Notatki do rozdziału
Pod koniec dialog z 2.06 „Starzy bogowie i Nowi".
Czarownica Zimy VI
Czas pomiędzy bitwami jest nudny.
Same bitwy są szybkie, chaotyczne; pełne tupotu opancerzonych stóp, tętentu kopyt, krzyków i wrzasków, zapachu świeżej ziemi, szczyn i innych płynów ustrojowych. Wołania o pomoc i głośne walenie własnego serca i rozpaczliwe łapanie powietrza, świszczącego o wbudowaną w hełm osłonę na usta.
„Wszystko inne, włączając robienie inwentarza, jest nudne" uznał Robb.
Twa tygodnie po wyjeździe z Riverrun (i zostawienia Hermiony, dodał jego mózg) Robb tkwił w swoim namiocie, otoczony z każdej strony przez Gwardię Królewską i kilku Lordów Północy, którzy mieli poprowadzić piechotę.
Trochę ponad tydzień wcześniej Szary Wicher znalazł mało znany szlak przez góry, który prowadził między Dorzeczem, a Krainami Zachodu, gdzie leżały ziemie najdalej wysuniętych chorążych Lannisterów. Tam, w wiosce Oxcross wojska Robba wzięły Stafforda Lannistera z zaskoczenia. Przeciwnik nie wystawił straży, które pilnowałyby okolicy i Robb wykorzystał to, polegając nie tylko na swoich raczkujących umiejętności wargowania i zerkając na okolicę i obóz oczami Szarego Wichra, ale i na samym Szarym Wichrze, który przeraził konie Lannisterów.
Ciężko to jednak było nazwać bitwą. Skończyła się nim minęło kilka godzin i gdy nad górami wstawało słońce, a jego światło przesączało się przez korony drzew w dolinie, armia Północy wyłapywała już tylko maruderów.
Sukces wlał w żyły jego ludzi nowe siły. Robb użył zaczarowanego przez Hermionę pergaminu, by powiadomić swoich lordów i rozpisać każdemu rodowi, który mu przysięgał, nowe obowiązki. Przy imionach towarzyszących mu dowódców armii Północy pozostawił gratulacje i kilka tytułów rycerskich. Lord Glover i jego ludzie byli gotowi do marszu na południe, wzdłuż Tridentu i w stronę Harrenhal, by po drodze wypłoszyć siły Lannisterów, głównie atakując oddziały Góry (Gregora Clegana) i zająć go, w ten sposób uniemożliwiając mu pomoc armii Tywina.
Jego matka, choć podchodziła ostrożnie do Lady Hermiony i jej magii, cieszyła się ze stworzonego przez nią bezpiecznego sposobu komunikacji i poinformowała go o swojej własnej podróży na południe, celem ułożenia się z Renlym Baratheonem. Wiadomość ta nadeszła tuż po tym jak Edmure opuścił zamek.
Edmure. Na myśl o wuju, z ust Robba zniknął uśmiech. Jego ostatni rozkaz dotyczył utrzymywania Riverrun, co młody Lord zamierzał robić, choć do jego ostatniej wiadomości dołączone było niepokojące zdanie. „Planujemy zmylenie, które zwabi T Lannistera bliżej. Odciągniemy go od Harrenhal i uniemożliwimy odwet taktyczny. Mamy plan, który wciągnie go głębiej na Dorzecze."
Ale kogo miał na myśli pisząc „my"? I czego nie rozumiał w rozkazie „Utrzymuj Riverrun"? „Nie kazałem mu iść naprzód i wydawać cholernej bitwy", myślał sobie Robb, w noc poprzedzającą atak na Ashemark. Zamek, tak samo jak Turnia, znajdował się blisko Casterly Rock i dlatego należał do dwóch najważniejszych twierdz, które Robb musiał zająć. Doradcy (głównie wuj Blackfish i Greatjon) wysłuchali jego sugestii co do planów bitewnych i dopracowali je do tego stopnia, że Robb z całej siły wierzył w ich powodzenie.
Ale choć jego umysł pozostawał w teraźniejszości (i przy nadchodzącej bitwie), to część Robba pozostała w Riverrun.
Wiedział o tym.
I jego ludzie też.
- Omówimy jeszcze raz plany bitwy na jutro, Wasza królewska mość? - zaproponował głośno Blackfish, zaskakując Robba tak bardzo, że aż docisnął dłonią pergamin komunikacyjny do stołu.
Pospiesznie uniósł wzrok i natychmiast zauważył znaczący uśmiech swego wuja. Po drugiej stronie Tully'ego stał Lord Bolton, który bez słowa przechylił na bok głowę.
Robb podążył za jego spojrzeniem i jego wzrok padł na piętnastoletniego giermka, którego musiał wziąć na służbę przez kuriozalne żądania Waldera Freya, na które zgodziła się jego matka. Olyvar, który zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że jego Król na niego patrzy, podszedł do przodu i dolał mu wina.
„Och" zrozumiał Robb i skrzywił się w myślach. Przypomnienie. I ostrzeżenie.
Odchrząknął.
- Dziękuję, Olyvarze.
Długonogi i długoręki nastolatek posłał mu radosny uśmiech.
- Wasza miłość. - potem odsunął się, a Robb przeniósł uwagę z powrotem na mapę przed sobą.
- Dobrze - rozpoczął młody król, a jego głos poniósł się po namiocie. - Oto plan porannego ataku na Ashemark...
Z początku Edmure chciał spotkać się z siłami Tywina Lannistera przy Czerwonych Widłach, najbardziej wysuniętym na południe dopływie Tridentu. Miejsce to leżało zaledwie tydzień drogi od Riverrun, ale dawało przewagę taktyczną, gdyż jeden brzeg rzeki był położony wyżej od drugiego i znacznie bardziej stromy. Przejście na północ, w stronę Riverrun, przez zimną wodę stanowiłoby dla wojska piekło.
Hermiona, razem z Torrhenem, Lordem Jasonem Mallisterem (starszym człowiekiem w wieku Lorda Hostera), Lordem Tytosem Blackwoodem (kolejnym krzepkim mężem po pięćdziesiątce, który przysięgał Tullym), jego synem Bryndenem (rówieśnikiem Torrhena) Lordem Karylem Vance i Lordem Jonosem Brackenem, odwiedli go od tego.
- Jaki sens w zwodzeniu, przyciąganiu go bliżej, jeśli chcesz się z nim spotkać bliżej Harrenhal? - kłóciła się.
Edmure zmarszczył brwi.
- To dobre miejsce na bitwę, zajęlibyśmy wyższy teren.
- Możemy zrezygnować z wysokości nad Tridentem, na rzecz innych miejsc po drodze. - zaburczał Mallister, niskim, poważnym głosem. - Twój plan utworzenia fortów strategicznych po obu stronach rzeki jest dobry, ale muszą znaleźć się dalej.
- Chodzi o to, by odciągnąć Tywina Lannistera tak daleko od Harrenhal, by nie mógł się wycofać bez ciężkich strat i ataków od tyłu. - odparł Torrhen, krzyżując muskularne ramiona na bardzo umięśnionym torsie. Nie to, żeby Hermiona mu się przyglądała, pewnie, że nie.
Stali razem w ogromnym, materiałowym namiocie, zgromadzeni dookoła ciężkiego stołu, który przyniosła grupa giermków i rycerzy. Na stole rozłożono ogromną mapę Dorzecza, w której rogach ustawiono w roli przycisków kubki z ale należące do Lorda Vance'a i Lorda Brackena. Dwa pozostałe rogi zostały dociśnięte przy pomocy dwóch małych świeczników, a spływający z nich wosk zalewał Krwawą Bramę i Turnię.
Hermiona zatrzymała spojrzenie na nazwach nadmorskiego zamku, na który wkrótce miał pomaszerować Robb.
- Ale pomiędzy Harrenhal i Riverrun leżą zamki, którym też potrzeba obrony - kłócił się Bracken, wbijając w Hermionę wściekłe spojrzenie niebieskich oczu.
- Nie tylko twój zamek leży na drodze Lannisterów - prychnął Blackwood, wywracając oczami. - Czy też może zapomniałeś, że Raventree Hall może przyciągnąć spojrzenie Tywina tak samo jak Kamienny Płot? - ciemne oczy mężczyzny zmrużyły się, a pod wąsem jego usta wykrzywiły się w szyderczym uśmiechu. - Czy też Kamienny Płot nie da rady obronić się tak dobrze jak Raventree Hall?
- Dobrze więc! - zawołał głośno Edmure, unosząc obie ręce i rozkładając je, by oddzielić dwóch mężczyzn, którzy wpatrywali się w siebie nienawistnie ponad głową swojego przyszłego lorda. - Podstęp polega na tym, by przyciągnąć tu siły Lannisterów i sprawić, by uwierzyli, że przed nimi umykamy.
- Najlepiej zacząć tutaj - powiedział Mallister, wskazując na północny wschód od Riverrun, wzdłuż Czerwonych Wideł. - Możemy posłać duży oddział, czy też coś co Tywin uzna za duży oddział, tutaj. Przejdą przez Żołędziowy Dwór i Wysokie Serce i spotkają się z nami przy Widłach.
- W ten sposób ocalimy Raventree Hall i Kamienny Płot - zgodził się Vance, wysoki, cichy mężczyzna i skinął głową, nie spuszczając wzroku z mapy.
- Czy Lord Glover wciąż walczy o Harrenhal? - spytał Edmure, zerkając na Hermionę.
Westchnęła. Z jakiegoś powodu, pewnie dlatego, że to ona zrobiła pergaminy komunikacyjne, Hermiona została sekretarką. Przerzuciła kilka pergaminów leżących po jej stronie stołu, a wyrastający prawie stopę nad nią Torrhen (wysoki, muskularny ochroniarz, którego przydzielił jej Robb) pochylił się, by zajrzeć jej przez ramię. Skinął głową.
- Lord Glover pisze, że próbuje kolejnego ataku na zamek. Ma jakieś dziesięć tysięcy ludzi.
Bracken skrzywił się z wściekłością.
- Tywin też.
Mężczyźni wymienili spojrzenia. W końcu Edmure odchrząknął nerwowo.
- A my?
Mallister posłał mu spojrzenie, a Hermiona westchnęła bezgłośnie. „Powinieneś wiedzieć ilu ludzi masz pod swoją komendą, Edmurze..."
- Mniej więcej tyle samo - powiedział starszy mężczyzna.
Dookoła niej rozpoczęła się rozmowa o tym ilu ludzi należało wysłać, gdzie ich umieścić, gdzie ich wycofać i gdzie mogli ruszyć do przodu. Hermiona ponownie rozejrzała się po mapie i przygryzła dolną wargę.
Żeby utrzymać Riverrun i zatrzymać Tywina Lannistera przed pochodem na północ musieli zrobić jedną z dwóch rzeczy: albo całkowicie go rozbić, albo tak uszczuplić jego siły, żeby musiał wycofać się do swoich wasali lub gdzie indziej. W idealnym scenariuszu najlepiej byłoby w ogóle powstrzymać go przed powrotem do wasali. Bez nich będzie miał mniej sił, którymi mógłby zaatakować Robba, szczególnie, że armia Północy miała do dyspozycji tylko ułamek wojsk Edmure'a i Lorda Glovera. Ale bezpośredni atak uniemożliwi Robbowi stawienie czoła człowiekowi, który wziął na cel jego rodzinę. Nie to, żeby Hermiona pochwalała zemstę...
- Koniec końców to i tak nie ma znaczenia - odezwała się w końcu, zwracając na siebie uwagę wszystkich.
- Jeszcze raz, co ona tu robi? - spytał z irytacją Bracken.
Torrhen natychmiast położył dłoń na rękojeści miecza, a Edmure zawołał:
- Lordzie Brackenie! Ona nam pomaga!
- Jak pomaga? - ciągnął mężczyzna. - Co zrobi? Rzuci zaklęcie? Przygotuje wywar magiczny? Wiedźmy z Asshai używają magii krwi, by...
Cokolwiek robiły wiedźmy z Asshai ze swoją magią krwi (a Hermiona bardzo chętnie by się dowiedziała, ale to, kiedy indziej), Lord Bracken nigdy o tym nie opowiedział. Hermiona bowiem uniosła różdżkę i mężczyzna mógł już tylko bezgłośnie poruszać ustami.
- Lordzie Bracken, jestem tu, by pomóc tej armii na tyle na ile mogę. - warknęła, a jej oczy błysnęły. - Rozumiem, że mnie pan nie lubi, ani mi pan nie ufa. Ja panu również. Ale chcę pomóc i to właśnie zrobię. Więc proszę nie wchodzić mi w drogę.
Zdjęła niewerbalne Silencio, które na niego rzuciła. Namiot pogrążył się w napięciu i ciszy pod wpływem jej groźby i obecności magii.
Bracken skrzywił się z wściekłością, ale odchrząknął, by sprawdzić gardło, a potem odezwał się szorstko.
- Dobrze.
Lord Vance poruszył się nerwowo, podczas gdy Blackwood przyglądał się temu co spotkało Brackena z prawie radosną miną. Edmure potrząsnął głową i mruknął.
- Musimy pracować razem, Lady Hermiono.
Hermiona spokojnie przyjęła upomnienie, pozwalając mu spłynąć po sobie jak po kaczce.
- Słuchajcie, ja nie muszę tu być. Mogę z łatwością wrócić do Riverrun albo całkowicie was opuścić. Mogę jednak ułatwić wam wykonanie tego planu, czy to rzucając zaklęcia informujące o tym, że ktoś się zbliża, czy tworząc iluzje. Mogę sprawić, że dziesięciu ludzi będzie wyglądało jak setka, albo rzucić zaklęcia, które zaprowadzą Lannisterów prosto do was. - mówiąc napotkała spojrzenia mężczyzn. - Naprawdę odrzucicie zaproponowaną z własnej woli pomoc?
Blackwood stłumił śmiech, a Mallister westchnął.
- Dobrze, co sugerujesz Lady Hermiono?
Hermiona wycelowała palec w miejsce, o którym zdaniem Mallistera powinni napotkać wojska Lannisterów, na północ od Czerwonych Wideł, ale na południowy zachód (a nie północnym, jak planowali) od Riverrun i naprzeciwko Kamiennego Młyna.
- Zostawmy tu większość sił, jak sugerował Lord Mallister. Stworzymy linię obrony biegnącą równolegle i zaczynającą się przy Żołędziowym Dworze. Siły Lannisterów będą musiały przejść blisko niego, by do nas dotrzeć.
- To mała twierdza - powiedział cicho Vance, zdając sobie sprawę, że to on odpowiada za jej obronę. - Najeźdźca by ją zniszczył.
- Upewnimy się, że po prostu ją miną. - uspokoiła Hermiona, patrząc prosto na niego. - Mogę się aportować serią mniejszych skoków, albo Torrhen i kilku innych może tam ze mną pojechać zanim cokolwiek się zacznie. Rzucę zaklęcia odpychające mugoli, a one sprawią, że każdy kto będzie ją mijał nagle przypomni sobie o czymś innym do zrobienia.
- To możliwe? - zdumiał się Mallister.
Hermiona przytaknęła.
Torrhen zmrużył oczy.
- To coś podobnego do zaklęć, które rzuciłaś w Riverrun? Jak tych, które trzymają Królobójcę w komnacie?
Hermiona skrzywiła się.
- Mniej więcej. Na komnatę ser Jaime'a rzuciłam zaklęcie ochronne używające krwi Robba. Tylko on może wejść lub wyjść z pomieszczenia. Musiałam jednak zmienić zaklęcie, gdy wyjechał, by ser Jaime mógł otrzymywać pożywienie. Ostatecznie umieściłam krew Robba w kilku medalionach, które otrzymała jego matka, Maester Vyman i strażnicy wnoszący jedzenie. Tylko ci, którzy dysponują takimi medalionami, mogą się dostać do środka.
Rozejrzała się po namiocie i zdała sobie sprawę, że w większość mężczyzn patrzyła na nią jakby wszystko rozumiała, ale najprawdopodobniej pojęliby tyle samo, gdyby mówiła do nich po Starovalyriańsku.
Westchnęła, patrząc na dziedzica Tullych. Potrzebował pewności siebie i doświadczenia, więc...
- Edmurze? Co myślisz, o umieszczeniu wojska przy Kamiennym Młynie?
Robb nie mógł ruszyć z Oxcross na Casterly Rock, choć dzieliła je śmiesznie mała odległość, bo chciał przestraszyć Tywina Lannistera. Chciał mu pokazać, że może podejść tak blisko jego cennego domu. Że może swobodnie podjechać i wziąć wszystko co mu się spodoba. Był Młodym Wilkiem, Królem Północy i potrafił zdobywać.
Tyle tylko, że nie chciał. Zdobywać, to znaczy.
Robb poprowadził więc armię na północ, w stronę położonego w górach Ashemark, z łatwością zdobywając zamek, razem z kamieniołomem i kopalnią złota. A przecież to właśnie złotem wygrywało się wojny, jak nauczył Westeros Tywin Lannister.
Potem Robb skierował się na wybrzeże, do zamków i twierdz, które często mierzyły się z pobratymcami Theona, Greyjoyami. Pyke i Żelazne Wyspy znajdowały się bowiem niedaleko zachodniego wybrzeża. Choć wysyłał mniejsze oddziały na Wzgórza Pendrica, do Głębi Nunna i tego co zostało z Castamere, większość jego sił miała zwrócić się do Turnii, która z kolei czekała na atak z morza, nie spodziewając się takowego od strony lądu.
Siedział na koniu, po prawej stronie mając Szarego Wichra, który przypominał już rozmiarem wierzchowca. Za nim, na własnych koniach siedział jego wuj, gwardia w osobie Daryna, Eddarda i Dacey, a także inni lordowie. Byli tak zakamuflowani jak to możliwe, ukryci w lasach otaczających zrujnowaną Turnię (twierdzę, która składała się bardziej z obtłuczonych kamieni i spróchniałego drewna niż okazałości, ale mieli Gawena Westerlinga pod kluczem od tej samej bitwy co Królobójcę) i za ogromnymi głazami, które setki lat wcześniej stoczyły się z gór.
Im bardziej słońce zanurzało się w odległym oceanie, tym bardziej skrywały ich wydłużające się cienie. Zmierz zapadał coraz szybciej, w miarę jak wydłużały się noce. Nie mogli zapalić pochodni, więc Robb skorzystał z pozostałego światła, by nadrobić korespondencję.
- Riverrun informuje, że Lady Catelyn wróciła bezpiecznie - przeczytał Olyvar Frey pogrążonemu w ciszy królowi i jego ludziom. - Jednakże Renly Baratheon nie żyje.
Zaskrzypiała skóra, gdy Robb obrócił się, by spojrzeć na swojego giermka.
- Jak to się stało?
Olyvar zmrużył oczy, by lepiej zobaczyć w ciemności.
- Lady Catelyn nie pisze jak, Wasza Miłość. Informuj tylko, że wróciła z... Lady Brienne? Brienne z Tarthu?
Za plecami Robba Karstark prychnął. Maege wbiła w niego wściekłe spojrzenie.
- Masz coś do powiedzenia, Karstark?
- Nic, Lady Mormont - odparł ten, a z jego twarzy zniknęło rozbawienie. - Nie wydaje mi się byś miała coś przeciwko kobietom w zbroi. Może Lady Brienne jest spokrewniona z niedźwiedzicami z Wyspy Niedźwiedzi?
- Chciałbyś - mruknęła pod nosem Dacey. W odpowiedzi, zajmujący miejsce po jej drugiej stronie Eddard Karstark, skierował konia bliżej Daryna Hornwooda.
Robb stłumił westchnięcie.
- Coś jeszcze? Skoro Renly nie żyje, Stannis z pewnością ruszy teraz do Królewskiej Przystani, jak tylko umocni swoje siły i połączy się z częścią armii Renly'ego.
- Najprawdopodobniej - zgodził się cicho Bolton, nim Olyvar zaczął czytać dalej.
- Lordowie Umber i Galbart są gotowi do ataku na Castamere i Wzgórza Pendrica o zmierzchu, a Lordowie Manderly i Forrester znajdują się kilka godzin od Głębi Nunna.
- Dobrze - odparł Robb z mieszaniną zadowolenia i podekscytowania, która zaczęła tętnić w jego żyłach. Skierował spojrzenie na lśniące morze, ledwo widoczne zza drzew i wieżyc Turnii.
- Och! - zawołał Olyvar, gdy nowe słowa zaczęły się pojawiać na pergaminie. Słońce ostatecznie zanurzyło się w wodzie.
Nie powiedział nic więcej, a Robb obrócił się do niego, a Bolton, Maege i Karstark zrobili to samo. Nastolatek był blady z odcieniami zieleni, choć w ciemności prawie im to umknęło.
- Olyvarze? - spytał Robb, a żołądek mu się zacisnął. Podekscytowanie i zadowolenie powoli przechodziło w coś innego.
Ciemne oczy chudego giermka były otwarte tak szeroko, że Robb widział białka.
- Mów, chłopcze! - nakazał ostro Karstark.
- M-mój panie - wydukał Olyvar, spoglądając z powrotem na pergamin. Język musiał stawać mu kołkiem w gardle. - M-maester Vyman pisze, ż-że przybyły k-kruki z B-Białego Portu, Barrowton i D-Dreadfort. W-Winterfell zostało z-zdobyte przez Theona G-Greyjoya i armię Żelaznych Ludzi.
Robb obrócił w siodle. Z każdym słowem Olyvara coraz bardziej nie mógł w to uwierzyć. Żołądek przewrócił mu się do góry nogami.
- Co?
- S-Ser Roderick C-Cassell nie ż-żyje...
- To nie może być prawda - mruknął Robb, któremu serce waliło gorączkowo w piersi, pot spłynął mu po plecach, mimo narastającego chłodu. - Dlaczego? Dlaczego Theon...
Tuż za Olyvarem, twarz Karstarka przybrała morderczy wyraz.
- Bo Greyjoyowie to zdradzieckie cipy.
Robb pospiesznie odwrócił się z powrotem do Olyvara, zaciskając dłonie na lejcach tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie. U jego boku Szary Wicher poruszył się.
- Moi bracia? - spytał desperacko Robb, a głos prawie mu się załamał.
Olyvar z powrotem spojrzał na pergamin.
- Nic, Wasza Miłość.
Blackfish splunął na ziemię obok swojego konia.
- Nigdy nie ufaj Greyjoyom!
- Muszę natychmiast wracać na Północ - szepnął Robb, niewidzącymi oczami wpatrując się w Turnię. Myślał tylko o Branie i Rickonie. Cały dygotał. Wszystkie plany ataku na Turnię straciły całe znaczenie, jeśli stracił rodzinę, stracił dom.
„Co jeszcze zostanie mi odebrane nim ta wojna dobiegnie końca" pomyślał.
Bolton ruszył koniem i pochylił się do swego króla, w ostatnim momencie rezygnując z próby sięgnięcia po niego i potrząśnięcia nim.
- Wciąż mamy wojnę do wygrania, Wasza Miłość!
Robb zwrócił się do niego, a na jego twarzy malowało się zmęczenie.
- Jak mogę nazywać się królem, jeśli nie mogę utrzymać własnego zamku? Jak mogę prosić ludzi, by za mną podążali, jeśli...
Bolton wydał z siebie dziwny dźwięk. U człowieka, który nigdy nie podnosił głosu, brzmiało to jak syknięcie.
- Jesteś królem! - A to znaczy, że nie musisz robić wszystkiego sam.
- Bolton ma rację - zgodził się cicho Blackfish, też podjeżdżając do Robba, który obrócił się do wuja. - Theon trzyma zamek z niewielkim oddziałem. Możemy posłać do tych, którzy zostali na Północy, niech zwołają kilka setek ludzi i odbiją Winterfell przed nowiem.
Karstark przytaknął.
- Lannisterowie umykają przed tobą. Jeśli teraz wrócisz na północ, stracisz to co udało ci się zdobyć. – przerwał na chwilę. - Tuż po zdobyciu Turni możemy wrócić do Riverrun, Wasza Miłość. Jest tam Lady Hermiona i może ona da radę coś zrobić...?
Na dźwięk jej imienia Robb poczuł jak jego ciało się odpręża. „Hermiona, tak" pomyślał, nieznacznie skinąwszy głową. Może ona będzie wiedziała co robić...
- Kto pozostał na północy? - spytał cicho Robb, lecz coraz bardziej wracała mu pewność.
- Lady Barbrey Dustin - powiedział Karstark, a Bolton dodał:
- I mój syn ze swoimi ludźmi w Dreadfort.
Robb przytaknął powoli.
- Powiedz swojemu synowi i Lady Dustin, że bezpieczeństwo Brana i Rickona to priorytet. Co do Teona...chcę go żywego. Chcę spojrzeć mu w oczy i spytać, dlaczego, a potem sam zetnę mu łeb!
Zagryzł zęby i zwrócił się z powrotem naprzód, gdzie przyzywały ich migocące pochodnie i gdzie leżała Turnia otoczona chatami zagrodników i innymi budynkami.
- A co do Turnii, to zajmiemy ją, razem z Głębią Nunna, Wzgórzami Pendrica i Castamere. I to jeszcze tej nocy! I nie tylko pokażemy Tywinowi Lannisterowi co potrafi Północ, ale i wyślemy wiadomość do Balona Greyjoya: Nadchodzi zima! I idzie po nich!
Szary Wicher odrzucił do tyłu łeb i zawył przeciągle i głośno, a jego wycie poniosło się w nocnej ciszy. Na ten sygnał wszyscy czekali. Robb, który nigdy nie dowodził z bezpiecznej odległości, zaszarżował ze swoją gwardią, wiernymi lordami i damą u boku. Kopyta ich koni wyrzucały w powietrze był i kamienie, gdy pędzili w dół zalesionego zbocza, aż dotarli na płaski teren.
Mieszkańcy zamku niczego się nie spodziewali. Wszyscy sądzili, że po ataku na Oxcross i Ashemark, Robb zwróci się na Castamere i Złoty Ząb. Dlatego nie było straży, które zauważyłyby, jak zbliżają się do wioski położonej pod murami Turnii. Gdy ludzie lady Mormont i Lordów Karstarka i Boltona zaczynali walić taranem w bramy Turni, Smalljon Umber i Walder Frey podkradli się wzdłuż boków twierdzy, w pobliże południowej i północnej plaży, a stamtąd zaczęli wspinaczkę na zewnętrzne mury.
A potem byli już w środku, bo spróchniałe wrota wiodące do twierdzy roztrzaskały się pod uderzeniami tarana.
Robba jednak, choć nie była to ani pierwsza, ani ostatnia bitwa, odnosił wrażenie, że widzi tylko pojedyncze sceny.
Jego krew wrzała na myśl o zdradzie Theona i ledwo się kontrolował. Serce waliło mu w piersi, a jego dudnienie tłumiło krzyki i wrzaski, które go otaczały.
U boku młodego króla Szary Wicher rzucił się do przody z zawziętością jakiej Robb jeszcze u niego nie widział. Do ust napłynęła mu ślina i poczuł w nich dziwny, fantomowy smak żelaza (krwi?), choć nie ugryzł się w język, policzek czy wargę ani nie uderzono go w twarz.
Smak rozproszył go. W jednej sekundzie był na koniu, a w kolejnej łapał powietrze, klęcząc na ziemi i zrywał się na równe nogi na zabłoconym wejściu do Turnii. Obok niego przepychali się jego żołnierze, choć dostrzegł jak zwykle gołogłowego Daryna jak ten szlachtuje ubranego w beżową tunikę z białym obszyciem strażnika Westerlingów, który właśnie mierzył w Robba z łuku.
Podziękował przyjacielowi unosząc miecz i rzucił się w bitewną zawieruchę. Napotkał pierwszego żołnierza Westerlingów i potraktował go ostrym cięciem, które poderżnęło mu gardło. Robb nie przestawał, wkładając w ataki całą wściekłość jaką czuł na myśl o Theonie. Miał pusto w głowie, a jego stopy poruszały się same. Ramię opadało według znajomego wzoru: cięcie, parowanie, pchnięcie, parowanie, blokada, kolejne pchnięcie.
Dookoła niego na ziemię padały zakrwawione ciała. Posmak krwi w ustach stawał się coraz wyraźniejszy, gdy Szary Wicher smakował więcej i więcej ludzkiego mięsa. Mężczyzna w zbroi ryknął i pognał w stronę Robba, który warknął w odpowiedzi i uniósł miecz oboma rękami, poruszając palcami na rękojeści. Postawił pewniej stopę i wypchnął się naprzód, gotów wymierzyć mieczem szybki cios...
Jego ramię przeciął ból i siła uderzenia popchnęła go na plecy. Powietrze uciekło mu z płuc, miecz wypadł z ręki i legł na błotnistej ziemi.
Przed oczami tańczyły mu ciemne kropki, a ryk w uszach (ten, który uznał za echo własnego serca) tylko się wzmógł.
Gdzieś w oddali ktoś krzyknął:
- WASZA MIŁOŚĆ!
Robb obrócił głowę w lewo. Szeroko otworzył oczy. Z małego, nie ukrytego pod zbroją miejsca między naramiennikiem, a napierśnikiem wystawała strzała.
„Och" zdążył jeszcze pomyśleć, nim jego powieki opadły.
CDN
Od tłumaczki: Ku mojej ogromnej radości autorka właśnie opublikowała nowy rozdział. Pierwszy od października. Także ja siadam do tłumaczenia Rozdziału 33, a Wy jak mam nadzieję, już za kilka dni będziecie mogli się cieszyć Siódmym.
A, i gdyby ktoś zauważył jakieś błędy, szczególnie jeśli chodzi o nazwy geograficzne, to proszę o informację. Starałam się odszukać oficjalne polskie tłumaczenia, ale czasem bywa to trudne. Szczególnie, że czasem nawet atlas nie zgadza się z książkami.
Tym razem na warsztacie tekst The Winter Witch autorstwa writing_as_tracey, na co oczywiście otrzymałam pozwolenie. Nic z wyjątkiem tłumaczenia nie należy do mnie i tylko za nie jestem odpowiedzialna. Oryginał możecie znaleźć na tej ao3, albo na albo na , gdzie autorka posługuje się nickiem Kneazle. Tłumaczenie dostępne także na ao3, więc jeśli ktoś woli czytać tam, to zapraszam.
