Witajcie kochani,

przyznaję, że z uwagi na obecną sytuację, bardzo ciężko było mi się zmotywować, żeby usiąść i cokolwiek dla Was przygotować. Mam świadomość, że w efekcie ten rozdział nie jest tak dopracowany, jakbym sobie tego życzyła, ale obawiam się, że na więcej mnie nie stać. Nie jestem niestety w stanie powiedzieć, kiedy pojawi się następny, nie chcę obiecywać, że będzie to w kwietniu, bo psychicznie jestem trochę zbyt wykończona. Niemniej zrobię co w mojej mocy.

Mam jednocześnie nadzieję, że poniższy rozdział sprawi Wam choć odrobinę radości i pozwoli oderwać się od pandemicznej rzeczywistości.

Na koniec zaś życzę Wam wszystkim dużo zdrowia i wytrwałości.


Rozdział XXVIII

Scorpius polał chochlika jedną kroplą eliksiru chwilowej niepamięci. Istotka, która dotychczas szybko latała w klatce, otrzepała się gwałtownie, a potem zamarła w bezruchu i zaczęła rozglądać się po otoczeniu zdezorientowanym spojrzeniem.

Albus, który był wraz z nim w Pokoju Życzeń, przyglądał się temu z bardzo niepewną miną.

– Spokojnie, nie robię mu krzywdy. Działanie tego eliksiru minie samo za kilka godzin – wyjaśnił Ślizgon. – A tymczasem ty będziesz mógł na nim trenować. Musisz sprawić, żeby odzyskał pamięć.

– A jeśli ja coś mu zrobię?

Scorpio wywrócił oczami.

– Przypominam ci, że większość czarodziejów traktuje chochliki jak szkodniki i truje je bez cienia wahania. Ale jeśli masz opory, to obiecuję, że jeśli coś mu zrobisz, to odstawię go z powrotem do profesor Skamander.

Gryfon popatrzył na niego podejrzliwie.

– Zakładam, że ona nie wie, że go pożyczyłeś.

Scorpio uśmiechnął się lekko.

– Za to Smilthon osobiście dał mi eliksir – rzucił z nutą rozbawienia.

– Ta, i na pewno wiedział do czego będziesz go używał.

– Oj, nie czepiajmy się szczegółów – Scorpius zbył przyjaciela gestem ręki.

Albus skrzyżował ręce na piersi.

– Przypominam ci, że ostatnim razem, kiedy robiłeś takie rzeczy, ja wyleciałem w powietrze.

Ślizgon wywrócił oczami.

– Marudzisz, zamiast brać się do roboty. Jeśli sądzisz, że w ten sposób się wykręcisz, to jesteś w błędzie.

– Nie wykręcam się.

Scorpio zmierzył go niedowierzającym spojrzeniem, a potem spoważniał.

– Wiesz, że mogę liczyć tylko na ciebie. Muszę odzyskać te wspomnienia, a nie mogę tego zrobić sam.

Proszenie o coś zawsze przychodziło Scorpiusowi z dużą trudnością. Nie lubił być uzależniony od czyjejś dobrej woli, ale tutaj akurat nie miał innego wyjścia. Wydawało mu się, że Albus to rozumie, jednak widząc niepewną minę Gryfona, zaczynał tracić nadzieję.

– A może… – mruknął Potter – może poprosimy Rose, ona jest dużo lepsza…

– Nie ma mowy – warknął Scorpius. Po ostatniej rozmowie z jej ojcem, naprawdę wolał trzymać się od Gryfonki jak najdalej. Nigdy w życiu nie zgodziłby się, żeby dowiedziała się o całej sprawie. – Prędzej poprosiłbym Nash, żeby mieszała mi w głowie – dodał ze złością.

Albus spojrzał na niego dziwnie, najwyraźniej nie rozumiejąc skąd taka gwałtowna reakcja.

Scorpius potarmosił włosy i zaczął krążyć po pokoju.

– Wczoraj jej ojciec był w szkole i jako auror przepytywał mnie w sprawie Elizabeth. To nie była miła rozmowa. Tobie ufam, Weasley'om jakoś nieszczególnie. Dlatego jeśli zamierzasz zwierzać się z tego Rose, to najlepiej już teraz zapomnijmy o całej sprawie. Znajdę inny sposób.

Albus westchnął ciężko. Nadal nie wyglądał na przekonanego, ale ostatecznie wyciągnął różdżkę i spojrzał na klatkę z chochlikiem.

– To co mam robić?

Scorpius jeszcze przez moment przyglądał się Gryfonowi, a potem wrócił na swoje miejsce i sięgnął po książkę, w której już wcześniej znalazł odpowiednią formułę.


Przez następne dni jego popołudnia wyglądały tak samo, najpierw dwie godziny w piwnicy profesor Skamander, u której zostało mu jeszcze kilka dni do odrobienia, a potem wieczór w Pokoju Życzeń z Albusem. Jednocześnie z uwagi na zaistniałą sytuację, McGonagall odwołała w najbliższym tygodniu ich wspólne zajęcia, co w sumie było mu nawet na rękę, zwłaszcza, że i bez tego czuł się wykończony tak fizycznie, jak i psychicznie. Niewiele sypiał, niewiele jadł, a dodatkowo musiał odkrywać w sobie nowe pokłady cierpliwości, kiedy zupełnie tracił ją Albus. Gryfon naprawdę starał się sprostać oczekiwaniom, ale nawet dla Scorpiusa rzucenie podobnego zaklęcia byłoby sporym wyzwaniem. Wiedział, że minie wiele czasu nim Potter odważy się go użyć na Ślizgonie.

Karl i Zack, wtajemniczeni w sytuację z rodzeństwem Nash, szybko zrozumieli, że nie jest to temat, na który powinni publicznie dyskutować. Sprawa była delikatna, a jej zakończenie wciąż niepewne. Z tego co Scorpius zdołał się dowiedzieć, to tymczasowo, do czasu wyjaśnienia sprawy przez Ministerstwo, Timothy został zawieszony i odesłany do domu. Natomiast Elizabeth pozostała w szkole, choć nie pojawiła się na zajęciach z Run, a Scorpio nie widział jej również w czasie posiłków. Nie żeby jakoś specjalnie tęsknił za jej obecnością, ale gdzieś podświadomie zastanawiał się, jak odebrała całe to zamieszanie wokół własnej osoby. Nie wiedzieć czemu, był przekonany, że bez względu na finał, nie będzie chętna mu za to podziękować.


Nastała kolejna niedziela, a wraz z nią ogłoszenie wyników wyborów reprezentantów. Wszyscy uczniowie stłoczyli się w Wielkiej Sali, pojawiło się tam również niemal w komplecie całe grono pedagogiczne, na którego czele ponownie stała pani Hooch z pergaminem w dłoni. Gestem ręki poprosiła zebranych o ciszę, a kiedy ta zapadła, przemówiła zdecydowanym tonem.

– Zapewne większość z was domyśla się, kto zostanie dziś wybrany, ale żeby formalności stało się zadość, teraz odczytam nazwiska wszystkich reprezentantów. Wyczytanych proszę o wyjście na środek. Na pierwszym roku z Gryffindoru wybrany został…

Poleciały kolejne nazwiska i kolejni uczniowie zaczęli czwórkami ustawiać się przed panią Hooch. Scorpius widział między innymi mocno stremowaną Lily, a niedługo później stającą nieco dalej Rose. Kiedy usłyszał własne nazwisko, poczuł jak Karl klepie go w ramię, po czym ruszył w stronę przodu sali. Choć wszystkie wybory były nagradzane brawami, to nie mógł odeprzeć wrażenia, że w jego przypadku aplauz był bardziej stonowany. Może jego wybór nie dziwił specjalnie, ale też wiele osób nie pałało do niego specjalną sympatią. Na szczęście nie zamierzał się tym przejmować. Stanął obok Rose, która kiwnęła mu głową na przywitanie i spokojnie czekał aż ceremonia dobiegnie końca. Z drugiej strony stał niski Puchon, Alex Walters, a obok Krukon, który o ile Scorpius dobrze pamiętał, miał na imię Simon. Ani jeden, ani drugi nie wyróżniał się jakoś specjalnie na tle ich rocznika, więc cały ciężar nadchodzących zmagań zapewne spadnie na Scorpiusa i Rose.

Kiedy ostatni uczeń z siódmego roku dołączył do swojej grupy, pani Hooch zwinęła pergamin i stanęła pośród wybranych.

– W przyszłą niedzielę odbędzie się pierwszy, inauguracyjny konkurs. Tematyką będzie zielarstwo. Każda z grup otrzyma do rozwiązania zadanie dostosowane do ich wieku i poziomu umiejętności, jaki powinni posiadać. Jury będzie oceniać posiadaną wiedzę, jej zastosowanie, a przede wszystkim umiejętność współpracy i pomysłowość. Każdy rocznik zostanie oceniony w skali od zera do dwudziestu punktów. Zaznaczam, że nie będą oceniani poszczególni uczniowie, ale całe drużyny.

Przez następne dwa tygodnie, co drugi dzień po obiedzie będą się odbywać kolejne zawody, poświęcone innej dziedzinie nauki. Zwycięzcami olimpiady zostanie drużyna, która sumarycznie zdobędzie najwięcej punktów. Życzę uczestnikom powodzenia, a wszystkim pozostałym wielu ekscytujących momentów.

Ostatnie zdanie wypowiedziane przez panią Hooch zostało nagrodzone gorącym aplauzem ze wszystkich czterech stołów. Przynajmniej w tej jednej kwestii wszyscy zdawali się być zgodni, zapowiedź nadchodzącej imprezy budziła powszechny entuzjazm.

Chcąc nie chcąc atmosfera udzieliła się również samym uczestnikom, bo niektórzy zaczęli machać do reszty uczniów, gwizdać i klaskać. Scorpius jakoś nie był specjalnie chętny do tego dołączać. Wręcz przeciwnie, nie czuł się zbyt dobrze będąc w centrum zainteresowania. W jego przypadku to zazwyczaj nie kończyło się dobrze. Mógł mieć nadzieję, że tym razem będzie inaczej.

– Jak u ciebie z zielarstwem? – mruknął tymczasem do Rose.

– Wyśmienicie – odparła pewnie, spoglądając na niego kątem oka.

Aha, czyli czytając między wierszami, była w tym równie przeciętna jak Scorpius. A tydzień wydawał się trochę zbyt krótkim czasem, by nadrobić wszystkie zaległości. Cóż, będą musieli improwizować.

Ślizgon zastanawiał się czy zna kogoś kto byłby w tym rzeczywiście biegły, ale jakoś nikt nie przychodził mu do głowy, choć skanował wzrokiem całą salę.

I wtedy ją dostrzegł. Elizabeth Nash siedziała na samym końcu stołu Ravenclawu i w odróżnieniu od pozostałych uczniów, jej wzrok był wbity w pusty blat przed sobą. Ogólnie wyglądała, jakby przeszła ciężką chorobę, miała podkrążone oczy i zapadnięte policzki. Długie włosy, choć jak zwykle związane w warkocz, wydawały się pozostawać w nieładzie. Nie było wątpliwości, że ostatnie dni odcisnęły na niej mocne piętno.

W jednej chwili Scorpiusa opuściło dobre samopoczucie. Stał pośród oklasków i radosnych okrzyków, ale miał wrażenie, że otacza go głucha cisza. Ponownie dopadło go poczucie, że znowu postąpił źle, że znowu wyrządził komuś krzywdę. Czy teraz Nash będzie chciała się na nim zemścić? Czy spróbuje go przekląć jak White? A może znajdzie jeszcze gorszy sposób, żeby się na nim odegrać. I czy on mógł cokolwiek zrobić, żeby temu zaradzić?


Ceremonia dobiegła końca i w Wielkiej Sali zrobiło się spore poruszenie. Część uczniów zaczęła podchodzić i rozmawiać z reprezentantami, część wciąż siedziała i dyskutowała przy stołach, a jeszcze inni zaczęli rozchodzić się do swoich Dormitoriów.

Scorpius widział kilka osób, które ewidentnie zmierzały w jego stronę, ale zignorował je i szybkim krokiem ruszył wzdłuż stołów. Nie zdziwiło go, gdy na końcu stołu Krukonów nie zobaczył już Elizabeth. Kiedy jednak wyszedł na korytarz, dostrzegł w oddali jej sylwetkę. Szła szybko w stronę Wieży Ravenclawu. Puścił się za nią biegiem, zanim zdążyła dojść do tej części zamku, gdzie nie mógłby już wejść.

– Nash! – zawołał, kiedy był kilka kroków za nią. Dziewczyna stanęła gwałtownie i odwróciła się wyraźnie zaskoczona. Przez moment w konsternacji patrzyła na Ślizgona, a potem zdziwienie przeszło w gniew.

– Czego chcesz? – warknęła.

Dobre pytanie, sam nie był do końca przekonany, co tak w ogóle zamierzał zrobić. Przeprosić? Niby za co, przecież postąpił właściwie. Zapytać o jej stan? Nie musiał pytać i bez tego widział, że było z nią źle.

– Zadręczając się, sprawisz, że on wygra – stwierdził w końcu.

Krukonka zacisnęła pięści, a jej ręce wyraźnie zadrżały.

– Nie potrzebuję takich rad. Nic ci do tego, co robię.

– Ach tak, czyli kiedy to ty wchodzisz w czyjeś życie z butami, to jest w porządku, ale odwrotna sytuacja już ci nie odpowiada – rzucił, zanim zdołał powstrzymać swój niewyparzony język.

– Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co zrobiłeś?! – krzyknęła, podchodząc do niego bliżej, jednocześnie sięgnęła po różdżkę, dotychczas schowaną w kieszeni.

Scorpius jednak nie zamierzał się cofnąć, szczerze zresztą wątpił, by w tym stanie psychicznym potrafiła rzucić choćby jedno skuteczne zaklęcie.

– Z mojego punktu widzenia to pozbyłem się psychopaty ze szkoły.

Dziewczyna wyglądała tak, jakby chciała go uderzyć. Jej ręce drżały coraz silniej, a oczy płonęły niczym nieskrępowaną nienawiścią. Nagle jednak odwróciła spojrzenie i pokręciła głową.

– Zostało mi sześć miesięcy. Sześć cholernych miesięcy, żebym skończyła siedemnaście lat i uwolniła się od nich. A teraz… – skrzywiła się wyraźnie. – A teraz… Teraz to bez znaczenia, bo musiałeś polecieć do McGonagall. Jesteś zadowolony? Zdołałeś się na mnie odegrać i nie złamałeś przy tym nawet regulaminu szkoły. Musisz czuć ogromną satysfakcję.

Scorpius patrzył na dziewczynę niedowierzająco.

– Nie zrobiłem tego z zemsty – rzucił, choć nie sądził, by mu uwierzyła.

I rzeczywiście Nash tylko parsknęła, w marnej imitacji śmiechu.

– Jasne, bo uwierzę, że kierowała tobą gryfońska szlachetność. Może zaraziłeś się nią od Pottera? W końcu on zachowuje się jak rasowy Ślizgon. Jesteście siebie warci.

– Myśl co chcesz. Poszedłem do McGonagall, bo już raz próbowałem załatwić problem na własną rękę i nie skończyło się to dobrze. Teraz możesz się wściekać, ale jeśli sądzisz, że oni tak po prostu pozwoliliby ci odejść, to jesteś naiwna. Widziałem, jak patrzyłaś na Timothy'ego i nie wierzę, że znalazłabyś w sobie odwagę, żeby mu się sprzeciwić. A nawet jeśli, to skończyłabyś znowu z rozbitą głową.

Widział, jak dziewczyna silnie zaciska zęby. Mogła być wściekła, ale nie mogła zaprzeczyć prawdziwości jego słów. Przed światem udawała silną, jednak tak naprawdę była bezbronną ofiarą. I chyba bardzo nie podobała jej się perspektywa, że on ma tego świadomość. Nikt nie chciałby ujawnić podobnej słabości przed kimkolwiek, a już na pewno nie przed Ślizgonem.

– Czego chcesz za milczenie? – zapytała nieco spokojniej, bardziej z rezygnacją.

Scorpius tylko pokręcił głową. Domyślał się, jakie czarne scenariusze podpowiada jej wyobraźnia i może jeszcze jakiś czas temu pewnie wykorzystałby to bez cienia wahania. Teraz jednak wyrósł już z podobnych zagrywek.

– Powiedziałem już, że chcę tylko byś odczepiła się ode mnie. Niczego więcej od ciebie nie potrzebuję.

Krukonka spojrzała na niego dziwnie.

– Przecież już wcześniej powiedziałam, że dam ci spokój. Nie musiałeś…

– Musiałem – wszedł jej w słowo. Postąpił krok do przodu, tak że teraz stali naprzeciwko siebie, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Z tej odległości widział wszystkie plamki na jej tęczówkach. – Bo nikt inny by tego nie zrobił. Powiedz, jak długo to trwało? Rok? Dwa? Naprawdę żadna z twoich przyjaciółek nic nie zauważyła, a może po prostu bały się twojego brata.

Krukonce już całkiem mina zrzedła. Patrzyła na niego tak, jakby każde kolejne słowo odbierało jej resztki złudzeń.

– A ty się niby nie boisz?

Scorpius wzruszył ramionami.

– Gdybym zawsze uciekał, nie byłoby mnie dziś tutaj. – Przeczesał dłonią włosy. – Nie potrzebuję mieć w tobie wroga. Mam dość własnych problemów. Możesz w to wierzyć lub nie, ale poszedłem do McGonagall, bo uważałem, że tak trzeba. Nie z zemsty, nie z chęci ugrania czegoś dla siebie, ale dlatego, bo to po prostu trzeba było zrobić.

Elizabeth prychnęła cicho.

– Trzeba… – mruknęła, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę własnego Dormitorium. Scorpius jej nie zatrzymywał. Powiedział, co miał do powiedzenia, resztę musiała przetrawić sama.

Odprowadził Krukonkę wzrokiem, a potem odwrócił się i ruszył do pokoju wspólnego Slytherinu. Tam, co nie trudno było przewidzieć, czekali na niego inni uczniowie z jego roku. Kiedy tylko wszedł do środka, kilka zaciekawionych spojrzeń zatrzymało się na nim.

– Wróciła gwiazda Ślizgonów – zakpił Zachary, który siedział przy kominku z niedzielnym wydaniem Proroka w ręku. – Czyżby już natrętne fanki nie dawały ci żyć i musisz chować się po kątach?

Scorpius tylko wywrócił oczami. Nie chciało mu się wchodzić w dyskusję z blondynem, wciąż czuł się jeszcze zbyt rozdrażniony ostatnią konfrontacją z Nash. Ta dziewczyna naprawdę z łatwością potrafiła wyprowadzić go z równowagi. A co gorsza, widząc jej minę, nie potrafił odgonić myśli, że jednak nie postąpił właściwie. Może miała rację, może mieszając się, tylko dolał oliwy do ognia? Choć bardzo chciał wierzyć, że jest inaczej, nie mógł odegnać tej nieprzyjemnej myśli.

Z ciężką głową usiadł na jednym z wolnych foteli i przymknął oczy.

– Alex Walters i Simon Tarsky – odezwał się tymczasem Karl, przyciągając jego uwagę. – Popytałem trochę na temat tej dwójki, jak byliśmy jeszcze w Wielkiej Sali.

Scorpius otworzył oczy i spojrzał na kumpla, nie mogąc powstrzymać specyficznej nuty wdzięczności. Zajęty innymi sprawami, nie miał nawet głowy zbyt dużo myśleć o zbliżających się zawodach.

– Alex jest dobry z zielarstwa, a także Historii Magii – kontynuował Karl. – Więc nieźle powinien uzupełniać twoje braki, a także może się okazać przydatny przy najbliższej konkurencji. Simona wybrali chyba głównie dlatego, że jest szukającym w Quidditchu i ogólnie przyciąga uwagę dziewczyn.

Połowa pokoju wspólnego usłyszała głośne prychnięcie Zacharego.

– Naprawdę uważasz, że Krukoni byliby tacy małostkowi?

– Na szybko nie udało mi się poznać innej przyczyny, dla której miałby zostać wybrany, ale pamiętajmy, że to Krukon, więc pewnie nie bez powodu znalazł się w Ravenclawie.

Z tym stwierdzeniem Scorpius nie mógł się nie zgodzić.

– Poza tym macie w drużynie jeszcze tę wszystkowiedzącą Gryfonkę – dodał niespodziewanie Tobiasz, podchodząc do nich. Niski Ślizgon, który jak Scorpius miał wrażenie, był inicjatorem całej akcji wybrania go do zawodów, teraz przyglądał się ich trójce uważnie.

– Weasley jest mocna w gębie – stwierdził Scorpio. – Ma kompleks matki, która była prawdziwym geniuszem i ona też chce uchodzić za taką inteligentną, ale często to tylko puste gadanie.

– A skąd ty tyle o niej wiesz? – zapytała Alice, która w towarzystwie Natalie, również podeszła do kominka.

– Zapomniałaś, że on prowadza się z Gryfonami – upomniała ją druga Ślizgonka, z podstępnym uśmiechem odciśniętym na twarzy.

– Tobie akurat nic do tego, z kim się prowadzam – warknął Scorpius, który naraz poczuł się dziwnie osaczony. Nigdy nie przeszkadzało mu, że trzymał się na uboczu, a teraz to nagłe zainteresowanie Ślizgonów jego osobą, zaczynało być męczące.

– Spokojnie, Malfoy. – Natalie podniosła ręce w pojednawczym geście. – Stwierdziłam tylko fakt. Przecież wszyscy wiedzą, że kumplujesz się z Potterem, a ta Weasley to jego kuzynka, czy coś takiego.

– Coś takiego – mruknął Scorpius. Nawet przy Zacku i Karlu nie mówił zbyt chętnie o swojej przyjaźni z Potterem, choć oni wiedzieli o tym doskonale. Wywlekanie tego, gdy coraz więcej zainteresowanych spojrzeń zwracało się w ich stronę, było ostatnią z rzeczy, na jaką miał ochotę.

– Więc sugerujesz, że Weasley nie jest taka dobra, na jaką pozuje? – zapytała Alice.

Scorpio pokręcił głową.

– Jest dobra, czasami lepsza ode mnie, ale daleko jej do wszystkowiedzącej. Nie zaprzeczam jednak, że może się przydać w czasie zawodów – wyjaśnił, a potem dodał ze złośliwą nutą. – No chyba że pozabijamy się nawzajem, co wcale nie jest takie nieprawdopodobne, bo to irytująca dziewucha.

Słysząc to, Natalie nie zdołała powstrzymać chichotu.

– Myślałam, że jesteście przyjaciółmi – zasugerowała Alice.

– Merlinie, uchowaj – wzdrygnął się Scorpio. – Chodzimy razem na Runy i to mi w zupełności wystarcza.

– Czyli podsumowując – wtrącił się Zack. – Masz w drużynie jednego speca od zielarstwa, szukającego z ładną buźką i pannę przerośnięte ego. Nie wróżę wam wielkiego sukcesu.

Naraz Scorpius spojrzał na kumpla, tak jak to tylko prawdziwy Ślizgon potrafi.

– Zapomniałeś o jednej rzeczy – rzucił, wstając z fotela i kierując się w stronę wyjścia z pokoju wspólnego. – Jest w tej drużynie jeszcze pewien przebrzydły gad, który przypadkiem zna kilka niezłych zaklęć.


To był naprawdę ciężki tydzień dla Scorpiusa. Co prawda nie musiał już więcej chodzić do Skamander na odrabianie szlabanu, ale i tak ciężko mu było znaleźć wolną chwilę. Większość czasu spędzał w bibliotece, gdzie starał się w tydzień nadrobić cztery lata systematycznego olewania Zielarstwa, co było zadaniem tyleż żmudnym, co praktycznie niewykonalnym. Dodatkowo wieczory spędzał w Pokoju Życzeń, gdzie cierpliwie obserwował zmagania Albusa z pamięcią chochlika. Gryfon z każdym dniem i z każdym niepowodzeniem stawał się coraz cichszy i bardziej sfrustrowany, ale po prawdzie Scorpius miał głowę tak zajętą innymi tematami, że nie starczało mu wytrwałości, by jeszcze poprawiać samopoczucie Pottera.

Jedynym pozytywem był fakt, że przynajmniej Nash rzeczywiście dała mu spokój. Kiedy wszedł na zajęcia z Runów, nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem, a i po zajęciach nie próbowała go zaczepiać. Co prawda miał wrażenie, że to jedynie cisza przed kolejną burzą, ale nie zamierzał przyśpieszać biegu wydarzeń. Zresztą widział, że dziewczyna nie wróciła jeszcze do swojego butnego i pewnego siebie ja. Wciąż siedziała dziwnie cicha i jakby nieobecna. Najwyraźniej potrzebowała więcej czasu, żeby dojść do siebie, a Scorpius miał cichą nadzieję, że zajmie jej to odpowiednio długo.

Tymczasem dzień rozpoczęcia olimpiady zbliżał się wielkimi krokami i coraz rzadziej w Wielkiej Sali było słychać rozmowy na inny temat niż zawody. Wiedząc, jak wielkie jest związane z tym zamieszanie, Scorpius zdziwił się, gdy któregoś wieczoru dyrektorka wezwała go do siebie. Właśnie szedł do Pokoju Życzeń, kiedy przydybał go Filch i zaprowadził do gabinetu McGonagall.

Kiedy wszedł do środka, dyrektorka siedziała dosłownie zakopana w stosie pergaminów, mimo to przywitała go gestem głowy i wskazała na krzesło, a potem wyciągnęła jeden ze zwojów i rozwinęła.

– Co ja mam z tobą zrobić, Scorpiusie? – zapytała retorycznie, spoglądając na niego znad okularów. – Ledwo skończyłeś jeden szlaban, a ja w sumie powinnam ci nałożyć kolejne dwa tygodnie. Przynajmniej dwa, biorąc pod uwagę to całe zajście z różdżką panny Nash.

Scorpius skrzywił się w duchu. Gdzieś w głębi miał cichą nadzieję, że dyrektorka zapomni o tym incydencie. Jak zawsze w jej przypadku była to zupełnie płonna nadzieja.

– Wytłumacz mi może, jak masz jednocześnie startować w zawodach i odrabiać szlaban?

Scorpio wzruszył ramionami.

– Jakoś dam sobie radę, jak zwykle – mruknął niechętnie.

– Nie wątpię, ale jaki to jest przykład dla innych uczniów, żeby reprezentant roku, jednocześnie stale siedział na kolejnych szlabanach. Miałeś jasno powiedziane, że nie wolno ci wykorzystywać magii, tymczasem ty stale, z premedytacją łamiesz ten zakaz.

– To nie tak – żachnął się Ślizgon. – Naprawdę się staram. Po prostu... ech... zawsze jakoś samo wychodzi.

– I to ma cię usprawiedliwić?

Scorpius spojrzał w poważną twarz dyrektorki i pokręcił głową.

– Nie – mruknął.

– Jesteś zbyt lekkomyślny, Scorpiusie. Najpierw działasz, a potem myślisz. I mam wrażenie, że nadal zbyt rzadko bierzesz pod uwagę konsekwencje.

Scorpio jeszcze raz niechętnie pokiwał głową. Na usta cisnęły mu się różne słowa, którymi mógłby się usprawiedliwić, ale dobrze wiedział, że to tylko puste wymówki. McGonagall miała rację, jak zwykle.

– Postaram się bardziej – rzucił w końcu.

– Teraz skup się na zawodach. Chcę byś pokazał się w nich z jak najlepszej strony. I nie mówię tutaj tylko o samych czarach. Wiem, że przy twoich umiejętnościach to nie będzie stanowiło problemu. Twoje wyzwanie leży gdzie indziej.

Scorpius doskonale wiedział, co dyrektorka ma na myśli i jak zwykle dochodził do wniosku, że ma wobec niego olbrzymie oczekiwania. Zbliżająca się olimpiada nie była sprawdzeniem, kto potrafi lepiej korzystać z magii, ale kto potrafi lepiej współpracować. A to akurat nigdy nie było domeną Scorpiusa.

– Zdejmuje wasze ograniczenia – pociągnęła dyrektorka. – Zarówno twoje, jak i Notta i Campbella. – A potem dodała z lekkim uśmiechem. – Mam już stanowczo dość wysyłania do ciebie notek o kolejnych szlabanach.

Chcąc nie chcąc, Scorpius też się uśmiechnął.

– A może ja po prostu lubię chodzić do pani Skamander – rzucił przekornie.

McGonagall pokręciła jedynie głową.

– Możesz iść, Scorpiusie. I powodzenia w zawodach.

Scorpius podziękował i ruszył w stronę drzwi. Nim jednak wyszedł, odwrócił się i zapytał:

– Czy wiadomo coś w sprawie Nash?

Na twarzy dyrektorki pojawił się złowrogi cień.

– Sprawa jest w toku. Wygląda jednak na to, że jeśli jakieś oskarżenia padną, to tylko w stronę Timothy'ego. Elizabeth nie zeznała nic przeciwko swemu ojcu, a innych świadków brak. Obawiam się, że jest zbyt zastraszona, by przeciwstawić się własnej rodzinie.

Scorpius westchnął ciężko. Poniekąd to rozumiał, takie sytuacje nigdy nie są łatwe.

– Myśli pani, że mogę coś jeszcze w tej sprawie zrobić?

Dyrektorka pokręciła głową.

– Obawiam się, że teraz możemy tylko obserwować rozwój wypadków.

Scorpius westchnął ciężko i wyszedł z gabinetu.


Niedzielny poranek był jednym z głośniejszych w ostatnich miesiącach. Wszyscy z napięciem wyglądali południa, kiedy, jak głosiły afisze porozwieszane na korytarzach szkoły, na boisku Quidditcha miały się rozpocząć zawody. Nawet Scorpius, choć starał się tego po sobie nie pokazywać, gdy tylko się obudził, poczuł specyficzną ekscytację. Był autentycznie ciekaw, co takiego zostanie dla nich wymyślone. Nie wątpił, że będzie to coś niezwykłego.

– Gotowy do boju? – zapytał Albus, podchodząc do siedzącego nad śniadaniem Ślizgona.

– To będzie zielarstwo, więc jakoś niespecjalnie, ale obawiam się, że nie mam więcej czasu na nadrabianie zaległości.

Na twarzy Gryfona pojawił się uśmiech zrozumienia.

– Pociesz się, że nie jesteś jedyny. Lily i Rose przez ostatnie dni prawie nie wychodziły z cieplarni. Normalnie ja nie siedziałem tam tyle czasu, kiedy kiblowałem u Longbottoma.

Naraz przed oczami Scorpiusa stanęło, jak wraz z Albusem przygotowywali grządki albo sadzonki nowych roślin. Tamte wydarzenia wydawały się niezwykle odległe. I jeśli teraz o tym pomyśleć, to rzeczywiście wiele się od tego czasu zmieniło. Wtedy nie do pomyślenia było, by Gryfon tak po prostu przysiadał się do stołu Slytherinu, a co więcej przyjaźnił ze Ślizgonem. A dziś nikt już nie zwracał na to uwagi. To że Albus z nimi rozmawiał, stało się tak normalne, jakby nigdy nie było inaczej.

Scorpius szybko odrzucił te sentymentalne rozważania i skupił na dniu dzisiejszym.

– Oby Rose rzeczywiście umiała tyle, ile twierdzi – rzucił z przekąsem.

Albus wzruszył ramionami.

– Znając ją, to prędzej skłamie, niż przyzna się do niewiedzy.

Scorpius westchnął ciężko.

– I tego się obawiam. Jej upór może się okazać naszym największym wrogiem.

– Chyba trochę przesadzasz. Fakt, bywa uparta, ale można do niej dotrzeć logicznymi argumentami.

– Zapamiętam sobie tę radę i spróbuję zastosować. Zobaczymy na ile znasz swoją kuzynkę.

Albus skrzywił się nieznacznie, co jasno dało do zrozumienia Scorpiusowi, że sam nie do końca wierzy w prawdziwość ostatniego stwierdzenia.


Ślizgon pośpiesznie skończył śniadanie, a potem udał się do dormitorium. W pierwszym odruchu chciał chwycić za podręcznik zielarstwa, ale szybko doszedł do wniosku, że jest to kompletnie bez sensu. Zamiast tego położył się na łóżku i zaczął rozważać wszystkie scenariusze.

Jakiekolwiek zadanie zostało dla nich przygotowane, z pewnością nie da się go wykonać w pojedynkę. Będą musieli nie tylko wykazać się umiejętnościami i wiedzą, ale przede wszystkim znaleźć nić porozumienia, a w ich grupie wcale to nie musi być proste i wbrew pozorom to nie Rose stanowiła największy problem. Oczywiście jej ciężki charakter może generować kłopoty i spory, ale przynajmniej dotychczas udawało mu się z nią jakoś dogadywać, a wspólne Runy spowodowały, że poznał ją nieco lepiej. Puchon Alex też raczej nie powinien sprawiać problemów, w końcu to Puchon. Zagadką pozostaje Simon. Jako że Scorpius dotychczas nie miał dobrych doświadczeń z krukońskimi zawodnikami Quidditcha, to zakładał najgorsze. Gość może chcieć albo odegrać się na Ślizgonie, albo przynajmniej ośmieszyć go na oczach wszystkich. Żadna z tych opcji nie wyglądała za ciekawie. Oczywiście zawsze można było mieć nadzieję, że to tylko napakowany głupek z ładną buźką, który co najwyżej nie wniesie nic konstruktywnego do ich drużyny.

Naraz Scorpius usiadł na łóżku tknięty nagłą myślą. McGonagall chciała poprzez te zawody zatrzeć różnice między Domami. Stąd ten niecodzienny podział na grupy wiekowe, a nie według przynależności domowej. Mają być zespołem, drużyną, na przekór dzielącym ich różnicom. W takim razie powinien zmienić swój sposób myślenia. Może w pierwszej kolejności sam powinien przestać patrzeć na pozostałych przez pryzmat ich Domów. Bo przecież on również nie był wolny od tych wszystkich stereotypów.


Scorpius, ściskając różdżkę w kieszeni szaty, wszedł do pomieszczenia, które na co dzień służyło za szatnię dla drużyn Quidditcha. Rozejrzał się szybko i w zgromadzeniu odnalazł rudą czuprynę Rose. Koło niej stali dwaj pozostali członkowie ich drużyny, niezbyt wysoki, wyraźnie stremowany Alex i Simon, który dziwnie nieobecnym wzrokiem obserwował zgromadzonych. Ten ostatni przewyższał pozostałych niemal o głowę, dzięki czemu bez trudu miał ogląd na całe pomieszczenie.

– Nie śpieszyłeś się – przywitała go Rose. – Pierwszy i drugi rok już poszedł.

– Coś wiadomo?

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Całe boisko jest ukryte pod zaklęciem, więc szczegóły poznamy dopiero, jak tam wejdziemy.

– Myślicie, że to będzie coś niebezpiecznego? – zapytał Alex, spoglądając to na Rose, to na Scorpiusa.

– Szczerze wątpię. Nauczyciele nie zgodziliby się wystawić nas na niebezpieczeństwo – odparła Gryfonka. – W końcu to ma być dobra zabawa.

– Patrząc po napiętej atmosferze tutaj, jakoś nie wyczuwam tej zabawy – mruknął Scorpius.

– Rozrywka jest dla tych na górze, dla nas to zadanie i bądź tak dobry, go nie zawalić.

Scorpius obrzucił dziewczynę krytycznym spojrzeniem.

– Ta uwaga dotyczy nas wszystkich, nie Simon? – rzucił mimochodem, spoglądając na dryblasa po lewej. Mógłby go po prostu ignorować, ale chciał zawczasu wybadać grunt.

Krukon spojrzał na niego z ukosa i wzruszył ramionami.

– Niewiele mnie obchodzą te zawody? Wcale nie chciałem brać w nich udziału. Po prostu miałem pecha i wyciągnąłem niewłaściwy los.

– Ciągnęliście losy? Dlaczego? – spytała Rose.

– Przez niego. – Simon gestem głowy wskazał Scorpiusa. – Nikt nie chciał się do niego zbliżać.

Gryfonka prychnęła na to oświadczenie.

– Nie wiedziałam, że Krukoni są tak podszyci tchórzem.

Simon spiorunował ją wzrokiem.

– To nie tchórzostwo, ale rozsądek. Widać tobie go brakuje, skoro nie widzisz problemu, żeby kumplować się z mordercą.

Scorpius włożył wiele wysiłku, by nawet jeden mięsień mu nie drgnął, słysząc to określenie. Rose nie miała podobnych oporów.

– To niedorzeczne! – żachnęła się. – Wszyscy wiedzą, że White...

– Przymknij się, Rose – warknął Ślizgon, zwracając tym uwagę obojga. – Jak będę potrzebował adwokata, to się do ciebie zgłoszę.

– Ładnie mi dziękujesz, jak próbuję się za tobą wstawić, Malfoy.

– Nie jest mi to potrzebne. A co do ciebie – odezwał się w stronę Simona. – Jeśli nie chcesz oddychać tym samym powietrzem co ja, to po prostu trzymaj się z boku i przynajmniej nie przeszkadzaj, zgoda?

Simon obrzucił go niechętnym spojrzeniem, ale ostatecznie skinął głową. Scorpius wiedział, że nie przekona do siebie żadnego Krukona, więc taki prowizoryczny rozejm był wszystkim, na co mogli w tej chwili liczyć.

Rose wyglądała na skorą do ciągnięcia tej bezsensownej dyskusji, ale chwilę później zostali wyczytani i poprowadzeni przez panią Hooch na zewnątrz.

– Jak wszystkie inne zespoły przed wami, macie to samo zadanie – tłumaczyła po drodze nauczycielka. – Musicie odnaleźć ukryty skarb, wykorzystując swoją wiedzę, umiejętności i pozostawione wskazówki. Powodzenia.

To mówiąc, otworzyła przed nimi drzwi i wypuściła ich na zewnątrz. Uderzyła w nich wrzawa rozentuzjazmowanego tłumu na trybunach, a także gorące, duszne i wilgotne powietrze wypełniające stadion.

Przez moment cała ich czwórka stała w niemałym osłupieniu, gdyż tuż przed nimi rozciągała się najprawdziwsza tropikalna puszcza. Nad boiskiem górowały wysokie palmy i drzewiaste paprocie, wszędzie zwisały grube liany, a poniżej kłębiło się listowie krzaków. Słychać było brzęczenie owadów, śpiew ptaków, a nawet odległe krzyki małp, powietrze zaś wypełniał zapach tropikalnych kwiatów.

– No i to się nazywa lekcja zielarstwa – rzucił z podziwem Alex.

– I jak my mamy w tym gąszczu cokolwiek znaleźć? Gdzie te wskazówki? – pytała w powietrze Rose.

– Myślę, że to pierwsza z nich – rzucił Scorpius, wskazując na nienaturalnie wyglądającą bramę splecioną z gałęzi. Tuż nad nią, na niewielkiej deseczce wyryty był napis: "Podążajcie za śpiewem mandragor".