Rozdział 11 – Trójpołowiczna prawda

Od powrotu ze śniadania Ron nie odzywał się do Hermiony, którą wyraźnie bawiła cała sytuacja. Nie mogąc wytrzymać ich zachowania, Harry postanowił pójść na spacer po zamku. Przechodząc obok głównego wejścia, zobaczył jak do środka wchodzi jedna ze Słowianek, którą widział przy śniadaniu. Dziewczyna była przemoczona i szybkim krokiem kierowała się do głównej sali.

- Hej! – zawołał i pobiegł w jej kierunku. – Co ty taka mokra? Przecież świeci słońce.

- Och, to przez Koniecpolskiego – odparła Aleks. – Wymyślił, że skoro nie możemy być w kraju, to weźmiemy ze sobą swoją pogodę.

- Przecież podobno istnieje „złota polska jesień"?

- Taaak, to cudowne popołudnie, ale potem zaczyna padać i jest szaro, brudno i ponuro. Taki socjalizm w formie warunków atmosferycznych.

- A, to tak jak u nas – uśmiechnął się do niej. – Wiesz po czym poznać, że w Anglii jest lato?

- Nie siedzicie w szkole?

- Nie, deszcz jest cieplejszy – odparł, szczerząc się do niej. Kiedyś usłyszał, że najlepszą formą poderwania dziewczyny jest rozbawienie jej, a że już od zeszłego roku miał słabość do Azjatek, to musiał spróbować.

- To było zabawne pierwsze 300 razy, serio, musicie wymyślić inne żarty – odparła cierpko dziewczyna i szybkim krokiem wmaszerowała do ciepłego wnętrza sali. W ślad za nią podążył wzrok chłopaka, który po raz kolejny zadawał sobie pytanie: kiedy w końcu zrozumie te kobiety? Wychodząc jednak z założenia, że lepsze to, niż wciąż dziwna relacja miedzy Ronem i Hermioną,postanowił ruszyć za dziewczyną. Jednak po wejściu do sali nigdzie jej nie zobaczył, poszedł więc w kierunku stołu Słowian, licząc, że zwyczajnie nie dostrzega jej drobnej sylwetki, jednak nic to nie dało. Gdy tylko zbliżył się do mebla, usłyszał jak drzwi za jego plecami zatrzaskują się. Zrezygnowany odwrócił się na pięcie, zauważając idącego ku niemu Severusa Snape'a.

- Potter! Co ty tu robisz?

- Spaceruję, panie profesorze.

- Chcesz mi wmówić, chłopcze, że napisałeś już wypracowanie na moją jutrzejszą lekcję?

- No jeszcze nie, ale to przecież jest do jutra!

- Uczeń Hogwartu musi być sumienny i obowiązkowy. Minus dziesięć punktów dla Gryffindoru, Potter.

- Co? Ale nie może pan… - urwał pod naporem zimnego wzroku Snape'a.

- Ja nie mogę? Ja tu mogę wszystko, chłopcze. Przynajmniej nie jestem tak bezczelny jak ty.

- Jak to bezczelny? Przecież nic nie zrobiłem panie profesorze! – Całkowicie słusznie oburzył się chłopak.

- A kto się zgłosił do konkursu eliksowarów? Jesteście na liście wraz z panem Weasleyem i panną Granger. Nie wiem co za durny żart planujesz, Potter, ale wiedz że ci się to nie uda!

- Kiedy ja się nie zgłaszałem! To musi być jakaś pomyłka – odparł zaskoczony.

- Twoje życie to jest pomyłka, chłopcze – zadrwił Snape. - Lepiej się przygotuj. Przecież nie chcesz, by jedyna reprezentacja Gryffindoru zajęła ostatnie miejsce, prawda? – po czym, wciąż z drwiącym uśmiechem na ustach, udał się w głąb sali zostawiając Harry'ego na środku pomieszczenia. Skonfundowany chłopak postanowił natychmiast pobiec do pokoju wspólnego, by wyjaśnić sprawę z przyjaciółmi.

Stojąca pod drzwiami Aleks miała dylemat - z jednej strony uciekła mimo wszystko temu dość miłemu chłopakowi, bo ją denerwował, ale z drugiej nie zrobił nic takiego. Nawet nie zauważyła, jak minął ją jeden z brytyjskich nauczycieli, nie zaszczycając jej nawet jednym spojrzeniem. W momencie, w którym wciąż rozważała czy uciec, czy jednak trochę przeprosić chłopaka, otworzyły się drzwi i jej poprzedni rozmówca wybiegł z sali.

- Hej! Poczekaj! – zawołała za nim, ale chłopak tylko machnął ręką i pobiegł dalej. – No kaman, a mówią, że to kobieta zmienną jest – burknęła pod nosem.

Zdyszany Harry wbiegł do pokoju wspólnego gryfonów i natychmiast podszedł do stolika, przy którym siedziała Hermiona. Zawołał Rona odciągając go od gry w gargulki i zapytał.

- Jakim cudem jesteśmy zapisani na konkurs eliksowarów?

- A jesteśmy? – zapytał Ron, robiąc się blady jak ściana.

- A i owszem! Snape przed chwilą mnie za to ochrzanił i dał minusowe punkty!

- Nie może tak robić, przecież to niesprawiedliwe! – oburzyła się dziewczyna.

- To mu to powiedz – odparł Harry. – Ron, wiesz coś na ten temat?

- Jaaa? No co ty, stary, ja bym nigdy czegoś takiego nie zrobił, co za kretynizm, no nie?

Przyjaciele popatrzyli po sobie, po czym Harry przerwał milczenie:

- Ty to zrobiłeś! Możesz mi na brodę merlina powiedzieć, po jaką ciężką cholerę chcesz się pchać z własnej woli do lochów Snape'a?

- Kiedy to nie ja! – odparł niezbyt przekonująco rudowłosy. – Ktoś nas wrabia, mówię ci. Ależ już późno! Słuchajcie, fajnie się gada, ale ja muszę siadać do pracy domowej – po czym szybkim krokiem oddalił się do innego stolika.

- To był on – powiedzieli jednocześnie pozostali przyjaciele – tylko po co to zrobił? – dodała dziewczyna.

- W sumie, podpytam go. Może mi prywatnie powie, a jak coś, to zawsze można się z tego wycofać, prawda?

- Snape nie odpuści możliwości kolejnego powodu do gnębienia ciebie, raczej musimy wystąpić.

Zrezygnowany chłopak wstał i ciężkim krokiem ruszył w kierunku przyjaciela. Niechętnym ruchem wyciągnął książki, zwoje pergaminu, pióro i kałamarz, oraz przystąpił do mozolnego odrabiania prac domowych. Byli właśnie w połowie eseju na eliksiry, kiedy Hermiona odłożyła swoje rzeczy, wstała i stwierdziła, że idzie na obiad. Chłopcy z ochotą przerwali pisanie i po wepchnięciu byle jak rzeczy do toreb ruszyli za nią. Po posiłku, Harry zatrzymał się w sali wejściowej.

- To ty nie idziesz?

- Poczekam na Słowian, oni są na tyle ni rozgarnięci, że nie trafią sami.

- E tam, przesadzasz. Przynajmniej jeden z nich umie używać mózgu – odparła z uśmiechem Hermiona. Na jej słowa Ron zrobił się cały czerwony, ale się nie odezwał. Harry zobaczył jeszcze błysk samozadowolenia w oczach dziewczyny, który jednak szybko opanowała.

- Jak sobie chcecie – burknął Ron – ja się nie chcę spóźnić - po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku błoni.

Przyjaciele spojrzeli tylko po sobie zastanawiając się co się z nim stało, od kiedy mu tak na czasie zależało? Dziewczyna oczywiście wiedziała, co on czuje, dlatego rozumiała dlaczego się od nich oddzielił, jednak postanowiła nie dzielić się tą wiedzą z Harrym. Podejrzewała, skądinąd słusznie, że nie będzie zbyt zachwycony wiedząc, że bawi się ona uczuciami Rona. Sama siebie także skarciła w myślach, to przecież też jej przyjaciel i nie powinna tak robić, dlatego odwróciła się i pobiegała za wychodzącym właśnie chłopakiem.

Harry po raz kolejny w ciągu tego semestru próbował zrozumieć zachowanie przyjaciółki ale wciąż nie potrafił znaleźć sensu w jej postępowaniu. Gdy tak się nad tym zastanawiał, zobaczył że z wielkiej sali wychodzi roześmiana grupa jego ulubionych wschodnich znajomych.

- Hej! – zamachał do nich – tutaj jestem. Chodźcie ze mną.

- Cześć, bałeś się, że nie trafimy? – wyszczerzył zęby Kamil – Nie jest z nami przecież aż tak źle.

- Nie, wiesz, kultura wymaga odprowadzenia gościa.

- Po wypiciu wspólnie butelki bruderszaftu stajesz się kimś więcej niż gościem – filozoficznie zauważył Alojz. – A my wypiliśmy nie tylko jedną i nie tylko tego – dodał z rozmarzonym uśmiechem wieloletniego alkoholika.

- Dżizas, mordo, weź przestań być takim chlorem, trzymaj jakiś poziom, by stoczyć się z niego dopiero na studiach. Profesjonaliści mają standardy. – Odparł mu nieco zrezygnowanym głosem Kuba.

- Dobra tam, chodźcie, bo się ściemnia – rezolutnie powiedział Brytyjczyk i ruszył w kierunku drzwi wejściowych. Słowianie niewiele mogąc zrobić, wzruszyli ramionami i podążyli za nim.

Cała szóstka spotkała się pod drzwiami Hagrida. Ron wyglądał już na dużo bardziej udobruchanego i nawet zaczął się szczerzyć w kierunku przybyszy. Hermiona zapukała do drzwi i już po chwili się otworzyły. Na progu stał potężny mężczyzna ze zmierzwioną, długa i gęsta brodą.

- Cholibka! Tak szybko żem się was nie spodziewał. Wchodźcie, wchodźcie, zaraz nastawię herbatę.

Brytyjczycy raźnym krokiem wkroczyli do chaty, ale słowianie zawahali się. Popatrzyli po sobie z lekkim przerażeniem w oczach, zastanawiając się który z nich pierwszy ruszy, w końcu, po nieskończenie długich sekundach, do przodu ruszył Kuba, jako ten z największą liczbą myśli samobójczych na rejonie, więc jemu najmniej zależało na własnym życiu. W środku zobaczyli przytulną, chociaż nieco zagraconą chatkę, przypominającą trochę ziemiankę Siergieja z Łysej Góry. Nie zauważyli nawet, że w tym pomieszczeniu była jeszcze jedna osoba - leżący pod ścianą mężczyzna nawet się nie poruszył po wejściu bandy nastolatków do izby.

- Cholerka, a on dalej śpi – mruknął nieco rozeźlony gajowy. – Wstawaj łapserdaku, gości mamy i to chyba nawet do ciebie! – Powiedział głośno, jednym szarpnięciem stawiając zwłoki do pionu. Mężczyzna potoczył nieprzytomnym wzrokiem po pomieszczeniu, na ułamek sekundy zatrzymując się na Słowianach, którzy otworzyli usta ze zdziwienia, poznając w końcu kim jest ten człowiek.

- No słuchajcie dzieciaki – tubalny głos Hagrida rozniósł się po pomieszczeniu – oznajcie Szarego Geja, przyjechał z tymi tu, ale jakoś tak się złożyło, że nie trafił do zamku na stałe – po czym dodał ściszając głos – Podejrzewam ze nie jest zbyt rozgarnięty, twierdzi że jestem profesorem eliksirów i nie chce wierzyć, że to nie moja działka. – Oczywiście szept Hagrida również był na tyle donośny,żze każdy w chacie wszystko doskonale słyszał, ale najwidoczniej gajowy w ogóle się tym nie przejmował.

- Zaraz, jak to Szarego Geja? – zapytał zdezorientowany Kamil – Przecież to Siergiej.

- No to mówię, Szary Gej – odparł urażony Hagrid. – Po ludzku nie rozumiesz?

- To nie żaden Szary Gej, tylko Siergiej – powiedział, wolno artykułując głoski w imionach – A raczej Profesor Siergiej Smirnoff, uczy nasz warzelnictwa, gorzelnictwa i innych eliksirów na Łysej Górze.

- Siergiej, Szary Gej jedna cholera, imion to i tak się nie używało. – Machnął ręką nieco zdezorientowany półolbrzym – Możecie go jakoś przywrócić do ładu i składu? Dopóki jest takimi zwłokami, to raczej marny z niego pożytek.

- Jasne! Każdy prawdziwy łysogórzanin ma przy sobie leki na kaca.

- Tak? To dlaczego tacy zdechli byliście rano? – zapytał Ron, patrząc na nich przenikliwym wzrokiem.

- Stary, jak rano się budziliśmy, to byliśmy na etapie słyszenia tarcia atomów w powietrzu. Jak ty sobie wyobrażasz w takim stanie podnieść grzechoczące pudełko? – odparł urażony Alojz, jednocześnie potrząsając pojemnikiem wyciągniętym zza pazuchy.

- Dobra dobra, mam nadzieję, że nie trzeba będzie czekać trzech dni na zmartwychwstanie.

- Pchasz się na stos, kolego. To magiczna mieszanka kebsa na cienkim i paracetamolu, skumulowana w małej tabletce.

- Magiczna mieszanka czego z czym? – zapytał zbity z tropu chłopak.

- Kebabu, czyli tureckiego dania, które je każdy prawdziwy Polak patriota oraz paracetamolu, czyli mugolskich leków. No kto jak kto, ale znając waszą służbę zdrowia paracetamol powinniście znać! – Harry i Hermiona parsknęli śmiechem, przypominając sobie dzieciństwo w mugolskich podstawówkach, a w szczególności szkolne pielęgniarki z ich uniwersalnym lekiem na wszystko. Ron natomiast patrzył nieco skołowany na Alojza, podającego tabletkę nieprzytomnemu mężczyźnie. Już po chwili otworzył on swoje przekrwione oczy, gwałtownie wstał i zamachał rękami.

- A w ogóle to uważam, że Unia Magiczna powinna zostać zniszczona! – powiedział gromkim, ale jednak wciąż mocno zachrypniętym głosem – Hagrid! Co to za ludzie? I co do cholery robią tu moi uczniowie, przecież mają wakacje – zmieszany olbrzym otworzył usta, by odpowiedzieć, ale uprzedził go Kamil.

- Jakie kurwa wakacje, Siergiej? Początek października jest! Dziady za pasem, a przez ciebie nie było jak zapasów uzupełniać, nowych nastawić, nic! Jak ty dbasz o swoich uczniów?! – wybuchnął młody Słowianin.

- Kolego, po pierwsze to zamknij mordę, a po drugie to spierdalaj. Skoro nie ma wakacji, to dla ciebie profesor Smirnoff. Po imieniu to mi przy flaszce możesz mówić.

- W Wojsławicach taki do przodu nie byłeś – odparł urażony Kamil.

- Bo tam była flaszka na stole i to nie byle jaka, wprost od twojego dziadka! Tam to mogłeś do mnie per mój ty słodki króliczku mówić – wybuchnął ochrypłym śmiechem, który szybko przeszedł w okropny kaszel. W czasie tej wymiany zdań hogwartczycy patrzyli po sobie, nie potrafiąc zrozumieć jak oni mogą mieć takie relacje z nauczycielem i to jeszcze eliksirów! Na samą myśl, by zwrócić się do Snape'a per słodki króliczku przeszywał ich dreszcz.

- Dobra, żarty żartami, ale interes jest, profesorze - powiedział nieco poważniej Alojz. – Jego ekscelencja zgłosiła nas na ochotnika od konkursu eliksirowego, a nie mamy żadnych składników. Masz swoją torbę? Bez niej nie mamy szans.

- Spokojnie jak na wojnie, czy ja was kiedykolwiek zawiodłem? – uśmiechnął się, ukazując wyraźne braki w uzębieniu, a zaraz potem zmarszczył brwi widząc, jak chłopcy patrzą po sobie, rozpamiętując zapewne poprzednie lata znajomości z nim. – Dobra, nie odpowiadajcie lepiej. Jasne, że mam tę torbę! Proszę bardzo! – i rzucił w ich kierunku mocno sfatygowany plecak.

- Profesorze? – niepewnie zapytał Kuba – ona jest pusta, nic nam nie da – dokończył zrezygnowany i wyciągnął rękę z zamiarem oddania pakunku. Siergiej gwałtownie ruszył i wyszarpał plecak z ręki.

- Oj Kuba, Kuba, kiedy ty się wreszcie nauczysz, dlaczego ta torba jest taka cudowna. Jak ja z Koniecpolskim w jednym pokoju w akademiku mieszkałem! – gwałtownym ruchem otworzył zapięcie, wsadził tam swoją głowę i zwymiotował do środka. Hermiona aż pisnęła z obrzydzenia, pozostali chłopcy patrzyli z lekką odrazą na twarzy, Ron natomiast zaczął robić się zielony i w panice szukał jakiegoś pojemnika. Zanim jednak został doprowadzony do takiej ostateczności, nauczyciel ze wschodu wyciągnął swoją głowę i otarł resztki wymiocin z kącików ust.

- Może pan profesor powiedzieć, czemu to zrobił? – zapytała słabym głosem Hermiona.

- Chemia wsteczna, moja droga. Mugole wymyślili inżynierię wsteczną, by na podstawie rozbiórki urządzenia móc zbudować podobne, a ja to ulepszyłem o chemię. No ekscelencja mi pomógł, ale mimo wszystko zasada działania jest bardzo prosta – ruchem dłoni zaprosił ich do stołu, gdzie właśnie Hagrid postawił czajnik z gorącą herbatą i osiem poobijanych filiżanek. – Działa to tak: jeśli wyciągnąłem ze środka rzeczy, które przerobiłem na alkohol, to te wszystkie zioła zamiast być w torbie są w butelce, prawda? – kiwnęli głowami na znak, że rozumieją – No, to potem jak alkohol wypiję, to te zioła są w moim żołądku, tak? – i znów kolejne potwierdzenie – No to potem jak zwymiotuję, to po prostu koło się zamyka, bo zioła lądują ponownie w torbie, gotowe do kolejnego cyklu.

- Profesorze, już pomijam skrajną obrzydliwość tego procesu, ale co ze stratami? Z przetworzeniem i wieloma innymi aspektami, o których się brzydzę mówić – odparła lekko zielona na twarzy Hermiona, która, mimo obrzydzenia, jednak była zaciekawiona kolejnym magicznym wynalazkiem.

- Moja droga, od tego są wszyte włókna czasowe w materiał, by cofać przemiany. Wszelkie straty uzupełnia się dodatkową masą, ot na przykład – wziął filiżankę stojącą przed nim i przelał jej zawartość do plecaka – i już za kilka godzin wszystko się przerobi i można z powrotem nastawiać zaciery – zakończył swój wywód profesor .– Jakieś pytania? Śmiało, proszę państwa!

Był w swoim żywiole. Nawet pić tak bardzo nie lubił, jak wykładać. Profesor z wyboru, alkoholik z zamiłowania. Jak zresztą większość kadry nauczycielskiej.

- Czyli możemy pożyczyć sprzęt na konkurs? Musimy przecież dbać o dobre imię szkoły.

- Nie no, chłopaki, przecież wiecie że dla was wszystko! A co macie uwarzyć?

- Eliksir, po którym ludzie są szczęśliwi i wszystko im wychodzi.

- I Brytyjczycy myślą ze mają z nami szanse? Przecież u nas były już rozwinięte cechy gorzelnicze, jak u nich rzymianie dopiero Londinium zakładali – odparł zdziwiony profesor – Oni głupi, czy pierdolnięci? – Hermiona, bardzo cięta na wszelkie przejawy wywyższania się Słowian, wzięła głęboki oddech szykując się do dłuższej tyrady.

- Jak pan tak może? Dlaczego wy wszyscy musicie się tak wywyższać nad nami? Nic wam nie zrobiliśmy, a zachowujecie się jak dzieci, którym ktoś zabierze łopatkę w piaskownicy. Nie możecie być chociaż trochę dojrzalsi?! Tacy niby rozwinięci magicznie, a jednak niedorozwinięci społecznie. Ja nawet nie jestem zła, jest mi zwyczajnie przykro, że w XX wieku wciąż istnieją tak społecznie upośledzone jednostki – dziewczyna zakończyła swoja wypowiedź smutnym tonem, jednak po chwili, widząc lekki uśmiech profesora, otworzyła oczy z przerażenia i zakryła usta. Przestraszyła się tego, jak mogła tak powiedzieć do nauczyciela. Błagała w myślach, by dostał jakieś pomroczności usznej i nic nie usłyszał. Nie dane było jej jednak dokończyć swoich modlitw, bo odezwał się oburzony Ron.

- No właśnie! Hermiona ma racje, zachowujecie się wszyscy jak okropne chamy, które we wszystkich widzą gorszych od siebie, a to z wami jest coś nie tak. Jedyne w czym jesteście mocniejsi, to w litrach wypitego alkoholu na głowę czarodzieja! Jesteście bandą zwykłych pijaków i degeneratów!

Przysłuchujący się całej rozmowie Hagrid aż upuścił tacę ze świeżo upieczonymi ciasteczkami, które rozsypały się po całej podłodze. Jeszcze nigdy nie słyszał takich słów od Rona. Wszyscy patrzyli na tego rudowłosego, dyszącego z wściekłości chłopaka oraz na wciąż rozpartego na krześle bezzębnego profesora. W końcu po nieskończenie długich sekundach ciszy, w której to jedynym dźwiękiem była tocząca się po podłodze taca, odezwał się:

- To co mówisz to pół prawda, pól nie prawda, pół gówno prawda – uśmiechnął się lekko widząc, jak Harry patrzy w zamyśleniu na swoje palce – nasz sposób bycia polega na wzajemnym obrażaniu się i dowalaniu sąsiadowi. Gdy u was sąsiad ma lepiej, to tak się staracie by mu dorównać, a u nas tak się staramy, by finalnie to on miał gorzej niż my. Taką sobie wyrobiliśmy mentalność i trudno to zmienić. Jeśli nie pasują wam nasze uwagi, to je zwyczajnie puszczajcie mimo uszu, naprawdę myślisz że chłopaki – wskazał na trójkę młodych Słowian – mnie słuchają, albo biorą poważnie, gdy na nich krzyczę? Oczywiście, że nie! Przez fakt, że mamy na siebie nawzajem wywalone, możemy mówić co chcemy. Mnie nie interesuje co on może poczuć, a jego w ogóle nie interesuje co mówię. I wszyscy są zadowoleni.

- Skoro macie tak bardzo siebie gdzieś, to jakim cudem zbudowaliście społeczeństwo? – zapytała zaskoczona Hermiona

- Jak to jak? – mówiąc to postawił butelkę na stole. – Nie obrażasz kogoś kto ma alkohol, a i nie można być chamskim wobec kogoś, z kim pijesz brudzia. To tak działa. Zdecydowana większość naszej polityki jest załatwiana podczas jednej czy dwóch popijaw, najtrudniejsze czy kontrowersyjne ustawy zostały przepchnięte na cygaretpauzie. Mamy zupełnie inny system polityczno-społeczny niż wy. I bez obrazy, ale wy za cholerę nie poradzilibyście sobie u nas, a my u was jesteśmy po prostu irytujący.

Zaskoczeni Hogwartczycy dopili herbatę i zaczęli się zbierać, obiecując Hagridowi, że za niedługo jeszcze wpadną. Słowianie wypili flaszkę i również zaczęli się żegnać, obiecując sobie gorąco, że jeszcze to powtórzą, wypalili jeszcze po papierosie pod drzwiami chatki i ruszyli do zamku, by zdążyć przed zmrokiem. Gdy półolbrzym został sam, rozejrzał się po znowu pustej chatce i głośno westchnął:

- Przynajmniej ty mnie nigdy nie zostawisz, co, Kieł? – mruknął w kierunku leżącego w kącie psa. Zwierzę podniosło tylko głowę i pacnęło ogonem w podłogę dwa razy na znak potwierdzenia.