McGonagall, żeby zdecydować się na otwartą konfrontację. Niewielka to pociecha, ale jedyna jaką obecnie miał.
Ale mimo tych czarnych myśli, gdzieś w głębi czuł specyficzną satysfakcję. Bardzo chciałby zobaczyć minę tego drania Timothy'ego, kiedy McGonagall wezwie go na dywanik. Zapewne będzie próbował zwalić winę na Elizabeth, albo spróbuje zarzucić Scorpiusowi kłamstwo. Jednak w przypadku tego ostatniego przynajmniej wiedział, że na przestrzeni ostatnich miesięcy zasłużył sobie na zaufanie dyrektorki. W konfrontacji jego słowo, przeciwko słowu Nasha, Krukon pozostawał bez szans.
A potem przeszedł go nieprzyjemny dreszcz. Nash miał już siedemnaście lat, więc według prawa był dorosłym czarodziejem. Jeśli to pójdzie wyżej, jeśli zainteresuje się tym Ministerstwo, to nie będzie traktowany jak dziecko. Czy za podobne czyny można trafić do Azkabanu?
Przez jedną krótką chwilę, Scorpius zwątpił w słuszność swoich czynów, ale potem przypomniał sobie pełne rezygnacji spojrzenie Elizabeth i wszystkie wątpliwości go opuściły. Ten drań po wielokroć zasłużył na każdą karę, jaka zostanie mu wymierzona.
Jak różnie potrafią się ułożyć losy i stosunki w rodzinie. Scorpius mógł nie przepadać za Jamesem Potterem, ale nie potrafił sobie wyobrazić, by ten podniósł rękę na Lily czy Rose. Prędzej by sobie tę rękę odciął.
Scorpio uśmiechnął się do własnych myśli, a potem wreszcie odpłynął w senne odrętwienie.
Poranek przyszedł stanowczo za szybko i Scorpius z trudem zwlekł się z łóżka.
– Wyglądasz jak zwłoki – skomentował Zachary. – Do której koczowałeś w bibliotece?
– Nie chcesz wiedzieć – mruknął Scorpius, przecierając twarz.
Wiedział, że prędzej czy później będzie musiał opowiedzieć o tym, co zaszło, ostatecznie obiecał nie wciskać im kitu. Jednak teraz zwyczajnie nie czuł się na siłach, zwłaszcza, że jego opowieść natychmiast pociągnie za sobą setkę dodatkowych pytań.
– Powinieneś zacząć dbać o siebie. Jak będziesz nas reprezentował w takim stanie?
Scorpio jęknął w duchu. Zupełnie zapomniał, że dopiero co zgodził się na tę nader zaszczytną funkcję.
– A myślisz, że po co tyle siedzę nad książkami? – stwierdził, podnosząc się z łóżka. – Nie chcę dać plamy.
– Jak się pochorujesz, to raczej nic dobrego z tego nie wyjdzie – dodał od siebie Karl.
– Odczepcie się – mruknął Scorpius i uciekł pod prysznic, żeby nie słuchać ich marudzenia.
Umyty i ubrany w czyste ciuchy czuł się już bardziej przytomnie, przynajmniej na tyle, by z chłopakami pójść na śniadanie i nie wywoływać w nich dalszej potrzeby dbania o jego zdrowie.
Kiedy razem weszli do pokoju wspólnego niemal od razu dostrzegli siedem postumentów ustawionych niedaleko wejścia. Na każdym z nich stała niewielka skrzynka z numerem odpowiadającym kolejnym rocznikom nauki, a obok sterta karteczek i pióro.
Widząc to, Karl i Zack podeszli do tej z numerem cztery, wzięli po karteczce i bez większego wahania obaj zapisali na nich nazwisko Scorpiusa, a potem wrzucili do urny. Obaj uśmiechali się przy tym w bardzo ślizgoński sposób, co Scorpio skomentował tylko teatralnym wywróceniem oczami. Sam nie zamierzał głosować, w obecnej sytuacji nie miało to najmniejszego sensu. Co więcej zauważył, że wielu Ślizgonów z innych lat również bacznie mu się przygląda. Zapewne zdawali sobie sprawę, że to właśnie z nim będą rywalizować, co najwyraźniej nie napawało ich optymizmem. Tym jednak nie zamierzał się teraz przejmować. Zamiast tego ruszył do wyjścia, bo chciał zjeść śniadanie, zanim zaczną się lekcje.
Nie zdążył jeszcze na dobre wejść do Wielkiej Sali, kiedy dopadła do niego rozentuzjazmowana Lily, za którą kroczył znacznie mniej radosny Albus.
– Zgadnij kogo drugoroczni Gryfoni chcą wybrać na swojego reprezentanta? – zawołała dziewczynka, słabo kryjąc nutę samozadowolenia.
Scorpius nie zdołał powstrzymać złośliwego uśmiechu.
– Nie wątpię, że tym reprezentantem będzie Hugon Weasley.
Gryfonka wydęła policzki i chwyciła się pod boki.
– Jesteś wredny, Scorpio.
Ślizgon prychnął, a potem uśmiechnął się łagodniej i pacnął dziewczynę po rudej czuprynie.
– No przecież, wiem, że ciebie. Na pierwszy rzut oka widać, że pękasz z dumy.
– No pewnie! Jeszcze wczoraj wieczorem były wielkie debaty, a dziś widziałam jak uczniowie wrzucali swoje głosy. W ogóle nie wiem, po co to głosowanie ma trwać aż tydzień, jak już dziś wszystko będzie wiadome.
– Żeby potrzymać uczniów trochę w napięciu – stwierdził Zachary, zrównując się ze Scorpiusem. – Zresztą nie wszędzie sprawa jest taka prosta, popatrz na takich Krukonów, przy ich stole jest dzisiaj jakieś straszne zamieszanie.
Słysząc to, Scorpio odruchowo spojrzał w stronę stołu Ravenclawu, gdzie rzeczywiście nastrój był jakiś dziwny. Wiele osób ze sobą coś szeptało, ale praktycznie nikt się nie śmiał, za to wszyscy wyglądali na dziwnie przejętych. Ślizgon przeniósł spojrzenie na Albusa, który również patrzył na to z niepokojem. Tylko oni dwaj wiedzieli, że te rozmowy raczej nie są związane z olimpiadą. Najwyraźniej plotki szybko się roznoszą.
– A kogo u was wybrali? – zapytał Scorpio, chcąc odwrócić uwagę od Krukonów.
Albus wzruszył ramionami.
– To chyba oczywiste, że Rose. Nikt inny nie miał najmniejszych szans – mruknął, a potem dodał z jeszcze bardziej ponurą miną. – Zresztą Jamesa też wybrali, więc razem z wami będę grzał trybuny.
Scorpius skrzywił się w duchu. To z pewnością nie podbuduje samooceny Pottera.
– Ja też startuję – rzucił zwięźle.
Albus spojrzał na niego zaskoczony.
– A co z twoim szlabanem?
– McGonagall go uchyliła. Już kilka dni temu dała mi do zrozumienia, że mam startować.
Na to stwierdzenie Gryfon tylko smętnie przytaknął.
– Głowa do góry, Potter – zaśmiał się Zack, podchodząc i obejmując Albusa ramieniem. – Nie każdy jest rąbniętym kujonem, który życie spędza w bibliotece. Pomyśl, my się będziemy dobrze bawić, w czasie, kiedy oni będą się męczyć. Jeszcze będą nam zazdrościć.
Zachary jak chciał, to potrafił być niesamowity. Niby zazwyczaj robił za ślizgońskiego błazna, ale jak przyszło co do czego, to od razu wyczuł, w czym Potter ma problem. I zaradził na to swoim sposobem, obracając problem w żart. Metoda okazała się nader skuteczna, bo Albus również się uśmiechnął i przestał smęcić.
– Chodźmy wreszcie na to śniadanie, bo coś nie możemy dojść do stołu – wtrącił się Karl, wskazując jednocześnie na zegar.
Ślizgon miał rację, do pierwszych zajęć zostało im niecałe dwadzieścia minut, więc musieli się pośpieszyć. Ponieważ stół Slytherinu był już dość pusty, to Lily i Albus dołączyli do nich przy śniadaniu, co o dziwo, nie wzbudziło niczyjego zainteresowania. To dopiero była odmiana.
– Nie widziałem nigdzie Nash – szepnął Albus, akurat w chwili gdy Scorpius lustrował wzrokiem stół Krukonów. – Wydaje mi się, że nie przyszła dziś na śniadanie.
Ślizgon wzruszył ramionami.
– McGonagall miała z nią rozmawiać, trudno powiedzieć, jak to się skończyło.
– Inni musieli zauważyć jej nieobecność.
– Pewnie tak. Ciekawe, kiedy postanowią mnie za to oskórować – mruknął Scorpius popijając sok z dyni.
– Może nie powiążą cię z tym zajściem.
– Jakoś nie jestem optymistą w tej kwestii.
Nagle drzwi sali otworzyły się i do środka zdecydowanym krokiem weszła dyrektorka. Jej twarz była wyjątkowo sroga i pochmurna, a jednocześnie odciskało się w niej niesamowite zmęczenie. Najwyraźniej tej nocy w ogóle nie spała.
Wszystkie oczy zwróciły się w jej stronę, kiedy zbliżyła się do stołu Slytherinu.
– Pozwól ze mną, Scorpiusie – powiedziała tonem nie znoszącym sprzeciwu.
Ślizgon wymienił znaczące spojrzenie z Albusem, a potem popatrzył na zdumionych Karla i Zacka.
– Później wyjaśnię – rzucił do nich i posłusznie wstał, by podążyć za szybko idącą dyrektorką, odprowadzany zainteresowanymi spojrzeniami wielu uczniów. Ci niewątpliwie musieli sądzić, że znowu coś odwalił. Ile czasu zajmie im powiązanie tego faktu, ze zniknięciem kolejnej Krukonki. Scorpiusa przeszedł dreszcz na samą myśl, jak bardzo się to na nim odbije.
– Muffliato – szepnęła McGonagall, nim jeszcze wyszli z sali. – Dla dobra panny Nash lepiej, żeby nikt nas nie usłyszał. Nie potrzebujemy plotek.
– W Ravencalwie już wszyscy czegoś się domyślają. Strasznie byli dziś przejęci.
– Dwoje ich współdomowników nie wróciło na noc, to musi budzić niepokój. Niebawem przekażę ich prefektowi odpowiednie wyjaśnienie, by uspokoić nastroje.
Scorpius skinął głową, choć osobiście szczerze wątpił, by to wystarczyło. Naprawdę chciałby, żeby ominęło go całe to zamieszanie, ale oczywiście jak zwykle musiał znaleźć się w samym centrum. Poniekąd na własne życzenie.
– I co teraz?
– Postanowiłam całą sprawę zgłosić do Departamentu Przestrzegania Prawa, w moim gabinecie czeka auror, który chce cię przesłuchać w roli świadka.
Scorpius przełknął głośno ślinę. Miał nadzieję nie widzieć żadnego aurora, przez najbliższą dziesięciolatkę, najwyraźniej jednak i to nie było mu dane. Co więcej miał daleko posunięte przeczucie, że dla aurora jego słowa nie będą miały żadnej wartości, w końcu był Ślizgonem. Tą obawą jednak nie zamierzał dzielić się z dyrektorką, zwłaszcza, że ta wyglądała na pogrążoną w jakiś rozważaniach.
Przez dłuższą chwilę szli w milczeniu, którego Scorpius nie zamierzał przerywać, kiedy dziwnym głosem odezwała się McGonagall.
– Dlaczego uczniowie tak bardzo stracili wiarę w nauczycieli? – zapytała, choć Scorpio nie był pewien, czy to pytanie jest rzeczywiście skierowane do niego.
Dyrektorka westchnęła ciężko i pokręciła głową.
– A może to my przestaliśmy przykładać wagę do sygnałów, które powinny nas zaniepokoić. Dawniej w szkole było mniej uczniów, grupy nie były tak liczne, łatwiej było dostrzec coś niedobrego. Teraz z każdym rokiem rodzi się więcej magicznych dzieci. Ile z nich przeżywa podobne dramaty i nie znajduje żadnego wsparcia?
Kolejne pytanie na które Scorpius nie znał odpowiedzi. Sam dawniej również nigdy nie liczył na pomoc nauczycieli. Ci wydawali się mu ostatnimi z ludzi, którym chciałby się zwierzać ze swoich problemów. Jak było w przypadku uczniów z innych Domów? Nie umiał powiedzieć.
W końcu doszli do gabinetu i McGonagall wpuściła go do środka, po czym zamknęła za nim drzwi. Jeśli wcześniej uważał, że spotkanie z aurorem nie będzie przyjemne, to kiedy zobaczył, że tym aurorem jest Ronald Weasley, to już zupełnie zrobiło mu się gorzej. Mimo to włożył wiele wysiłku, by nie dać po sobie niczego poznać i wszedł do środka.
Pan Weasley nie wyglądał na zaskoczonego, więc McGonagall musiała go uprzedzić, zamiast tego zlustrował Ślizgona wzrokiem i wskazał mu miejsce przy biurku.
– Jak to jest, że kiedy coś złego dzieje się w szkole, to ty jesteś w to zamieszany? – zapytał, siadł na krześle obok i wyciągnął pergamin do notowania oraz samopiszące pióro.
Scorpius zagryzł zęby, powstrzymując pierwszą nasuwającą się odpowiedź. Wchodzenie w pyskówkę z aurorem raczej nic dobrego mu nie przyniesie.
– Nie jestem w to zamieszany – mruknął zamiast tego. – Po prostu znalazłem się w złym miejscu i czasie.
– Nawet nie wiesz, jak często słyszę tę odpowiedź. Ale do rzeczy, z tego co powiedziała pani dyrektor, w niedzielę wieczorem zakradłeś się do damskiej toalety na szóstym piętrze i zobaczyłeś kłótnię rodzeństwa Nash, zgadza się?
Scorpius czuł narastającą irytację, ale nie pozwolił, by gniew go zdominował.
– Nigdzie się nie zakradałem – warknął. – Czekałem na korytarzu, kiedy zobaczyłem, że wchodzi tam Timothy Nash. Wydało mi się to dziwne, więc poszedłem za nim. I wtedy usłyszałem ich kłótnię. Choć nie nazwałbym tego kłótnią, raczej Timothy wściekał się na siostrę, bo straciła różdżkę.
– Tę którą wtedy ty miałeś przy sobie?
Scorpio pokiwał głową.
– Albus złamał ją, kilka dni wcześniej. Naprawiłem ją i chciałem oddać. Zresztą zrobiłem to, kiedy było już po wszystkim.
– Długo trwała ta kłótnia?
– Nie, to było tylko kilka zdań wypowiedzianych w gniewie. A potem Timothy chwycił siostrę za włosy i pchnął ją w stronę umywalki, tak że rozbiła sobie głowę o lustro.
– Broniła się?
– Nie. Raczej biernie przyjmowała ciosy.
Widział jak wyraz twarzy aurora zmienia się nieznacznie. Scorpius zdał sobie sprawę, że jego młodszą siostrą jest matka Potterów. Łatwo było sobie wyobrazić, co teraz musi mu chodzić po głowie.
– Co było dalej?
Scorpius wziął wdech i pociągnął.
– Timothy jeszcze przez chwilę krzyczał coś o ich ojcu, a potem zmierzył się do kolejnego uderzenia. Wtedy wszedłem do pomieszczenia i mnie zobaczył.
– Zaatakował cię?
– Nie, wyglądał raczej na zaskoczonego. Potem zaczął mi grozić, a w końcu sobie poszedł.
– Co to były za groźby?
Scorpius wzruszył ramionami.
– Rzucił, że jeśli komuś powiem, co widziałem, to mnie zabije – stwierdził obojętnym tonem.
Po raz pierwszy na twarzy Weasley'a odmalowało się zdumienie.
– Nie przejąłeś się tym zbytnio, jak widzę.
Scorpius nie zdołał powstrzymać cienia ślizgońskiego uśmiechu.
– Nie pierwszy raz ktoś mi grozi, a zresztą nie boję się tego drania.
Auror zmierzył go dziwnym spojrzeniem.
– Odwaga godna Gryfona. Raczej nie odziedziczyłeś jej po ojcu.
Nagle Scorpius poczuł, jak wszystko zaczyna się w nim gotować. Dobrze wiedział, że Weasley nie cierpi jego ojca, miał jednak nadzieję, że w obecnej sytuacji, nie będzie poruszał tego tematu.
– Czy kwestia mojego pochodzenia ma tutaj jakiekolwiek znaczenie?! – warknął, nie kryjąc już złości.
– Tylko takie, że pozwala mi mocno wątpić w twoje słowa – syknął auror, na którego twarzy również odmalował się gniew. – Wytłumaczenie z różdżką jest bardzo wygodne, ale skąd mam wiedzieć, że nie byłeś w komitywie z Nashem. Jego siostra miała z tobą zatarg, może postanowiłeś odpowiednio ją zmotywować, by dała ci spokój, a teraz odpowiedzialność próbujesz zwalić na jej brata. Jeśli on ją zaatakował, co powstrzymało go przed zaatakowaniem ciebie? Naprawdę mam uwierzyć, że tak po prostu sobie poszedł. A jeśli nawet, to dlaczego przyszedłeś z tym do dyrektorki, skoro Elizabeth była z tobą skonfliktowana. Mogłeś to wykorzystać przeciwko niej. Taki obrót wydarzeń byłby ci bardzo na rękę, znacznie bardziej niż obecna sytuacja.
Scorpius poderwał się z krzesła i spojrzał na Weasley'a wzrokiem pełnym wściekłości.
– Znacznie bardziej w stylu Ślizgona, co?! – syknął. – Pewnie, to by się świetnie wpisywało w schemat, żebym ugadał się z Timothym, zastraszył jego siostrę, a potem wrobił go w całe zajście!
– Siadaj! – warknął auror.
– Nie zamierzam! Przez jedną krótką chwilę wydawało mi się, że będzie pan w stanie zrozumieć, dlaczego to zrobiłem. W końcu sam też ma pan młodszą siostrę. Ja nie mam, ale też nigdy nie podniosłem ręki na słabszych od siebie, wręcz przeciwnie to zwykle ja dostaję po głowie. I chociaż Elizabeth działa mi na nerwy bardziej niż ktokolwiek inny w szkole, to nie zamierzałem się biernie przyglądać jak ten osiłek się nad nią znęca! Nie wiem czemu mnie nie zaatakował, przypuszczam, że po prostu on atakuje tylko wtedy, kiedy ma pewność, że ofiara mu nie odda. A tak się składa, że od czasu śmierci Peggy White wszyscy Krukoni w szkole uważają mnie za mściwego, niebezpiecznego gada! Więc, tak, nie zaatakował mnie, bo bał się, że skończy jak White.
W gabinecie zapadła nieprzyjemna cisza od której Scorpiusowi aż szumiało w uszach. Czuł jak rozpiera go wściekłość, a jednocześnie coraz bardziej docierała do niego świadomość, że prawdopodobnie znowu naważył sobie paskudnego piwa. Ronald Weasley jeszcze trwał w szoku, ale zapewne niewiele czasu minie, nim przypomni sobie, że to on tutaj jest aurorem.
W końcu mężczyzna odchrząknął, po czym spojrzał w stronę zapisanego pergaminu.
– Wykreśl ostatnie dwa akapity – mruknął do pióra, które posłusznie wykonało polecenie. – Siadaj – powtórzył nieco spokojniej, wskazując na krzesło.
Scorpius wziął wdech, po czym na powrót usiadł.
– Zamierza postawić mi pan jakieś zarzuty?
– Nie – mruknął niechętnie mężczyzna, wciąż na niego nie patrząc. – Twoja wersja pokrywa się z tymi przedstawionymi wcześniej przez rodzeństwo Nash, a przynajmniej z tą opowiedzianą przez Elizabeth, bo Timothy nie zamierzał współpracować.
Scorpius nic nie odpowiedział, czuł tylko jak boleśnie zaciska zęby.
– Co się wydarzyło, kiedy Timothy wyszedł z łazienki?
– Wyleczyłem skaleczenie na głowie Elizabeth, oddałem jej różdżkę i poszedłem do dormitorium. Chciałem po prostu iść spać, ale w końcu doszedłem do wniosku, że dyrektorka powinna się o tym dowiedzieć.
– Czy od tamtego czasu widziałeś, któreś z rodzeństwa Nash?
– Nie.
– A czy ktoś inny nagabywał cię w tej sprawie?
– Nie.
– Jesteś wolny, możesz iść – skwitował Weasley. – Może zajść konieczność powtórnego złożenia zeznań, ale wtedy dostaniesz odpowiednie powiadomienie z Biura Aurorów – zakończył oficjalnie.
Scorpius bez słowa wstał z krzesła i ruszył w stronę drzwi.
– Malfoy – zawołał za nim Weasley, a kiedy Ślizgon się odwrócił, dodał ponurym tonem. – Rzeczywiście jesteś strasznie podobny do ojca, kiedy był w twoim wieku. Ale tylko z wyglądu.
Na usta Scorpiusa cisnęły się paskudne słowa, ale powstrzymał się, odwrócił na pięcie i wyszedł z gabinetu.
Na korytarzu zobaczył profesor McGonagall rozmawiającą z panią Skamander. Nie chciał jednak teraz dyskutować o tym, co zaszło przed chwilą. Czuł, że nie zdołałby powstrzymać emocji. Dlatego po prostu skinął głową obu kobietom i szybkim krokiem poszedł w stronę sali, gdzie już na pewno zaczęły się zajęcia z Zaklęć.
Kiedy usiadł w ławce, przepraszając za spóźnienie, zobaczył pytające spojrzenia Karla i Zacka, ale rzucił im tylko bezgłośne „później" i pogrążył się w nieprzyjemnych rozmyślaniach. Wciąż wracały do niego słowa usłyszane od aurora, słowa, które tak bardzo przypominały o wszystkim, co było paskudne w noszeniu zielonych szat. Czasami naprawdę nienawidził tego, że należał do Slytherinu, czasami udawało mu się nawet zapomnieć, że większość świata uważa go za kłamliwą, ślizgońską gnidę. Dzięki Potterowi, dzięki McGonagall, był po prostu Scorpiusem, bez całej tej parszywej otoczki. Ale to była tylko iluzja, co właśnie zostało mu brutalnie przypomniane. Jeśli przez chwilę miał nadzieję, że jest w stanie to zmienić, że jego wybory mają znaczenie, to dzisiejszy dzień udowodnił mu jak bardzo jest w błędzie. Jakkolwiek by się nie starał, jakich wyborów by nie podjął, dla świata zawsze pozostanie wężem.
