A/N: To już przedostatni rozdział. Następny oczywiście w przyszłą środę! Będzie długi... A po nim równie długi epilog... Tymczasem czytajcie i... no wiecie, co dalej :). Dziękuję mojej becie, kasiaeliza!
W jej spojrzeniu od zawsze było coś, co przyprawiało go o mrowiący, przyjemny dreszcz na karku. Tym razem, gdy odwrócił głowę w jej stronę, jej twarz była blada ze strachu. Jej duże, brązowe oczy były pozbawione nadziei. Jeszcze przez chwilę także to czuł, lecz wtedy pozwolił myślom odpłynąć od tego, co działo się wokół nich i skupił się na niej. Głęboko w sercu od zawsze przewidywał, że tak to się skończy. Uczucie, które połączyło go tą kobietą, musiało kiedyś doprowadzić do śmierci przynajmniej jednego z nich.
Wyciągnął do niej dłoń. Wygłuszył natarczywy głos Balkana i powiódł wzrokiem po jej długich rzęsach, gdy opuściła zdumiony wzrok. Ujęła jego rękę z ostrożnością. Dopiero gdy zacisnął na niej palce, z jej oczu popłynęły łzy. Była piękna, nawet gdy płakała, lecz pragnął zapamiętać ją choć z iskrą szczęścia w oczach.
- Nie bój się - powiedział, chcąc przegnać z jej twarzy smutek.
- Miałeś rację. Powinniśmy byli uciec...
Urwała, jakby zabrakło jej powietrza, a on na chwilę wrócił myślami do tamtej niedokończonej rozmowy. Gdyby mieli więcej czasu, powiedziałby jej, że nie żałował niczego. Ale skoro mieli zaraz umrzeć, chciał jeszcze raz poczuć dotyk jej ust.
- Nie bój się - dodał z większym naciskiem i pochylił się nad nią.
- Nie boję... - Kłamstwo z łatwością wydostało się spomiędzy jej warg.
Pocałował ją, na co Sonea wplotła palce w jego włosy. Uwielbiał tę drobną pieszczotę. Uznał, że to dobry sposób, by umrzeć. Czując smak jej ust, zapach jej skóry, słysząc w głowie plątaninę jej myśli.
- Kocham cię, Soneo - wysłał w szmer jej własnych trosk. - Zawsze będę cię kochał - dodał, odsuwając się od jej ust.
Sonea podniosła na niego błyszczące spojrzenie i pokręciła głową.
- Trzy!
- Teraz...!
Ostatni przekaz od zaatakowanych przez Ichanich Magów, Lorlen i Savara otrzymali poprzedniej nocy. Mistrz Makin nadawał z Coldbridge. Nie wiedzieli skąd się tam wziął, ale Lorlen podejrzewał, że po pierwszym ataku na Fort Corres, Gildia wysłała Magów, by zbadali sprawę. Ichani musieli zdążyć przemieścić się w głąb kraju i to właśnie w Coldbridge doszło do starcia.
Gdyby Lorlen miał więcej czasu na rozmyślania, doszedłby do wniosku, że nigdy w swoim życiu nie był tak przerażony, jak teraz. Jednak od trzech dni nieustannie zmierzali do Imardinu. Stracił już rachubę, ile to już razy musiał pokonywać tę drogę. Za każdym razem, gdy wracał do miasta, zastawał jeszcze gorszą sytuację.
Jeśli dobrze liczył, Ichani deptali im po piętach. Mieli nad nimi zaledwie dzień przewagi, a kolejna noc mogła przynieść to, czego obawiał się najbardziej: atak na Imardin. Nie wiedzieli, ilu ich było, ani czy przywodził im Kariko. Podczas ataków nie ujawniali swoich twarzy. Lorlen wiedział, z kim mieli do czynienia, a i tak niewidzialność wroga budziła w nim pierwotny lęk. Co więc musieli czuć skryci w Gildii Magowie, niemający pojęcia o mocy, którą władali zmierzający do nich przeciwnicy?
Strach.
Można było wyczuć go z daleka.
Zimowy wieczór prędko spowił miasto w mroku. Cery prowadził ich w stronę przesmyku w murze.
- Kiedyś razem z Soneą weszliśmy tamtędy na teren Gildii - powiedział im zduszonym szeptem. Jemu także, choć nie widział ataków, udzielał się strach.
Zmarznięta trawa i opadnięte gałęzie chrzęściły pod ich stopami, gdy przeszli na drugą stronę muru i ruszyli w stronę Kopuły. Lorlen nie mógł wyobrazić sobie innego miejsca, w którym Balkan zamknąłby swoich więźniów.
Zatrzymali się, gdy ujrzeli owalną budowlę.
- Dlaczego akurat tutaj? - rozległo się ciche pytanie Einara.
Lorlen zerknął na niego. Młody mężczyzna patrzył przed siebie szeroko otwartymi oczami, na które opadały jego ciemne włosy.
- Kopuła jest barierą. Każdy, kto przekracza jej próg, traci swoje magiczne zdolności. Jeśli Balkan chciał unieszkodliwić Soneę i Akkarina, przypuszczam, że zamknąłby ich właśnie tam.
- Chcesz powiedzieć, że oni teraz tam są? - syknął Cery i nerwowo poruszył się w miejscu. Savara prędko położyła dłoń na jego ramieniu i posłała Lorlenowi spojrzenie spod zmarszczonych brwi.
- Wejścia pilnują Magowie, więc zapomnij o tym, o czym właśnie pomyślałeś - mruknęła, wciąż na niego patrząc. Lorlen skinął jej głową.
- Więc jak chcemy im pomóc? - Einar odsunął z czoła grzywkę.
Nie mieli planu, ani wtedy, gdy zdecydowali się ruszyć im z pomocą, ani teraz, gdy już znaleźli się na miejscu. Jednak przez całą drogę Lorlen myślał o kimś, kto mógłby im pomóc.
- Muszę z kimś porozmawiać.
- Z jednym z nich? - Savara jeszcze mocniej zmarszczyła brwi.
- Jedną - sprostował. - To nasza jedyna nadzieja.
Jakby na potwierdzenie jego słów, drzwi do Kopuły otworzyły się i wyszła z nich postać w zielonej szacie. Ceryni drgnął, wciąż przytrzymywany przez Savarę. Złodziej doskonale wiedział, do czego zdolni byli Magowie i to właśnie tam Lorlen upatrywał jego pragnienia jak najszybszego wydostania Sonei i Akkarina z niewoli.
- Zaczekajcie tutaj - rzucił i ruszył lasem, wzdłuż drogi, którą pokonywała Uzdrowicielka.
Gdy znalazła się blisko zabudowań, Lorlen skumulował trochę mocy i stworzył kulę światła. Vinara zatrzymała się, a jej wzrok podążył w jego kierunku. Widząc go, najpierw zamarła, następnie rozejrzała się dookoła, po czym szybkim krokiem podeszła bliżej.
- Lorlen...! - zawołała przyciszonym głosem.
Wyszedł z lasu. Vinara zatrzymała się tuż przed nim i zmierzyła go wzrokiem. Zdał sobie sprawę z tego, że ostatni raz widziała go jeszcze zanim wyruszył na spotkanie z Soneą i Akkarinem w Windrest. Gdy wrócił na proces, nie mieli okazji, by się spotkać, lub raczej Balkan zadbał o to, by nie mógł opuścić kwatery.
- Co tu robisz? - zapytała ostro.
- A jak myślisz?
Jej szare spojrzenie złagodniało, a ramiona widocznie ugięły się pod niewidocznym ciężarem.
- Widziałaś się z nimi? Są tam? - zapytał, wskazując niewidoczną już Kopułę.
Skinęła głową, wciąż przyglądając mu się, jakby oglądała ducha. Prawdę mówiąc, czuł się nim, stojąc w miejscu, które niegdyś zwał swoim domem, teraz będącym jedynie więzieniem dla jego przyjaciół. Czuł się obco.
- W jakim są stanie? - To była pierwsza rzecz, o której pomyślał.
- Od jak dawna wiedziałeś? O Sachace, o... o niewolnikach, o Kariko, o...
- Zdecydowanie zbyt krótko. Akkarin wyznał mi to tamtego dnia, w którym przywiózł do Gildii ranną Soneę - powiedział, czując, jak coś lodowatego chwyta go za serce. Vinara znała prawdę. Co więc zamierzała z nią zrobić?
- Dlaczego zataił to przed wszystkimi? Przed Starszyzną, nawet... nawet przed tobą?
- Vinaro... - zaczął, bo czasu miał mało, a chciał zapytać ją o wiele rzeczy. Musiał wiedzieć, co teraz czekało dwójkę Czarnych Magów.
- Jak mogliśmy dopuścić, że coś tak ważnego, stało się sprawą tylko jednej osoby? Jak mogliśmy stracić jego zaufanie? Zobacz, do czego to doprowadziło...
- Co wiesz? Co planuje Balkan? Ile mamy czasu?
- Dziś wieczorem... - zaczęła.
- Gdzie?
- Na Arenie. Starszyzna wydała na nich wyrok śmierci.
- Na Are... Co? Starszyzna? Przecież do niej należysz.
- Już nie. Balkan usunął mnie ze stanowiska wraz z twoim zniknięciem z Gildii. Nie ufa mi.
Lorlen zamrugał kilka razy.
- Nie wie, że się z nimi widziałam. Na szczęście wielu Magów wciąż okazuje mi szacunek. Pozwolili mi tam wejść. Lorlenie... - powiedziała cicho, a smutek w jej oczach ścisnął go za krtań. - Są bardzo słabi. Nie mają szans na ucieczkę. Jeszcze dziś Balkan zabierze ich na Arenę, by tam ich zabić. Nie jestem w stanie temu zapobiec, choć wszystko we mnie buntuje się wobec takiego okrucieństwa. Ale on nie myśli trzeźwo. Te ataki na Magów... Jest przekonany, że to zwolennicy Akkarina...
- Vinaro, musimy coś zrobić. Nie pozwolę mu ich zabić.
Uzdrowicielka zacisnęła usta, wokół których utkała się sieć zmarszczek i potrząsnęła głową. Lorlen czuł, jak czarne chmury zawieszają się nad nimi. Jak mogli mierzyć się z Balkanem? Akkarin wiedziałby, co robić. On zawsze miał rozwiązanie, w każdej sytuacji. Co zrobiłby teraz? Nagle, przypomniał sobie, co przed chwilą powiedziała mu Vinara i zastygł bez ruchu. Uzdrowicielka zauważyła tę zmianę i posłała mu pytające spojrzenie.
- Mam pomysł. Mam nadzieję, że nie okaże się moim ostatnim - powiedział.
- Teraz!
Akkarin mocniej przyciągnął Soneę, spodziewając się fali bólu, jednak nic takiego się nie wydarzyło. W zamian za to, potężny huk rozdarł powietrze. Podniósł skuloną głowę i rozejrzał się.
Powietrze wokół nich zdawało się falować i dopiero wtedy Akkarin zrozumiał, że byli otoczeni tarczą. Silną, jakby splecioną przez moc kilkunastu Magów. Sonea wyprostowała się, a z jej ust wydobyło się zdumione westchnięcie.
- Teraz! - powtórzył tamten głos i Akkarin wreszcie rozpoznał w nim Vinarę.
Jego wzrok odnalazł Balkana. On także był otoczony tarczą oraz kilkoma Wojownikami. Każdy z nich wydawał się pogrążony w głębokim szoku. Cofnęli się o kilka kroków. Wtedy po obu swoich stronach Akkarin dostrzegł ludzkie sylwetki. Kolory ich szat; zieleń, czerwień i fiolet, zdawały się ze sobą łączyć. Tarcza, którą nad nimi rozpostarli, wciąż migotała i falowała. Czuł jej siłę, wzmocnioną oddziaływaniem Areny. Rozciągnęła się, otaczając ich i Akkarin mógł wreszcie zobaczyć wyraźnie ich twarze. Część z nich odwróciła się w ich stronę.
Vinara, Yikmo, Rothen, Dorrien, Osen... Ich rozpoznał natychmiast.
Wciąż masz sojuszników wśród Magów... Słowa Sonei rozbrzmiały w jego myślach. Spojrzał na nią w niedowierzaniu i zobaczył, że miała szeroko otwarte oczy, a w nich resztki łez.
- Jak śmiecie?! - rozległ się wściekły krzyk Balkana. - Zdrajcy!
- Naprawdę sądziłeś, Balkanie, że pozwolę na ten bezsensowny rozlew krwi? Chciałeś zabić Wielkiego Mistrza - odparła stalowym głosem Vinara.
- Akkarin jest wygnańcem!
- Nie dla nas - powiedział Yikmo, prostując plecy.
Coś ścisnęło go w piersi. Nie sądził, że jeszcze kiedykolwiek poczuje... cokolwiek... A oto stał otoczony barierą, chroniony przez kilkunastu Magów, którzy sprzeciwili się szalonemu planowi Balkana. Zaryzykowali wszystko, tylko po to, by stanąć po jego stronie...
- Od początku działałeś na ślepo. Nie miałeś prawa skazywać go na wygnanie, bez odpowiedniego procesu. - Donośny głos Vinary poniósł się po Arenie.
- Wyrok był sprawiedliwy! - Huknął stojący po prawej stronie Balkana Garrel. Tuż obok niego zauważył Ferguna i młodego Wojownika, którego imienia nie mógł sobie przypomnieć... Regin?
- Wyrok zapadł bez zadania mu żadnego pytania! - Vinara wystąpiła przed otaczających ich Magów.
Balkan zdawał się kipieć ze złości. Dygotał na całym ciele, a jego twarz przybrała odcień purpury.
- Wszystkich was spotka ten sam los. Zdrajcy! Bratacie się z groźnym przestępcą i Dziką!
- Twoje rządy dobiegły końca, Balkanie. - Tym razem Uzdrowicielka mówiła spokojnym głosem. - Opuść tarczę po dobroci, albo załatwiły to tu i teraz, twoimi własnymi metodami.
A tej samej chwili za plecami Akkarin usłyszał jakieś poruszenie. Odwrócił się i zamarł.
Lorlen przecisnął się między dwoma Magami i zatrzymał się. Jego jasne, błękitne oczy spotkały się z jego własnymi. Przez chwilę patrzyli na siebie, aż w końcu to Lorlen rozciągnął usta w szerokim uśmiechu, ukazując przy tym rząd białych zębów. Ruszył w jego stronę szybkim krokiem i po chwili obaj wpadli sobie w ramiona.
- Lorlen - ze wzruszenia zdołał wykrzesać jedynie imię swojego przyjaciela.
- Bracie... - szepnął były Administrator, mocniej go obejmując.
Akkarin wyciągnął przed siebie dłoń i zaczekał, aż Yikmo położył na niej własną. Dopiero wtedy zerknął na siedzącą obok Soneę. Ona także pobierała moc od Magów, którzy zgłosili się na ochotników. Po poddaniu się Balkan i jego zwolennicy zostali zamknięci w Kopule. Soneę, Lorlena, jego i pozostałych zebranych na Arenie Magów Vinara zaprowadziła do Domu Uzdrowicieli, gdzie opatrzyła ich rany (o których tak naprawdę dotychczas nie miał pojęcia) i wzmocniła ich zasoby mocy. Sonea przez cały ten czas milczała i Akkarin zastanawiał się, jakie to myśli krążyły jej po głowie.
Bardzo szybko doszli do wniosku, że jeśli Kariko miał lada moment pojawić się w mieście, byli zbyt słabi, by z nimi walczyć. Vinara zaproponowała wsparcie z własnych zapasów i właśnie wtedy wytłumaczył jej, na czym polegały zasoby mocy Czarnego Maga. Przenikliwy wzrok Arcymistrzyni z każdą chwilą rozszerzał się, aż wreszcie mógł zobaczyć w nim lekki strach. Lecz zamiast wycofać się ze swojej propozycji, Vinara pokiwała głową. Jakiś czas później ustawiła się przed nimi, długa na kilkanaście osób, kolejka. Każdy z nich chciał oddać im choć część swojej mocy.
- Dziękuję - powiedział, rozluźniając uścisk wokół nadgarstka Yikmo.
Wojownik zabrał rękę i skinął mu głową. Jego spojrzenie na moment zatrzymało się na twarzy siedzącej obok Sonei i Akkarin dostrzegł w jego oczach błysk. Większość Magów bała się jej. Czuł to. Sonea jednak zdawała się obojętna na sposób, w jaki jej się przyglądali. Jednak tym razem w oczach Wojownika Akkarin zobaczył coś jeszcze. Coś, co wywołało nieprzyjemne uczucie w żołądku. Nie przywykł do dzielenia się nią z innymi, a tak właśnie się poczuł, gdy tuż przed Soneą stanął, ostatni już w kolejce, Mistrz Dorrien.
- Dziękuję. - Głos Sonei zabrzmiał miękko i Akkarin spiął się. Spojrzał na nią, a następnie na Dorriena.
- Nie ma za co. - Wargi Uzdrowiciela wygięły się w niepewnym uśmiechu i gdy Sonea odwzajemniła go, powiedział: - Jestem Dorrien.
- Sonea - odparła, lekko marszcząc brwi. - Ale to już pewnie wiesz.
- Co innego słyszeć twoje imię od innych Magów, a co innego poznać cię osobiście.
Akkarin odchrząknął i wtedy Dorrien drgnął i schylił ku niemu głowę.
- Wielki Mistrzu.
- Mistrzu Dorrienie... - mruknął i odprowadził go wzrokiem.
Dopiero gdy zostali sami w pokoju, Sonea obróciła się na krześle, by mu się przyjrzeć.
- Dorrien - powiedziała, trochę jakby do siebie. - To imię coś mi mówi.
- Był jednym z Magów, którzy prowadzili śledztwo w sprawie morderstw w mieście.
Jej brązowe oczy rozbłysły. Po chwili przytaknęła mu głową. Wtedy też do środka weszła Vinara.
- To już wszyscy - oznajmiła. - Powinniście teraz odpocząć. Jest środek nocy. Kariko nie dotrze tutaj szybciej, niż przed kolejnym zmrokiem. Jeśli chcecie, możecie zostać tutaj, lub udać się do Domu Magów.
- Zostaniemy tutaj - odparł.
Gdy wychodziła, w progu minęła się z Lorlenem. Widząc go, Sonea poderwała się z miejsca i prawie biegiem podeszła do niego. Wymienili krótki, choć czuły uścisk.
- Skąd się tu wziąłeś? - zapytała z niedowierzaniem. Po zdarzeniu na Arenie także nie miał czasu z nim porozmawiać, więc podszedł do nich, by usłyszeć historię z bliska. - Gdzie reszta?
- Bezpieczni w mieście. Nie chcieliśmy ryzykować ich obecnością. Jeden Dziki Mag wystarczy - odparł i puścił jej oko.
Sonea roześmiała się krótko.
- Masz rację, Złodziej i kolejny Mag z Sachaki. Tego mogłoby być już za dużo. Ale nie odpowiedziałeś. Skąd się tu wzięliście? Kazałam wam czekać w Calii...
- I chyba byśmy się was tam nie doczekali, hm?
Sonea pokręciła głową i odwróciła się, by na niego spojrzeć. Akkarin wzruszył ramionami. Wciąż czuł się... dziwnie. Jakby to, co się działo, było wyłącznie snem. Zdążył pogodzić się z wizją śmierci, a oto patrzył na Soneę i Lorlena, całych i zdrowych. I choć wiedział, że najgorsze miało dopiero nadejść, ogarniała go ulga.
- Widziałem się z Vinarą, tuż po tym, jak wyszła z Kopuły. Powiedziała mi, że Balkan był przeciwny temu, by z wami rozmawiała. Usunął ją nawet ze Starszyzny. Jednak wielu Magów wciąż uznawało jej pozycję i pomogli jej do was wejść. Jedzenie, które wam przyniosła, zostało przygotowane właśnie przez nich. Wtedy zdałem sobie sprawę - jego niebieskie oczy zatrzymały się na nim - że wraz z twoim wygnaniem, Gildia podzieliła się na pół. Na zwolenników Balkana oraz na tych, którzy pozostali ci lojalni.
Sonea głośno wypuściła powietrze przez nos, jakby chciała mu powiedzieć: a nie mówiłam.
- Okazało się, że tych drugich było więcej, niż śmieliśmy przypuszczać. Wystarczyła odpowiednia wiadomość i... sam widziałeś, ilu stawiło się, by ci pomóc - Lorlen podszedł do niego i położył mu dłoń na barku. - Przez chwilę myślałem, że cię stracę... - dodał ciszej, mierząc go wzrokiem.
- Więc... oni wiedzą. Wszyscy - stwierdził sztywnym tonem.
Lorlen mrugnął, jakby przez chwilę nie mógł zrozumieć, dokąd zaprowadziła ich ta rozmowa. Aż w końcu powoli pokiwał głową. Akkarin zacisnął usta. Następnie, czując przeszywający chłód w sercu, odwrócił się i zamknął oczy. Jego pilnie strzeżony sekret... Przeszłość, która zawsze miała pozostać tajemnicą... Krew na jego dłoniach...
Dłoniach. Poczuł na nich dotyk i gdy otworzył oczy, zobaczył skupioną twarz Sonei.
- Wiesz, że musiała - powiedziała cicho.
Zaprzeczył ruchem głowy. Sonea puściła jego ręce i ujęła jego twarz w obie dłonie.
- Wiedzą, a i tak stanęli po twojej stronie. Mówiłam ci, że tak będzie.
- Z litości - syknął.
- Z lojalności - poprawiła go z mocą w głosie.
Wyprostowała się i jej spojrzenie przesunęło się na stojącego za nim Lorlena. Nie mógł widzieć, jak zareagował jego przyjaciel, ani co zobaczył w oczach Sonei. Usłyszał jedynie, jak chwilę później opuścił pokój.
Sonea zaciągnęła go w stronę szpitalnego łóżka i prawie zmusiła go, by na nim usiadł. Opadł na nie i wciąż unikając jej spojrzenia, zapatrzył się na swoje kolana. Łatwiej byłoby umrzeć na Arenie, niż mierzyć się z tą sytuacją.
- Nie chcę ich litości, to wszystko - powiedział, gdy Sonea ściągała z siebie ubranie. Vinara przygotowała dla nich miski z wodą i nowe odzienie.
- Pójdą za tobą nie z litości. Wiesz o tym. Boją się Kariko i wiedzą, że tylko ty możesz ich uratować - odparła i zrzuciła na ziemię brudną koszulę.
Ciekawość w końcu sprawiła, że podniósł na nią wzrok. Sonea mocno schudła. Gdy podniosła ręce, by związać włosy, na jej skórze uwydatniły się żebra. Przypomniał sobie noc, kiedy pierwszy raz zobaczył ją nagą. Jak wiele zmieniło się od tamtego czasu. W ciągu pół roku wszystko, co dotychczas znał, legło w gruzach. Jego pozycja Wielkiego Mistrza, bezpieczeństwo Gildii, nawet jego sekret. Tak długo z nim żył, że teraz, gdy niemal wszyscy się o nim dowiedzieli, czuł się obnażony. Jak mogli chcieć za niego walczyć, mimo tego, czego dokonał w przeszłości? Nie przerażała ich czarna magia? Czy naprawdę Sonea miała rację?
Sonea podeszła do miski z wodą i przy użyciu magii uniosła ją, tworząc wirującą sferę. Pozwoliła jej przemieszczać się po swoim ciele. Przymknęła oczy i odetchnęła.
Ten spokój był pozorny. Oboje o tym wiedzieli. Tak samo, jak tamtej nocy, gdy zdecydował się na ucieczkę z Gildii. Do świtu zostało im jedynie kilka godzin. Później mogło wydarzyć się wszystko...
Gdy skończyła, założyła nową koszulę i podeszła do niego. Zadarł głowę i przyjrzał się jej czystej twarzy. Ostatnie dni spędzili w takim stanie, że niemal zapomniał, jak wyglądała bez warstwy brudu i zaschniętej krwi. W zasadzie przywykł do oglądania jej w takim stanie. Kiedy tropiła dla niego szpiegów, nieraz wracała umorusana po sam czubek nosa, zadrapana, czy mokra od potu. A mimo to, zawsze myślał o niej z szybszym biciem serca. Magowie nazywali ją Dziką i w głębi ducha właśnie taka była. Jego Sonea nie dawała się podporządkować żadnym schematom.
Przyłożyła dłoń do jego policzka i Akkarin przymknął oczy. Jej dotyk koił wszystkie nerwy, które czuł pod skórą. Rozpięła guziki na jego piersi i powolnymi ruchami ściągnęła z niego koszulę. Wtedy wstał i także podszedł do misy z wodą. Nie podgrzał jej. Chłód sprawił, że nagle jego myśli nabrały przejrzystości. I gdy odwrócił się i zobaczył ją siedzącą na łóżku, zrozumiał, że to wszystko działo się naprawdę. Że nie zginęli na Arenie. Że Magowie zdecydowali się im pomóc. Czuł w sobie moc, którą im ofiarowali. Błysk w oczach Sonei nie był jedynie snem.
- Chodź tu - mruknęła.
Podszedł do niej, chłonąc wzrokiem każdy fragment jej twarzy i ciała, gdy podniosła się i uklękła przed nim na łóżku.
- Wciąż nie wierzę, że oboje żyjemy - powiedziała, kładąc dłonie na jego nagim torsie.
- Chciałem powiedzieć dokładnie to samo - odparł.
Jej usta wygięły się w słabym uśmiechu, po czym przysunęła się bliżej i pocałowała go. Przyciągnął ją do siebie zachłannie, a w jego sercu rozpalił się nagły ogień. Wsunął dłonie pod koszulę, pod którą czekała na niego jej miękka w dotyku skóra. Chwytając ją za pośladki, uniósł ją i gdy przylgnęła do niego, odwrócił się i usiadł na twardym szpitalnym materacu.
Całował i dotykał jej ciało z zapalczywością. Co jakiś czas Sonea mruczała jego imię i wierciła się na jego kolanach. W końcu podniosła się, a gdy ponownie opuściła biodra, Akkarin wszedł w nią, dławiąc w krtani głośne mruknięcie. Seks z nią był jak powrót do domu po długiej podróży. Zawsze wydawał się idealny, ona była idealna. Pasowała do niego idealnie. Sonea zaczęła się ruszać i Akkarin odsunął się do jej ust. Zaczął pieścić językiem skórę jej szyi i gdy Sonea wplotła palce w jego włosy, zacisnął zęby na jej barku. Jęknęła głośno, a on przez moment pomyślał, że za drzwiami ich pokoju mógł być każdy. Jednak te myśli zostały prędko przegnane, bo Sonea pchnęła go na łóżko. Opadł na plecy i odebrało mu tchu. Patrzyła na niego w skupieniu, nie przerywając rytmicznego ruchu swoich bioder. W jej oczach był ogień. Była też miłość i desperacja.
Nie chciał myśleć o tym, co przyniesie im kolejny dzień. Wystarczyło mu, że była tu z nim. Że czuł ją całym sobą, nawet jeśli miał to być ich ostatni raz.
Gdy byli już blisko szczytu, jej brązowe oczy wypełniły się łzami. Przyciągnął ją bliżej i zatopił się w jej wargach. Na twarzy poczuł jej gorące łzy. Chwilę później ogarnęło ich wspólne uczucie rozkoszy. Jej ciało wpadło w drżenie. Przytrzymał ją, ciężko dysząc i gdy Sonea powoli wracała do siebie, na policzku poczuł coś mokrego. Nie wiedział, czy to były jej łzy, czy też jego własne.
Pierwszą osobą, którą spotkała następnego ranka, był Lorlen. Powiedział jej, że choć wysłano ludzi, by zbadali, gdy znajdowali się Ichani, nie udało im się ich odnaleźć. Sonea nie była zdziwiona. Powiedziała mu, że powinni zebrać się w jednym miejscu i ustalić plan ataku. Lub raczej plan obrony. Nie zamierzała angażować Magów w walkę. Nie ufała im do tego stopnia, a co więcej, żaden z nich nie miał szans z Ichanimi.
Poprzedniej nocy nie udało jej się zmrużyć oczu. Po części dlatego, że była na terenie Gildii. Magowie mogli stanąć po stronie Akkarina, ale nie oznaczało to, że zaakceptowali to, kim była. Dziką. Jednak głównym powodem, dla którego musiała teraz wzmocnić się magią, był sam Akkarin. W ciągu nocy jeszcze kilkakrotnie budziła się w jego ramionach tylko po to, by znów się z nim kochać. Nie potrafiła się od niego oderwać, teraz gdy cudem uniknęła śmierci i gdy kolejne jej widmo wisiało nad nimi, niczym ciężkie burzowe chmury. Gdy czuła go w sobie, a on poruszał się w niej, zapominała o tym, co miało wkrótce nadejść.
Spotkali się w przestronnej sali, która znając upodobania Magów, nosiła zapewne jakąś podniosłą nazwę. Zebrali się wszyscy, którzy poprzedniej nocy oddali im swoją moc. Był wśród nich tamten jasnowłosy Uzdrowiciel, który zapadł jej w pamięć. Dorrien. Uśmiechnął się na jej widok.
Zgromadzeni ustawili się w półkolu dookoła Akkarina i Vinary. Sonea stanęła nieco z tyłu, obok Lorlena i zanim szmer rozmów ucichł, pochyliła się w jego stronę.
- Czy Savara, Cery i Einar wiedzą, że jesteśmy bezpieczni? - zapytała szeptem.
- Zatrzymali się w gospodzie. Posłałem do nich służkę z wiadomością - odparł, oczami wodząc po otaczających ich Magach.
- Przekaż im, żeby opuścili Imardin. Wkrótce będzie tu zbyt niebezpiecznie.
- Naprawdę myślisz, że cię posłuchają?
- Einar nie powinien być w mieście, gdy zjawi się tu Kariko - mruknęła, lekko marszcząc nos.
Lorlen zacisnął usta i po chwili pokiwał głową.
- Jesteś pewna? Że jest jego...
- Nie jestem. Ale tak czy inaczej, powinien stąd zniknąć.
- Przyjaciele. - Rozmowę przerwał im zachrypnięty głos Arcymistrzyni Uzdrowicieli. - Dziękuję za przybycie. Oddam teraz głos Wielkiemu Mistrzowi.
Sonei nie umknęło, że pomimo pozbawienia Akkarina jego tytułu i wygnania go z Krain Sprzymierzonych, Vinara i jej sprzymierzeńcy wciąż nazywali go Wielkim Mistrzem. Akkarin odetchnął i zaczął mówić:
- Zapewne już wiecie, że ataki, które widzieliście, to sprawka magów z Sachaki. To niebezpieczni przeciwnicy, posługujący się dużo potężniejszą magią, niż ta, którą znamy. To dlatego wczoraj oddaliście nam swoje zapasy. Razem z Soneą... - Kilkanaście par oczu zatrzymało się na jej twarzy. Zacisnęła zęby i wytrzymała ich napór, do momentu, w którym Akkarin zaczął mówić dalej. - ...możemy z nimi walczyć. Ale nie będzie to możliwe bez dalszej pomocy z waszej strony.
Zmarszczyła brwi. Do czego zmierzał? Dotychczas sądziła, że chciał usunąć Magów z walki. Czyżby zmienił zdanie?
- Nie mamy wiele czasu. Nie wiemy, ilu wrogów zmierza w naszą stronę. Dlatego musimy posłużyć się podstępem. W bramach ustawimy naszych szpiegów, lecz może się okazać, że dopóki Ichani nie zaatakują, dopóty nie dowiemy się, że są w mieście. Zabili już kilku naszych ludzi. Są więc silni. Mogą próbować od razu atakować Gildię, lub zdecydują się wzmocnić kosztem mieszkańców.
Nerwowo nabrała powietrza. Tego scenariusza obawiała się najbardziej. Jeśli Kariko wejdzie do miasta i zacznie zabijać ludzi, wybuchnie panika. A w takich warunkach łatwo o popełnienie błędu. Pozostałych także musiało to zaniepokoić, bo po pomieszczeniu rozniósł się nerwowy szept.
- O jakiej pułapce mówiłeś, Wielki Mistrzu? - zapytał Wojownik, który zeszłej nocy jako ostatni oddał Akkarinowi swoją moc.
- Kariko, ich przywódca, atakuje nas, będąc przekonanym, że zostałem wygnany z miasta. - Akkarin zacisnął szczękę i Sonea wiedziała, że niełatwo było mu do tego wracać. - Nie wie, że wróciłem. Będzie czuć się niepokonany. Dlatego chcę, by przez chwilę poczuł, że wygrał. Zapędzimy go na Arenę. Tam spotka go niespodzianka.
Zaskoczyło ją to, że Akkarin zdążył ułożyć już cały plan. Całą noc spędzili w swoich ramionach. Musiał wpaść na ten pomysł jeszcze dziś rano.
- Jak chcesz go tam zaciągnąć? - rzuciła pytanie w stronę jego pleców.
Na dźwięk jej głosu w sali zaległa głucha cisza. Akkarin odwrócił się do niej, a kącik jego ust uniósł się nieznacznie. Sonea podeszła do niego, mrużąc oczy.
- Jest nas tylko dwoje. Jak chcesz to zrobić? Mieliśmy nie wciągać ich do walki - dodała na koniec tak cicho, by nikt inny nie mógł jej usłyszeć.
Akkarin uśmiechnął się do niej przebiegle i Sonea wbrew sobie wróciła myślami do nocy, w której jego usta pieściły ją w każdym możliwym miejscu. Jej żołądek wykonał obrót. Jak mogła myśleć o tym w takiej chwili, w tym miejscu? Przyglądało im się ponad tuzin Magów...
- Właśnie o to chciałem was prosić - powiedział, odrywając wzrok od niej i patrząc na pozostałych.
Okazało się, że Akkarin całkiem dobrze przemyślał swój plan. Była to jedna z najbardziej szalonych rzeczy, jakie słyszała z jego ust, a jednocześnie najbardziej imponująca. Gdy każdy już wiedział co robić, Magowie rozeszli się do swoich mieszkań, by przygotować się na atak, który miał nadejść w ciągu następnych kilku godzin.
Sonea czuła zdenerwowanie. Wiedziała, że latami przygotowywała się do tej chwili. Od zawsze przewidywali, że Kariko prędzej, czy później odważy się zaatakować. A jednak teraz, gdy zmierzała z Akkarinem na ustalone wcześniej miejsce, czuła, jak pocą jej się dłonie.
- Wiesz... - rzuciła w jego stronę. W tunelach było ciemno i ledwie widziała jego plecy. - Przez chwilę myślałam, że wystawisz Balkana jako przynętę.
Akkarin zwolnił i posłał jej przelotne spojrzenie.
- Nie jestem okrutny, Soneo - odparł.
- Wiem. Ale chyba nie byłoby mi go szkoda - dodała. - Po tym wszystkim...
Akkarin zatrzymał się i odwrócił tak szybko, że prawie w niego wpadła.
- Może i Balkan działał opieszale - zaczął niskim głosem, który posłał w jej ciało zimny dreszcz - ale wszystko, co robił, miało swoje uzasadnienie. Gdyby przeprowadził proces zgodnie z prawem, odpowiedziałbym za swoje czyny w taki sam sposób. A gdyby wydała się moja wiedza o czarnej magii, czekałaby mnie pewna śmierć. To, że jesteśmy tu i teraz, to wyłącznie zbieg kilku okoliczności. Szkoląc cię, wiedziałem, czym ryzykuję. To, co robiłem za plecami Gildii, było zabronione Kodeksem.
- Robiłeś to, by ich bronić. Gdyby nie ich zatwardziałe przekonania, nie musiałbyś się ukrywać - powiedziała gniewnie.
- To zupełnie inna kwestia - mruknął i odwrócił się od niej, by ruszyć dalej.
- Może i tak. Ale najważniejsza. Zostawili cię z tym samego. - Akkarin zawahał się i powoli na nią spojrzał. - Musiałeś w końcu szukać pomocy. Nie powinni cię za to winić.
- Mieli prawo - odparł ciszej, niż przed chwilą.
- Wasze prawo jest głupie - syknęła.
Kącik jego ust uniósł się i Sonea musiała odwzajemnić ten słaby uśmiech. Ostatnio tak rzadko mogła się nim cieszyć... Akkarin zrobił w jej kierunku krok, zamykając dzielący ich dystans i zanim się zorientowała, pochylił się i pocałował jej lekko rozchylone usta. Mruknęła z zaskoczeniem i wtedy złapał ją za kark, by pogłębić pocałunek. Odsunął się jednak, po zdecydowanie za krótkiej chwili. Kciukiem zakreślił kształt jej dolnej wargi, a później spojrzał jej w oczy.
- Jak zwykle mnie dekoncentrujesz - mruknął i ostatni raz przelotnie ją pocałował. - Chodźmy.
Niechętnie pozwoliła mu ruszyć dalej. Przez chwilę słyszała wyłącznie dźwięk ich kroków. Po głowie krążyła jej jedna, szczególnie uporczywa myśli. Wreszcie nie wytrzymała.
- Dlaczego zdecydowałeś się walczyć? Miałam wrażenie, że uważałeś to za szaleństwo. Co się zmieniło?
Usłyszała, jak westchnął. Przez jakiś czas nie odpowiadał i Sonea już chciała ponowić pytanie, gdy rozległ się jego głos:
- A skąd przypuszczenie, że coś się zmieniło?
Byli na miejscu od ponad dwóch godzin. Dom znajdował się w sercu miasta, w połowie drogi między Północna Bramą, a Gildią. Czekali na znak od pozostałych Magów. Część z nich obserwowała ulice. Mieli dać im sygnał przez krwawe pierścienie.
Sonea kręciła się nerwowo po niewielkim pokoju, próbując nie myśleć o tym, że jeśli Ichani zaatakują, ona i Akkarin przez jakiś czas nie będą mogli interweniować. Właśnie na tym opierał się cały plan. Kariko, wiedziony fałszywym poczuciem przewagi, miał wedrzeć się w głąb miasta, aż do serca Gildii. Magowie mieli uciekać, w przeciwnym razie czekałabym ich śmierć z rąk wroga. Cokolwiek zaplanowali Ichani, z pewnością nie oprą się pokusie szybkiego przedostania się do otwartej, przerażonej Gildii.
Akkarin siedział pod ścianą, na pustej skrzyni. Oparł głowę i przymknął oczy. Sonea przez chwilę przyglądała mu się, zastanawiając się, czy naprawdę zamierzał spać w takiej sytuacji, aż nagle jego powieki uniosły się i spojrzał na nią z całą siłą, którą kryły jego oczy.
- Strasznie głośno myślisz - mruknął.
Uderzyło w nią to, jak zmęczony nagle się wydawał. Zniknęła pewność siebie i siła, którą emanował w czasie spotkania z Magami. Akkarin znów zdawał się tak samo zmęczony, jak tamtego wieczora, gdy powiedział jej, że chciał uciec.
- Uważasz, że popełniamy błąd? - zapytała, choć znała odpowiedź.
Jego wzrok zsunął się na podłogę.
- Jakie to ma teraz znaczenie?
- Chcę... chcę wiedzieć, co myślisz.
Podeszła do niego i gdy jej uda zetknęły się z jego kolanami, Akkarin wyciągnął dłonie w jej kierunku i oparł je na jej biodrach. Przez chwilę przesuwał palcem po skórzanym pasku jej spodni, za który wetknęła swój sztylet.
- Myślę, że i tak ugraliśmy dla siebie więcej czasu, niż było nam dane - powiedział wreszcie, wciąż unikając jej wzroku.
Sonea głośno wciągnęła powietrze i przyklękła, by lepiej go widzieć.
- Mówisz tak, jakbyś nie wierzył, że wyjdziemy z tego cało.
- A ty wierzysz? - Ton jego głosu pozostał zadziwiająco delikatny. Zupełnie, jakby pogodził się z tą myślą dawno temu i nie miał zamiaru dłużej z nią walczyć.
Milczała, aż wreszcie powoli pokręciła głową.
- Chcę w to wierzyć.
Akkarin chwycił pasmo jej włosów i zaczesał je za jej ucho. Wpatrywała się w niego intensywnie, jakby w ten sposób mogła zrozumieć, co działo się w jego głowie.
- Powinnaś odpocząć - powiedział. - Ile masz mocy?
- Wystarczająco - odparła, marszcząc brwi w niezadowoleniu, że tak prędko zmienił temat. - Wystarczy na jednego z nich.
- Dobrze. Gdy wszystko się zacznie, być może będziemy musieli improwizować. Jesteś na to gotowa?
Prychnęła i wstała, by podejść do okna.
- Mam wrażenie, że ostatnio nie robię niczego poza tym. Więc, tak... - Jej wzrok zatańczył na pogrążających się w mroku ulicach miasta, które ją wychowało. Zacisnęła usta i nabrała do płuc głęboki, spokojny oddech. Poczuła, że Akkarin podniósł się i stanął tuż obok niej. - Jestem gotowa.
- Wrogowie w północnej dzielnicy! - Wołanie Yikmo rozległo się nagle.
Sonea zerwała się na równe nogi i niemal przywarła do szyby. Serce w jej piersi zaczęło dudnić ze zdwojoną prędkością. Przekaz nie docierał przez pierścień. Był ogólny.
- W zachodniej także! - odpowiedział ktoś, kogo nie znała.
- Ilu?! - wtrącił się kolejny głos.
- U mnie dwóch! - Zobaczyła, jak Yikmo patrzy na dwie ludzkie postaci odziane w płaszcze. Jedna z nich wydawała się kobietą. Druga, najprawdopodobniej mężczyzna, właśnie chciał zaatakować chłopca. Tamten tkwił nieruchomo, przygwożdżony do jednej ze ścian budynków. Jego przerażone oczy wołały o pomoc. Yikmo skumulował trochę mocy i zaatakował oprawców.
- Ja widzę jednego! - odpowiedział Mag patrolujący zachodnią dzielnicę.
Uderzenie Yikmo odbiło się od wzniesionej w pośpiechu tarczy Ichaniego i poszybowało rykoszetem w stronę czarnego nieba. Wtedy Wojownik rzucił się do ucieczki. Przez otwarte połączenie mentalne Sonea czuła jego strach. A także strzępki jego myśli. Vinara mówiła prawdę.
- Wracajcie do Gildii! - rozległo się stanowcze wezwanie Arcymistrzyni Uzdrowicieli.
Przez moment widziała jeszcze przekaz Maga z zachodniej części miasta. Ichani poruszał się pustą ulicą, zmierzając w stronę nadającego. Ten rzucił się do ucieczki, wybierając boczną uliczkę. Wtedy obraz urwał się.
Zagryzła usta, niemal raniąc je do krwi. Akkarin podszedł do okna, po czym nerwowo się od niego odsunął. Sonea spojrzała na niego. Jego twarz ściągnęła się w niepokoju. Domyślała się, że czuł to samo, co ona.
Zaczęło się.
Ichani już tu byli.
Potężni i żądni krwi.
A dzięki planowi Akkarina doskonale wiedzieli, dokąd mieli zmierzać. Teraz pozostało im jedynie czekać na kolejny etap, który powinien nadejść lada moment.
- Co tak długo? - warknęła, chodząc w kółko.
Czuła rozrywające ją pragnienie, by wybiec na ulicę, odnaleźć Ichanich i stawić im czoła. Mężczyzna, któremu poprzysięgła zemstę, był na wyciągnięcie jej ręki, a ona musiała czekać. Zatrzymała się i wplotła palce we włosy. Ich stan z każdą godziną pogarszał się i już dawno wyplątała je ze wstążki. Przez głowę przemknęła jej głupia myśl, że powinna była je ściąć przed walką.
Wtedy poczuła szarpnięcie, jakby z tyłu głowy, gdy któryś z Magów założył pierścień. Zatrzymała się w półkroku.
Dorrien, to on założył pierścień. Jego oczami widziała Yikmo i kolejnego Maga w Czerwieni, który zmierzał w stronę bramy. Sam Uzdrowiciel był na jej szczycie, skąd obserwował okolicę. Magowie przekroczyli w pośpiechu bramę i Sonea wstrzymała oddech. Gdzie podziali się Ichani? Nie rzucili się za nimi w pościg?
Próbowała uspokoić oddech, jednocześnie czując zdenerwowanie Dorriena. Wtem, nagły przekaz mentalny sprawił, że oboje zachwiali się.
Ktoś był w slumsach. A tuż przed nim stał Ichani. Miał w dłoni sztylet. Uniósł go w górę.
Wstrzymała oddech. Połączenie mentalne odbijało się echem pomiędzy tym, co widziała sama, a tym, co przesyłał im Dorrien. Kątem oka zauważyła, że Akkarin zaparł się o ścianę.
Mag rzucił się do ucieczki, potykając się o własne nogi. Wypadł zza rogu i wtedy ich oczom ukazał się kolejny przeciwnik.
- Arin, uciekaj! - okrzyk Vinary poniósł się echem po ich złączonych umysłach.
Ten próbował się jeszcze ratować. Skumulował moc i na zmierzającą w jego stronę postać posypały się pokruszone cegły z górujących nad nimi domów. Wzniósł się pył. Gdy opadł, wyszedł z niego tamten Ichani. Miał na sobie płaszcz, lecz gdy zbliżył się, sięgnął dłonią do kaptura. Ściągnął go jednym ruchem i...
- Kariko - usłyszała wściekłe syknięcie z usta Akkarina.
Dopóki trwał przekaz, nie mogła się na nim skupić. Strach Arina był tak silny, że mącił przejrzystość jej myśli.
Kariko wyglądał znajomo. A może to było jedynie wrażenie?
Ktoś złapał Arina za ramię i zmusił, by ukląkł.
Nie...
Jej myśli rozbrzmiały przyspieszonym oddechem Maga.
Kariko wyciągnął sztylet i pochylił się. Zobaczyła jego twarz z bliska. Miał zielone, okrutne oczy, a na ustach szeroki uśmiech.
- Powiedz im, że po nich idziemy - powiedział, podłożył Magowi ostrze pod brodę i bezlitosnym ruchem poderżnął mu gardło.
Sonea opadła na kolana, dławiąc się i walcząc o powietrze. Złapała się za krtań, lecz ku jej zdumieniu nie sączyła się z niej krew. Zdała sobie sprawę, że przekaz się urwał i zebrało jej się na mdłości. Zabił go. Kariko go zabił. To ich wina. Posłali go tam na pewną śmierć. Mag, czy nie, miała na rękach jego krew, bo zgodziła się, by...
Jeszcze przez chwilę trwała w bezruchu, dysząc, aż w końcu zerwała się na równe nogi. Poczuła na sobie spojrzenie Akkarina i nie czekając ani chwili dłużej, rzuciła się w stronę drzwi wyjściowych.
- Nie. - Złapał ją za ramię i pociągnął w swoją stronę. Zatoczyła się, niemal sycząc ze złości. - Musimy czekać!
- Nie możemy. Widziałeś to, co ja! Twoi Magowie nie mają z nimi żadnych szans! Arin nie przetrwał nawet minuty!
- Kariko nie może wiedzieć, że tu jesteśmy! - Sonea w końcu na niego spojrzała i na moment zapomniała o żądzy krwi. Akkarin patrzył na nią szeroko otwartymi oczami, w których czaił się ten doskonale znany jej mrok. Pojawiał się w nich za każdym razem, gdy mówił o przeszłości. Gdy zaczynał się bać.
Ogarnęły ją nagłe wspomnienia tego, co powiedział jej tamtej nocy w lesie. Na początku próbowałem uciekać.
Zacisnęła zęby.
... karał mnie swoim batem. Stąd te blizny.
... słyszałem jej krzyki.
Zawahała się i przez moment jej spojrzenie przesuwało się po jego twarzy. Akkarin patrzył na nią spod zmarszczonych brwi, a jego pogrążone w mroku oczy zdawały się ją błagać, by tego nie robiła. Zatrzymała wzrok na bliźnie, która zaczynała się nad jego lewą brwią i cienką linią biegła tuż nad jego okiem. Wiedziała, kto i jak ją tam zostawił. Wtedy gniew ponownie zawrzał jej pod skórą. Wysunęła się z jego chwytu i rzucając mu ostatnie spojrzenie, wybiegła na zewnątrz.
