Notatki do rozdziału
Jedna linijka Hostera pochodzi z „Uczty dla wron", rozdział 48 (Jaime)
Czarownica Zimy VII
Wcześnie następnego ranka, gdy plany zostały dopięte na ostatni guzik, Hermiona aportowała się do Riverrun i nie niepokojąc nikogo, zebrała kilka rzeczy ze swojej komnaty. Wewnątrz zielonego namiotu, który wyglądał jak wiejski domek o dwóch sypialniach, panował epicki bałagan na miarę Rona Weasleya. Hermiona wykorzystywała podwójną ilość miejsca. Mieszkała w namiocie i spała na znacznie wygodniejszym łóżku niż to, które znajdowało się w wyznaczonej jej przez Robba komnacie, ale dzięki tej komnacie właśnie, miała dwukrotnie więcej miejsca na zwoje, pergaminy i książki.
Jej salon zalewały zapiski z badań. Pergaminy powoli przejmowały także miejsce przed kominkiem. Robb wykazał się przewidywaniem i dobrocią, bo przeznaczona jej komnata przypominała to jak Hermiona opisała mu Pokój Wspólny Gryfonów w Hogwarcie. Tyle tylko, że nadmiar czerwieni zastąpiono błękitem Tullych, który stanowił obrębienie złotych elementów. W komnacie znajdowało się też ogromne, nieużywane łoże z baldachimem, kilka sof i foteli, a także stół z czterema drewnianymi krzesłami stojący przy kominku i liczne dywany pod większością mebli.
Ale to czego potrzebowała czarownica znajdowało się w namiocie, w sypialni, którą kiedyś dzielili Harry i Ron. Część ich ubrań, włączając w to koszulkę, w której Harry grał w Quidditcha, wciąż leżała na jego łóżku. W pokoju unosił się zapach dormitorium Gryfonów: stęchlizna, stare skarpety, pot i coś jeszcze, o czym Hermiona wolała nie myśleć.
Szybko wstrzymała oddech i podeszła do komody. Otworzyła najwyższą szufladę i wyciągnęła drewniane pudełko. Przycisnęła je do piersi, a potem obróciła się na pięcie i w mgnieniu oka przeniosła się z Riverrun do Kamiennego Młyna.
Pojawiła się obok Torrhena, tuż za niskim kamiennym murem otaczającym wysoki młyn i natychmiast głęboko wciągnęła powietrze. Słońce właśnie wysuwało się ponad horyzont, zalewając Dorzecze i pobliskie zagrody łagodnym, pomarańczowym światłem.
Torrhen podskoczył, ale starał się nie pokazać jak bardzo zaskoczyło go jej przybycie. Hermiona jednak dostrzegła pospieszny ruch jego jabłka Adama i ukryła uśmiech.
- W porządku? - spytała beztrosko, ruszając do przodu i pozwalając mu zająć miejsce za sobą i nieco po prawej. Szli między materiałowymi namiotami, rozstawionymi przez żołnierzy z Północny i Dorzecza, którzy towarzyszyli Edmure'owi. Przemykali obok ognisk i jednej przenośnej kuźni.
- Oczywiście. - odparł dwudziestoparoletni Karstark. - Zdobyłaś wszystko, czego ci potrzeba, Lady Hermiono?
Hermiona obróciła się lekko i wskazała na trzymane w ramionach pudełko.
Torrhen westchnął.
- Co to zrobi?
- Pomoże w rzucaniu zaklęć na duże przestrzenie – odparła. W chwilę potem znaleźli się w namiocie dowodzenia.
Edmure, który wyglądał jakby zbierało mu się na wymioty, ale uparł się zachować kamienną twarz, podniósł wzrok znad mapy i skinął im głową. Towarzyszyli mu Mallister i Blackwood. Edmure odwrócił się do swojego giermka i nakazał:
- Znajdź lordów Brackena i Vance'a i każ im natychmiast przyjść do namiotu dowodzenia.
Nastolatek wybiegł na zewnątrz, a Hermiona ustawiła pudełko na mapie.
Blackwood zerknął na nie sceptycznie.
- Co jest w środku?
- Trochę soli, trochę eliksirów - odparła beznamiętnie, lekko poruszając ręką. - No i kreda. Będę musiała rzucić zaklęcia na cały teren przylegający do Raventree Hall i Kamiennego Płotu, żeby się upewnić, że nic nas nie zaskoczy.
Blackwood zamknął z wdzięcznością oczy, choć wciąż nie był pewien jej umiejętności.
- Dziękuję, Lady Hermiono. Kiedy wyruszasz?
- Jak tylko dołączy do nas Lord Bracken - odparła. - Lepiej żebyśmy wyruszyli natychmiast, a gdy znajdziemy się w odległości wzroku, aportuję nas na miejsce, żeby rzucić zaklęcia.
- Aportuję? - spytał Lord Mallister.
Torrhen i Edmure skrzywili się, ale Edmure odpowiedział z wahaniem.
- Lady Hermiona... przenosi się z jednego miejsca na drugie.
Blackwood i Mallister spojrzeli na Hermionę, która uśmiechnęła się do nich skromnie. Ale w tym momencie uniosła się klapa namiotu i nie mogli już zadać jej więcej pytań. Do środka weszli Lordowie Vance i Bracken razem z giermkiem Edmure'a.
- Świetnie, zaczynajmy - powiedział Edmure, a jego głos trząsł się tylko odrobinę. - Lady Hermiona zabierze Lorda Blackwooda i Lorda Brackena konno w stronę Raventree Hall i Kamiennego Płotu, by rzucić na nie te... zaklęcia ochronne, które nam zaproponowała.
- Ja też jadę - przerwał Torrhen, odrzucając ramiona do tyłu, gdy wszyscy na niego spojrzeli.
- Nie musisz - zaprotestowała uprzejmie Hermiona. - To szybka sprawa, wejść i wyjść.
Torrhen potrząsnął głową, a światło świec pomalowało jego jasnobrązowe włosy na kasztanowo.
- Król Robb kazał mi cię chronić i choć masz - przyjrzał jej się od stóp do głów. – masę umiejętności, Lady Hermiono, lepiej bym się poczuł będąc u twojego boku.
Edmure przytaknął wolno.
- Bardzo dobrze, lordowie Blackwood i Bracken pojadą z Lady Hermioną i Karstarkiem w stronę dwóch twierdz, a Mallister i Vance zorganizują nasze siły i rozpoczną rozmieszczanie oddziałów wzdłuż Czerwonych Wideł zaczynając na południe stąd, naprzeciwko Żołędziowego Dworu. Stamtąd udamy się naprzód, mijając Riverrun i w stronę Raventree Hall i Kamiennego Płotu, by stanąć przy Gospodzie na skrzyżowaniu dróg.
- Ile czasu potrzeba ci, pani, na przygotowanie tej obrony? - spytał Vance, zwracając się do Hermiony.
- Niewiele - odparła. - Jakąś godzinę na rzucenie zaklęć, ale przez kilka kolejnych będę zmęczona. Gdy już raz odwiedzę miejsce, mogę się tam aportować i zabrać kogoś ze sobą.
- Więc jakiś dzień? - uściślił Vance, lekko marszcząc brwi.
Hermiona przytaknęła.
- Dobrze - przerwał Mallister. - Zwiadowcy spodziewają się, że mamy tylko kilka dni nim armia Lannisterów nam się pokaże. Nie więcej niż pięć, a jestem pewien, że nawet szybkim tempem dotarcie do Raventree Hall i Kamiennego Płotu zajmie wam co najmniej dzień lub nawet dwa.
To powiedziawszy, grupa się rozeszła, pozostawiając Edmure'a, Mallistera i Vance'a w namiocie dowodzenia, a Hermiona, Torrhen i Lordowie Blackwood i Bracken udali się do koni.
„Będę musiała się do tego przyzwyczaić" westchnęła Hermiona, zerkając na ogromnego brązowego rumaka, na którego lekko wskoczył Torrhen, a także na czarnego konia bojowego, którego dosiadał Blackwood i szarego wierzchowca Brackena.
Torrhen wyciągnął do niej rękę, a ona z zażenowaniem złapała go za nadgarstek. Chwycił mocniej jej ramię i wciągnął ją na siodło przed siebie. Hermiona usiadła pospiesznie, zaciskając zbielałe palce dookoła łęku siodła i ściskając boki wierzchowca nogami. Siedzenie na koniu Torrhena zupełnie nie przypominało dosiadania Hardodzioba czy smoka z Gringotta.
Koń zarżał, a Torrhen stłumił śmiech, mówiąc:
- Spokojnie, Lady Hermiono. Nie pozwolę ci spaść.
- To nie upadku się boję - mruknęła, ale Karstark tylko zaśmiał się za jej plecami i objął ją, trzymając lejce jedną ręką. Zakląskał językiem, a zwierzę ruszyło.
Dla Hermiony, która spędziła większość podróży z kurczowo zaciśniętymi powiekami, droga była przeraźliwie nudna. Strach zmusił młodą czarownicę do recytowania w myślach Praw Transmutacji Gampa aż rytm jej serca zwolnił na tyle, by zdała sobie sprawę, że oprócz krytycznych uwag, które wymieniali Blackwood i Bracken, słyszała też głos Torrhena.
- ...i jeśli to widzisz, Lady Hermiono, to w oddali widnieje Wysokie Serce - mówił łagodnie. - Pojedziemy tam, bo stamtąd zobaczymy wszystko aż do Harrenhal i Oka Boga. Sam go nie widziałem, ale słyszałem, że to nie byle co...
- Dzięki - mruknęła, powoli otwierając oczy i głośno wciągając powietrze, gdy zdała sobie sprawę jak szybko kłusowali przez pola i leśne ścieżki, które prowadziły bliżej i bliżej wzgórza, które górowało nad okolicą.
- Oczywiście, moja pani - odparł. - Niedługo dotrzemy do Wysokiego Serca.
- Kiedy dokładnie?
„Niedługo" okazało się oznaczać dwie godziny, ale nim dotarli do grzbietu wzniesienia, trzy konie zwolniły. Prowadzeni przez Torrhena, zeszli ze ścieżki i wkroczyli w gęsty las. Często musieli się schylać, by uniknąć nisko wiszących girland mchu i gałęzi. Korony drzew tłumiły dźwięki, a powietrze było znacznie chłodniejsze, tak że Hermiona drżała, gdy jechali w cieniu.
Głowę by dała, że widziała coś kątem oka i odwróciła się częściowo w ramionach Torrhena, by na to spojrzeć.
- Co to było? - spytała. Między zielenią drzew mignęła jej biel, a potem para czerwonych, przenikliwych oczu, które jednak natychmiast zniknęły.
- Widziałaś coś, Lady Hermiono? - spytał Blackwood tuż zza nich.
Po jego drugiej stronie Bracken stężał i rozejrzał się po grubych pniach i krzakach dookoła.
- Może to Duch Wysokiego Serca?
- Duch? - powtórzyła Hermiona.
Torrhen przytaknął i Hermiona poczuła, jak porusza się jego tors, a jego zbroja ociera się o jej sweter.
- Tak, Duch Wysokiego Serca, który przepowiada przyszłość tym, którzy go szukają.
- Przepowiada? - pisnęła z przerażeniem Hermiona. „Merlinie, myślałam, że to się skończyło, gdy Harry zabił Voldemorta!"
- Zamierzasz szukać porady w sprawie małżeństwa, Lady Hermiono? - zażartował Lord Blackwood i parsknął śmiechem.
Za nią Torrhen odwrócił się odrobinę i posłał mężczyźnie wściekłe spojrzenie.
- Proszę nie dawać memu ojcu nadziei, Lordzie Blackwood!
„Ta" pomyślała Hermiona. „Ta, to zupełnie nie pomaga."
Wyłonili się z lasu po drugiej stronie wychodzącego na północ zbocza. Dookoła rozciągał się patchwork farm, zagajników i krytych strzechą domów. W oddali Hermiona widziała ciemnoszare opary dookoła łańcucha górskiego w pobliżu Riverrun, a także w wąską błękitną wstążkę, która musiała być jedną z licznych odnóg Tridentu, z pewnością Czerwonymi Widłami.
A przed nimi widniały dwie szare budowle. Jedna wznosiła się w niebo, a druga była poczerniała i mniejsza. Raventree Hall i Kamienny Płot. Wąska smużka dymu unosiła się wolno nad Kamiennym Płotem.
Obok Torrhena zatrzymali się na swoich koniach Blackwood i Bracken i rozejrzeli się po ziemiach i mniejszych twierdzach rozsianych po okolicy zarządzanej przez ich wasali, pomniejsze rody. Nagle Bracken głośno wciągnął powietrze, sprawiając, że wszyscy na niego spojrzeli.
- Mój dom! - jęknął cicho, lamentując.
Hermiona obróciła się i zmrużyła oczy, przyglądając się mniejszej twierdzy aż dojrzała czerwoną flagę powiewającą na wietrze. To musiało coś oznaczać, bo Blackwood warknął.
- Lannisterowie - syknął Torrhen.
Hermiona spojrzała na mniejszą, poczerniałą twierdzę. Wyciągnęła z torebki omnikulary (pamiątkę po Pucharze Świata w Quidditchu) i uniosła je do twarzy, używając ich by przybliżyć sobie Kamienny Płot. Na czerwonym materiale widniał ryczący złoty lew, zupełnie nieprzypominający lwa Gryffindoru. Po murach chodzili uzbrojeni mężczyźni, ale brama stała otworem i wyglądało na to, że nie spodziewali się ataku ani z zewnątrz ani z wewnątrz.
- Nie było nas ledwo dwa księżyce - jęknął Blackwood. - Kiedy Lannisterowie się tu przekradli?
- Mówiło się, że Góra prowadził swoich ludzi przez Dorzecze - powiedział cicho Torrhen, ruszając koniem, gdy ten zarżał nerwowo. - To mógł być on.
- On by nie został - odparł ponuro Blackwood. - Po prostu spaliłby twierdzę, gdy już zgwałciłby i zrabował wszystkich i wszystko co chciał.
Hermiona obróciła się do mężczyzn z szeroko otwartymi ustami.
- Gwałcić i rabować? Kim jest ten człowiek?
- Gregor Clegane - odparł Bracken, a jego głos drżał z wściekłości. - Człowiek Tywina Lannistera. Jest ogromny i zbudowany jak góra, stąd przydomek. To okropny i niebezpieczny człowiek.
- Mówią, że zabił własną siostrę i ojca - ciągnął Blackwood. - I że spalił swojemu młodszemu bratu twarz, bo go nie lubił.
- Merlinie - szepnęła Hermiona, odwracając się do dymiącej twierdzy. W jej oczach błysnęła stal. - Musimy coś z tym zrobić.
- Mówiłaś, że to nie twoja walka, lady Hermiono - powiedział cicho Torrhen. - A musimy ochronić Raventree Hall, nie mówiąc już o czekającej nas walce z idącymi na Riverrun siłami Lannisterów.
- To nie zabierze wiele czasu. - usta Hermiony ściągnęły się w długą, wąską linię. - Możemy i tak najpierw załatwić Raventree Hall. - potrząsnęła głową. - Jeśli ten... Góra... Clegane... jest w Kamiennym Płocie, to trzeba go powstrzymać.
- Próbowali już lepsi ludzie i sławniejsi wojownicy niż taka mała leśna czarownica, Lady Hermiono. - ostrzegł Blackwood, a zmarszczki dookoła jego oczu pogłębiły się, gdy na nią spojrzał.
- Cóż - odparła groźnie Hermiona. – Ale oni nie byli mną, prawda?
Zdecydowali się nie zmieniać pierwotnego planu i najpierw zabezpieczyć Raventree Hall. Jednakże konno dotarcie do zamku zajęłoby im całe godziny, więc po pełnej wahania zgodzie panów, Hermiona podjęła się aportować łącznie z każdym po kolei, zaczynając od Lorda Blackwooda.
Hermiona wzięła Blackwooda pod ramię, niby w parodii gestu, który okazał jej Robb, gdy po raz pierwszy przybyła do Riverrun.
- To pewnie będzie nieprzyjemne. - ostrzegła Hermiona.
- Jak nieprzy...?
Hermiona obróciła się na pięcie i z głośnym pyknięciem rozpłynęli się ze swojego miejsca i pojawili z powrotem blisko bramy, ku ogromnemu zdumieniu strażników Blackwooda, którzy ze swoich miejsc na dwóch wieżach, napięli łuki. Obok niej zgięty w pół Blackwood wyrzygiwał na trawę ostatni posiłek składający się z suszonej wołowiny.
Jeden ze strażników rozpoznał go i zawołał ostrożnie.
- Lordzie Blackwood? Mój panie? Nic ci nie jest?
Blackwood uniósł rękę i zakasłał, a potem się wyprostował. Posłał Hermionie wściekłe spojrzenie, które jednak straciło na sile przez zielonkawy odcień jego porośniętej cienkim zarostem twarzy.
- Nieprzyjemne to niedopowiedzenie, Lady Hermiono.
Hermiona wzruszyła ramionami.
- Idę po pozostałych. Może pan wytłumaczyć swoim ludziom co zrobię, żeby nie naszpikowali mnie strzałami?
Blackwood przytaknął, a ona znów zniknęła, by pojawić się z powrotem na Wysokim Sercu. Bracken zaklął głośno, bo jej nagłe pojawienie sprawiło, że jego koń odskoczył w krzaki.
- Lepiej żebyś ty był następny, Torrhenie - zaproponowała, a wysoki Karstark tylko przytaknął z powagą. Zamiast wziąć go pod ramię, chwyciła jego dłoń i oboje aportowali się przed Raventree Hall, przed którym stało teraz kilku strażników i sam lord Blackwood, który tłumaczył jej plan swoim ludziom.
Nim pojawiła się z Lordem Brackenem, który ku irytacji Blackwooda nie zwymiotował, ludzie tego drugiego przyglądali jej się z oszołomionym podziwem.
- Ile to zajmie? - spytał z irytacją Lord Kamiennego Płotu, gdy stanęli na wewnętrznym dziedzińcu.
- Jakąś godzinę - odparła Hermiona, już zerkając na odległe zakątki sali. - Muszę się tylko dostać do kamieni narożnych, a potem będę potrzebowała mapy zamku i przyległych terenów.
W towarzystwie Torrhena, Lorda Blackwooda i kilku ciekawskich strażników, Hermiona kucnęła przy szarym kamieniu w rogu pomiędzy murem po prawej a tym na którym znajdowała się brama i kredą nakreśliła na nim Uruz, runę siły. W kącie naprzeciwko narysowała Algiz, runę ochrony. Po drugiej zaś stronie Raventree Hall Ihwaz, runę długowieczności i Berkano, tę od rzeczy ukrytych. Rysowanie każdej kolejnej runy kończyła stukając w nią różdżką i przesycając ją magią.
Odrobinę kręciło jej się w głowie. Przyjęła od Torrhena kielich z cydrem i pospiesznie go wychyliła. Gdy skończyła Blackwood podał jej mapę Raventree Hall i wykorzystawszy kroplę jego krwi, Hermiona zatoczyła koło dookoła terenu, rzucając zaklęcie odstraszające mugoli, a czerpiące siłę z rodu właściciela.
Gdy Hermiona skończyła swoje zadanie, słońce wisiało już wysoko nad Raventree Hall, a wzdłuż jej linii włosów i po plecach spływał pot, pozostawiając po sobie nieprzyjemne uczucie brudu. W głowie już jej się nie kręciło. Efekty uboczne ładowania run wystarczającą ilością mocy, by starczyły na tak duży teren, już ustąpiły. Nie dorastała Harry'emu do pięt, jeśli chodzi o ilość magicznej energii, a jej najmocniejszą stroną pozostawały książki i tworzenie zaklęć, ale do ułomków nie należała.
„Po prostu od dawna nie używałam takiej ilości magii" pomyślała cierpko. Większość czasu od Bitwy o Hogwart spędziła rzucając geminio i reparo przy kopiowaniu książek w bibliotece czy naprawianiu walących się ścian i schodów.
Grupa przeniosła się z wewnętrznego dziedzińca do samotni Blackwooda, jasnego gabinetu, w którym feeria barw tańczyła po białych panelach z czardrzewa, gdy słońce wpadało przez liczne okna sięgające od podłogi aż po sufit. Hermiona odpoczywała na niskim krześle przy kominku. Za plecami miała Torrhena, a dziedzic Blackwooda, Brynden (który pozostał w zamku pod nieobecność ojca) razem z jego dwoma młodszymi synami Hosterem i Edmundem, kasztelanem Blackwooda (ponurym brunetem o imieniu Aethl) i lordem Brackenem otaczali półkolem siedzącego za biurkiem Blackwooda.
Blackwood westchnął ciężko.
- Co wiemy o siłach Lannisterów w Kamiennym Płocie?
Jego najstarszy syn, Brynden, wysoki młodzieniec o szerokich barach, odpowiedział pospiesznie.
- Mała grupka szybko przeszła przez Dorzecze. Minęli nas i poszli prosto na ziemie Lorda Brackena.
Zainteresowany zaczął przechadzać się nerwowo.
- Co się stało moim ludziom?
Brynden Blackwood wzruszył ramionami.
- Nie mamy kontaktu z Kamiennym Płotem, więc wszystkiego dowiedzieliśmy się po fakcie. Sama twierdza została spalona i wielu mieszkańców zginęło.
Hermiona zmarszczyła brwi, słysząc tak bezduszne słowa, a Bracken warknął.
- Życie moich ludzi to dla ciebie żart?
Młodzieniec wzruszył ramionami i Hermiona doszła do wniosku, że coś jej umyka. Obróciła się do Torrhena, ale ten był skupiony na toczącej się rozmowie.
Blackwoodowie i Bracken patrzyli na siebie morderczo aż Hoster Blackwood, chuderlawy nastolatek, który przerastał nawet swego mierzącego siedem stóp ojca, odezwał się. Hermionie wydał się molem książkowym, a odstające z tyłu głowy włosy szczególnie od razu sprawiły, że go polubiła.
- Po pewnym czasie wszystkie daty znikają w mroku dziejów, a przejrzystość historii zmienia się w zamglenie legend.
Jego słowa zadziałały na dorosłych jak ostrzeżenie i obaj znacznie się uspokoili.
- Proszę o wybaczenie - powiedział Brynden Blackwood, sztywno, lecz szczerze. Przez chwilę widocznie ze sobą walczył, ale potem dodał. - Góra przeszedł przez okolicę, ale to było jakiś czas temu. Nie sądzę by to on zaatakował Kamienny Płot. Wydaje mi się też, że w zamku został tylko nieliczny oddział.
- Ilu? - warknął Lord Blackwood.
- Mniej niż dwudziestu - odparł kasztelan Aethl. - Ale co najmniej dziesięciu. Szybko kończą im się zapasy z Kamiennego Płotu i ostatnio zaczęli już węszyć i przy nas.
- Nie możemy przeprowadzić pełnego frontalnego ataku - westchnął Brynden. - Zobaczą nas.
- Więc co mamy robić? - syknął wściekle Bracken.
- Użyć tylnego wejścia. - wszyscy spojrzeli na Hermionę. Napotkała ich wzrok i ciągnęła. - Użyjemy tylnego wejścia. I choć jak zgaduję, nie macie takich, to ja mogę je stworzyć. W piwniczce? Spiżarni? Możemy przekraść się od tyłu. Zostawimy symboliczną obronę od przodu, by odwrócić ich uwagę, a sami wykonamy manewr okrążający.
Lordowie Blackwood i Bracken zagapili się na nią, tak samo Aethl, a Brynden szeroko rozdziawił usta. Hoster i Edmund wydawali się zdumieni, jakby dziwiło ich, że się odezwała, a Torrhen walczył z uśmiechem.
- To... - zakrztusił się Blackwood. - To zadziała.
Bracken pozbierał się jako pierwszy.
- W takim razie... teraz?
Hermiona zgodziła się, im szybciej wyruszą, tym szybciej będą mogli wrócić do Edmure'a i bitwy. Blackwood nakazał kasztelanowi napisać do Edmure'a, że coś ich zatrzymało, a Brynden i Hoster zebrali kilku zbrojnych, którzy mieli do nich dołączyć jako siła frontalna.
Hermiona zaś przełknęła głośno ślinę. Po raz pierwszy od Bitwy o Hogwart miała wziąć udział w walce. „Mam tylko nadzieję, że nikogo nie zawiodę."
Brynden poprowadził oddział mający zaatakować Kamienny Płot od przodu w morzu krwistej czerwieni i czarnych kruków obszytych bielą (herb Blackwoodów), a Bracken zawiódł Blackwooda, Torrhena, Hermionę i dwóch strażników z Raventree Hall, na tyły twierdzy. Otaczała ją wioska składająca się z drewnianych i kamiennych chat, pobudowanych tuż obok siebie. W powietrzu wisiał jakiś ciężar, który Hermiona rozpoznała z Hogsmeade, na kilka godzin przed Bitwą o Hogwart. Wtedy w wiosce panowała cisza i spokój, mieszkańcy ledwo wyglądali przez okna. Tu było tak samo.
- Tutaj. - szepnął Bracken, z kryjówki za kuźnią i garbarnią fragment muru Kamiennego Płotu, nad którym wyrastała ogromna wieżyca. - U podstawy tej wieży jest piwniczka.
Hermiona wysunęła się przed szereg, tylko odrobinę wychylając się z uliczki i machnęła ręką, by wysunąć różdżkę z rękawa. Wycelowała ją w ścianę i wyobrażając sobie bulaj, mruknęła:
- Evanesco.
Część kamiennego muru twierdzy zniknęła, pozostawiając po sobie dziurę na tyle dużą, by mogli się przez nią przeczołgać.
Najpierw poszedł Lord Bracken, za nim Hermiona i cała reszta. Gdy już znaleźli się w prawie pustej piwniczce, Hermiona obróciła się z powrotem do muru i szepnęła „reparifarge", zwracając mu poprzednią formę. Następnie niewerbalnie rzuciła lumos, bo gdy dziura się zasklepiła, zatonęli w ciemności.
- Proszę prowadzić - szepnęła Hermiona i razem przekradli się z piwniczki do kuchni. Zauważyła ich pomywaczka i prawie krzyknęła, ale na widok swojego lorda tylko szeroko otworzyła oczy, a potem wskazała ku górze i Wielkiej Sali.
Z Brackenem i Blackwoodem na czele, Hermiona nie miała co robić, gdy wędrowali korytarzami i gdy tylko wyszli z kuchni, szybko zgasiła czubek różdżki. Torrhen trzymał się za nią.
Pierwszy Lannisterski strażnik, którego spotkali, gdy nucąc wychodził z bocznego pomieszczenia, nie zdążył nikogo ostrzec zanim dopadł go Bracken i z łatwością poderżnął mu gardło. Lannister zabulgotał, ale Bracken chwycił go i zaciągnął do tego samego pomieszczenia, które ten przed chwilą opuścił.
Kolejnych czterech strażników napotkało ten sam los. Kilka służących i paru żołnierzy Brackenów, których napotkali po drodze, szybko im pomogło, ukrywając ciężkozbrojnych Lannisterów w przyległych pokojach a raz nawet w wychodku.
Ściany twierdzy były miejscami osmalone, a tam, gdzie musieli przebiegać żołnierze Brackenów z kubłami wody, by ugasić płomienie, w powietrzu unosił się zapach zgnilizny. Wiele belek nośnych i kolumn poczerniało, lub ściemniało, a na niektórych już wyrastała pleśń. Na drewnie zachowały się pozostałości dekoracyjnych pędzących koni.
Hermiona i Torrhen ukryli się za jedną z takich kolumn, Blackwood i Bracken zajęli inną, naprzeciwko nich, a towarzyszący im żołnierze wybrali sobie trzecią.
Z cienia zaglądali do pogrążonej w mroku Wielkiej Sali. U szczytu Sali, na podwyższeniu, siedział jasnowłosy Lannister i śmiał się rubasznie z przynajmniej dziesięcioma żołnierzami, a trzy dobrze ubrane nastolatki o znękanych i przerażonych twarzach, nalewały im z dzbanów. Najstarsza miała jasnobrązowe włosy i nosiła ładną, różową suknię. Pozostałym nie dało się odmówić podobieństwa, choć ich włosy były ciemniejsze, a suknie żółte.
U stóp podwyższenia zakuto w łańcuchy dwóch nastolatków. Jeden był blondynem, choć nie tak jasnym jak Lannisterowie. Miał przyjemną twarz i nosił tunikę w odwróconych barwach rodu Brackenów. Drugi miał ciemne włosy i brodę. Także nosił barwy rodu.
Jeden ze strażników pochylił się i gdy najstarsza dziewczyna go mijała, chwycił ją za pośladek. Dziewczyna pisnęła z zaskoczenia i strachu, a jasnowłosy nastolatek skoczył na równe nogi, krzycząc:
- Zostaw Barbarę, lwie ścierwo!
Strażnik znajdujący się najbliżej niego, uderzył nastolatka w twarz dłonią zakutą w ciężką rękawicę. Chłopak padł na podłogę z oszołomionym wyrazem twarzy. Usta miał zakrwawione, a policzek czerwony.
Ubrana na różowo Barbara załkała, gdy strażnik chwycił ją i posadził sobie na kolanach.
- I co z tym zrobisz, bękarcie?
Zza ogromną kolumną, Hermiona wpadła w szał. Jasnobrązowe, prawie blond włosy dziewczyny i jej ładna różowa sukienka przypominały Hermionie Lavender, choć córka Brackena wcale nie była do niej podobna. A gdy strażnik zepchnął Barbarę ze swoich kolan, by położyć ją na stole, Hermiona zobaczyła nieruchome i zakrwawione ciało koleżanki z dormitorium, której pazury Fenrira Greybacka rozorały szyję. Jej pusty wzrok i bladą skórę.
Nie zorientowała się nawet jak wychodzi zza kolumny, a jej różdżka wykonuje urwany zawijas. „Fumos" pomyślała wściekle, a z różdżki wystrzelił dym, natychmiast zalewając salę potokiem szarości i przysłaniając nieliczne pochodnie.
- Co do...?
- Skąd ten dym?
- Intruzi!
- Za miecze!
Za plecami czuła, jak podkrada się do niej Torrhen. Postukał ją w ramię, a ona zerknęła do tyłu.
- Gdzie są? - spytał bezgłośnie, wysuwając do przodu brodę i mrużąc oczy, by dostrzec coś pod zasłoną dymu.
Hermiona zawahała się i uniosła różdżkę. Drugą ręką sięgnęła po jego dłoń i chwyciła ją, tak że ich ciała się zetknęły. „Homenum Revelio" pomyślała i natychmiast strażnicy Lannisterów, trzy dziewczynki i dwóch chłopców podświetlili się na czerwono.
Torrhen głośno wciągnął powietrze, widząc to co ona. Zerknął na nią i skinął głową, a potem z ponurą miną pewniej chwycił miecz.
Przekradli się do najbliższego Lannistera. Strażnik groził mieczem ciemnowłosemu nastolatkowi i rozglądał się po zasnutym mgłą pomieszczeniu przerażonym wzrokiem. Cofał się powoli, wlokąc za sobą nastolatka.
Torrhen przesunął się przed Hermionę. Gdy Torrhen zatykał mężczyźnie usta dłonią i podrzynał mu gardło, Hermiona mruknęła „Alohomora", a kajdany opadły. Nastolatek wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami, ale Hermiona uniosła palec do ust i gestem kazała mu przesunąć się na bok, gdzie szybko rozpłynął się w dymie.
Tymczasem hałasy z drugiej strony stołu wskazywały na to, że Blackwood i Bracken dołączyli i walczyli z innymi strażnikami. Straciwszy już element zaskoczenia, Hermiona wyczarowała z różdżki wiatr, by pozbyć się dymu.
Kilku strażników już nie żyło, ale ich los podzielili żołnierze Blackwoodów. Siły wciąż były nierówne, szczególnie biorąc pod uwagę trzy bezbronne dziewczęta i wciąż skutego nastolatka. Bracken rzucił się w stronę stołu i trzech dziewczyn, a z jego ust wydobył się krzyk. Za jego plecami Blackwood zaklął, atakując dwóch Lannisterów na raz.
Torrhen ciął prosto w pobliskiego strażnika, rozpoczynając z nim walkę, a Hermiona zimno rozejrzała się po sali i wybrała sobie na przeciwnika żołnierza, który nie potrafił utrzymać przy sobie rąk. Ten stał w miejscu i trzymał przed sobą Barbarę niczym żywą tarczę. Siostry dziewczyny schowały się pod stół i płakały głośno, ale ona milczała. Jej oczy były szeroko otwarte, a twarz blada, jakby pogodziła się z ewentualną śmiercią.
„Nie wydaje mi się" pomyślała Hermiona. Wycelowała w niego różdżką, pomyślała „expulso" i dziewczyna została wyszarpnięta z ramion Lannistera, który z kolei odleciał w przeciwną stronę. Hermiona natychmiast rzuciła zaklęcie poduszkujące na podłogę, gdzie wylądowała na brzuchu Barbara. Strażnik Lannisterów poleciał w górę i rąbnął w jedną z kolumn, łamiąc ją na pół. Ciężka drewniana bela zwaliła się na niego i już się nie poruszył.
Niestety to ściągnęło na Hermionę uwagę pozostałych. Trzej strażnicy obrócili się do niej, a był pośród nich i przywódca.
- Suka! - warknął i razem z pozostałymi zeskoczyli z podwyższenia i ruszyli w jej stronę.
Hermiona zmrużyła oczy i rzuciła niewerbalne depulso, a te same krzesła, na których jeszcze przed chwilą siedzieli, uniosły się w powietrze i pomknęły w ich stronę. Jeden wrzasnął, gdy uderzyło go rozwścieczone drewno i padł na ziemię. Pozostali dwaj zdążyli posiekać mieczami atakujące meble, z których zostały tylko sterty drzazg.
„Oppugno" pomyślała Hermiona, unosząc różdżkę w górę, a potem celując nią w mężczyzn. Przywódca rzucił się na ziemię, wytrzeszczając oczy. Jego towarzysz nie miał tyle szczęścia i odpryski trafiły w nieosłonięte miejsca, przebijając skórę i odrzucając go do tyłu serią malutkich uderzeń aż zaczął przypominać poduszeczkę na szpilki.
- Na Bogów - szepnął przywódca, ale jego słowa poniosły się po sali. - Czym ty jesteś?
Uklęknął, a potem wstał, jednocześnie zamachując się mieczem i próbując dosięgnąć Hermionę. Ona, jednakże rzuciła niewerbalne protego i miecz odskoczył od niewidzialnej tarczy. Machnęła różdżką, rzucając expulso, a jasnoniebieskie światło pomknęło z niej i rąbnęło prosto w klatkę piersiową mężczyzny.
Rozległ się podobny do dzwonu dźwięk, gdy zaklęcie uderzyło w napierśnik, mocno go wgniatając i sprawiając, że mężczyzna jęknął z bólu. Poleciał do tyłu, koziołkując wpadł na stół, a potem spadł z niego po drugiej stronie. Hermiona rzuciła się do przodu i spojrzała na niego ponad stołem, lecz on nie żył już, a jego szyja była wygięta pod dziwnym kątem.
- Lady Hermiono! Za tobą! - krzyknął Torrhen i Hermiona obróciła się, by zobaczyć jak jeden z przeciwników Blackwooda ignoruje go, by rzucić się na nią. Zamierzył się na nią mieczem, ale zdążyła się pod nimi uchylić. Mężczyzna jednak zdążył złapać jej prawy nadgarstek i ścisnął go mocno.
Hermiona wrzasnęła, a różdżka wypadła jej z bezwładnej ręki. Musiała usztywnić kolana by nie paść na podłogę. Kości jej nadgarstka zazgrzytały o siebie i łzy podeszły jej do oczu.
„Conjunctivitis" pomyślała Hermiona, a z piersi wydarło jej się ciche sapnięcie, gdy żołnierz szarpnął ją do siebie, ściągając ją z podwyższenia. Jednak w tym samym momencie zachwiał się, a jego oczy poczerwieniały i spuchły. Puścił ją, odskakując i unosząc dłonie do twarzy.
- Nic nie widzę! - zawył. - Nic nie widzę!
Za jego plecami pojawił się Torrhen i brutalnie ciął, a potem pchnął mieczem. Lannister padł na kolana, krztusząc się krwią, a potem osunął się na ziemię.
Sala pogrążyła się w ciszy, przerywanej tylko cichym łkaniem schowanych pod stołem dziewcząt. Barbara wstała z drżeniem ze swojego miejsca i szeroko otwartymi oczami rozejrzała się po zniszczonym pomieszczeniu.
- Jeyne? Bess? - zawołał łamiącym się głosem Bracken, z łoskotem rzucając miecz na stół. Na dźwięk swoich imion dziewczynki pośpiesznie wypełzły spod stołu i pobiegły do Lorda, który chwycił je w ramiona. - Moje dziewczynki, moje małe dziewczynki...!
- Czy oni nie żyją? - spytał wciąż zakuty w kajdany nastolatek. Był niedaleko Hermiony, u stóp podwyższenia, więc podczołgała się do niego na kolanach i przywołała do siebie różdżkę. Ta podleciała do niej i czarownica chwyciła ją, krzywiąc się, gdy zaprotestował obolały nadgarstek.
- Tak, chłopcze, nie żyją - odparł Blackwood, szturchając swojego przeciwnika czubkiem buta.
Hermiona postukała różdżką w kajdany, rzuciła Alohomorę, a te otworzyły się. Z roztargnieniem potarł pozostawione przez nie ślady i obrócił się, by obejrzeć Wielką Salę, w której widać było pozostałości bitwy.
- Na zewnątrz jest jeszcze kilku - odezwał się nowy głos i Hermiona obróciła się, by zobaczyć jak pierwszy nastolatek, któremu pomogła, wysuwa się zza kolumny.
- Nic z czym sobie nie poradzimy - oznajmił pewnie Blackwood, zerkając na Torrhena, którego napierśnik, szyję i twarz plamiła krew. - Lady Hermiono, możesz walczyć dalej? Lord Bracken powinien zostać w środku ze swoimi dziećmi i zebrać służących.
Torrhen chwycił Hermionę za ramię i postawił ją na nogi, a ona przytaknęła.
- Nic mi nie jest.
- Dobrze - Lord ruszył w stronę wyjścia, a Torrhen i Hermiona natychmiast podążyli za nim. Gdy mijali drzwi do Wielkiej Sali i wychodzili na wewnętrzny dziedziniec Kamiennego Płotu, Hermiona usłyszała jak jedna z dziewcząt pyta:
- Kto to? Czy to leśna wiedźma?
- Coś w tym rodzaju, moja miła. - odparł Bracken.
Hermionie i jej towarzyszom nie dane jednak było odpocząć. Blackwood wypadł na dziedziniec z rykiem, zwracając na siebie uwagę czterech strażników pilnujących ogromnej drewnianej bramy, która również nosiła ślady pożaru i gniła powoli. Dwaj łucznicy na murach, którzy rozmawiali z Bryndenem i Hosterem Blackwoodami na zewnątrz twierdzy, obróciło się na pięcie i zagapiło na troje nowoprzybyłych.
Hermiona pobiegła prosto do drewnianej bramy, ignorując ludzi po jej obu stronach, którzy unieśli miecze.
- BOMBARDA! - wrzasnęła, a skrzydła bramy, które normalnie otwierały się do środka, zostały rozerwane przy zamku i żelaznych zawiasach. Jedno z łoskotem walnęło o ścianę i odbiło się, uderzając w niczego się niespodziewającego strażnika i posyłając go na ziemię. Torrhen natychmiast go dopadł i ciął mieczem od góry do dołu. Ostrze przeszło przez stal i ciało.
Gdy brama stanęła otworem, Brynden, Hoster i towarzyszący im ludzie Blackwoodów wpadli do środka. Błysnęła stal i strażnik przy bramie padł martwy. Sam Blackwood był już na murach, a za nim pognał Brynden, gdy tylko zeskoczył z konia. Dwaj Lannisterowie szybko podzielili los swych kompanów.
W kilka chwil było po wszystkim.
Hermiona machnęła bolącym nadgarstkiem, a jej różdżka wsunęła się z powrotem do ukrytej kieszeni. Odetchnęła ciężko przez nos, a jej serce powoli zaczęło się uspokajać. Rozejrzała się po dziedzińcu, patrząc na sześć ciał, kawałki drewna i krew plamiącą bruk. „Już po wszystkim. Już po wszystkim. Udało się." Pomyślała.
- Lady Hermiono. - powiedział cicho Torrhen, podchodząc do niej. Hermiona spojrzała na niego z ciekawością. Wskazał na jej rękę. - Twój nadgarstek, pani. Odniosłaś obrażenia?
Hermiona spojrzała w dół i dostrzegła sińce, które już tworzyły czarne koło dookoła delikatnego stawu.
- N-nic mi nie będzie, Torrhenie. Esencja Dyptamu łatwo sobie z tym poradzi.
Mężczyzna spojrzał na nią sceptycznie, ale przytaknął.
- Skoro tak mówisz, Lady Hermiono...
- Lady Hermiono! - zawołał Blackwood, odwracając się od swoich synów. Na jego twarzy malowała się otwartość i bardzo szeroki uśmiech, a choć był zlany potem i krwią, jego ekscytacja nie znała granic. - Twoja magia jest imponująca!
- Zgadzam się - dodał Lord Bracken wychodząc z budynku w towarzystwie dzieci. Szczególnie dwie najmłodsze dziewczynki przywarły do jego boku. - Bez ciebie straciłbym syna i bratanka, córki też. Nigdy nie będę w stanie ci się odwdzięczyć.
Hermiona potrząsnęła głową, próbując coś odpowiedzieć, ale Bracken przerwał jej zbliżając się i kładąc jej ręce na ramionach.
- Proszę - powiedział cicho, a w jego głosie dało się słyszeć ból. - Barbara została... ciężko skrzywdzona przez Górę, a ci którzy zostali przerażali moje dziewczynki. Może dla ciebie, która masz tak niezwykłe zdolności to nic wielkiego, ale dla nas to znaczy naprawdę wiele. Zawsze będziesz mile widziana w Kamiennym Płocie, Lady Hermiono.
- Tak, i w Raventree Hall - zagrzmiał Blackwood, spoglądając na Brackena. Przez chwilę na jego twarzy odbiło się niezdecydowanie, przez które spoważniał. Wyciągnął rękę. - Brackenie... Jonosie... czy... to znaczy, czy nie czas zakończyć ten konflikt? Raz i na zawsze? Nie jesteśmy naszymi przodkami.
Bracken ostrożnie przyjrzał się Blackwoodowi, kilka razy przenosząc wzrok z ręki na twarz i z powrotem, a potem przytaknął wolno.
- Tak. Tak, nadszedł czas. Są konflikty większe niż ta między Brackenami i Blackwoodami.
Podali sobie ręce, mocno ściskając się za nadgarstki. Za Blackwoodem twarz Hostera rozjaśniła się, a jedna z dziewcząt towarzyszących Brackenowi przyjrzała mu się z zamyśleniem.
Była to historyczna chwila. Po setkach lat Blackwoodowie i Brackenowie odłożyli na bok swój konflikt, dla większego dobra. Ale dzień jeszcze się nie skończył i Hermiona musiała im o tym przypomnieć.
- Wciąż muszę zabezpieczyć Kamienny Płot - powiedziała, zwracając na siebie ich uwagę. - A potem Edmure będzie nas potrzebował.
Blackwood westchnął.
- Więc zakończmy to i wracajmy. Już i tak za dużo czasu tu zmitrężyliśmy.
Bracken zgodził się i posłał swojego syna, Harry'ego Riversa po mapę Kamiennego Płotu. Hermiona zaś zabrała się za rysowanie tych samych run na kamieniach narożnych twierdzy. Torrhen ani na chwilę nie zostawił jej samej. Blackwood, Bracken i jego bratanek, Hendry, razem z Bryndenem, Hosterem i ludźmi Blackwooda zaczęli sprzątać dziedziniec i wynosić ciała Lannisterów.
Nim minęła godzina wszyscy skończyli i Hermiona była wyczerpana. Chwiała się lekko, gdy wydarzenia tego dnia zaczynały się na niej odbijać. Minął prawie rok, odkąd po raz ostatni użyła tyle magii na raz i tak samo jak w przypadku mięśni, musiała znów odbudować wytrzymałość.
- Chodź, Lady Hermiono - powiedział cicho Torrhen, szturchając ją lekko, gdy zachwiała się i wpadła na niego. - Czy możesz... ach, jak to szło? A-por-to-wać nas z powrotem do Wysokiego Serca?
Hermiona przełknęła ślinę i wyprostowała się, przeciągając dłonią przez splątane włosy.
- Tak, chyba tak.
Blackwood właśnie wydawał synowi ostatnie polecenia, a Hermiona mentalnie przygotowała się na trzy skoki. Barbara, najstarsza córka Brackena, podeszła do niej cicho, zerkając na stojącego za nią Torrhena. Karstark odsunął się trochę, a Barbara podeszła bliżej. W rękach trzymała kielich.
- Dziękuję - powiedziała cicho, gdy Hermiona piła, wypuszczając powietrze do kielicha. - Oni... Góra, on... - zadrżała, a Hermiona dostrzegła w jej oczach udręczenie, które jej się nie spodobało. - Po prostu... dziękuję ci, Lady Hermiono.
- Teraz już będziesz bezpieczna - szepnęła stanowczo Hermiona. Wyciągnęła wolną rękę i złapała za rękaw Barbary. - Będziesz. W tych murach zawsze będziesz bezpieczna, obiecuję.
Dziewczyna uśmiechnęła się, a potem spuściła wzrok i zabrawszy kielich wycofała się aż znalazła się w otoczeniu sióstr, przyrodniego brata i kuzyna.
Potem Blackwood i Bracken znaleźli się obok Hermiony, Lord Kamiennego Płotu powiedział „Ruszajmy" i Hermiona postanowiła się wysilić i chwyciła obu lordów na raz. Torrhen oplótł ją ramieniem i z pyknięciem, wszyscy zniknęli.
Pojawili się niedaleko koni. Cienie rzucane przez porastające Wysokie Serce drzewa wydłużyły się i pogłębiły, w miarę jak słońce opadało na zachodzie. Koń należący do Brackena zarżał nerwowo, ale pan zdołał go uspokoić.
Jednakże Hermiona poczuła jak pozostała jej energia wyparowuje. Wykorzystała jej za dużo i za szybko, bez możliwości wcześniejszego przygotowania czy otoczenia się skoncentrowaną magią Hogwartu, Pokątnej czy choćby Nory. Zachwiała się. Następne co poczuła to jak Torrhen sadza ją na koniu.
- Już, Lady Hermiono - mruknął, a ona nawet nie zauważyła jak trzej mężczyźni jednocześnie zawracają konie i galopem zjeżdżają ze wzniesienia, a potem okrążają je i oddalają się od Raventree Hall i Kamiennego Płotu, bo jej głowa odskoczyła do przodu, a potem do tyłu i czarownica straciła przytomność.
CDN
Od tłumaczki: Jestem w połowie tłumaczenia najnowszego rozdziału i niemożliwie go uwielbiam. Nie mogę się doczekać, aż i Wy będziecie mogli go przeczytać. Trzymajcie się zdrowo :)
Co do cytatu z uczty dla wron, to niestety nie dysponuję książką i nie mam jak sprawdzić jak przetłumaczono to w oficjalnym wydaniu. Starałam się przełożyć to najlepiej jak umiem, jeśli bardzo się pomyliłam, dajcie mi znać, chętnie poprawię.
Tym razem na warsztacie tekst The Winter Witch autorstwa writing_as_tracey, na co oczywiście otrzymałam pozwolenie. Nic z wyjątkiem tłumaczenia nie należy do mnie i tylko za nie jestem odpowiedzialna. Oryginał możecie znaleźć na tej ao3, albo na albo na , gdzie autorka posługuje się nickiem Kneazle. Tłumaczenie dostępne także na ao3, więc jeśli ktoś woli czytać tam, to zapraszam.
