Notka: Trochę się pomyliłam w chronologii tego opowiadania. Po koronacji Robb siedzi w Riverrun przez jakieś pięć miesięcy, jeszcze przed Bitwą o Oxcross. Tutaj poczekał dwa tygodnie, a potem ruszył do walki. Więc... powiedzmy, że wszystko zostało przyspieszone. Teraz będzie miał wolne, w końcu jest ranny!


Czarownica Zimy VIII


Niespodziewana 'drzemka', którą Hermiona ucięła sobie przez kilka pierwszych godzin podróży, pozwoliła jej odzyskać siły (choć nie całkiem). Edmure w prawdzie kazał swoim ludziom stworzyć symboliczne forty wzdłuż Czerwonych Wideł, ale sądził, że większość walk rozgorzeją bardziej na południu, bliżej Riverrun i Kamiennego Młyna, skąd było bliżej do granicy Dorzecza i Krain Zachodu. Siły Tywina miały ruszyć z Harrenhal na południe, a potem zatoczyć koło w stronę Riverrun i najbliższej dostępnej armii, szczególnie, że Robb znajdował się ze swoimi oddziałami poza zasięgiem i za górami.

Hermiona odzyskała przytomność i natychmiast zdała sobie sprawę, że leży na twardej, nieustępliwej ziemi. Tak bardzo przypomniało jej to dni, gdy ukrywała się z Harrym i Ronem, że mgła zasnuła jej umysł rozwiała się i narastał w niej instynktowny strach wywołany przez te wspomnienia. Nie mogła zebrać myśli, szczególnie patrząc na ciepły, trzaskający ogień.

Przybliżył się do niej jakiś kształt i Hermiona uniosła się na ramionach, mamrocząc:

- Harry? Moja kolej trzymać wartę? Dawaj tu ten medalion, teraz ja ponoszę to cholerstwo.

- Lady Hermiono - zażartowała postać, a czarownica zmarszczyła brwi. Harry nigdy tak do niej nie mówił. - Powtórz to przy moim ojcu, a na pewno uzna, że coś do mnie czujesz.

„Ojcu?" pomyślała Hermiona. „Ojciec Harry'ego nie żyje..."

Prawie skoczyła na równe nogi, wyciągając różdżkę, by zaatakować mężczyznę, ale wtedy wspomnienia wróciły. Droga przez Zakazany Las, przybycie do Westeros, Robb, jego koronacja, spotkanie armii Północy, Torrhen...

- Torrhen - mruknęła. - Przepraszam. Przez chwilę myślałam, że jesteś kimś innym.

- Tak, tym Harrym. - żartował dalej mężczyzna, wyłaniając się z ciemności. Kucnął obok niej i blisko ogniska, więc mogła dostrzec jego kwadratową szczękę i szerokie ramiona. - Czy po twe serce trzeba stawać w zawody?

Głośne prychnięcie po drugiej stronie ogniska zmusiło Hermionę do spojrzenia w tamtą stronę. Lordowie Bracken i Blackwood piekli nad ogniskiem małe gryzonie (pewnie wiewiórki lub króliki) trzymane na improwizowanych rożnach. Musiała spać dłużej niż jej się wydawało.

- Karstark - zaczął Blackwood. - Jeśli twój ojciec uważa, że uda mu się zaaranżować małżeństwo między tobą czy twoim bratem, a Lady Hermioną, to ma złudzenia.

„Święta prawda" pomyślała radośnie Hermiona, szczęśliwa, że wreszcie ktoś stanął po jej stronie. Jednakże jej nadzieje szybko okazały się płonne, bo Blackwood ciągnął.

- Jeśli Lady Hermiona choć w najmniejszym stopniu okaże zainteresowanie małżeństwem, dołączę do zawodów i w mig zacznę jej podstawiać Bryndena lub Lucasa.

Hermiona skrzywiła się z wściekłością, a Bracken parsknął śmiechem. Torrhen natomiast skrzyżował ramiona na piersi i usiadł po turecku tuż przy stopach Hermiony.

- Lady Hermiona mnie kocha najbardziej. - odparł dziecinnie.

- Tylko we wtorki i środy - odparowała Hermiona, wywracając oczami i sadowiąc się wygodnie.

Ostrożnie przyjęła pasek gorącego mięsa, który Bracken podał jej na sztylecie.

Torrhen mruknął pod nosem coś czego Hermiona nie dosłyszała, ale co definitywnie zawierało imię Robba.

- Lady Hermiono, o jakim medalionie mówiłaś? - spytał Bracken, sięgając po upieczone mięso i w ostatnim momencie cofając rękę, by possać palce na które prysnął sok. - I kim jest Harry?

Hermiona poruszyła się, przez chwilę gryząc w zamyśleniu mięso.

- Harry to mój najlepszy przyjaciel, prawie brat. Spotkaliśmy się, gdy oboje zaczynaliśmy Hogwart i razem trafiliśmy do Gryffindoru.

- Gryffindoru? - spytał Blackwood, ostrożnie wypowiadając nowe słowo.

- Hogwart ma cztery domy, do których przydziela się uczniów na bazie ich osobowości lub preferencji. - wyjaśniła, w zamyśleniu zlizując sok wyciekający z jej własnego kawałka mięsa na kciuk. - Hufflepuff dla lojalnych i ciężko pracujących, Ravenclaw dla moli książkowych i tych, którzy kierują się logiką, Slytherin dla przebiegłych i ambitnych. No i mój dom, Gryffindor, dla odważnych i śmiałych.

- Cóż, z pewnością jesteś odważna i śmiała - pochwalił Bracken, podając jej kolejny kawałek mięsa.

- Dzięki - odparła Hermiona, mając na myśli zarówno jego słowa jak i obiad. - Ale Tiara z początku chciała umieścić mnie w Ravenclawie.

- Tiara? - powtórzył Torrhen.

Hermiona przytaknęła.

- Przydzielała nas magiczna tiara, która potrafiła zaglądać do umysłów, i dusz jak mi się wydaje by umieszczać ludzi tam, gdzie najlepiej pasowali na bazie ich charakteru, nadziei i obaw. Miało nam to pomóc stawać się lepszymi, ale oczywiście nie zawsze się sprawdzało. Jak się ma jedenaście lat jest się zupełnie inną osobą niż w wieku siedemnastu, na przykład. A biorąc pod uwagę, że walczyliśmy na wojnie, musieliśmy się przystosować by przetrwać.

- Jak wplątałaś się w taką wojnę? - spytał Blackwood, podczas gdy obok niego Bracken mruknął coś nieprzyjemnego na temat ludzi, którzy nie opiekują się swoimi kobietami.

- Zaprzyjaźniłam się z Harrym. - Hermiona wzruszyła ramionami. - Gdy miał roczek jego rodzice zostali zamordowani przez czarnoksiężnika imieniem Voldemort, ale dziecka zabić mu się nie udało. Dlatego uznał Harry'ego za swojego największego wroga, a ja zostałam w to wciągnięta. Byłam inteligentna, lojalna i pomagałam Harry'emu w trudnych sytuacjach, biorąc udział we wszystkich jego przygodach. Nie pomagał fakt, że nasz wojna opierała się na krwi.

- Krwi? - wszyscy trzej byli zdumieni, ale to Bracken się odezwał.

Hermiona zerknęła na Torrhena, który ze zmarszczonym czołem wpatrywał się w płomienie. Odchrząknęła.

- W magicznym świecie są tacy, którzy urodzili się ze związków czarownic z czarodziejami. Jeśli mogą udowodnić swoje pochodzenie do kilku pokoleń, uważa się ich za czarodziei czystej krwi. Ktoś u kogo tylko jeden rodzic używał magii to czarodziej półkrwi. No i jestem jeszcze ja, dziecko pary niemagicznej. Mugolak albo obraźliwie, szlama.

Przez chwilę nie mogła się zdecydować, ale zdała sobie sprawę, że chciała by poznali ją i jej przyszłość. Chciała by dowiedzieli się, że była kompetentna i silna i że jej siła nie leżała tylko w magii i książkach, ale i w duchu. Wytrzymała tortury z ręki wariatki, a ich wizja świata, w której kobiety stanowiły ozdobę, chyba, że nosiły nazwisko Mormont, nijak się miała do rzeczywistości.

Podwinęła lewy rękaw swetra i uniosła rękę tak, by w świetle ogniska dało się zobaczyć linie wyżłobione przez przeklęty sztylet Bellatrix. Blizna w kształcie słowa „Szlama" wciąż była wypukła i pofałdowana, odcinając się czerwienią od bladej skóry, całkiem jakby od jej wyżłobienia minęło kilka dni, a nie rok.

Blackwood przyglądał się jej przedramieniu z przerażeniem, a Bracken wściekle wyrzucił z siebie przekleństwo, którego nie znała. Ale to wściekła mina Torrhena powstrzymała ją przed nonszalanckim „Och, to nic. Minął rok, już nie boli."

- Kto? Jak? - warknął młody mężczyzna, którego zaczynała uważać za przyjaciela.

Hermiona częściowo odwróciła się od mężczyzn, podciągając kolana pod brodę i oplatając je ramionami. Wpatrzyła się w płomienie.

- Popełniliśmy błąd. Ukrywaliśmy się, byliśmy poszukiwani i Harry złamał tabu. Ścigali nas Szmalcownicy, a gdy nas złapali, zaciągnęli do Dworu Malfoyów.

Mówiła cicho, prawie beznamiętnie jakby recytowała to z pamięci. Jakby już to wcześniej opowiadała i to więcej niż raz czy dwa. Jej oczy zaszkliły się, gdy zatopiła się we wspomnieniach.

- Rona i Harry'ego zabrano do lochów, a mnie zatrzymano w salonie. Bellatrix myślała, że mnie da się szybciej złamać, przez moją rozrzedzoną i nieczystą krew. Że okażę się słabym ogniwem, które odpowie na wszystkie jej pytania. Torturowała mnie, a gdy to nie podziałało użyła przeklętego sztyletu, by przypomnieć mi czym zawsze będę. Szlamą.

Ale wtedy obróciła się do mężczyzn i uśmiechnęła nieznacznie.

- Ale się nie złamałam. Skłamałam w trakcie tortur, a ta blizna? Tylko każdego dnia przypomina mi jaka jestem silna, co potrafię i że przetrwałam.

Jej słowa były tak mocne, tak pełne prawdy i przekonania, że wystarczyły, by mężczyźni nic już nie powiedzieli. Zamiast tego Blackwood i Bracken pogrążyli się w głośnej dyskusji na temat polowań łączonych z napadami, które mogły zacząć prowadzić ich pogodzone rody, by wygnać Lannisterów ze swoich ziem. Torrhen poruszał szczęką i Hermiona położyła mu rękę na ramieniu. Szarpnął się, a potem spojrzał na nią.

- W porządku? - spytała cicho.

Wściekłość na jego twarzy przeszła w kpinę.

- Nie podoba mi się, że znalazłaś się w niebezpieczeństwie, a jeszcze mniej fakt, że nie zdołałem temu zapobiec.

- To się stało rok temu. - zauważyła.

Potrząsnął głową.

- To nic nie zmienia. Obiecałem Królowi Robbowi, że będę cię chronił, jeśli dam radę. A teraż czuję, że w jakiś sposób cię zawiodłem. - gdy otworzyła usta, by zaprzeczyć, uśmiechnął się szeroko. - Wiem, wiem. Ale... to nie zmienia moich odczuć. - szturchnął ją w ramię, tak, że prawie upadła. Zaśmiał się. - Chyba od teraz będziesz musiała przestać pakować się w kłopoty.

Hermiona mruknęła coś niekomplementarnego, a on znów się zaśmiał.

Jakiś czas później Blackwood zaproponował, że weźmie pierwszą wartę, potem Bracken, a na końcu Torrhen. Hermiona zaczęła się symbolicznie wykłócać, by i ją wzięto pod uwagę, ale została zestrzelona argumentem, że wciąż nie wydobrzała po używaniu magii. Choć nie była to cała prawda, to miała w sobie sporo sensu i Hermiona nie próbowała walczyć o swoje. Szybko zasnęła.

Następnego dnia wstali bladym świtem, gdy złote promienie słońca zaczynały rozlewać się po polach. Czekał ich dzień ostrej jazdy, a Hermionę irytował kolejny dzień spędzony na koniu.

Gdy z zastanowieniem przyglądała się trzem koniom, podszedł do niej Blackwood.

- O czym tak myślisz, pani?

- Zastanawiam się czy mogłabym rzucić oszałamiacz na konie i aportować wszystkich do Kamiennego Młyna. - westchnęła Hermiona.

- Co to ten o-sza-ła-mja-tch? - spytał ciekawie Blackwood.

- Sprawia, że traci się przytomność - zawołał Torrhen od swojego posłania, które właśnie zwijał. - Prawda, Lady Hermiono? To tego użyłaś na Królobójcy, gdy... - urwał i nieświadomie przeciągnął ręką po szyi, gdzie pozostała ledwo widoczna linia w miejscu, gdzie Hermiona wyleczyła ranę.

Hermiona przytaknęła.

- Dokładnie - odparła, nie zwracając uwagi pozostałych na tamto wydarzenie.

- Czy to zaszkodzi koniom? - spytał nerwowo Bracken, czego można się było spodziewać po kimś kto miał w herbie konia.

- Ani trochę.

- I zaoszczędzi nam czasu? - spytał Blackwood, drapiąc się po krótkim zaroście.

Hermiona znów przytaknęła.

- Cóż, ja nie widzę problemu - uznał Bracken. Pozostali zgodzili się i Hermiona wyciągnęła różdżkę, celując nią w konie, które odpowiedziały jej beznamiętnymi spojrzeniami. Rzuciła cztery zaklęcia, jedno po drugim. Poduszkujące na ziemię, by konie nie połamały sobie nóg padając, a potem trzy drętwoty, by straciły przytomność.

Gdy to się stało czworo ludzi spojrzało na zwierzęta, a Torrhen zadał oczywiste pytanie.

- Cóż. A teraz co?

Czując się jak idiotka, bo nie istniała szansa na aportację z trzema dorosłymi rumakami, Hermiona transmutowała je w małe, mieszczące się w dłoni figurki, uderzająco przypominające prawdziwe wierzchowce Blackwooda, Brackena i Torrhena. Schowała je do torebki i oznajmiła z emfazą

- Voila! Teraz możemy ruszać.

Bracken potrząsnął głową, ale on i Blackwood zajęli swoje miejsca obok Hermiony, a Torrhen jak poprzedniej nocy stanął za nią.

- Nigdy się do tego nie przyzwyczaję - mruknął Blackwood.

- Och, nie jest tak źle. - odparł Bracken, który jako jedyny nie zwymiotował.

Nikt nie usłyszał odpowiedzi Blackwooda, bo zniknęli, by z głośnym trzaskiem pojawić się w Kamiennym Młynie.

Jednakże odgłosy towarzyszące aportacji utonęły w krzykach i wrzaskach otaczających ich ludzi, bo pojawili się w środku bitwy.


Brynden Tully, znany także jako Blackfish, martwił się. Och, oczywiście próbował tego nie okazać. Nie obgryzał paznokci ani nie składał rąk jak jakaś panienka. Ale wycierał dywan przed kominkiem chodząc w kółko od jednego końca komnaty aż do drugiego, z rękami za plecami, gdy tylko agresywnie nie przeczesywały brody.

„A wszystko szło tak dobrze" pomyślał ponuro. Oczywiście. Oczywiście, że właśnie tutaj wszystko się popsuło.

Nie to, żeby coś było nie tak samo w sobie. Ale sprawy nie wyglądały zbyt obiecująco. Gdy po oblężeniu Turnii Król Robb po raz pierwszy się obudził po wyciągnięciu strzały i opatrzeniu rany kompresem, nakazał armii rozłożyć się w twierdzy i dookoła ruin siedziby Westerlingów.

Mieli dziury w suficie do naprawienia, rany do opatrzenia i zabitych do pochowania. I Król bardzo dobrze sobie z tym poradził. Nawet ze zgorzkniałych kasztelanem Turnii, Rolfem Spicerem i jego siostrą Lady Westerling dogadał się wprawnie i z gracją. Udało im się też odbyć krótkie spotkanie dowódców obecnych w Turnii i przez pergaminy komunikacyjne Lady Hermiony porozumieć się z tymi, którzy zdobyli inne twierdze Lannisterów. Zażądali też więcej informacji o Branie i Rickonie. Edmure jednak zaskakująco milczał, co ich niepokoiło.

Blackfish położył się tamtego wieczora myśląc, że wszystko idzie wspaniale i wkrótce zwycięsko powrócą do Riverrun i zajmą się tym idiotą, jego bratankiem.

Tylko że następnego dnia Olyvar Frey, giermek Robba, nie dał rady go obudzić.

Maester Turnii, pomarszczony, zrzędliwy staruch tylko rzucił okiem na gorączkującego Króla i oznajmił, że doszło do zakażenia. Gdy na nagim torsie Młodego Wilka lśnił pot, a jego giermek przynosił wilgotny materiał, by go schłodzić, Brynden myślał o jednym. „To nie skończy się dobrze."

Dwa dni później Robb wciąż gorączkował, a jego Gwardia, razem z Lordami Umberem i Boltonem ulokowali się w komnacie, którą przejęli dla swojego Króla. Było ciasno, ale Olyvar i Eddard Karstark zajmowali się Królem, a Daryn Hornwood i Dacey Mormont stali tuż przy drzwiach. Pozostali członkowie Gwardii, Lucas Blackwood i Peter Mallister pilnowali wejścia od zewnątrz.

Umber, Bolton i Blackfish stali przy kominku naprzeciwko łóżka, nie zważając na temperaturę i pot lejący im się po plecach. Na zewnątrz księżyc świecił wysoko na niebie, a zza chmur co jakiś czas wyłaniały się gwiazdy. Już prawie trzy dni nic się nie zmieniało i zaczynali popadać w desperację. Na łożu jęczał i rzucał się z bólu Robb, a jego twarz już była kredowobiała. Odziedziczone po Tullych, rude włosy przyklejały się do jego głowy w lepkiej, przepoconej masie.

- Musimy coś zrobić - szepnął Greatjon, choć u niego brzmiało to jak zwyczajny głos u każdego innego człowieka.

- To znaczy co? - odparował Bolton, nie spuszczając wzroku z Króla. Siedział odchylony przy stole, z rękami założonymi na piersi. - Próbowaliśmy wszystkich ziół leczniczych jakie mamy. Nawet córka Lady Westerling coś przyniosła.

Brynden potrząsnął głową.

- Nie ufam rodowi, który właściwie uwięziliśmy przejmując ich dom.

- Hornwood wszystko sprawdza - zapewnił Bolton, zerkając na gwardzistę, który stał przy drzwiach wyprostowany i nieruchomy. Biorąc pod uwagę jak trzymał wartę, wysoki brunet o kwadratowej szczęce pokrytej jednodniowym zarostem równie dobrze mógłby być zrobiony z kamienia.

- Bran. - jęknął na łóżku Robb. - Rickon.

- Jego Miłość potrzebuje informacji. - odparł Umber.

- Ja też chciałbym wiedzieć co się stało z moimi bratankami - warknął Brynden. - Ale nasz Król musi się najpierw obudzić, by tych wieści wysłuchać! Musi wydobrzeć! Musi mieć lepszego Maestera!

- Nikogo nie mamy - wykłócał się Umber, strzelając błyskawicami z oczu. - Ten bezużyteczny truposz wolałby widzieć go martwym niż mu pomóc, a jeśli po kogoś poślemy, mogą minąć dni, jeśli nie tygodnie, nim przybędzie tu z Riverrun.

- A ostatnio nie ma wieści z Riverrun - westchnął Bolton, bębniąc palcami o stół. - Pewnie właśnie trwa tam bitwa.

Pukanie do drzwi sprawiło, że jednocześnie spojrzeli w tamtą stronę. Uchyliły się i Lucas Blackwood, drugi syn Lorda Blackwooda, wysoki, lecz chudy młodzieniec o czarnych włosach, wsadził do środka głowę.

- Raczą panowie wybaczyć. Przyszła Lady Jeyne z nowymi ziołami i miksturami dla Jego Miłości.

Ktoś zaczął mamrotać, ale Hornwood otworzył drzwi i do środka weszła drobna, nieśmiała dziewczyna, nerwowo błądząca wzrokiem między nimi. Wydawała się przestraszona, choć ładna, zauważył Brynden. Była tak chuda, że aż koścista, ale miała gęste, brązowe włosy, które zaczesywała na jedno ramię.

Usiadła na krześle przy łóżku Króla, a Olyvar Frey wisiał jej nad ramieniem jak nadopiekuńcza matka, zerkając na wszystkie buteleczki, które przyniosła ze sobą na tacy.

- Co to? - spytał podejrzliwie giermek, wskazując na każdą po kolei.

Hornwood podszedł do niej, a Lady Jeyne użyła przyniesionej pipety do odmierzania kropli każdej substancji, które przyniosła i umieszczenia mu ich na języku. Gdy po kilku minutach nic się nie wydarzyło, wszyscy się odprężyli, choć tylko odrobinę.

Lady Jeyne najpierw dotknęła jątrzącej się rany, z której wyciekła ropa. Robb jęknął. Brynden zacisnął zęby i poruszył dłonią na rękojeści miecza. Dziewczyna zdjęła opatrunek, przemyła ranę, a następnie nałożyła jakąś mieszankę i znów założyła bandaże.

Bolton obserwował ją uważnie i gdy Robb widocznie się uspokoił, przeniósł wzrok z dziewczyny, na swojego Króla.

Lady Jeyne dygnęła i zebrawszy swoje rzeczy, wyszła tak cicho jak się pojawiła.

Bolton zmrużył oczy.

- Co ci przyszło do głowy? - burknął Brynden, który się mu przyglądał.

- Myślę - powiedział cicho Bolton, co nie było niczym dziwnym, ale tym razem niosło w sobie dodatkowe znaczenie. - Że powinniśmy użyć pergaminu, by skontaktować się z Lady Hermioną.

- Och? - parsknął Brynden. - A co zrobi Lady Hermiona, a czego my nie możemy?

Umber westchnął głośno, a Bolton zmierzył Bryndena chłodnym spojrzeniem.

- To czarownica, Blackfish. Jestem pewien, że nie brak jej wiedzy by uleczyć naszego Króla, skoro uratowała Torrhena Karstarka, gdy Królobójca poderżnął mu gardło.

Usta Bryndena opadła na dźwięk upomnienia, a jego wzrok pomknął do Daryna Hornwooda, który był na polanie w trakcie tamtej bitwy. Gwardzista przytaknął.

Stary wojownik westchnął, przeciągając dłonią przez włosy i niechętnie skinął głową.

- Dobrze. Piszcie do niej. Ale na Bogów, mam nadzieję, że jest blisko pergaminu i wkrótce przybędzie.


Chaos. Otaczał ich czysty chaos.

Torrhen wrzasnął jej coś prosto w twarz, a potem wepchnął ją za siebie, unosząc miecz, by odbić przelatującą strzałę.

Blackwood i Bracken już się rozbiegli (każdy w inną stronę) i zniknęli pomiędzy walczącymi odzianymi w lśniące stalowe zbroje lub wyparzone skóry, które woleli wojownicy z Północy. Hałas ogłuszał krzykami, wrzaskami i odgłosem stali uderzającej o stal.

Hermiona kucnęła zasłaniając uszy dłońmi i zaciskając powieki. Otaczające ją piekło w żaden sposób nie przypominało Bitwy o Hogwart. W życiu się z czymś takim nie spotkała. Bitwa o Hogwart była głośna i chaotyczna, ale tam rozbrzmiewały wykrzykiwane zaklęcia, a tuż obok przemykały pasma światła, przed którymi trzeba było się uchylać. Biegało się w górę i dół schodów i korytarzy, albo wpadano do klas na chwilę przerwy, podczas gdy Śmierciożercy mijali drzwi.

W bitwach na magię walczyło się stojąc w miejscu, bokiem do siebie i machając różdżkami. Zasłaniający ją Torrhen natomiast przesuwał się wprzód i w tył, czasami na boki. Czasem obracał się bokiem, a czasem stawał przodem, by przygotować się na cios z góry.

Po kilku minutach jego miecz był już skąpany we krwi, a pot spływał mu po twarzy i na czarną, skórzaną zbroję. Obrócił się na pięcie i pochylił, by postawić Hermionę na nogi. Przycisnął ją opiekuńczo do lewego boku.

- Musimy odstawić cię w bezpieczne miejsce! - krzyknął, unosząc prawe ramię, by zablokować odzianego na czerwono przeciwnika.

Hermiona patrzyła wytrzeszczonymi oczami jak przebija mężczyznę i szybko wyciąga miecz. Zrobił to tak szybko, że krew ochlapała jego zbroję i szyję. A także Hermionę.

Czas zdawał się zwolnić. Hermiona zdawała sobie sprawę tylko z walenia własnego serca, gdy rozglądała się po polu walki. Przyjaciel bronił jej, gdy powoli cofali się w stronę Kamiennego Młyna, który wznosił się niczym latarnia nad morzem walki, a nad nim dumnie łopotał znak Tullych, pstrąg.

Torrhen zaklął i Hermiona zobaczyła, jak podnosi czyjąś porzuconą tarczę i wali nią w nadchodzącego żołnierza, odsuwając go na kilka stóp. Nie spuszczał wzroku z przeciwnika, pozostawiając oszołomioną Hermionę na błotnistym (i zakrwawionym) nierównym polu.

Ktoś wrzeszczał i Hermiona obróciła się, by zobaczyć mężczyznę, który biegł ku niej z wytrzeszczonymi oczami i szeroko otwartymi ustami. Twarz miał już upapraną krwią i czymś jeszcze. Przez chwilę tylko tak stała. A potem...

- Reducto!

Mężczyzna poleciał do tyłu. Jego zbroja stłumiła cios, ale nie zapobiegła ciężkim obrażeniom. W stali ziała dziura, odsłaniając otwartą ranę na zmiażdżonej klatce piersiowej.

Hermionę zalały powracające dźwięki i obróciła się na pięcie, wzrokiem poszukując Torrhena. Odrzucił tarczę i teraz walczył na miecze z Lannisterem. Dwóch kolejnych zmierzało w jego stronę.

Hermiona machnęła różdżką i koncentrując się na zbroi tuż nad napierśnikami, na miejscu, znanym jej z doświadczenia przy ranie Torrhena, zaciekle pomyślała, „Diffindo", dźgając różdżką najpierw w jednego mężczyznę, a potem w innych. Błysk jasnego światła wyrwał się z jej różdżki i poderżnął napastnikom gardła.

Padli na ziemię jak marionetki, którym ktoś podciął sznurki.

Torrhen, pokonawszy swojego przeciwnika, odwrócił się na pięcie twarzą do Hermiony i wytrzeszczył oczy, z przerażeniem starając się odnaleźć ją w tłumie.

- Moja pani! - uchylił się przez lecącym mieczem, a potem odrzucił inny i pomknął do niej. - Musimy iść!

Hermiona potrząsnęła głową.

- Musimy pomóc!

- Jak?

Hermiona odwróciła się, spodziewając się, że przyjaciel będzie pilnował jej pleców, na wypadek, gdyby podeszli do nich inni żołnierze. Rozejrzała się po polu, ale przy swoim wzroście nie potrafiła dostrzec wysokich rycerzy i lordów, zwłaszcza, gdy mieszali się z wrogami.

Nad wszystkim górował Kamienny Młyn; na górze był mały występ: szerokości ledwie dwóch stóp, lecz ciągnący się dookoła całej górnej kopuły.

Hermiona przełknęła ślinę.

Torrhen, który stał obok niej, oddychał ciężko, prawie dusząc się od napięcia, i podążył za jej spojrzeniem. Jego małe, brązowe oczy spoważniały, a potem zwęziły się w szparki, gdy znów się do niej odwrócił.

- Nie, Lady Hermiono! Przysięgam na Bogów, jeśli...!

Ale Hermiona nie miała pojęcia, że zaklął, bo deportowała się z pyknięciem, który utonął w zgiełku bitwy, i ponownie pojawiła się na tym małym występie. Straciła równowagę i musiała rzucić zaklęcie przylepiające na swoje stopy, by potem pośpiesznie pochylić się do przodu i przytulić się do chropowatych kamieni kopulastego dachu Młyna.

Stanąwszy pewnie, zdjęła zaklęcie i obróciła się wolno na wąskim występie i rozejrzała się po okolicy. Za jej plecami płynęły wartko szerokie Czerwone Widły. Sam młyn zbudowano wzdłuż koryta rzeki, by użyć energii kinetycznej wody, do poruszania kołem.

Rzeka ciągnęła się prosto z południa na północ. W oddali widać było niewyraźny zarys Riverrun, gdzie jak wiedziała Hermiona rzeka dzieliła się na trzy odnogi. Jedna płynęła na południe i przy niej się teraz znajdowali. Drugi odpływ, zwany Kamiennym Nurtem kierował się na zachód, w stronę gór. Trzeci zmierzał na wschód od Riverrun, prosto w główne bieg Tridentu.

Jeśli spojrzało się południe, widać było bitwę rozciągającą się na tym co niegdyś było polami uprawnymi lub łagodnymi, zielonymi pagórkami, na których rosły nieliczne wysokie sosny i inne drzewa iglaste. Te miniaturowe zagajniki otoczono niskimi murkami z kamienia i drewna, które zbudowano zbyt blisko siebie, by mogły pełnić inną rolę niż znaków dzielących pola. Teraz jednak służyły jako osłona dla łuczników.

Hermiona widziała nadciągającą z południa chmarę czerwieni i złota. Na pagórku naprzeciwko rzeki, z którego widać było całą bitwę powiewał ogromny proporzec z dumnym lwem. Po tej stronie Czerwonych Wideł ziemia była płaska, podczas gdy na drugim brzegu wznosiła się tworząc naturalną spadziznę. Na tym brzegu ustawiono drewniane fortyfikacje, małe wieże obserwacyjne na kołach, skrywające łuczników rodu Tullych i jego sprzymierzeńców.

Rozejrzenie się po tym wszystkim chwilę jej zajęło, ale Hermiona z łatwością dostrzegła, że wróg miał przewagę liczebną. Znaczną przewagę liczebną.

"Muszę narobić szkód", pomyślała. "Ale w najlepszym możliwym miejscu."

Spojrzała do przodu, w stronę wzgórza, gdzie na koniach siedziało kilku mężczyzn otoczonych przez proporce z lwami i w bezruchu obserwowało jatkę. Instynktownie zrozumiała, że jednym z nich był Tywin Lannister.

Choć mogłaby się tam aportować, nie wiedziała, czy to najlepszy pomysł. Wciąż chciała wrócić do domu, a ogłaszanie wszem i wobec czarodziejskich umiejętności, mogło uczynić ją celem. Po prawdzie wielu żołnierzy Robba wiedziało, że była czarownicą, lecz tylko nieliczni zdawali sobie sprawę z jej możliwości. Większość wątpiła w to co Eddard i Torrhen Karstark przypadkowo wypaplali. Jeśli nie uda jej się wrócić do domu, zdolności magiczne mogły stanowić jej jedyną przewagę nad innymi mieszkańcami tego świata.

Poza tym, co miała zrobić z Tywinem Lannisterem, gdyby nawet go rozpoznała? Oszołomić go i wziąć do niewoli? Przetrzymywać w Riverrun? To tylko skłoniłoby jego chorążów do zajadłych ataków, a nie była pewna czy pod nieobecność części armii, którą zabrał ze sobą Robb, jej zaklęcia ochronne wytrzymają napór oddanych wojsk Lannisterów.

Nie, zadecydowała, mrużąc oczy na widok oddziału piechoty, która spieszyła wzdłuż rzeki wesprzeć swoich ziomków. Zwarte w bitwie szeregi stawały się coraz cieńsze. Czerwień i złoto wygrywały. Nie zgadzała się na to.

Odetchnęła głęboko, bo jeszcze nie wydobrzała po wczorajszym rzucaniu zaklęć ochronnych na dwa zamki, bitwie o Kamienny Płot ani aportacji łącznej. A potem zebrała się w sobie i wycelowała różdżkę w brzeg rzeki. Zamknęła oczy i skoncentrowała się.

Zwizualizowała sobie co chciała osiągnąć (jeśli chodziło o magię, to połowa sukcesu polegała na intencjach) i wymruczała zaklęcie.

- Glacius.

Z czubka jej różdżki wyprysnęło niebieskie światło i burza śnieżnych płatków. Powietrze dookoła niej natychmiast opadło (w końcu ciepłe się unosiło, a zimne od razu przylegało do ziemi).

Potężny wiatr przemknął przez pole bitwy i Hermiona prawie od razu zauważyła rezultaty. Walczący zaczęli drżeć, a ich oddechy zamieniały się w obłoczki pary. Leżących na ziemi wkrótce przykrył szron. Zapanowało zamieszanie, bo południowi panowie nie rozumieli co się dzieje. Natomiast żołnierze z Północy i część tych z Dorzecza znacznie szybciej przyzwyczaili się do zimna i wykorzystali zdumienie przeciwników.

Wiatr uderzył też w Czerwone Widły i woda natychmiast zaczęła zamarzać. Gdy przybrała taką formę, jakiej potrzebowała Hermiona, czarownica zdjęła zaklęcie.

- Bombarda Maxima! - wrzasnęła, chwytając się ściany młyna i dźgając różdżką w odległą zamarzniętą rzekę. Na jej oczach lód zaczął trzeszczeć, a potem łamać się na setki maleńkich kawałeczków. - Oppugno!

Na jej znak, odłamki uniosły się w powietrze i popędziły tam, gdzie je posłała, prosto na nadchodzące posiłki Lannisterów. Wciąż zdumieni nagłą zmianą temperatury, nie zdążyli zobaczyć sopli, ale z pewnością usłyszeli krzyki bólu, gdy pociski trafiły w szpary w zbrojach, przebijając ciała.

Ze swojego punktu obserwacyjnego Hermiona z odrobiną odrazy przyglądała się temu co spowodowała zaklęciami. Na jej oczach cały oddział padł na ziemię, a krew leżących najbliżej rzeki ludzi, zabarwiła wodę na czerwono.

Jednakże przy braku wsparcia i dzięki zimnemu powietrzu, szala zwycięstwa przeważyła się na stronę Tullych, którzy szybko zmiażdżyli pozostałych przeciwników. Linia bitwy przesuwała się bliżej i bliżej wzgórza, na którym siedzieli przywódcy Lannisterów, a jeden z nich po prostu zawrócił konia i odjechał.

Pozostali wzięli to za znak i podążyli za nim, a potem zadęto w róg i po polu bitwy poniósł się krzyk. Natychmiast oddziały Lannisterów znajdujące się z tyłu zaczęły się cofać i wkrótce cała armia (czy raczej to co z niej zostało) rozpoczęła odwrót.

Jechali się szybko i ze swojego miejsca Hermiona widziała, jak ruszają na południowy wschód, w stronę wzgórz. Bezgłośnie westchnęła z ulgą i aportowała się na pole bitwy, skupiając się na Torrhenie.

Zwykle nie potrafiła aportować się na ślepo do jakieś osoby, ale już dość dobrze poznała Torrhena, by móc go łatwo znaleźć. Pojawiła się więc obok niego, gdy wściekle przemierzał pole walki, wyżywając się na odzianych w czerwień i złoto żołnierzach, którym ciężkie rany uniemożliwiły ucieczkę lub którzy właśnie umierali.

Zaklął głośno, słysząc pyknięcie aportacji, podskoczył i cisnął miecz na oślep, tak że Hermiona musiała się uchylić.

- Torrhen! Merlinie!

Wysoki mężczyzna skrzywił się, marszcząc czoło. A potem na jego twarzy wymalowało się przerażenie, bo zdał sobie sprawę co prawie zrobił.

- Lady Hermiono! - krzyknął.

- Cześć. - odparła cierpko.

Rzucił jej wściekłe spojrzenie, a potem pokierował w stronę, z której przybyła, do Kamiennego Młyna i miejsca, gdzie rozłożono namioty dowodzenia.

- Ty, moja pani, udasz się teraz do Lorda Edmure'a, zostaniesz w tym namiocie i nie będziesz się z niego ruszać!

Hermiona mądrze nie próbowała się kłócić i pozwoliła mężczyźnie przeprowadzić się pomiędzy zakrwawionymi ciałami, po zrytej ziemi, aż dotarli do namiotu dowodzenia, nad którym powiewał pstrąg Tullych. Edmure był już w środku. Jego zbroję pokrywał pył, brud i krew, ale mężczyzna uśmiechał się szeroko, gdy Lordowie Blackwood, Mallister i Bracken gratulowali mu odesłania sił Tywina z powrotem na południe.

- Widziałem, że Góra tu był - mówił Lord Blackwood, gdy Hermiona i Torrhen wchodzili do środka. - Co się z nim stało?

- Nasze strzały zamieniły go w jeża! - zawołał radośnie Edmure. - Utrzymaliśmy zachodni brzeg rzeki, a on stracił więcej niż dwie trzecie wojska, gdy próbował przejść przez Młyn i wpadł na nasze odwody ukryte dzięki magii Lady Hermiony. Ja sam miałem go w klinczu aż wezwano do odwrotu!

- Cóż, wątpię, czy to był klincz. - wtrącił Mallister z niekończącą się dobrocią i cierpliwością. - Ale dobrze poradziłeś sobie z człowiekiem, który w zwykłych okolicznościach zmiażdżyłby każdego.

Hermiona zajęła miejsce przy stole, które zrobił dla niej Bracken. Edmure skinął jej głową i ciągnął.

- Całościowo straciliśmy dwustu osiemdziesięciu. Obrona łuczników z fortów i drzew po zachodniej stronie rzeki pomogła powstrzymać większość sił Lannisterski przed przejściem.

- To samo miało miejsce blisko Riverrun, gdzie dowodził Lord Vance. - poinformował Bracken, czytając z pergaminu komunikacyjnego.

- Zaczynają spływać raporty. Wolno, ale z tego co widzę ser Marchbrand kilka razy został całkowicie rozgromiony, gdy próbował minąć nasze forty. - ciągnął Bracken, nie odrywając wzroku od pergaminu. Jego palec bezwiednie sunął po mapie, pokazując odpowiednie miejsca. - Ser Crakehall jest teraz naszym więźniem i właśnie opatrują jego rany. Potwierdzono śmierć lordów Leo Lefforda i Roberta Braxa.

- Był taki moment, gdy zacząłem się niepokoić - przyznał Edmure, przeciągając palcami przez rude włosy i zerkając na Hermionę. - Ale gdy pojawił się ten wiatr z północy... cóż...

- Tak - zgodził się wesoło Blackwood, też patrząc na Hermionę. - Wygląda na to, że nasza Czarownica Zimy jest godna swego imienia!

Hermiona zbladła. Nie miała pojęcia, że jej czyny tylko wzmocnią głupi tytuł, który Karstark nadał jej na koronacji Robba. Przełknęła ślinę i powiedziała trochę uszczypliwie.

- Widziałam jak armia Lannisterów idzie na południowy wschód. Wiemy co tam jest?

- Cóż, nie nasz Król. - odparł Edmure, prawie nonszalancko. - A to najważniejsze. Tywin nie może wrócić do Casterly Rock po posiłki.

Jednakże Blackwood zmarszczył brwi.

- Mimo to powinniśmy to sprawdzić. Lady Hermiona ma rację. Stary Lew poruszał się z rozmysłem i sensem, więc musiał mieć plan. Musimy się dowiedzieć jaki.

Wszyscy zamilkli, zastanawiając się jak to osiągną.

- To problem na inny dzień. - powiedział wolno Edmure. - Wygraliśmy te dwa dni walki i nasi ludzie zasługują na zabawę i uczczenie zwycięstwa. Zastanawiać się nad tym, gdzie zniknął Tywin Lannister możemy później.

Ktoś zaczął marudzić, ale Edmure rozkazał Brackenowi przekazać Vance'owi polecenie powrotu do Riverrun, celem przegrupowania. Symboliczne siły miały zostać pozostawione na miejscu, w razie odwetu, a Blackwood i Bracken zaproponowali Raventree Hall i Kamienny Płot na ich bazy.

- Cóż, jeśli to już wszystko - zaczęła Hermiona, z roztargnieniem wycierając dłonie o dżinsy. - to mam trzy konie do transmutowania i obudzenia.

Torrhen zaśmiał się widząc zdumioną minę Edmure'a, a Bracken i Blackwood wymienili uśmiechy. Bracken spojrzał znów na pergamin, umoczywszy pióro w atramencie i zabrał się za zapisywanie rozkazów Edmure'a.

Jednakże, gdy pisał, inne, pełne zawijasów słowa pojawiły się na karcie, a na twarzy Brackena wymalowało się przerażenie.

- Co? Co się stało? - domagał się Edmure, zauważywszy to. - Riverrun? Ojciec? Co?

Blackwood wyciągnął rękę i złapał Brackena za ramię.

- Jonosie, mów!

Ze wszystkich ludzi obecnych w namiocie, to właśnie Hermiona przyciągnęła spojrzenie Lorda.

- Król Robb. Postrzelono go i rana się jątrzy.

W żyłach Hermiony popłynął strach, zamieniając je w lód. Zakręciło jej się w głowie i następne słowa Brackena dotarły do niej jakby z oddali.

- Oni... to znaczy Blackfish, Gwardia Królewska... proszę o pomoc Lady Hermiony. Natychmiast.

Namiot stał się ledwie okruchem tego co widziała. Hermiona poświęciła sekundę na zerknięcie na Torrhena, który spojrzał na nią z nieszczęśliwą miną i prawie niedostrzegalnie skinął głową. Z najgłośniejszym dotychczas pyknięciem Hermiona aportowała się na ślepo do Robba, pędząc w miejsce, w którym jeszcze nigdy nie była i mając nadzieję, że się nie rozszczepi.

„Trzymaj się Robbie" pomyślała. „Już idę!"


CDN


Od tłumaczki: Tym razem na warsztacie tekst The Winter Witch autorstwa writing_as_tracey, na co oczywiście otrzymałam pozwolenie. Nic z wyjątkiem tłumaczenia nie należy do mnie i tylko za nie jestem odpowiedzialna. Oryginał możecie znaleźć na tej ao3, albo na albo na , gdzie autorka posługuje się nickiem Kneazle. Tłumaczenie dostępne także na ao3, więc jeśli ktoś woli czytać tam, to zapraszam.