Naciągnęła na głowę kaptur, a na twarz kawałek czarnego materiału. Wciągnęła w nozdrza lodowate nocne powietrze i ruszyła w stronę wejścia do tuneli. Zdała sobie sprawę, że wciąż odbierała myśli i obrazy od Dorriena. Skupiła się na nich i jednocześnie otwierając przejście, zobaczyła, że coraz więcej Magów wracało z miasta, by ukryć się za murami Gildii. Chociaż ten element planu działał po ich myśli.
Biegnąc wąskim korytarzem, starała się nie myśleć o Magu, którego śmierci doświadczyła. Na szyi wciąż czuła dotyk zimnego ostrza. To podsycało w niej gniew.
Dorrien zszedł z bramy, by dołączyć do Magów w jednym z budynków. Dom Nowicjuszy, usłyszała jego myśli. Wraz z atakami, odesłali ich do rodzin.
Jeśli nic się nie zmieni, Akkarin niedługo wyruszy w ich stronę, by zaskoczyć Kariko, gdy ten już tam dotrze. Wiedziała, że powinna być z nim, ale przecież sam powiedział, że musieli być gotowi na improwizację.
Skręciła w prawo i przyspieszyła. Z tego, co pamiętała z przekazu Arina, Ichani byli gdzieś w miejscu, w którym mury zachodniej dzielnicy spotykały się ze slumsami. Akkarin mówił jasno, by nie wychodzili poza Kręgi. Cokolwiek zaprowadziło tam Maga, okazało się być jego końcem. Nigdy nie dbała o Magów. Życzyła każdemu z nich jak najgorzej, a jednak doświadczenie śmierci jednego z nich wstrząsnęło nią. Zrozumiała, że nie chciała, by umarło dziś więcej osób. Nawet jeśli w głębi ducha wiedziała, że było to niemożliwe.
Wyjście z tuneli było już blisko. Oczami Dorriena zobaczyła kilkunastu Magów zgromadzonych w holu o wysokich ścianach. To miejsce przypominało jej tamto, do którego wkradły się z Savarą, by szukać Ceryniego. Gdziekolwiek teraz byli, miała nadzieję, że posłuchali jej i uciekli z miasta. Dorrien rozejrzał się i wychwyciła twarz Lorlena. Nie mogła dłużej skupiać się na obrazach z krwawego pierścienia. Wyszła na zewnątrz, drżąc pod naporem zimowego wiatru.
Gdzie jesteście, pomyślała, wytężając wszystkie zmysły. Jeśli Ichani byli tutaj kilkanaście minut temu, nie mogli się za daleko oddalić. Zmarszczyła brwi i właśnie wtedy usłyszała krzyk. Krzyk kobiety. Dochodził z zaledwie kilku przecznic dalej. Puściła się biegiem w tamtym kierunku. Krzyki nie ustawały i gdy była już naprawdę blisko, zaczęła rozumieć słowa.
- Nie! Błagam! Na górze śpi moje dziecko! Nie! NIE!
Krew uderzyła jej do głowy. Namierzyła wzrokiem drzwi, zza których dochodziło błaganie i pchnęła je do środka. Zamarła, widząc leżącą na ziemi kobietę. Próbowała odepchnąć od siebie klęczącego nad nią mężczyznę. Ten odwrócił się do niej z wyraźnym zaskoczeniem. Miał opaloną twarz i wyglądał jak większość szpiegów, których widziała w swoim życiu.
- Zostaw ją - poleciła niskim warknięciem.
Wstał, mierząc ją spojrzeniem. Miał rozpięty pasek, a na twarzy kilka zadrapań. Kobieta, szlochając i dygocząc ze strachu, odsunęła się pod ścianę. Próbowała okryć się strzępami ubrań, które zniszczył jej oprawca. Sonea poczuła wściekłość tak dziką, że natychmiast otoczyła się tarczą i posłała ku niemu mocne uderzenie.
Zaskoczony, nie zdołał odeprzeć jej ataku. Poleciał na ścianę. Ta zatrzęsła się, a z sufitu posypał się kurz. Kobieta krzyknęła raz jeszcze, po czym zerwała się na równe nogi.
- Idź po dziecko - poleciła jej Sonea. - I schowaj się gdzieś. Pod żadnym pozorem nie wychodź z ukrycia - dodała z syknięciem i wyciągając sztylet zza paska, ruszyła w stronę Ichaniego.
Skręcał się z bólu na podłodze i Sonea miała nadzieję, że połamał sobie kilka żeber. Ichani spojrzał na nią i spróbował okryć się tarczą, jednak Sonea doskonale wiedziała, kiedy uderzyć, by mu to udaremnić. Jego bariera rozpadła się z hukiem i wtedy zaatakowała go raz jeszcze. Wrzasnął, gdy uderzenie ogniowe przypaliło mu skórę na ramionach. Nie mógł zauważyć jej wyszczerzonych w gniewie zębów. Jedynym, co widział, były jej oczy. Pochyliła się nad nim i odebrała mu przytomność. Domyślała się, że miał przy sobie pierścień i nie chciała, by Kariko zobaczył, jak zabijała go przy użyciu czarnej magii.
Odsunęła się, czując w sobie jego moc. Zignorowała mdłości, które ją ogarnęły i wybiegła na ulicę. Na zewnątrz zgromadziło się kilkunastu gapiów.
- Wracajcie do domów - powiedziała donośnie. - Miasto zostało zaatakowane. Jeśli wyjdziecie na ulice, możecie zginąć. Przekażcie komu możecie.
Za plecami usłyszała podniesione głosy i pytania, które ją ścigały, ale nie zatrzymała się. Właśnie poczuła, jak ktoś użył magii kilka ulic dalej.
Dalej, dalej, popędzała się w myślach. Przed oczami wciąż miała przerażoną twarz tamtej kobiety. Gdyby nie dotarła na czas, Ichani zgwałciłby ją i zabił. Lub odwrotnie...
Patrzył, jak Magowie tłoczyli się w holu Domu Uzdrowicieli i mimowolnie ich odliczał. Wiedział, że Gildię opuściło piętnastu, a wróciło jedenastu. Wszyscy widzieli, co stało się z Mistrzem Arinem, Alchemikiem, ale nikt nie wiedział, jaki los spotkał pozostałą trójkę.
Vinara podeszła do siedzącej na podłodze kobiety w przybrudzonej, zielonej szacie i położyła dłoń na jej ramieniu. Ta zanosząc się od kaszlu, powiedziała coś w stronę Arcymistrzyni. Vinara pokiwała głową i zaleczyła rozcięcie nad brwią kobiety. Gdy skończyła, podniosła głowę i jej spojrzenie zatrzymało się na nim. Posłała jeszcze młodej Uzdrowicielce pokrzepiający uśmiech, po czym podeszła do Lorlena.
- Co najmniej dziesięciu. Z tego co mówią - powiedziała, wzrokiem tocząc po zgromadzonych Magach. Część z nich ledwo uszła z życiem i jedynie resztkami sił udało im się wrócić do Gildii.
Lorlen pokręcił głową. Od pierwszego ataku minęła niespełna godzina, a oni już byli w rozsypce. Akkarin oczywiście miał rację, nie mogli mierzyć się z Ichanimi. Powinien wprowadzić w życie dalszy punkt planu, jednak jak dotąd czekał na powrót pozostałych Magów. Wciąż miał nadzieję, że przeżyli. Nie mogli jednak czekać ani chwili dłużej.
Już chciał utworzyć połączenie mentalne, gdy rozległ się niski, lecz niezwykle głośny huk. Ktoś krzyknął w przerażeniu. Hałas dobiegał z zewnątrz, jakby z daleka. Lorlen wybiegł przez wciąż otwarte drzwi i spojrzał na Dziedziniec, jednak w mroku nie mógł niczego dostrzec. Wtedy kolejny huk z groźnym pomrukiem rozdarł powietrze. Ziemia pod jego stopami zadrżała i Lorlen spojrzał w stronę miasta. Zauważył gęstą, rozświetloną trupim blaskiem księżyca, chmurę dymu, unoszącą się na tle granatowego nieba.
W tej samej chwili zobaczył w bramie ruch. Dwóch, może trzech Ichanich... Nie zastanawiając się dłużej, otworzył połączenie mentalne i wysłał:
- Wszyscy natychmiast do Areny!
Wyraźniej usłyszała słyszała odgłosy walki i ruszyła w tamtym kierunku. Po chwili jej oczom ukazały się plecy trzech Ichanich, atakujących dwóch, mizernie wyglądających Magów. Wzniosła silną tarczę i bez zastanowienia zaatakowała Sachakan. Odwrócili się w jej stronę, zaskoczeni. Kobieta w zielonej szacie i młody mężczyzna w czerwieni wykorzystali ten moment na ucieczkę.
Ichani powiedział coś w jej kierunku. Nie rozumiała go. W zamian za to posłała ku nim kolejne pociski. Rozpoczęła się mozolna walka, w której żadna ze stron nie zamierzała ustąpić. Jednak ich było trzech i wkrótce ją otoczyli. Starała się śledzić ich wzrokiem, ale wiedziała, że aby wygrać, musiała posłużyć się podstępem. Pamiętała, że kiedy Akkarin przegrywał walkę w porcie, udało jej się podejść Ichani i podciąć jej gardło.
Stopniowo osłabiła tarczę, aż wreszcie osunęła się na jedno kolano.
- Jest moja! - powiedział z ostrym akcentem jeden z głosów, jakby chciał, by zrozumiała, co zamierzał z nią zrobić.
Podszedł bliżej i jednym uderzeniem rozbił resztki jej tarczy.
- Naprawdę myślałaś, że ci się uda? - zapytał i Sonea zobaczyła przed sobą czubki jego butów.
Zacisnęła usta i dyskretnie sięgnęła po swój sztylet. Ichani złapał ją za kaptur i bezlitośnie szarpnął za włosy. Syknęła i pozwoliła mu się podnieść. Gdy jej oczy spotkały się z jego własnymi, musiał zrozumieć, że coś było nie tak. Sięgnął do materiału zakrywającego jej twarz, lecz nim zdążył go dotknąć, wbiła ostrze w jego brzuch. Ichani wydał z siebie zduszony okrzyk i puścił ją, a wtedy Sonea wykonała jeszcze jedno cięcie na jego szyi i pociągnęła do siebie jego moc. Zobaczyła, jak jego oczy gasną, po czym jego ciało opadło bezwładnie u jej stóp. Nabrała do płuc drżący oddech. Odbieranie im mocy nigdy nie było przyjemne.
Pozostała dwójka przeciwników cofnęła się o pół kroku. Sonea rozejrzała się po nich i wyważyła w dłoni swój sztylet, wciąż mokry od krwi ich towarzysza.
Zaatakowali ją jednocześnie, wściekłymi uderzeniami, w których natychmiast wyczuła ich przerażenie. Zabiła już dwóch z nich. Z kolejną dwójką pójdzie jej tak samo łatwo. Jednak jej tarcza nagle zatrzęsła się i Sonea zrozumiała, że szybko traciła zapasy mocy. Tuż za plecami zobaczyła duże okna jednej ze sklepowych witryn. Wyciągnęła w ich stronę obie dłonie, tak samo jak tamtej nocy w Windrest i wtedy szkło rozprysło się na kawałki. Ichani musieli uskoczyć, by uniknąć tysiąca ostrych pocisków. Wykorzystała tę okazję, by wbiec do środka.
Kolejne uderzenia wpadły za nią, niemal przebijając się przez jej osłabioną tarczę. Sonea przetoczyła się po sklepowej ladzie, by szybciej znaleźć schronienie. Strąciła przy tym coś twardego i gdy upadła po drugiej stronie, poczuła, jak potłuczone szkło wbiło się w jej kolana i dłonie. Stłumiła w sobie przekleństwo.
Zapadła nagła cisza. Starała się uspokoić oddech i wytężyć słuch, lecz w uszach rozbrzmiewał jej wyłącznie szum krwi. Ostrożnie, gryząc wargi od środka, gdy nieznośny ból przeszył jej ciało, przesunęła się do przodu. Wyjrzała w stronę czegoś, co kiedyś było drzwiami wejściowymi i wtedy pocisk przemknął tuż obok jej ucha. Zanurkowała w stronę drzwi, które prowadziły do wnętrza budynku. Wpadła przez nie, jednocześnie odbijając dwa uderzenia i zrozumiała, że była w piekarni. Pomieszczenie, do którego uciekła, było zastawione wysokimi po sam sufit piecami do wypieku chleba.
Usłyszała za sobą chrzęst. Ichani weszli do środka. Schowała się za jednym z pieców i wstrzymała oddech.
Spojrzała na swoje zakrwawione dłonie i wyciągnęła z nich duży fragment szkła. Oczy zaszły jej łzami i musiała zagryźć nadgarstek, by nie wydać z siebie dźwięku. Wtedy też poczuła ich bliżej. Ich prezencje były inne, niż szpiegów. Próbowali się przed nią ukrywać. W ferworze walki zapomniała, że miała do czynienia z doświadczonymi magami.
Jeden z nich był tuż obok...
Choć wciąż bolały ją wnętrza dłoni, mocniej ujęła rękojeść sztyletu i wyskoczyła zza rogu. Tak, jak się spodziewała, wpadła na jednego z Ichanich. Zamachnęła sztyletem i zdołała rozciąć mu skórę na torsie. Ten zatoczył się, lecz prędko odparł kolejny atak. Ich ostrza zazgrzytały. Sonea otoczyła ich tarczą, by chronić się przed atakami drugiego, wciąż niewidocznego, przeciwnika.
Ichani odepchnął ją i zamachnął się, a wtedy wykonała unik. Jej stopy ślizgały się po rozsypanej mące. Schyliła się i podniosła z ziemi jej garść. Cisnęła mu ją prosto w oczy. Rozległ się jego krzyk i wtedy Sonea naparła kolejny raz. Zablokował cios wymierzony w jego brzuch, po czym zaczął odganiać się do niej na oślep, dziko wymachując ostrzem. Sonea wstrzymała się na kilka sekund, obserwując jego ruchy, po czym wymierzyła i dokładnie tak, jak uczył jej tego Akkarin, z dźwięcznym szczęknięciem wytrąciła sztylet z dłoni Ichaniego.
Ogarnęło ją uczucie nadchodzącego zwycięstwa. Ichani wciąż próbował pozbyć się z oczu mąki, gdy podcięła mu nogi. Upadł, wzniecając z ziemi chmurę mącznego pyłu. Przygwoździła go ciężarem swojego ciała, dotknęła rany na jego torsie i obnażając zęby, odebrała mu całą moc.
Triumfalne uczucie w jej piersi nie trwało długo, bo za jej plecami rozległy się szybkie kroki i nim zdążyła się obrócić, silny kopniak posłał ją na zimną posadzkę. Uderzyła głową w coś twardego i jęknęła cicho. Przekręciła się na plecy i zamrugała, bo jej oczy zalała ciepła, świeża krew.
Ichani podszedł do niej. Jego oczy błyszczały, zupełnie, jak ostrze, które uniósł. Dotarło do niej, że upuściła swój sztylet, więc prędko wyciągnęła przed siebie obie dłonie, by złapać go za nadgarstek i zablokować wymierzony cios. Wtedy Ichani wolną ręką chwycił ją za gardło i mocno zacisnął palce. Otworzyła usta, walcząc o powietrze.
- Kim jesteś!? - syknął i wciąż ją dusząc, spróbował ściągnąć jej chustkę.
By mu to uniemożliwić, Sonea kręciła głową, lecz szybko zaczęła tracić siły. Obraz przed jej oczami stawał się coraz węższy. Z trudem utrzymywała nad sobą jego rękę. Wtedy poczuła, jak materiał zsunął się z jej brody. Ichani zamarł i w zaskoczeniu rozluźnił uścisk. Odsunął się, by przyjrzeć się jej twarzy.
- To ty - stwierdził nagle, przerażony. To zwróciło jej część sił.
Posłała mu złowieszczy uśmiech.
- To ja - wycharczała i skumulowała między nimi moc.
Uderzenie odepchnęło go w stronę pieca. Zderzył się z nim z jękiem i osunął na ziemię. Nie tracąc więcej czasu, Sonea posłała w jego stronę ogromną, zupełnie niewyważoną, część swojej mocy. Posadzka zadrżała. Nagle piec przechylił się, jakby ktoś odciął go od ziemi i runął na Ichaniego.
Wtedy zrozumiała, gdzie popełniła błąd.
Rzuciła się w stronę drzwi i w tej samej chwili wybuch posłał ją do przodu. Było zupełnie tak, jak tamtej nocy w Coldbrige, z tą różnicą, że tym razem nie wylądowała na absorbującej upadek miękkiej trawie, lecz na twardym ulicznym bruku.
Odebrało jej tchu. Poczuła ból na wysokości brzucha i podejrzewała, że sama była sobie temu winna. Bolały ją także poparzone plecy i rozcięta skroń .
Wydusiła z siebie przekleństwo, wciąż walcząc ze zduszonymi płucami o odrobinę powietrza.
Kolejny huk rozdarł jej uszy i Sonea skuliła się, łapiąc za głowę. Zanim posypały się na nią wyrzucone w powietrze cegły, zdążyła otoczyć się tarczą. Czuła, jak ich fragmenty rozbijały się o barierę.
- Wszyscy natychmiast do Areny! - Wezwanie należało do Lorlena i sprawiło, że zmusiła się do ruchu.
Uniosła się na ramionach i rozejrzała się po pobojowisku. Wokół leżało pełno gruzu. Odkaszlnęła i dźwignęła się na nogi. Kręciło jej się w głowie, gdy ruszyła chwiejnym krokiem przed siebie. Teraz, gdy pokonała Ichanich, zaczynało do niej docierać, co powinna zrobić następnie.
Skoro Lorlen wzywał Magów na Arenę, powinna była się tam stawić. Akkarin będzie jej potrzebował.
Jednocześnie zdała sobie sprawę, że przestała odbierać myśli Dorriena. Uzdrowiciel musiał zginąć lub zwyczajnie ściągnąć pierścień. Zatoczyła się do przodu i zaparła o mur. Nie miała czasu, by się nad tym zastanawiać. Musiała uleczyć rany. Posłała w swoje ciało resztki mocy, lecz nie poczuła ulgi. Wciąż była zbyt ogłuszona, a mimo to odebrała kolejny przekaz mentalny. Pochodził od Maga, próbującego odeprzeć ataki dwóch Ichanich. Wezwanie było słabe i prawdopodobnie była jedyną odbierającą je osobą. Sonea znała miasto jak własną kieszeń i doskonale wiedziała, że ten, który wzywał pomocy, znajdował się ledwie dwie ulice dalej.
Dysząc, oparła plecy o mur, i zadarła głowę. Chociaż wcześniej pobrała od Ichanich wiele mocy, wykorzystała jej większość w swoim ostatnim, lekkomyślnym ataku. Nadmiar jej mocy i tej, która pozostała w ciele Ichaniego, doprowadziły do wybuchu. Sądząc po unoszącej się nad jej głową, czarnej chmurze dymu, w piekarni musiało znajdować się także coś łatwopalnego. Zamrugała, bo opadający pył wdzierał jej się pod powieki.
Oczami Maga zobaczyła, że ten rzucił się do ucieczki. Wrogowie deptali mu po piętach, nie zaprzestając ataków.
Zacisnęła oczy. Powinna była mu pomóc. Był niedaleko.
Wciągnęła do płuc drżący oddech.
Co sobie myślała, ruszając na samodzielną walkę z Ichanimi?
Głupia była. Może i pokonała czterech, ale na tym kończyły się jej siły i umiejętności.
Wydała z siebie pełen złości jęk.
Mag ukrył się w pustym domu. Słyszała przyspieszone bicie jego serca.
Chciała zmusić się do ruchu, ale ciało odmawiało jej posłuszeństwa.
Zawiodła. Nie zdoła ani dotrzeć do Areny, ani pomóc tamtemu biedakowi. Plan Akkarina nie zadziała, bo jej własny gniew kolejny raz przyparł ją do muru. Dosłownie.
Pociągnęła nosem i już chciała osunąć się na ziemię, gdy usłyszała szmer. Czyichś stóp. Niedaleko.
Wyprostowała się, wstrzymując oddech. I wtedy z głębi zadymionej uliczki wyszły dwie postaci. Otoczyła się tarczą, nie łudząc się, by miała szansę na przetrwanie kolejnego starcia, lecz wtedy tamci zbliżyli się i Sonea poczuła, jak ciężar z jej żołądka unosi się.
- Cery...! - Jej zachrypnięty głos poniósł się echem po pustej ulicy.
- Soneo! - odpowiedział jej i nagle był tuż obok niej. Zamknął ją w uścisku.
- Och, Cery... - załkała, w przypływie ulgi i smutku.
Pozwoliła sobie wtulić twarz w kołnierz jego płaszcza, lecz po chwili odsunęła go od siebie i przyjrzała się jego twarzy. Tuż obok zatrzymała się Savara. Miała włosy przyprószone popiołem, jednak jej oczy były czujne i pewne siebie. Oraz gniewne.
- Co tu robicie...? - zapytała, wzrokiem omiatając obie twarze.
- Jesteś ranna - stwierdził Złodziej i wyciągnął palce w stronę jej rozciętego czoła.
Odsunęła od siebie jego dłoń i wbiła surowe spojrzenie w jego twarz. Chwilowa ulga zniknęła i pojawił się niepokój.
- Mieliście opuścić miasto - skarciła ich, choć od samego początku obawiała się, że nigdy nie zamierzali jej posłuchać.
- Nie mogliśmy. Nie udawaj zdziwionej. - Savara wyciągnęła w jej stronę rękę. - Musisz się wzmocnić - dodała.
Zawahała się na moment, jednak w końcu chwyciła ją i poczuła szybki strumień mocy. Sachakanka dała jej tyle, że gdy cofnęła dłoń, Sonea mogła wreszcie uleczyć wszystkie obrażenia. Odetchnęła i skinęła jej głową w podziękowaniu.
- Gdzie jest Einar? - zapytała, lustrując ich spojrzeniami. Nie mieli czasu na pogawędkę, jednak musiała się upewnić, że mężczyzna był bezpieczny.
Wtedy Savara wymieniła z Cerynim zakłopotane spojrzenia. Sonea poczuła, jak coś ściska ją za gardło.
- Co? - warknęła.
- Odłączył się od nas. Zaraz po pierwszym ataku. Szukaliśmy go. Ale wtedy usłyszeliśmy odgłosy walki. Podążyliśmy za nimi i natrafiliśmy na ciebie - objaśniła Savara, po czym zmierzyła ją wzrokiem. - Jak widać, w samą porę.
- Z-zgubiliście go? - wydukała w niedowierzaniu.
- Nie mogliśmy zatrzymać go siłą. Miał prawo odejść - wyjaśniła, marszcząc brwi.
- Ale jeśli... Czy Einar wie, że Kariko jest w mieście?
Savara kolejny raz zerknęła na Ceryniego, na co on wzruszył lekko ramionami.
- Powiedziałam mu, z chwilą, gdy Kariko się ujawnił. Miał prawo wiedzieć.
- Savara...!
- Soneo - Ceryni wtrącił się do rozmowy. - Nie czas na kłótnie.
- Jeśli Einar chce go odszukać...
- To nie nasza w tym głowa, by go powstrzymywać - uciął. Miał ściągnięte w zdenerwowaniu brwi.
Z nieba spadało na nich coraz więcej pyłu i ciemne włosy Złodzieja wyglądały jak przyprószone siwizną.
- Poza tym, wydaje mi się, że jesteś potrzebna gdzie indziej - powiedziała Savara i Sonea spojrzała na nią.
Zastanowiła się, czy Sachakanka znała cały plan. Tak czy inaczej, miała rację. Nie mogła powstrzymać Einara przed czymkolwiek, co sobie zaplanował. Nie było na to czasu. Akkarin jej potrzebował.
- Masz rację - powiedziała, prostując plecy. - Ale najpierw musimy komuś pomóc.
- Magowi, który przed chwilą nadawał - Savara bardziej stwierdziła, niż zapytała i Sonea przytaknęła. A więc nie była jedyną, która usłyszała jego wołanie o pomoc. - Zajmiemy się tym. Ty biegnij do Gildii.
Chciała zaprotestować, ale wtedy w oczach Sachakanki błysnął upór. Raz jeszcze przyjrzała się jej twarzy, po czym spojrzała na Ceryniego.
- Trzymaj się od niego z daleka - powiedziała i zamknęła go w uścisku tak krótkim, że Cery ledwie zdążył go odwzajemnić.
Odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła w stronę Gildii. Po kilku krokach obejrzała się. Savara skinęła jej głową, a Ceryni posłał jej ten swój zawadiacki uśmiech. Sonea zacisnęła usta i zmusiła swoje nogi do biegu. Jej serce ścisnęło się w żalu i nie mogła zrozumieć dlaczego. Wiedziała jednak, że pod żadnym pozorem nie mogła obrócić się kolejny raz.
Zebrali się w ciasną grupkę, w najdalszym półkolu Areny. Kazał im wznieść jedną, silną tarczę. Spodziewał się, że Kariko i jego ludzie znajdą się tutaj w ciągu najbliższych kilku minut i nie mylił się. W zwieńczonym łukiem wejściu do Areny pojawił się Dorrien. Musiał biec, bo gdy zatrzymał się przed nim, dysząc, zaczął mówić:
- Trzech. Trzech przy bramie. Wyglądają, jakby na coś czekali.
Kogoś, poprawił go w myślach Lorlen i polecił, by dołączył do reszty. Sam podszedł do wejścia i upewnił się, że chroniąca je bariera była solidna. Wtedy rozejrzał się po niepozornej konstrukcji Areny i zmarszczył brwi. Chowanie się akurat w tym miejscu miało tyle samo zalet, co wad. Arena pozwalała na zachowanie silnej tarczy i wzmacnianie się z jej zasobów. Tak przecież robiono podczas turniejów. Zanim Kariko zdoła sforsować ich obronę, będzie wycieńczony. Z drugiej strony, tkwiąc tutaj, byli zamknięci w pułapce. Akkarin wiedział, że na Arenę wiodło tylko jedno wejście i wyjście, a i tak zdecydował się walczyć właśnie tutaj. Swoją drogą, gdzie do cholery był Akkarin? Lorlen pożałował, że nie poprosił go o krwawy pierścień.
Wtedy wyczuł zbliżające się ku nim prezencje. Zdawało się, że był jedynym, które je odbierał.
- Cisza - rzucił w stronę Magów za swoimi plecami i powoli zaczął wycofywać się w ich kierunku. Wreszcie znalazł się między nimi, a spowijająca ich tarcza zamknęła się tuż przed czubkami jego butów.
- Są blisko - dodał półszeptem.
Dopiero po upływie kilku, morderczo długich chwil, zobaczyli ich odziane w czerń sylwetki. Było ich czterech. Zbliżyli się do Areny i zatrzymali tuż przed barierą blokującą im wejścia. Jeden z nich wysunął się do przodu i zmierzył wzrokiem z pozoru pustą przestrzeń. To był ten sam Mag, który zabił Mistrza Arina. Wygiął usta w pogardliwym grymasie i dopiero wtedy zatrzymał wzrok na ich niewielkiej grupce. Stojąca obok Lorlena Vinara drgnęła i złapała go za nadgarstek.
- Myślałem, że stać was na więcej - powiedział Ichani i jednym, potężnym uderzeniem, rozbił barierę.
Rozległy się zaskoczone okrzyki,a Ichani wtargnęli do środka.
- Gdzie jest Akkarin...? - usłyszał za plecami przerażony szept.
- Zostawił nas?
- To był jego pomysł...
- Oszukał nas.
- Cisza - warknął Lorlen w tej samej chwili, w której Ichani zatrzymali się w samym centrum Areny.
Jeden z nich, ten sam, który przed chwilą rozbroił tarczę strzegącą wejścia, wysunął się naprzód i Lorlen zrozumiał, że to właśnie musiał być Kariko. Był najstarszy z nich wszystkich i mógł mieć około czterdziestu lat. Miał mocno opaloną twarz, na której dopatrzył się kilku blizn, a w oczach okrutny błysk. Vinara jeszcze mocniej ścisnęła go za rękę.
- Zacni Magowie - powiedział głosem wypranym z uprzejmości. - Nie sądziłem, że tak łatwo oddacie mi swoje miasto. A skoro już postanowiliście schować się tu, jak przerażone myszy pod miotłą, mam dla was propozycję.
Jego słowa brzmiały jak groźba i nie miały nic wspólnego z propozycją. Lorlen, tak samo, jak reszta Magów, zrozumieli to z chwilą, gdy tylko Kariko otworzył usta.
- Poddajcie się, a was oszczędzę. Nie ma sensu przelewać magicznej krwi. Przyda się w innych celu - dodał, mrużąc oczy.
Zapadła głucha cisza. Ichani za jego plecami nerwowo kręcili się w miejscu i Lorlen miał wrażenie, że przyglądali się im, jak zdobyczy, będącej na wyciągnięcie ręki i tak pewnie było. Doskonale wiedział, że każdy z nich wybierał już dla siebie niewolnika. Uparcie milczał, wpatrując się w twarz ich przywódcy i po chwili Kariko musiał poczuć na sobie jego spojrzenie, bo skrzyżował je z własnym i Lorlen poczuł, jak opuszcza go odwaga.
- Jak cię zwą, Magu? - rzucił w jego stronę z pogardą.
- Lorlen - odparł zadziwiającą spokojnie.
Oczy Kariko błysnęły złowieszczo.
- Administrator - mruknął i Lorlen poczuł zimny dreszcz na karku. Skąd o tym wiedział? - Zbliż się.
Tkwił nieruchomo, po części dlatego, że strach więził go w miejscu, w po części dlatego, że nie miał zamiaru dać sobie rozkazywać.
- Powiedziałem, chodź tu!
Lorlen zadarł głowę i Kariko zrobił w jego stronę krok. Jego ludzie także zbliżyli się, lecz nagle zatrzymali się, jak wryci. Musieli wyczuć potęgę bariery. Kariko powiódł wzrokiem po falującej tafli i skrzywił się. Wtedy jednak jego oczy na powrót zatrzymały się na Lorlenie.
- Twoja duma jest dla ciebie ważniejsza, niż życie twoich ludzi? - zapytał.
Lorlen milczał. Wpatrywał się w jego twarz i oddychał ciężko. W głowie krążyła mu jedna myśl: gdzie był Akkarin?
Wtedy Kariko zacmokał, jakby przywoływał konia i nagle za Areną rozległa się szamotanina. Ktoś jęknął, ktoś innych wydał z siebie pełen protestu okrzyk. Lorlen zamarł, ze wzrokiem utkwionym w wejściu. Pojawiły się w nim cztery ludzkie sylwetki. Dwie z nich prowadziły odzianych w czerwień i zieleń Magów. Za swoimi plecami Lorlen usłyszał przerażone szepty. Magowie mieli spuszczone głowy. Ichani wlekli ich za szaty, rozmazując na piasku ich krew.
Jego własna zagotowała się w nim ze wściekłości i zrobiłby krok do przodu, gdyby nie chroniąca ich bariera. Ichani zatrzymali się za Kariko i rozluźnili uścisk, a ciała Magów osunęły się na ziemię. Jeden z nich, młody Wojownik, wydał z siebie zduszony jęk. Kobieta skuliła się, obejmując rękoma brzuch.
- Spójrz, Administratorze. Tak kończą ci, którzy nie słuchają moich poleceń. Jeśli chcesz, by reszta twoich ludzi uniknęła tego losu, wystąp i poddaj się.
Poczuł, że drżały mu nogi. Już nie tyle ze strachu, co z wściekłości. Patrzył na zakrwawione twarze dwójki Magów i czuł, jak nienawiść wzbiera w nim i pragnie wydostać się na zewnątrz. Przeniósł wzrok na Kariko i zrozumiał, że w tym momencie, najbardziej pragnął jego śmierci.
- Wyłaź! - ryknął tamten i posłał w ich tarcze silne uderzenie.
Lorlen wzdrygnął się, lecz nawet nie mrugnął. Wtedy Kariko podszedł do zwijających się z bólu Magów i chwycił kobietę za włosy. Szarpnął ją w górę, a ta, wyjąc w proteście, złapała go za rękę.
- Wyjdź Administratorze, albo zakończę ich nędzne życie tu i teraz!
Na to nie mógł pozwolić. Zrobił krok do przodu i poczuł, że Vinara wciąż trzymała go za rękę. Odwrócił się w jej stronę i skinął jej głową. Uzdrowicielka zacisnęła usta tak mocno, aż pobielały jej wargi. Puściła go niechętnie, a on ruszył przed siebie. Zatrzymał się dwa kroki przed Kariko, który puścił dziewczynę i także podszedł bliżej.
Z bliska wydawał się jeszcze starszy, bo jego twarz poza bliznami, była oszpecona siatką zmarszczek, jakby zbyt wiele czasu spędzał na słońcu. Lorlen spodziewał się, że Kariko będzie cuchnąć, jednak nic takiego nie miało miejsca. Tak naprawdę, przywódca Ichanich miał równo przystrzyżony zarost. Sylwetką był mu niemal równy wzrostem, lecz był lepiej zbudowany. Lorlen wolałby nie wdawać się z nim w siłową walkę. W tę magiczną także. Ale czy miał jakiś wybór? Akkarina, jak nie było, tak nie było, a im kończył się czas. Jeszcze chwila, a czuł, że rozpęta się piekło.
Kariko także mierzył go wzrokiem, wyraźnie próbując ocenić z kim miał do czynienia.
- Gdzie ona jest? - syknął nagle.
Lorlen na moment zmarszczył brwi, lecz wtedy zrozumiał, o kogo był pytany. Postanowił jednak kupić sobie jak najwięcej czasu.
- Kto? - odparł niewzruszonym głosem.
- Nie udawaj - odwarknął, szczerząc w drapieżnym geście zęby. - Ona. Zabójczyni - dodał ciszej, jakby nie chciał, by usłyszała go reszta.
W głosie Ichaniego pojawiło się nagle coś, czego dotąd nie było słychać. Lorlen chciał to wykorzystać. Zacisnął usta, odmawiając odpowiedzi.
- Wiem, że pozbyliście się już swojego Wielkiego Mistrza. Jak widać, niezbyt mądrze - wtrącił szyderczo. - Ale wiem, że ona jest wciąż w mieście. Teraz mów. Gdzie się ukrywa?
- Sonea. Ma na imię Sonea - powiedział i usłyszał, jak Kariko nerwowo wciągnął powietrze.
- Gdzie - zażądał.
Jednocześnie wzrokiem przesunął po stojących w ciasnej grupce Magach i Lorlen zrozumiał, że to, co wcześniej usłyszał w jego głosie, było strachem. Poczuł, jak napełnia go nowa siła.
- Nie wiem - powiedział zgodnie z prawdą, nie kryjąc satysfakcji.
Wtedy Kariko wydał z siebie dzikie warknięcie i zanim Lorlen zdążył zareagować, Ichani wyciągnął zza pasa sztylet. Jego bogato zdobiona rękojeść mignęła mu w mroku i nagle został pchnięty na kolana. Usłyszał kilka przestraszonych westchnięć. Na karku poczuł chłodny dotyk ostrza. Wstrzymał oddech, gdy Kariko pochylił się nad jego twarzą.
- Przestań mnie zwodzić, Administratorze - parsknął. - Wiem, że ją ukrywacie. Powiedz, gdzie, albo wyrżnę was wszystkich i wtedy sam ją odnajdę.
Kariko bał się Sonei. Lorlen widział to w jego rozszerzonych źrenicach. Zauważył także ruch, po prawej stronie, na trybunach i wiedział, że musiał postawić wszystko na jedną kartę.
- Myślę, że ona znajdzie cię pierwsza - wycedził i Kariko gniewnie rozszerzył nozdrza. Mocniej przycisnął ostrze do jego skóry i Lorlen musiał zdusić w sobie jęk. Jeśli miał zaraz umrzeć, przynajmniej ostatnią rzeczą, którą zobaczy, będzie przerażenie w oczach tego potwora. Nabrał do płuc zduszony oddech i wycedził gniewnie:
- Naruszyłeś nasze granice i zabiłeś naszych ludzi. Wdarłeś się do naszego miasta, jakbyś miał do niego prawo. Siejesz zamęt i strach. Niszczysz to, co nie należy do ciebie. Myślałeś, że nie staniemy do walki? Za kogo się uważasz, Kariko?
Słysząc swoje imię, Kariko wzdrygnął się, a w jego oczach pojawiło się zwątpienie.
- Naprawdę myślałeś, że już wygrałeś? - zakpił Lorlen. Nacisk na jego krtań zelżał.
Kariko wyprostował się i rozbieganym wzrokiem potoczył po otaczających go Magach.
- Myliłeś się - dodał, modląc się w duchu, by wybrał sobie dobry moment na te słowa.
W tej samej chwili rozległ się męski głos, który rozpoznałby wszędzie.
- Teraz.
Nie było to wołanie, a jednak rozbrzmiało mocniej, niż jakiekolwiek słowa, które dotychczas padły. Tarcza chroniąca Magów zamigotała, gdy kilkadziesiąt pocisków przedarło się przez nią, przeleciało nad głową Lorlena i uderzyło w stojących za plecami Kariko Ichanich. Dwaj z nich, którzy nie zdążyli wznieść tarczy, runęli na ziemię, wrzeszcząc przeraźliwie. Poniósł się swąd palonego ciała.
Lorlen wstał i odwrócił się dokładnie w tej samej chwili, w której spomiędzy tłumu wyłoniła się postać w czarnym płaszczu.
Akkarin patrzył przed siebie martwym spojrzeniem, którego nawet on się przestraszył. Zerknął na niego i skinął mu głową. Lorlen przełknął ślinę, czując coś, co nie do końca było ulgą i odsunął się w tył.
Kolejne pociski spadały na Ichanich, którzy kryli się pod tarczami. Nawet czarna magia nie mogła oprzeć się połączonym uderzeniom słanym przez kilkunastu Magów. Ichani nie mieli gdzie się schować. Ich tarcze szybko zaczęły słabnąć i dwóch z nich wybrało w końcu drogę ucieczki. Ostatni z nich posyłał przerażone spojrzenia na Kariko.
Kariko, który wyglądał, jakby zobaczył ducha, śledził oniemiałym wzrokiem zbliżającego się ku niemu Akkarina. Po chwili jednak oprzytomniał i zmarszczył twarz w pogardzie.
- Zostałeś wygnany - warknął i zrobił pół kroku wstecz.
Akkarin wreszcie się zatrzymał i wtedy do Lorlena dotarło, że nigdzie nie widział Sonei.
- Poddaj się, Kariko - powiedział, najwyraźniej nie zamierzając wchodzić z nim w dyskusję. - Twoi ludzie i tak już cię opuścili.
Wzrokiem odprowadził ostatniego z Ichanich, który wycofał się z Areny i uciekł.
- Nigdy - syknął Kariko. - Zabiłeś Dakovę, niewierny psie i jestem ci za to winien zemstę!
- Ja tobie także - rozległ się kobiecy głos.
Oczy wszystkich powędrowały ku wejściu.
Sonea miała na sobie podarty płaszcz, przybrudzony czymś, co z daleka wydawało się popiołem, a na twarzy rozmazaną krew. Dyszała ciężko, wyraźnie zmęczona, lecz w jej oczach wciąż tlił się upór. Jej włosy były rozwiane i spoczywały luźno na jej ramionach. Lorlen poczuł, jak jego serce wykonało nerwowy skok. Zaklął pod nosem, bo odsuwał od siebie te myśli tak długo, że nie mógł pozwolić im opanować go teraz, gdy na szali stało wszystko.
Sonea wbijała w Kariko spojrzenie ostre, niczym sztylet, którym przed chwilą mu groził. Ruszyła przed siebie ostrożnym krokiem. Zatrzymała się przy skręcających się w bólu Ichanich i przyklękła. Dotknęła rany jednego z nich i po chwili tamten przestał się ruszać. To samo zrobiła z jego towarzyszem. Lorlen zrozumiał, co zrobiła i poczuł skręt żołądka. Kiedy się wyprostowała, jej spojrzenie zatrzymało się na Akkarinie, po czym przeniosło się na niego. Skinęła głową, by dodać mu otuchy, lecz zamiast tego Lorlen poczuł, że ogarnął go silniejszy strach. Lada moment mógł stracić ich obu. I ją i Akkarina.
Serce w jej piersi wciąż dudniło, po biegu, który miała za sobą. Mimo to zmusiła się do zachowania kamiennego wyrazu twarzy. Kątem oka zauważyła leżących na środku Magów i natychmiast ich rozpoznała. To była tamta dwójka, której pomogła uciec. Jak widać, nie do końca. Zacisnęła zęby i wbiła w Kariko wściekłe spojrzenie. Ten wytrzeszczył na nią oczy i Sonea szybko zrozumiała, że przywódca Ichanich się bał. I dobrze.
- Poddaj się - powiedziała silnym głosem. - Nie masz szans.
Kariko wykrzywił twarz w grymasie i obnażył zęby. Próbował tuszować strach.
- Soneo - warknął.
Zmarszczyła brwi, bo nie spodziewała się, że znał jej imię, ale nie miało to teraz żadnego znaczenia. Liczyło się tylko to, że miała go na wyciągnięcie ręki. Miała przy sobie także Akkarina. Czuła na sobie jego spojrzenie i to dodawało jej sił.
Powróciły strzępki wspomnień, które nieświadomie przekazał jej tamtego dnia w lesie. Kariko był podobny do Dakovy tak bardzo, że mógł za niego uchodzić. To jeszcze mocniej podsyciło w niej pragnienie zemsty.
Zemsty za te wszystkie lata, gdy walczyła z jego szpiegami. Szpiegami, którzy zabijali niewinnych ludzi. Którzy zabili Aylę.
- Poddaj się, albo zginiesz - syknęła, zaciskając pięść.
Kariko otworzył usta, lecz wtedy rozległ się tupot czyichś stóp. Uniosła w zdumieniu brwi, bo nie spodziewała się więcej niespodzianek. W łuku strzegącym wejścia pojawiła się męska sylwetka. Sonea poczuła, jak jej serce na moment zamiera.
- Nie... - wyszeptała.
Einar wypadł zza rogu, wzbudzając spod butów chmurę kurzu. Był zziajany, a ciemne włosy zmieszały mu się z potem i przykleiły do czoła. Potoczył zdezorientowanym wzrokiem po zgromadzonych na Arenie Magach, aż w końcu jego oczy zatrzymały się na Kariko. Sonea natychmiast zobaczyła, jak strach przyszpilił go do ziemi. Przez moment przypominał jej tamtego Einara, który w podartym ubraniu obgryzał do kości mięso, które mu przyniosła. Jego oczy rozbłysły w dzikim strachu. Serce podniosło jej się do krtani. Kiedy zdołał się otrząsnąć, wyprostował plecy.
- Kariko - powiedział, a jego głos zdradzał determinację silniejszą od przerażenia.
Ichani zmarszczył brwi.
- Wyglądasz znajomo... - zaczął.
- Jak mogłeś?! - wrzasnął, robiąc krok w przód. - Jak mogłeś rozkazać ją zabić?!
- To ty... To ty uciekłeś. - Kariko mruknął z zaskoczeniem i rozejrzał się, jakby w poszukiwaniu wyjścia, jednak był otoczony z każdej strony.
- Wiedziałeś?! - Einar zbliżył się jeszcze bardziej i zatrzymał się zaledwie kilka kroków od Kariko.
Drżał na całym ciele, jednak Sonea przeczuwała, że nie zamierzał się poddać. Zamarła w oczekiwaniu, patrząc to na niego, to na Ichaniego. Ten wykrzywił twarz w grymasie.
- Niby o czym? - warknął. - Jak śmiesz się do mnie odzywać, nędzny niewolniku? Zdradziłeś mnie. Zdradziłeś swojego pana...
- Nie jesteś moim panem. Już nie.
Kariko wzmocnił tarczę, którą się otaczał, jakby obawiał się nagłego ataku.
- Dlaczego kazałeś ją zabić? Odpowiedź mi! - głos Einara załamał się z żalem.
- Wiedziała za dużo - Ichani syknął.
Sonea zerknęła na Akkarina i na moment ich spojrzenia się spotkały. Ujrzała w nich tę samą czujność, ale także... złość.
- Jak to, że jesteś moim ojcem? - Einar syknął i zrobił krok w przód.
Zamarła, czując, jak serce wali w jej piersi niczym młot. Kariko z kolei uniósł w zdumieniu brwi. Czyżby jednak nie wiedział? Było inaczej, niż zakładała...?
Wtedy Ichani otworzył usta i wydobył się z nich głośny śmiech. Okrutny rechot, który posłał w jej ciało lodowaty dreszcz. Widziała jedynie profil Einara, bo jego ciemne włosy przysłoniły mu część twarzy, ale dostrzegła, jak zamrugał szybko, wyraźnie zdezorientowany.
- Naprawdę myślałeś - wydusił z siebie Kariko, pomiędzy kolejnymi falami śmiechu - że jesteś moim bękartem?
Zapadła głucha cisza.
- Moja matka... - zaczął cicho Einar.
- Twoja matka trafiła do mnie, gdy już nosiła cię w brzuchu.
- Ale...
- To Dakova cię spłodził, naiwny szczeniaku.
Sonea głośno nabrała powietrza w płuca. Jej wzrok niemal od razu poszybował w stronę Akkarina. Jednak on patrzył wyłącznie na Einara. Mimo że dzieliło ją od niego kilkanaście długich kroków, czuła wirujący wokół niego mrok. Nawet nie potrafiła wyobrazić sobie tego, co właśnie przeżywał.
- Mój brat tak bardzo bał się tego, że gdy dorośniesz, odbierzesz mu władzę, że nie myślał o niczym innym. Ponoć kochał twoją matkę - Kariko wykrzywił usta, jakby sama ta myśl była odrażająca - ale widocznie nie dość mocno, by nie oddać mi jej, a wraz z nią, ciebie. Powinieneś okazać mi wdzięczność, za to, że przygarnąłem was, zamiast zostawić na pustkowiu!
Znów spojrzała na Einara. Ten cofnął się, zataczając na chwiejnych nogach. Przyjrzała się jego twarzy i ogarnęło ją zrozumienie. To dlatego tamtego dnia, gdy spotkała się z nim po powrocie do Imardinu, wydał jej się tak znajomy. W jej głowie wciąż żywe było wspomnienie twarzy Dakovy, które pokazał jej Akkarin. Tak. Te same ostro zarysowane kości policzkowe, kształt szczęki i jego rzęsy. Wtedy pomyślała, że skojarzyła go z dziką uroda Savary, ale nie... Einar był podobny do Dakovy niemal tak bardzo, jak Kariko do swojego brata. Jak mogła nie wpaść na to wcześniej? Jednocześnie uderzyła w nią kolejna myśl.
- A teraz ty się go boisz - rzuciła w stronę Kariko. - Boisz się, bo Einar ma prawo zająć miejsce Dakovy.
- Ten kundel nie ma prawa do niczego! - wrzasnął Ichani i nagle posłał w jej stronę ostrzegawcze uderzenie. Odbiła jej z łatwością.
- Kazałeś zabić jego matkę, by zabrała do grobu twoją tajemnicę. Ale bratanka oszczędziłeś - zauważyła z zaskoczeniem.
- To prawda? - Einar zacisnął usta i Sonea poczuła coś niepokojącego z tyłu głowy. Ostrzegawcze mrowienie, jak zawsze, gdy...
Jej myśl przerwał dziki krzyk z ust Einara:
- Ty draniu!
Nim zdążyła zareagować, chłopak rzucił się w stronę Kariko.
- Nie! - wykrzyknęła.
Kariko nie tracił ani chwili dłużej. Posłał w stronę zbliżającego się Einara uderzenie. Wtedy wydarzyło się kilka rzeczy naraz. Magia zderzyła się z ciałem Einara i jednocześnie odbiła się, jakby od niewidzialnej tarczy. Usłyszała zduszony krzyk, gdy siła uderzenia posłała go w powietrze. Wtedy z prawej ręki młodego mężczyzny wystrzelił ognisty pocisk. Ułamek sekundy później Einar runął z głuchym dźwiękiem na piasek nieopodal stłoczonych Magów, a to, co wydostało się z jego ciała, przebiło się przez tarcze Kariko i uderzyło go w twarz.
Czas na moment się zatrzymał, zanim dotarło do niej, to co się stało.
Magia. Obudził ją w sobie.
- Einar...! - ryknęła i już chciała rzucić się w jego stronę, lecz zatrzymało ją wściekłe wycie, dobiegające z ust Kariko. Gdy na niego spojrzała, zobaczyła, że miał poparzoną połowę twarzy.
Następnie zaatakował ją potężnymi uderzeniami. Kątem oka dostrzegła, że Lorlen ruszył chłopakowi na pomoc.
- Zabierz go stąd! - poleciła, odpierając kolejny atak. - Ich wszystkich!
Akkarin natychmiast włączył się do walki. Widziała go walczącego wiele razy, ale jeszcze nigdy nie robił tego z takim gniewem. Jęknęła, odpychając uderzenie, które niemal odrąbało jej rękę i raz jeszcze spojrzała na Akkarina. Ten mrok w jego oczach... Wiedziała, że gdy go ogarniał, Akkarin stawał się nieprzewidywalny.
Wspólnymi atakami zepchnęli Kariko w stronę jednego z filarów podtrzymujących Arenę. Posłał ku niej zawieszony nad ziemią atak i musiała przed nim uskoczyć. Warknęła pod nosem i zerknęła w stronę wyjścia, którym Lorlen eskortował Magów. Ktoś doskoczył do dwóch rannych Magów i wzmocnił ich zasoby, by mogli uciec. Nie widziała już Einara i przez ułamek sekundy pomyślała, że może nie przeżył, lecz wtedy kolejny atak zmusił ją do obrony.
Zgrzytając zębami, posłała na Kariko kaskadę własnych pocisków, ale zrozumiała, że był zbyt silny.
Akkarin osłabił swoją tarczę, by wzmocnić atak, lecz Kariko wyczuł to. Posłał ku niemu potężny cios.
- Uważaj! - wrzasnęła i skierowała w tamtą stronę swą moc. Zdołała odbić jej część, lecz resztka przedarła się przez cienką barierę i Akkarin został odrzucony w tył.
Kariko skumulował więcej energii, lecz Sonea kilkoma susami znalazła się między nim, a Akkarinem. Odbiła atak i wyszczerzyła zęby.
- Ani się waż - zawarczała.
- Podobno zwą cię tutaj Dziką - rzucił w jej stronę Kariko, a kolejne uderzenie świsnęło jej nad głową. - Rzeczywiście jesteś Dzika. Dzika zabójczyni - zaszydził. - Nie boję się ciebie.
- Kłamiesz. Czuję twój strach. Wiesz, że przegrałeś! - Musiała podnieść głos, bo ich uderzenia rozpędziły się rykoszetem po chroniącej Arenę barierze.
Kariko powiódł wzrokiem po otaczającej ich konstrukcji. Jego oczy błysnęły. Sonea poczuła na karku chłód.
- To miejsce - powiedział i nagle jego ataki ustały. - Dlatego się tu schowaliście. Macie tutaj takie zapasy magii i nie użyliście jej przeciwko nam?
Nie do końca wiedziała, o czym mówił. Akkarin wspomniał coś o tym, że Arenę podtrzymywała silna magia, zbierana od pokoleń, ale nie sądziła, że można było nazwać ją zapasem. Zmarszczyła brwi i zamrugała, bo pot spływał jej po twarzy. Rozejrzała się. Akkarin podniósł się z ziemi i podszedł, by stanąć bliżej niej. Posłała mu przelotne spojrzenie, by upewnić się, że był cały, ale on unikał jej wzroku.
- Jesteście we własnym grobowcu - powiedział Kariko i przysunął się w stronę migoczącej bariery. - Dwoje żałosnych idiotów. To był twój pomysł Akkarinie? Zaprowadzić mnie tutaj, bym użył waszej własnej broni na was samych?
Akkarin wystąpił krok do przodu. Zauważyła, że miał rozciętą skórę na policzku, a po szyi spływały mu krople potu.
- Ta magia rozerwie cię na strzępy, Kariko. Tylko głupiec by jej użył.
- Tylko głupiec, by jej nie użył - warknął przez zęby Ichani i wyciągnął dłoń w stronę bariery.
Poczuła wibracje mocy tak silne, że instynktownie cofnęła się kilka kroków. Akkarin także musiał je odebrać, bo wyciągnął w jej stronę dłoń i kładąc ją na jej brzuchu, odciągnął ją jeszcze bardziej do tyłu.
- Co on robi? - wysłała ku niemu, korzystając z okazji, że jej dotykał.
- Zaraz nas pozabija - odparł.
W tej samej chwili Kariko zaczął się śmiać. Sonea czuła, jak coś, czego nawet nie była w stanie nazwać magią, przepływa w stronę jego wyciągniętej ręki. Strumień urwał się, po zaskakująco krótkiej chwili, a ona była pewna, że zobaczyła, jak sylwetka Kariko została otoczona dziwną żółtawą poświatą.
- To niemożliwe - usłyszała myśli Akkarina. - Nie miał prawa tego przeżyć...
Wtedy też ziemia pod ich stopami zatrzęsła się. Sonea złapała Akkarina za ramię. Tuż nad ich głowami rozległ się złowrogi pomruk i oboje spojrzeli w górę. Jeden ze strzelistych łuków Areny przełamał się w połowie i zaczął sunąć w ich stronę. Akkarin pociągnął ją na bok. Upadli na ziemię, a tuż obok nich wielki blok kamienia.
Wciąż słyszała śmiech Kariko, gdy kolejne części Areny zaczęły kruszyć się, jakby były zbudowane nie z litego kamienia, lecz z suchego piasku.
- Musimy uciekać! - Akkarin nie puścił jej ręki. Pomógł jej wstać, po czym pociągnął ją w stronę wyjścia.
Wtedy rechot Kariko ustał. Oboje, czując kumulującą się moc, spojrzeli na niego. Mina mu zrzedła, gdy złapał się za pierś i warknął coś, czego nie mogli usłyszeć. Razem uskoczyli przed kolejnym fragmentem konstrukcji i wtedy z Kariko wyrwał się strumień światła. Uderzył w ostatnią, nienaruszoną wieżę i rozbił ją w drobny mak.
- Szybciej! - Jak przez mgłę usłyszała ponaglający ją głos, bo nie mogła oderwać wzroku od tego, co działo się z Ichanim.
- Tchórze! - wrzasnął Kariko i wtedy kolejny snop światła, nadmiar skumulowanej w nim mocy, zdołał się uwolnić. Ruszył w ich stronę ciężkim krokiem i gdy posypały się na niego kamienne odłamki, odbił je, jakby były zaledwie kurzem.
Sonea i Akkarin wybiegli na zewnątrz, a tuż za nimi dziesiątki, słanych w ich stronę ataków.
- Musimy się ukryć - rozbrzmiał w niej głos Akkarina i jednocześnie wiedziała, że pomyślał o budynku, który był tuż przed nimi. Uniwersytet.
Zaczęli biec, więc musiał ją puścić. Sonea zmusiła zmęczone mięśnie do kolejnego wysiłku i pomknęła przed siebie. Dopadła do drzwi jako pierwsza i otworzyła je, by utorować mu drogę. Akkarin wpadł do środka i wtedy zobaczyli Kariko, który wytoczył się przed Arenę. Wyglądał jednocześnie potężnie, jak i niedołężnie. Zatrzasnęli drzwi i wtedy uderzenie przebiło się przez nie. Sonea zakryła głowę i wydała z siebie zaskoczony okrzyk.
- Co teraz?! - zapytała, gdy kolejny atak uderzył w ścianę.
Akkarin także się schylił, a gdy wyprostował się, w mroku ujrzała ledwie zarys jego twarzy.
- Improwizujemy.
Ścigani gradem bezlitosnych pocisków wspięli się po schodach na ostatnie piętro Uniwersytetu. Kariko musiał być już w środku, bo Akkarin czuł jego nienaturalną moc, co chwila wymykającą mu się spod kontroli. Goniąc ich, niszczył wszystko, co znalazło się w zasięgu jego wzroku. Reprezentacyjne schody w mig zamieniły się w stertę gruzu, tworząc ziejącą pustką dziurę. Tym samym Kariko musiał poszukać innego wejścia na górę.
Wpadli do jednej z wielu sal lekcyjnych. Sonea przywarła plecami do ściany i łapiąc oddech, wbiła w niego spojrzenie.
- Tylko nie mów mi, że to także był element twojego planu - wydyszała.
- Nie mów mi o planie - odparł, marszcząc brwi.
- Bo?
Kolejny wstrząs przerwał mu gotową odpowiedź. Kariko był gdzieś na pierwszym piętrze.
- Bo to ty postanowiłaś ruszyć na samotną szarżę przeciw Ichanim - syknął i także oparł się o ścianę.
Bolały go żebra. Musiał je potłuc, gdy Kariko posłał go na ziemię i jak dotąd nie miał czasu, by uleczyć obrażenia.
- I dzięki temu... - urwała, bo kolejny wstrząs posypał im na głowy pokruszony tynk.
Złapał ją za nadgarstek i pociągnął w stronę bocznego wyjścia z klasy. Gdzieś tam, po drugiej stronie budynku powinno być ukryte wejście do korytarzy, którymi mogli zakraść się na Kariko. A przynajmniej na razie nie miał innego planu.
Weszli do środka i Akkarin otworzył kolejne drzwi. Rozejrzał się, lecz na zewnątrz było pusto.
- Gdzie się chowacie, kyraliańskie kundle? - dotarło do nich wołanie Kariko.
Cofnął głowę i nabrał do płuc drżący oddech.
- I dzięki temu udało mi się zabić czworo z nich - głos Sonei zabrzmiał jak stal.
Spojrzał na nią i serce w jego piersi na moment się zatrzymało. Miała we włosach piasek i kurz, na twarzy rozmazaną krew i pot, a w oczach ogień. Patrzyła na niego intensywnie i Akkarin poczuł, że nie chciał, by to się tak skończyło. Tu i teraz. Sonea powinna być jego na dłużej. Zasługiwali na więcej.
- To było głupie - skarcił ją. - Gdy nie zjawiałaś się na Arenie, myślałem, że cię dopadli. Wiem, że nigdy nie słuchałaś moich poleceń, ale ten jeden raz, naprawdę mogłaś zrobić wyjątek!
Podłoga pod ich stopami zatrzęsła się niepokojąco.
- Czy to naprawdę dobry moment na tę rozmowę? - mruknęła.
- Nie wiem, czy mamy szansę na lepszy.
Sonea zacisnęła usta i oparła się o drzwi, które zamknął. Teraz coraz lepiej czuł zbliżającą się prezencję Kariko. Przez kilka chwil milczeli i żadne z nich nie miało pojęcia, czy istniał sposób, by odeprzeć moc, którą dysponował wróg. To, że Kariko wciąż żył, było nierealne.
- Zginiemy tutaj, prawda? - zapytała zduszonym głosem.
Odważył się na nią spojrzeć i ujrzał w jej brązowych oczach żal. Mógłby ją teraz okłamać, ale co by to dało? Skinął głową, a wtedy Sonea wykrzywiła usta i spojrzała przed siebie. Na wysokie okna, za którymi mrok powoli rozjaśniał się wraz ze zbliżającym się świtem. W szarym świetle widział ją na tyle wyraźnie, by dostrzec, że zagryzła usta. Jej oczy zaszkliły się, lecz wraz z kolejnym wstrząsem, przełknęła ślinę i wbiła w niego spojrzenie. Było uparte, dokładnie takie, jak za pierwszy razem, gdy ją ujrzał.
- Kiedy mówiłam, że miałeś rację co do ucieczki, mówiłam szczerze - powiedziała, łapiąc głęboki wdech. - Trzeba było się stąd wynosić.
Posłał jej uśmiech, w którym nie było radości. W dniu, w którym jej to powiedział, ośmielał się jeszcze marzyć o czymś, co mogliby mieć, gdyby nie Ichani, Gildia i Czarna Magia...
Pod wpływem kolejnego dzikiego ataku, wiszący pod sufitem żyrandol zakołysał się i runął na ziemię. Sonea skrzywiła się na huk, po czym zmarszczyła twarz we wściekłym grymasie.
- Nienawidzę tego miejsca - warknęła.
Parsknął śmiechem, choć nie czuł nawet cienia rozbawienia. Sonea rozchyliła usta, by, znając ją, rzucić kolejną uwagę na temat tego, jak bardzo nie znosiła Gildii, lecz złapał ją za kark i przyciągnął do siebie. Pocałował jej spierzchnięte wargi. Zareagowała gardłowym warknięciem i odwzajemniła pocałunek z intensywnością, która nie po raz pierwszy zakręciła mu w głowie. Poczuł, jak wplotła palce w jego włosy i zadrapała skórę na jego szyi. Jednak tak samo prędko, jak ich wargi się złączyły, tak samo szybko się odsunęła.
Wbił wzrok w jej oczy, które z bliska zdawały się ciskać błyskawicami. Zobaczył w nich cień łez.
- Zakończmy to - powiedział.
Przytaknęła mu i raz jeszcze, przelotnie pocałowała, gryząc go w dolną wargę.
Wyszła na korytarz, rozglądając się czujnie. Akkarin był tuż za nią. Od dobrych kilku minut panowała cisza i Sonea zaczynała się łudzić, że Kariko padł gdzieś trupem, ale wiedziała, że poczułaby to na własnej skórze.
Po lewej stronie ciągnęły się ostatnie dwie klasy, do których jeszcze nie weszli, a dalej, jeśli Akkarin się nie mylił, wejście do ukrytych korytarzy. Jednak sądząc po zniszczeniach w budynku, mogły okazać się całkowicie niedostępne.
Wybrali prawą stronę, tę, z której przyszli. Kariko musiał znaleźć boczne schody, bo zaledwie przed chwilą oboje czuli, jak zbliżał się w ich stronę. Teraz jego nieokiełznana prezencja zniknęła. A oni zamierzali wyjść mu naprzód.
Ruszyła przed siebie, stawiając stopy tak cicho, jak tylko pozwalały jej na to rozsypane po korytarzu kawałki tynku, potłuczonego szkła i kamienia. Po kilku krokach zahaczyła stopą o jeden z nich. Rozległ się przeszywający ciszę stukot, gdy kamyk potoczył się do przodu. Sonea zamarła, z głośno bijącym sercem i wstrzymała oddech. Nie wiedząc czemu, przypomniało jej się, jak szukali w tunelach szpiega, który okazał się być Aylą. Wtedy także czuła to samo nieprzyjemne mrowienie na karku, przeczuwając, że coś wkrótce miało się wydarzyć.
Kamyk zatrzymał się i Sonea obejrzała się, by spojrzeć na Akkarina. Marszczył lekko brwi i wodził wzrokiem po pustym korytarzu. W końcu jego spojrzenie przeskoczyło na nią i skinął jej głową. Ruszyła dalej.
Zbliżali się do miejsca, w którym wcześniej były schody. Sonea raz jeszcze przyjrzała się zniszczeniom, które wyrządził Kariko. Byli coraz bliżej bocznych schodów. Wtedy Akkarin wysunął się do przodu.
Cisza. Słyszała wyłącznie ciszę, a w niej zaledwie szmer ich oddechów. Włosy stanęły jej dęba na karku i Sonea prędko złapała Akkarina za ramię.
- Stój - wysłała.
Posłuchał i zerknął na nią w napięciu.
- Idziemy prosto na niego - zauważyła. - On na nas czeka.
Pogrążone w mroku oczu Akkarina rozbłysły. Wtedy Sonea zadała sobie sprawę, że na dworze zaczynało świtać. Przez okno po swojej prawej stronie widziała, jak niebo stawało się coraz jaśniejsze. Gdy zaczynali walkę był środek nocy. Jak to się stało, że minęło już tyle czasu? Jednocześnie uderzyło w nią jej własne zmęczenie, a także te, które czuła od Akkarina.
- Ukryj się - usłyszała jego głos i doskonale wiedziała, co miał na myśli.
Oboje jednocześnie osłabili swoje prezencje. Akkarin potoczył wzrokiem dookoła.
- Masz rację, czeka. Ale inaczej go nie wywabimy.
Skinęła mu głową, choć wszystko w niej buntowało się przed tym, co mieli zrobić. Akkarin musiał wyczuć jej zdenerwowanie, bo gdy zaczęli iść w stronę niknącego w mroku końca korytarza, złapał ją za rękę.
Zobaczyła schody, które ciasną spiralą wiły się z góry na dół i nie sądziła, że ten widok wywoła ciarki na jej plecach. Akkarin puścił ją i ich spojrzenia się spotkały. Nabrała głęboki oddech i odblokowując swoją prezencję, rzuciła się w stronę schodów. Jej stopy zadudniły o kamienne stopnie. Przeskakując po dwa, pobiegła na górę.
Wtedy poczuła wibracje, tuż pod sobą. Potężne uderzenie przebiło się przez kamień i Sonea ze zduszonym okrzykiem poleciała do przodu, potykając się.
- Tu jesteś, Dzika Soneo - usłyszała głos, który niewątpliwie zmierzał w jej stronę.
Podniosła się i robiąc ostatnie długie susy, wpadła na drzwi u szczytu schodów.
Wybiegła na zewnątrz, a ostre, zimne powietrze uderzyło ją w twarz. Zatoczyła się kilka kroków, a jej spojrzenie omiotło pustą przestrzeń dookoła. Ochroniła się tarczą z chwilą, w której Kariko wyszedł na dach Uniwersytetu.
Natychmiast posłał jej kilkanaście uderzeń, które odbiła, jednocześnie dławiąc w krtani jęk. Zaczęła się wycofywać.
- Zostałaś sama? - warknął Ichani w jej kierunku.
- I kto to mówi? - rzuciła.
Wbrew mocy, którą od niego czuła, Kariko wyglądał na osłabionego. Zauważyła, że gdy mówił, z ust wypłynęła mu strużka krwi. Akkarin miał rację, tylko głupiec użyłby zapasów z Areny. Wyglądało na to, że Kariko nie zdoła długo podołać tej potędze. To dlatego Akkarin chciał go jak najdłużej zatrzymać w murach Uniwersytetu.
Obiła kolejny atak i tym razem warknęła z wysiłku. Na czole poczuła świeży pot. Odpowiedziała mu kilkoma uderzeniami, lecz odbiły się od niego, jakby nawet ich nie zauważył.
- Ukrywacie się przede mną, jak ostatni tchórze. - W ustach Kariko Sonea zobaczyła więcej krwi.
Poczuła, że skumulował ogromną ilość mocy. Dreszcz na karku podpowiedział jej jedno - uciekaj. Rzuciła się w stronę szklanej kopuły na samym środku dachu i wbiegła za nią. Moc Kariko uderzyła w konstrukcję i Sonea zacisnęła powieki. Tysiące odłamków rozprysnęło się na wszystkie strony. Kilka z nich przedarło się przez jej tarczę i Sonea krzyknęła. Poczuła jednoczesny ból w kilku miejscach na swoim ciele. Siła uderzenia posłała ją na plecy. Nie mogąc nabrać oddechu, otworzyła oczy. Pierwszym, co zobaczyła, był różowy kolor nieba. Spojrzała w stronę nadchodzącego Kariko. Szedł ku niej, z trudem powłócząc nogami, lecz na twarzy miał triumfalny grymas. Prędko otoczyła się tarczą, lecz rozbił ją.
Akkarin... pomyślała, wciąż walcząc o oddech. Wtedy dotarło do niej, że w jej piersi tkwiło kilka długich odłamków. Zachłysnęła się własną krwią.
- Akkarin...! - wysłała słabe wołanie.
Kariko zatrzymał się tuż nad nią, dysząc. Sięgnął po ostrze.
- Wygląda na to, że cię zostawił - zacharczał i splunął. Jego wzrok przesunął się po jej ciele i zatrzymał na tkwiących w nim kawałkach szkła. Na jego ustach pojawił się uśmiech. Zęby miał czarne od krwi.
Ukucnął i złapał ją za kark.
- Zabójczyni z Imardinu. Wcale nie taka potężna, jak się mogło wydawać.
Podniósł ramię. W jego zaciśniętej dłoni zobaczyła błysk.
Nie...
Wziął zamach. Wtedy wibrujące uderzenie przeleciało tuż nad ich głowami, wytrącając sztylet. Sonea złapała go i ignorując ból, wykonała cięcie.
Rozległ się krzyk. Kariko zerwał się na równe nogi, łapiąc za twarz. Między jego palcami wypłynęła świeża krew.
- Ulecz się! - usłyszała głos Akkarina.
Zobaczyła go tuż za Kariko. Wschodzące słońce oświetliło jego sylwetkę, gdy stał na tle różowiejącego nieba. Wtedy Ichani posłał na niego wściekłe, wymierzone na ślepo ataki.
Lorlen stał na Dziedzińcu i patrzył na wznoszący się przed nim budynek. Po chwilowej ciszy, w której zaczął łudzić się, że Sonei i Akkarinowi się powiodło, poczuł kolejne wibracje magii. Walka wciąż trwała.
- Lorlen! - usłyszał za plecami głos Vinary.
Obejrzał się na nią i stojących obok niej Magów. Czekali na niego. To ona zadecydowała, że musieli ewakuować resztę. Nie mogli dłużej przebywać tak blisko Kariko. Jeśli Ichani zwycięży, nie będą mieli nawet cienia szansy na przetrwanie.
Spojrzał raz jeszcze na Uniwersytet.
- Lorlen!
Za jego plecami rozległy się nerwowe kroki. Balkan i Garrel, których wyciągnęli z Kopuły. Nie mógłby ich tam przecież zostawić. Ledwie kilka minut temu polecił dwóm młodym Magom ich uwolnić, a oni już tutaj byli. Co zamierzali?
Te myśli szybko jednak rozpierzchły się, gdy kolejny wstrząs przebiegł im pod nogami. Utkwił w Uniwersytecie spojrzenie i wtedy zobaczył na dachu ruch. Serce w nim zamarło.
Balkan zatrzymał się obok niego. Zmarszczył brwi i z przerażeniem spojrzał w górę.
- Czy to...? - zaczął, lecz urwał.
Lorlen nie mógł odwrócić wzroku od poruszającej się nad nimi sylwetki, lecz był pewien, że Balkan wreszcie zrozumiał.
- Sonea... - wydusił z siebie.
Wtedy pojawił się ktoś jeszcze. Zaatakował ją i Lorlen zastygł w przerażeniu. Gdzie był Akkarin? Co tam się działo? Sonea, wyraźnie osłabiona, z trudem odpierała ataki Kariko. Miał nad nią miażdżącą przewagę.
- Chodźmy! - krzyk Vinary przedarł się do niego jak przez mgłę.
Nie mógł odwrócić wzroku. Stojący obok niego Balkan zrobił kilka kroków do przodu. Kątem oka zauważył wypisany na jego twarzy szok i strach tak silny, że prawie namacalny. Jego szare oczy śledziły postać Sonei. Wtedy poczuli, jak Kariko skumulował moc do ataku. Sonea rzuciła się w stronę szklanej kopuły, wieńczącej schody Uniwersytetu. Uderzenie rozbiło ją w drobny pył.
Przystąpił pół kroku do przodu, w tej samej chwili, w której Balkan zaczął się wycofywać.
Nie widział dłużej Sonei. Rozgorączkowanym wzrokiem śledził Kariko, który zmierzał przed siebie powolnym krokiem. Za plecami rozległo się kolejne, ponaglające go wołanie, ale nie mógł się ruszyć. Wtedy na dachu pojawiła się jeszcze jedna postać.
- To Akkarin - rozległ się obok niego zdumiony głos Garrela.
Lorlen otworzył usta, by coś powiedzieć, ale wtedy z góry dobiegł ich wściekły wrzask.
Oślepiony Kariko atakował Akkarina kolejnymi uderzeniami. Ich moc jeżyła jej włosy na karku. Wciąż nie mogła normalnie oddychać i miała coraz mniej siły. Skupiła się więc na ranach. Usunęła z piersi trzy największe odłamki i uleczyła zniszczoną tkankę. Z trudem dźwignęła się na nogi i wtedy zobaczyła, jak Akkarin cofa się przed Kariko. Ichani, atakując i osłaniając się tarczą, napierał na niego. Sonea wiedziała, że miał tak wiele mocy, że mógł kontynuować te ataki tak długo, aż nie zepchnie Akkarina z krawędzi dachu.
Uderzenie Kariko zetknęło się z kamienną posadzką. Akkarin zatoczył się do tyłu i upadł na plecy. Wtedy Ichani zatrzymał się i wyciągnął drugie ostrze, mniej zdobione od tego, które wciąż trzymała w dłoni i naparł do przodu. Akkarin w samą porę wyciągnął swój sztylet i rozległ się metaliczny brzdęk.
Ruszyła w ich stronę i syknęła. Wciąż bolał ją bok. Złapała się za niego, pod palcami czując ciepłą krew.
Akkarin użył magii, by odepchnąć od siebie Kariko. Zobaczyła zbliżające się do niej plecy Ichaniego. Przyspieszyła. Ten odwrócił się w tej samej chwili i ich ostrza skrzyżowały się. Zatrzymała się tuż przed jego twarzą. Wyszczerzyła zęby, widząc, że swoim atakiem oślepiła go na jedno oko, dokładnie po tej samej stronie, którą wcześniej Einar przysmażył swoją nowo odblokowaną mocą.
- Nie tak prędko - syknął, lecz z jego głosu zniknęła tamta pewność siebie. Kariko musiał zrozumieć, że i ona i Akkarin byli skłonni poświęcić wszystko, by go pokonać.
Mocniej zacisnęła zęby i wiedząc, że po lewej stronie miała wydrążoną przez wszystkie piętra dziurę, pchnęła go w tamtym kierunku. Kariko zaparł się, gdy zrozumiał, co chciała zrobić. Jego widzące oko rozbłysło w przerażeniu. Jednym, precyzyjnym ruchem wyszarpnęła swój sztylet. Wbiła mu ostrze pod żebro i zatoczyła się w stronę wyrwy w dachu. Szkło zachrzęściło pod jej butami. Kariko zachwiał się na krawędzi. I wtedy Sonea poczuła, jak złapał ją za rękaw.
- NIE! - Krzyk Akkarina przebił się przez nagłą ciszę.
Z chwilą, gdy Kariko pociągnął ją za sobą, Sonea wykonała ostatnie cięcie, pozbawiając go wszystkich palców u dłoni. Kariko wydał z siebie wściekły ryk, i młócąc rękoma w powietrzu, runął w przepaść. Dla niej także było już za późno. Tracąc równowagę, osunęła się za nim w dół.
Nie miała czasu na zdziwienie, ani nawet na strach.
...
Zacisnęła powieki i przygotowała się na zderzenie z ziemią.
...
Wstrzymała oddech i...
… właśnie wtedy poczuła, jak coś chwyta ją w pasie i ciągnie w górę. Otworzyła oczy, widząc, jak spowite mrokiem dno oddala się od niej. Niewidzialna siła szarpnęła nią raz jeszcze i Soneę otoczył znajomy zapach.
Akkarin przyciągnął ją do siebie i razem upadli na twardą kamienną posadzkę. Odebrało jej tchu.
Lewitacja. Nie sądziła, że to potrafił.
Spojrzała na niego. Akkarin patrzył na nią w osłupieniu, jakby sam do końca nie wierzył, w to, co właśnie zrobił. Jego ciemne oczy przeskakiwały po jej twarzy.
Wypuściła powietrze, które wciąż wstrzymywała. Z jej krtani wydobył się zduszony śmiech, pełen niedowierzania, ale także ulgi. Naprawdę to zrobił... Pocałowała jego rozchylone wargi. Mocniej otoczył ją ramionami, odwzajemniając pospieszny pocałunek.
Udało się, pomyślała z rosnącym sercem, lecz wtedy do niej dotarło, jak bardzo się myliła.
Oderwała się od niego i oboje spojrzeli w stronę dziury, w którą posłała Kariko. Poczuła kumulującą się w dole moc. Ogromną, dziką, przed którą nie było już ucieczki. Zamrugała i czując na policzkach łzy, znów spojrzała na Akkarina. Jego oczy błyszczały.
Przyciągnął ją do siebie z chwilą, gdy huk eksplozji wypełnił jej wszystkie zmysły.
- Akkarin! Soneo! - wykrzyknął z chwilą, w której zapadła grobowa cisza.
Ruszył w stronę wejścia, lecz wtedy Uniwersytet rozbłysł jasnym światłem. Zamarł, a wraz z nim serce w jego piersi.
Budynek z przeraźliwym hałasem zaczął zapadać się do środka. Z ziemi podniosły się tumany kurzu.
Nie... Pokręcił głową, nie wierząc w to, co wiedział i już chciał rzucić się w stronę Uniwersytetu, gdy kolejna eksplozja wstrząsnęła nim w posadach. Zrozumiał, co musiało się stać.
Siła wybuchu odrzuciła go do tyłu. Uderzył plecami w ziemię. Ostatnim, co zobaczył, była jaskrawa poświata, a wraz z nią uginająca się, jak kartka papieru, frontowa ściana Uniwersytetu, grzebiąca wszystko, co znajdowało się w środku.
...
RAIGN - When It's All Over
