SHIP: PrusPol w domyśle.

– To, że prusaki zalęgły mi się w pokoju, to wiedziałem od dawna – stwierdził spokojnie Polska, stając w drzwiach sypialni. – Ale nie wiedziałem, że są już na tyle rozwinięte cywilizacyjnie, by korzystać z komputera...

Gilbert, siedząc ze skrzyżowanymi nogami na łóżku Feliksa, z jego laptopem na swoich kolanach, nawet nie podniósł wzroku.

– ...i na tyle cwane, by odgadnąć do niego hasło – dokończył Polska.

– Hasło „polandstronk1410madafaka" odgadłaby usmażona pieczarka, a karaluchy są o niebo inteligentniejsze – odparł Gilbert równie spokojnie, uderzając palcami w klawiaturę. – Zaraz... Nie jesteś wkurzony, czy coś? – zapytał nagle, unosząc głowę i przyglądając się Feliksowi podejrzliwie.

– Pomyślmy, co mógłbyś zrobić, znając hasło do mojego lapka... – Polska zawiesił głos i uniósł brew.

– Udostępnić historię wyszukiwania z PornHuba na twoim Facebooku, zrobić zakupy na Allegro i zamówić ci do domu pół tony pierdół, przesłać państwom ościennym prywatne dokumenty... – Gilbert zaczął wymieniać swoje możliwości, marszcząc lekko brwi. – To i wiele innych opcji, a każda kusząca...

– No właśnie – Polska opadł na łóżko. – Myślisz, że dlaczego zdalnie blokuję laptopowi dostęp do routera, gdy tylko pojawiasz się w okolicy? – zapytał, wyciągając telefon z kieszeni i machając nim znacząco w powietrzu.

Gilbert spojrzał na laptopa.

– A więc dlatego Internet nie działa... – mruknął do siebie. – A ja od godziny się pieprzę z konfiguracją sieci... – Zamknął klapę laptopa i westchnął. – Punkt dla ciebie, Polen... – Poklepał się po kieszeniach.

– Nie szukaj pendrive'a. Nie mam tam żadnych krytycznych dokumentów, znajdziesz co najwyżej zdjęcie twojego pijanego brata z imprezy na Słowacji – Polska zerknął na laptopa. – Ale skoro już położyłeś łapy na moim komputerze... Za dziesięć minut muszę być u szefa, a trzeba mi coś zamówić na Allegro, i to jak najszybciej.

– I niby dlaczego miałbym...?

– Bo lubisz zakupy on-line i aktualnie nie masz nic do roboty.

– Jakoś mnie to nie przekonuje, wiesz – Gilbert przeciągnął się i ziewnął. – Postaraj się bardziej, Polen.

Feliks zerknął na zegarek w telefonie i westchnął. Nie miał czasu.

– Możesz kupić dwie sztuki i jedną sobie wziąć – powiedział szybko i wstał. Poprawił koszulę, potem krawat i uznał, że wystarczy elegancji jak na półoficjalną wizytę u szefa. – To uczciwy układ. Zamówisz mi na Allegro te, no... Czekaj, włączę ci Internet... – Na szybko zaczął szukać w telefonie odpowiedniej aplikacji.

– No dobra – Gilbert podniósł klapę laptopa i znowu wpisał hasło. Polska zanotował sobie w myślach, by je potem zmienić. – Ale tylko dlatego, że z tych nudów dostaję kurwicy... Co chcesz? Kartę masz podpiętą, żebym do ciebie nie dzwonił i nie pytał o numery?

– Tak, tak... – Feliks już był w drzwiach. – Zamów mi tą... jak to się nazywa... Przyłbicę. Tylko taką lepszą, droższą, porządniejszą... Płatność z góry, kurierem... Hajs na koncie jest, miałem dopiero co wypłatę...

– Jasne – Gilbert, nie patrząc na Polskę, odpalił przeglądarkę i zagłębił się w Internet. – Całkiem słuszna decyzja... chyba twoja najlepsza od paru stuleci, żeby się zabezpieczyć...

– Wszyscy w tym roku zapomnieli o moich majowych imieninach – Feliks wychylił się z korytarza. – Chociaż to sobie kupię jako prezent...

– Obchodzisz każde imieniny Feliksa w roku, ludzie po prostu udają, że zapomnieli, bo nikt nie daje rady tyle chlać, a po sześciu razach kończą się pomysły na prezent...

– Taaa, jasne... Na razie. Wieczorem będę.

Jakieś cztery i pół godziny prokrastynacji później...

– Dobra, to co on to chciał? – zastanowił się Gilbert, leżąc na brzuchu i znudzonym wzrokiem oglądając, jak banda półnagich rosyjskich idiotów oblewa się szaleńczo kefirem. Po siedemdziesiątym piątym odtworzeniu wideo stawało się całkiem normalne. – A dobra, pamiętam... A on tego nie powinien załatwiać przez Ministerstwo Obrony Narodowej? – Gilbert uniósł brew, ale potem wzruszył ramionami. – Skoro jedna dla mnie...

I wcisnął przycisk „kup".

– Prusy – Feliks stał przy oknie. Przez chwilę przyglądał się, jak kurier próbuje zaparkować; ogromna przyczepa, którą miał doczepioną do samochodu, znacząco mu to utrudniała. – Coś ty, kurwa, mi zamówił?

– No jak to co? – Gilbert oderwał wzrok od laptopa. Przez ostatnie dwa dni obejrzał już w Internecie wszystko, co się dało, nie tracąc wiary w ludzkość, a teraz poważnie zastanawiał się, czy jest gotowy zgubić się na YouTube i jednak ją stracić. – Tak, jak chciałeś. Porządny sprzęt z wyższej półki. Czego masz, kurwa, pretensje? Kolor nie ten, czy co? Pytałem, ale różowych nie mieli. I w sumie to nie wiedziałem, jaką dokładnie chcesz, więc uznałem, że ten model się nada. Jak ci się nie podoba, sam sobie odsyłaj, ja swoje zrobiłem.

– Prusak... – jęknął Polska słabym głosem.

– Samobieżna – dodał Gilbert spokojnie. – Uznałem, że taka jest praktyczniejsza.

– Zamówiłeś mi samobieżną... nie, kurwa, nie wierzę... – Polska przez szybę obserwował, jak z dostawczego auta, które właśnie utknęło na wąskim parkingu przed blokiem i zablokowało przejazd przyczepą, wypada kurier i z wrzaskiem zaczyna kopać w opony. Najwidoczniej dostał kurwicy, a Feliks doskonale go rozumiał. – Prusy, kurwa! Chciałem, żebyś mi zamówił przyłbicę! Taką plastikową, model „kryj ryj", a nie pierdoloną haubicę samobieżną do prowadzenia działań wojennych! PRZYŁBICA, NIE HAUBICA!

– Przyłbi... aaaaaa – Gilbert otworzył lekko usta. – To takie gówno z pleksi...?

– Tak, kurrrwa! Ty widzisz – Polska złapał Prusaka za koszulkę i pociągnął w stronę okna. – coś ty zamówił...?! Miałem nosić przyłbicę na twarzy, żeby się chronić, a nie przeprowadzać atak artyleryjski!

– Polski nie jest moim językiem ojczystym, mogłem źle zrozumieć! – Prusy wyrwał się z uścisku i posłał Feliksowi urażone spojrzenie.

– Od hołdu pruskiego znasz mój język, wszystko rozumiesz! Znasz polski na C1, tak wpisałeś sobie w CV!

– A na Tinderze wpisałem, że znam na C4! – prychnął Gilbert. – Od kiedy ty wierzysz w to, co gdzieś kiedyś napisałem? A w CV to już przecież każdy kłamie!

– Ale to akurat prawda – jęknął Feliks, jeszcze raz zerkając za okno. Kurier właśnie chodził dookoła auta, łapiąc się za głowę i wyzywając kupującego od najgorszych, podczas gdy mieszkaniec osiedla, który nie mógł wyjechać spod bloku, uporczywie na niego trąbił. – Znasz polski! Udajesz, że tak nie jest tylko wtedy, gdy trzeba wyrwać kogoś metodą na obcokrajowca z seksownym akcentem!

– I działa doskonale...Poza tym, nikt nie zna obcych języków perfekcyjnie, a oba słowa są podobne!

Polska usiadł ciężko na łóżku. W tym momencie zadzwonił jego telefon; wrzaski zza okna ucichły, był więc pewien, że to kurier.

– Prusy...

– No co? – burknął Gilbert. – Człowiek się stara, a tu za jeden mały błąd dostaje opierdol... Jak zwykle, wszystko na mnie!

Polska wziął głęboki wdech, starając się uspokoić.

– Ty to zamówiłeś z mojego konta, prawda? Płatność z góry?

– Tak, jak książę sobie tego zażyczył – Gilbert posłał mu rozdrażnione spojrzenie. – Miałem jeszcze im napisać, żeby obwiązali różową wstążeczką i napisali bilecik? „Dla Feliksa – życzymy bombowej zabawy"?

– Moje ty pieprzone mazurskie słoneczko, powiedz mi teraz, ile to kosztowało? – wycedził Feliks przez zęby. – Mogę już ogłaszać bankructwo i zacząć żywić się szczawiem spod płotu, czy jeszcze będzie stać mnie na chleb?

W pokoju zapadła cisza; tylko telefon wciąż dzwonił i dzwonił.

– Ale przyznasz, że sprzęt porządny – odezwał się po długiej chwili Gilbert.

– Zabiję cię.

– Nie unoś się tak, to tylko małe nieporozumienie językowe...

Polska otworzył usta, by jeszcze raz Gilberta zbluzgać, ale nie powiedział ani słowa. Prusy przyglądał się mu z zaciekawieniem.

– O co chodzi? – zapytał. – No, wykrztuś to z siebie, Polen.

Feliks ciężko westchnął.

– Kupiłeś dwie sztuki, prawda?

– Nawet nie próbuj mnie o to oskarżać – zastrzegł Prusy. – To był twój pomysł.