Sześć lat później

Szedł ścieżką prowadzącą przez odbudowaną pięć lat temu część Ogrodów. Wybuch, który zamienił Uniwersytet w stertę gruzu, spalił także połowę otaczającego go zabudowań. Spojrzał w lewo, gdzie wznosiły się nowe, wciąż budowane mury budynku, który miał zastąpić poprzedni Uniwersytet. Odwrócił wzrok, bo za każdym razem, gdy na niego patrzył, czuł w krtani ścisk, a w uszach słyszał odległy huk.

Lorlen niewiele pamiętał z dni następujących po tamtym wydarzeniu. Spędził prawie dwa tygodnie w Domu Uzdrowicieli. Odwiedziło go wielu gości, lecz szczególnie zapamiętał dzień, w którym w progu stanął Balkan. Arcymistrz Wojowników miał podkrążone oczy i wyblakłą twarz, jakby nie zaznał ani jednej spokojnej nocy. Podszedł do niego i gdy się zatrzymał, Lorlen pomyślał, że tak właśnie wyglądał złamany przez los człowiek.

Chciał mu współczuć, ale nie potrafił znaleźć na to siły.

Kiedy je odzyskał, wznowili poszukiwania Akkarina i Sonei. A raczej, to on upierał się, by ich szukać. Vinara wyznała mu wcześniej, że w zniszczonym przez wybuch sercu Uniwersytetu, odnaleziono jedynie fragmenty ich ubrań. Nie natknięto się także na ciało Kariko, ale wszyscy wiedzieli dlaczego. A mimo to łudził się, że zdołali przeżyć.

Dopiero po kilku kolejnych tygodniach zrozumiał, że musiał zaakceptować prawdę. Wtedy również odwołali poszukiwania nie tylko Sonei i Akkarina, ale i pięciu Ichanich, którzy uciekli z Areny. Musieli w pośpiechu wrócić za granice Sachaki, bo ślad po nich przepadł wraz z tamtym dniem.

Wraz z podjęciem decyzji o zniszczeniu pierścieni, które przed walką stworzyli dla nich Akkarin i Sonea, zrozumiał, że jego przyjaciele polegli. W sercu poczuł pustkę. Było to lepsze, niż ból.

Teraz, sześć lat później, wydawać się mogło, że tamta walka i moment, w którym stracił ich oboje, będą wyłącznie odległym wspomnieniem. Lecz nie. Lorlen wracał do tamtego zdarzenia codziennie, a teraz, gdy na nowej ścianie Uniwersytetu zawisła pamiątkowa tablica, myśli te powracały jeszcze częściej.

Odwrócił wzrok i wtedy na końcu alejki, którą spacerował, zobaczył znajomą postać w fioletowej szacie. Mężczyzna zauważył go i pomachał mu na przywitanie. Lorlen zatrzymał się i poczekał, aż ten podejdzie bliżej.

- Cześć - przywitał się z uśmiechem. - Szukałem cię. Chciałem ci to pokazać, zobacz!

To mówiąc, wyciągnął przed siebie oprawioną w skórę księgę. Lorlen wstrzymał oddech, bo wiedział, co zawierała i nad czym Einar tak pracował, odkąd ukończył naukę. Już ponad rok...

Sięgnął po książkę i wtedy Einar zaczął mówić.

- Okazało się, że chodziło o odpowiednią proporcję między atramentem a rozpuszczalnikiem. We właściwy stężeniu stają się półprzewodnikiem i można poddać je formowaniu przy użyciu magii. No, otwórz!

Przełknął i posłał mu niepewne spojrzenie. W brązowych oczach przyjaciela pojawiło się zrozumienie. Zaciągnął go na ławkę i dopiero gdy usiedli, Lorlen odważył się podnieść okładkę.

"Czarni Magowie"

Pierwsze kilka stron zawierało wstępny opis tego, co wydarzyło się sześć lat temu, zaczynając od dania, gdy Einar poznał Soneę i Akkarina. Lorlen omiótł tekst spojrzeniem, a później przewrócił kartkę. Zobaczył przed sobą ilustrację, która tak wiernie odzwierciedlała oryginał, że zabrakło mu tchu. Sonea i Akkarin rozmawiali na niej, przyglądając się sobie uważnie.

Dalej zobaczył wszystko to, co działo się także z jego udziałem. Windrest... Użyczył Einarowi tych wspomnień, by ten mógł przelać je na papier. Dalej tamten dom, w którym ukrywali się przed Magami. A na koniec walka z Kariko o Imardin.

Na ostatnich stronach były ich portrety. Sonea patrzyła na niego z lekkim uśmiechem i miał wrażenie, że w jej oczach widział te same ogniki, które zwykle się tam czaiły. Na stronie obok, Einar odtworzył portret Akkarina. Spojrzenie Wielkiego Mistrza było dokładnie tak intensywne, jakie je zapamiętał.

Zdał sobie sprawę, że oczy zaszły mu łzami, więc otarł je i zerknął na Einara.

- Niesamowite - przyznał. - Alchemicy od dawna próbowali przelać na papier obrazy ze wspomnień, ale to, czego dokonałeś, jest po prostu niezwykłe. Wyglądają, jak żywi.

Raz jeszcze opuścił wzrok na przyglądające mu się twarze dwóch Czarnych Magów.

- Dziękuję, Lorlenie. Włożyłem w to wiele pracy - przyznał Einar z nieśmiałym uśmiechem.

Pokora, z którą przyjmował każdą pochwałę, nie zmieniła się od czasu, gdy został Nowicjuszem. Jego początki, biorąc pod uwagę stan Gildii po walkach oraz to, że sam Einar był synem potężnego wrogiego Maga z Sachaki, były ciężkie. Jednak prędko okazał się pilnym uczniem, który pragnął wiedzy. Szczególnie tej poznawanej w laboratoriach Alchemików.

- Brakuje mi ich - wyznał Lorlen, czując znajomy ból w sercu.

- Mi także. Ale mam nadzieję, że chociaż w ten sposób uczcimy ich pamięć. Jesteśmy im to winni, po tym, jak poświęcili się, by nas ocalić.

Wręczył mu z powrotem książkę.

- Na pewno. Kiedy trafi do druku?

- To zależy, bo widzisz...

Einar zaczął mówić, a Lorlen zapatrzył się na jego twarz i poczuł na ustach uśmiech. Po stracie Akkarina i Sonei nie został mu nikt bliski. Nie udało mu się nawiązać kontaktu z Cerynim i Savarą. Lorlen podejrzewał, że nawet jeśli Złodziejowi udało się przeżyć, mógł nie chcieć dłużej mieszkać w miejscu, które na każdym kroku przypominałoby mu o tym, co stracił. Lorlen nie brał tego nawet pod uwagę. Musiał zająć się szkoleniem Einara, a także obowiązkami, które odziedziczył po Akkarinie. Teraz, patrząc na ożywioną twarz Alchemika, wiedział, że dobrze zrobił. Mieli szansę odbudować Gildię i uczynić z niej lepsze miejsce, od tego, którym była wcześniej.

W końcu jednak pożegnał się z Einarem, mówiąc mu, by odwiedził go następnego dnia i ruszył w stronę Rezydencji. Wszedł do środka i udał się swojego gabinetu. Spojrzał na stertę listów i skrzywił się, lecz wtedy jego wzrok przykuł jeden z nich, leżący na samej górze. Koperta była mocniej zmięta od reszty, a w rogu miała coś narysowane. Sięgnął po nią i jego tętno natychmiast przyspieszyło. Limek.

Rozerwał papier. Gdy czytał, z każdą linijką jego oczy stawały się coraz większe, a w sercu kolejny raz budziła się nadzieja.


Vinara twierdziła, że nie powinien zaprzątać sobie głowy takimi rzeczami i teraz gdy szedł piaszczystą ulicą, a popołudniowe słońce grzało go w twarz, pomyślał, że może miała rację. Mówiła też, że nie powinien opuszczać Gildii w takim pośpiechu, by gonić coś, co było jedynie pogłoską. A ta pogłoska zaprowadziła go aż na Ua-Lin, jedną z wysp Vin. Dobrze, że podróż statkiem trwała jedynie dwa dni, bo prędko okazało się, że Lorlen cierpiał na dość uporczywą chorobę morską.

Ua-Lin było gorące, ale wietrzne. Czuł bijącą od morza ciepłą bryzę, która nieco chłodziła jego rozgrzany na słońcu kark. Zatrzymał się w cieniu, pod jedną z wielu palm. Rosły wzdłuż drogi, którą szedł od portu, aż do tego miejsca.

Wyciągnął z kieszeni list i po raz setny rozłożył go, by spojrzeć na równe, drobne pismo.

...Mam informację o tym, czego wciąż szukasz... Spotkaj się ze mną na Ua-Lin. Znajdę cię.

Takich fałszywych tropów dostał już wiele, lecz tym razem, kiedy czytał list, czuł na karku dreszcz, który nie chciał go opuścić. Jeśli ten ktoś wiedział coś na temat tego, co stało się z Soneą i Akkarinem...

Wtedy poczuł klepnięcie w ramię. Wzdrygnął się, nieco przestraszony i spojrzał na twarz chłopaka, który wyrósł przed nim, jak spod ziemi. Miał opaloną na brązowo twarz i czarne włosy, które kręciły mu się niesfornie. Mógł mieć nie więcej niż piętnaście lat. Zmierzył go wzrokiem i wskazał na trzymany w dłoniach liścik.

- Anuru? - spytał i Lorlen zamrugał.

Pokiwał głową, choć nie miał zielonego pojęcia, o czym mówił mieszkaniec wyspy. Ten powiedział kolejne kilka słów i wskazał, by za nim podążał. Marszcząc brwi, ruszył za nim. Chłopak zaprowadził go dalej ścieżką wzdłuż palm, lecz w pewnym momencie skręcił i Lorlen wiedział, że byli coraz bliżej wybrzeża. Na twarzy poczuł morską bryzę. Oblizał usta i posmakował soli. W końcu przewodnik zatrzymał się, skinął mu głową i pospiesznie oddalił się w kierunku, z którego przyszli.

- Ej! - zawołał za nim, patrząc na jego plecy. - Czekaj...!

Miejscowy jednak zniknął już za rogiem. Lorlen zaklął pod nosem i odwrócił się, by rozejrzeć się dookoła. Stał na wąskiej drodze, wzdłuż której rosły palmy i niskie drzewa o powykręcanych, grubych gałęziach. Na końcu ścieżki zobaczył dom. Średniej wielkości, jednopiętrowy. Na podwórku leżały jakieś zabawki i Lorlen usłyszał odległy dziecięcy śmiech.

Dał się wyprowadzić miejscowemu w pole. Pewnie lada moment rzuci się na niego grupka tutejszych złodziei. Skrzywił się i już chciał ruszyć z powrotem, gdy usłyszał za plecami szelest. Dobiegał ze strony tamtego domu. Przyjrzał mu się i wtedy zobaczył parę błyszczących oczu. Przyglądały mu się spomiędzy drobnych listków, porastających rosnące przed domem drzewo. Zmarszczył brwi i wtedy właściciel tamtych oczu zrobił to samo, po czym rozległ się kolejny szmer i na ziemię zeskoczyło dziecko o ciemnych, nieco potarganych włosach. Lorlen znieruchomiał, zaskoczony. Na karku poczuł dreszcz, bo dziecko, które okazało się kilkuletnią dziewczynką, wyglądało zupełnie, jak...

Nagle frontowe drzwi otworzyły się i stanęła w nich jakaś kobieta.

- Saayla! - zawołała. - Mówiłam ci, żebyś...

Lorlen spojrzał na nią i poczuł, jakby ktoś usunął mu ziemię spod stóp.

Brązowe oczy Sonei zatrzymały się na nim i rozbłysły w nich zaskoczone iskry. Miała krótsze, ledwo sięgające ramion włosy. Ubrana w zwiewną, białą sukienkę, stała boso i gdyby nie jej oczy, dokładnie takie, jakie je zapamiętał, miałby problem, by ją rozpoznać. Przez moment pomyślał, że była jedynie wytworem jego wyobraźni, lecz wtedy poruszyła się w jego stronę.

- Lorlen... - jej usta ułożyły się w jego imię.

Miał ochotę się uszczypnąć, ale bał się, że jeśli drgnie, to wszystko okaże się jedynie snem. Wtedy Sonea przeskoczyła dwa, prowadzące do drzwi, schodki i podbiegła do niego. Zanim się obejrzał, zamknęła go w ciasnym uścisku. Wciąż wstrzymywał oddech. Wypuścił go i nabrał do płuc powietrze, które pachniało jak rozgrzany w słońcu piasek. Sonea odsunęła się i Lorlen zobaczył przed sobą jej wyszczerzone w uśmiechu zęby i piegi na jej opalonej twarzy.

W głowie rozbrzmiewało mu kilka myśli naraz: Jak? To niemożliwe. I jeszcze jedna, wyjątkowo uporczywa: wiedziałem.

- Soneo... - wyszeptał w niedowierzaniu, a wtedy ona uśmiechnęła się jeszcze mocniej.

Jego spojrzenie w końcu ześlizgnęło się z jej twarzy i zatrzymało na przyglądających im się ciemnych oczach dziewczynki. Podeszła teraz bliżej i objęła Soneę za nogę.

- Mamo, kto to? - zapytała, kryjąc się za materiałem sukienki Sonei.

- To Lorlen. Nasz przyjaciel. Biegnij powiedzieć tacie, że mamy gościa - odparła, głaszcząc ją po głowie.

Dziewczynka skinęła jej i popędziła w stronę domu. Gdy zatrzasnęły się za nią drzwi, Lorlen znów spojrzał na Soneę. Jej oczy lśniły w czystej radości. Chciał zadać jej tyle pytań, ale ona złapała go za rękę i pociągnęła za sobą.

- Chodź.

Weszli przez pomalowane na biało, lekko odrapane z farby, drzwi. Rozejrzał się po przestronnym pokoju, z którego przez wysokie okna zobaczył plażę i jasnoniebieskie morze. Sonea puściła go i wskazała drzwi prowadzące na taras. Posłał jej pytające spojrzenie, lecz ruszył przed siebie. Czuł się jak w transie. Wszystko, co widział i słyszał, zdawało się być jedynie wytworem jego wyobraźni, lecz nie. Zapach gotującej się w garnku zupy, lekki wiatr wpadający przez otwarte drzwi oraz stłumiony dziecięcy głos były prawdziwe. Lorlen wyszedł na zewnątrz, po drugiej stronie domu i jego wzrok natychmiast odnalazł dziewczynkę o ciemnych oczach. Stała przed ubranym w białą koszulę mężczyzną. Siedział na ostatnim stopniu wiodących na taras schodów i Lorlen widział jedynie jego plecy. Zatrzymał się, a wtedy tamten wstał. Odwracając się, złapał dziewczynkę za rękę. Mała ukryła się nieco za jego nogami i dopiero wtedy Lorlen oderwał od niej wzrok i spojrzał prosto w oczy Akkarina.

Z jednej strony był zupełnie taki, jakim go zapamiętał, lecz z drugiej, wydawał się kimś innym. Miał krótsze włosy. Rękawy koszuli podwinął tak, że jej biel kontrastowała z jego opaloną skórą. Jego usta wygięły się w lekkim uśmiechu, a wtedy Lorlen dostrzegł drobne zmarszczki w kącikach jego oczu. Akkarin wspiął się po dwóch stopniach i zatrzymał się tuż przed nim.

Lorlen chłonął ten widok, wciąż nie mogąc uwierzyć, że jego przyjaciel był prawdziwy.

Akkarin wyciągnął przed siebie wolną dłoń i położył mu ją na ramieniu. On także przyglądał mu się intensywnie, a w jego oczach Lorlen widział czystą radość. Chciał coś powiedzieć, lecz wtedy za jego plecami pojawiła się Sonea.

- Chyba zostaniesz na kolacji? - zapytała i gdy się odwrócił, zobaczył, że w dłoniach trzymała cztery głębokie talerze.

Skinął głową, bo i tak nie byłby w stanie wydusić z siebie słowa.

- Świetnie - powiedziała, po czym jej spojrzenie przeskoczyło na Akkarina. - Pomóż mi - dodała z uśmiechem.


Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Akkarin usiadł obok niego na ławie ustawionej na tarasie i zapatrzył się na, spokojną o tej porze dnia, wodę. Lorlen podążył za jego wzrokiem, ku Saayli, bawiącej się na plaży. Dziewczynka chodziła wzdłuż linii wody, co chwilą schylając się, podnosząc z piasku muszelkę i chowając ją do kieszeni. Nagle przystanęła, kucnęła i znieruchomiała. Po chwili poderwała głowę.

- Mamo! - zawołała z przejęciem.

Sonea wydała z siebie ciche westchnięcie, po czym wstała i lekkim krokiem zbiegła na dół. Po chwili obserwował je obie, gdy Saayla pokazywała jej swoje znalezisko. Sonea także przykucnęła na piasku i pokiwała głową. Szum morza zagłuszał ich rozmowę, lecz widział, jak Sonea opowiadała jej coś. Po chwili dziewczynka przysunęła się do niej bliżej i wdrapała się jej na kolana, zasłuchana w słowa.

- Od jak dawna tutaj jesteście? - zapytał, przenosząc wzrok na Akkarina.

- Od trzech lat. Wcześniej mieszkaliśmy w Lan, ale tutaj jest lepiej.

- Lan? Jak tam jest?

Akkarin uśmiechnął się pod nosem.

- Dziko - mruknął.

- Dlaczego się nie odezwaliście? W Gildii wszyscy myślą, że nie... - urwał, bo Akkarin spojrzał na niego i choć w jego oczach nie było gniewu, Lorlen wyczuł, że moment na tę rozmowę jeszcze nie nadszedł.

Wtedy także zobaczył, że Sonea szła w ich stronę. Na rękach niosła Saaylę. Mała ciasno oplatała ją nogami w pasie.

- Mamy kolejnego ślimaka do kolekcji - powiedziała, wchodząc na taras. Akkarin uśmiechnął się, a Sonea postawiła dziewczynkę na ziemi. Ta podbiegła do niego i gdy rozwarła piąstkę, Lorlen zobaczył na niej dużą, zakręconą, rudawą muszlę.

- Jest największy ze wszystkich - powiedziała z zachwytem.

- Prawdziwy olbrzym - odparł Akkarin i wyciągnął rękę, by zmierzwić i tak już potarganą czuprynę dziewczynki. - Odłóż go do słoika, ale pamiętaj, że...

- Jutro go wypuścimy, wiem - dokończyła. Jej bystre spojrzenie przeskoczyło na Lorlena. - Zobacz! - powiedziała, podsuwając mu rączkę pod sam nos.

- Jest... naprawdę imponujący - wydukał, zaskoczony.

Saayla rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu, podskoczyła w miejscu i pobiegła w stronę domu. Sonea wymieniła z Akkarinem porozumiewawcze spojrzenie.

- Położę ją spać i do was wrócę - powiedziała i podążyła za córką.

Zapadła cisza i Lorlen zrozumiał, że nie chciał jej przerywać. Patrzył na różowiejące niebo i coraz dłuższe cienie na piasku. Ogarnął go nagły spokój.

Sonea wróciła po jakimś czasie, postawiła na stole butelkę z winem oraz trzy kieliszki. Akkarin napełnił je i gdy upili pierwszy łyk, Lorlen zrozumiał, że wreszcie mogli zacząć rozmowę.

- Dlaczego? Jak? - zapytał. - Jakim cudem udało wam się przeżyć?

Sonea zerknęła na Akkarina, po czym westchnęła i zaczęła opowiadać.


Sześć lat wcześniej

Budynek walił im się na głowę. Po pierwszej fali wstrząsu przyszła kolejna, a po niej następna. Wciąż kurczowo trzymając się Akkarina, zdała sobie sprawę, że wybuch zrzucił ich na sam dół. Tuż nad głową widziała różowe niebo, które z każdą chwilą znikało pod kolejnymi zwałami sypiącego się na nich gruzu. Wraz z eksplozją, Akkarin musiał otoczyć ich tarczą, inaczej już dawno zostaliby zgnieceni.

Zmusił ją, by wstała i lawirując między spadającymi kawałkami ścian, sufitów, desek, a nawet mebli, ciągnął za sobą. Krztusiła się kurzem i potykała o własne nogi. Zastanawiała się, co właściwie próbował zrobić. Byli w śmiertelnej pułapce. Nie mieli już dokąd uciec. Wtem, zdała sobie sprawę, że byli w jakichś piwnicach. Sklepienie nad ich głowami drżało. Gdy tarcza Akkarina zniknęła, oboje oparli się o jedną z niewielu wciąż stojących ścian. Wiedzieli, że koniec był bliski. Pogodzili się z tym.

Wtedy jednak, w ciemności, która miała lada moment ich pożreć, oczy Akkarina rozbłysły. Zobaczyła, że patrzył na ceglany mur. Zamrugała, bo zdawało jej się, że cegły zaczęły się poruszać. Wtedy dotarło do niej, że to działo się naprawdę.

Pojawiło się przejście. Jedno z tych, które widziała setki razy, przemieszczając się tunelami. W wejściu stanął mężczyzna i Sonea aż otworzyła usta w niedowierzaniu.

Takan.

Jasnobrązowe oczy byłego służącego zatrzymały się na nich z ulgą, jednak sekundę później pojawił się w nich strach.

- Tędy...! - krzyknął.

Rzucili się w jego stronę. Akkarin wszedł jako ostatni. Przejście za jego plecami nie zdążyło się zamknąć, bo kolejny wstrząs ukruszył z niego część cegieł. Spowiła ich nieprzenikalna ciemność. Sonea poczuła, że Takan złapał ją za rękę. Ona po omacku odnalazła dłoń Akkarina i wspólnie zaczęli biec. Na oślep, bo żadne z nich nie było w stanie stworzyć źródła światła. Wtedy rozległ się niski ryk. Huk, który przeszył jej uszy. Był tuż nad nimi. Pod stopami czuła drżenie, które, gdyby straciła czujność, natychmiast by ją przewróciło. Zrozumiała, że musiało walić się coś bardzo dużego. I to coś mogło ich w każdej chwili zabić.

Jednak im dłużej biegli, tym dudnienie stawało się coraz odleglejsze.

Akkarin rozpalił nad nimi niestabilną, migoczącą kulę światła. Nie przerwali biegu.

W końcu, po czasie, który zdawał się wiecznością, Takan wyprowadził ich na zewnątrz. Mrużąc oczy, ujrzała przed sobą port. Wciągnęła do płuc wypełniony nim zapach i obejrzała się za siebie. Nad Gildią unosiła się czarna, potężna chmura dymu.

Usłyszała krzyk mewy. Zamrugała, czując na policzkach łzy. Jej wzrok przesunął się na Akkarina. On także patrzył w stronę skłębionych, czarnych obłoków. Odwrócił się i w jego oczach Sonea zobaczyła niedowierzanie. Jednocześnie poczuła, jak siły, które cudem zmusiły ją do biegu, opuszczają ją. Osunęła się w dół. Ostatnim, co widziała, był zrywający się w jej stronę Akkarin i zmartwione spojrzenie Takana.


Ocknęła się, słysząc szum fal. Nad głową miała niski sufit z desek, a po lewej stronie dostrzegła przybrudzone, niewielkie okno. Leżała na wąskiej pryczy, posłanej świeżą pościelą. Akkarin był tuż obok. Przekręciła się w jego stronę, a wtedy on przebudził się. Jego oczy przez moment śledziły jej twarz. Dostrzegła w nich spokój silny tak samo, jak morze, po którym płynęli. Przyciągnął ją do siebie w milczeniu. Gdy zacisnął wokół niej ramiona, poczuła, jak płacz podchodzi jej do gardła. Pozwoliła łzom spływać po policzkach. Akkarin całował każdą z nich, aż w końcu odszukał jej usta. Odpowiedziała na pocałunek z miłością, która niemal rozerwała jej serce. Poiła się jego dotykiem, smakiem jego warg i dźwiękiem jego niespiesznego oddechu. Po jakimś czasie kołysanie statku sprawiło, że oboje zasnęli.

Lan było dokładnie takie, jakie o nim czytała. Dzikie. Wilgotne. Górzyste i porośnięte gęstymi lasami. Do portu przybili po kilku dniach spokojnej podróży. Byli głodni, więc Akkarin zabrał ją do portowej tawerny. Dostali tam dziwnie wyglądające, choć przepyszne owoce morza. Zjedli w milczeniu.

Od czasu opuszczenia miasta niewiele rozmawiali. Jednak Akkarin często przyglądał jej się w zamyśleniu. Sonea cały czas miała wrażenie, że to, co się działo, nie mogło być prawdą.

Aż pewnego dnia opuścili gościniec, w którym wynajmowali pokój i udali się wyżej w góry. Kupili dom. Niewielki, lecz najwyraźniej wcześniej musiał mieszkać w nim ktoś bogaty, bo wyposażenie niewielkich pokojów nie pozostawiało nic do życzenia. Nie pytała, skąd miał pieniądze.

Dni mijały jej powoli. Delektowała się spokojem ich nowego świata. Nie istniało tam nic, co mogłoby ją zaskoczyć, a jednocześnie wiele rzeczy wprawiało ją w zachwyt. Dom był zbudowany na zboczu góry. Z tarasu widziała ciemnozielony las, który ich otaczał, a dalej morze, po którym snuły się niespieszne fale. Przyroda była dzika, zupełnie inna od tej znanej jej z Kyralii. W Lan nigdy nie nadchodziła zima, więc opuszczenie zmarzniętego, szarego Imardinu i wkroczenie w świat pełen obcych dźwięków, zapachów i kolorów, oszołomiło ją. Uwielbiała chodzić na spacery wijącymi się po górach ścieżkami. Uwielbiała słuchać śpiewu egzotycznych ptaków. Czasem obserwowała je, gdy przysiadały na balustradzie tarasu. Sięgała wtedy po szkicownik i próbowała uwiecznić je na kartce. Kiedyś, dawno temu, w innym życiu, gdy ukrywała się w Rezydencji Akkarina, zaczęła rysować. Okazało się, że nadal to lubiła.

W pewnym momencie przestała liczyć dni, które minęły od ucieczki z miasta. Bo to właśnie zrobili, uciekli. Nie potrafiła nazwać tego w inny sposób. Straciła rachubę, ale nigdy nie przestała myśleć o tym, co zostawili za sobą. Czasem zamykała oczy i widziała przed sobą twarz Lorlena. W jej wspomnieniach stał na środku Areny i patrzył na nią w niedowierzaniu i strachu, a na szyi miał świeże rozcięcie po nożu. Innym razem słyszała gniewny krzyk Einara i zastanawiała się, czy zdołał przeżyć. Jeśli tak, co czekało go w Gildii? Dużo myślała też o Cerynim i Savarze. Nie miała pewności, czy przeżyli walkę. Ostatnim razem, gdy ich widziała, na ich głowy sypał się popiół, a Cery żegnał ją dodającym jej otuchy uśmiechem.

Tęskniła za nimi.

Ale wiedziała, że decyzja, którą podjęli, była właściwa.


Zapadał wieczór i nad Lan zebrały się ciemne, gęste chmury. Powietrze było nasączone wilgocią i do razu można było wyczuć nadchodzącą burzę. Siedziała zwinięta w kłębek w fotelu z trawy morskiej i patrzyła przed siebie w zamyśleniu. Wnętrze domu rozbrzmiało dźwiękiem jego kroków i po chwili Sonea poczuła, jak Akkarin zatrzymał się w drzwiach. Odwróciła się i posłała mu uśmiech. Akkarin niedawno ściął włosy i jeszcze nie przywykła do tego, że kończyły mu się na ramionach. Wyglądał jednak tak samo przystojnie, jak zawsze.

Podwinął rękawy beżowej koszuli i podszedł do barierki. Był boso. Wyjrzał na nadciągające chmury.

- Powinniśmy chyba zamknąć okiennice - powiedział.

Sonea przez chwilę patrzyła na jego profil, myśląc o tym, co właśnie powiedział, aż w końcu roześmiała się. Posłał jej pytające spojrzenie. Widząc zdumienie malujące się na jego twarzy, zaśmiała się głośniej.

- Powiedziałem coś śmiesznego? - zapytał, marszcząc brwi.

- I tak, i nie - odparła, wstając.

Podeszła do niego, uśmiechając się. Zatrzymała się tuż przed nim i lekko zadarła głowę, by mu się przyjrzeć. Kolejny raz, którego nie była w stanie zliczyć, objęła wzrokiem jego ciemne oczy, ostre rysy jego twarzy i te kilka szczegółów, które znała na pamięć. Blizna nad jego okiem, linia jego brwi i drobna zmarszczka, która czasem pojawiała się w kąciku jego oczu. Położyła dłoń na jego policzku, a Akkarin odwrócił głowę, by złożyć na niej pocałunek.

- Uwielbiam mieć tylko takie problemy - mruknęła, czule przyglądając się jego wargom. Akkarin na moment zmrużył oczy.

Chwycił jej twarz w obie dłonie i szybko pocałował w usta. Następnie oparł czoło o jej własne. Sonea zamknęła oczy i w drobnej pieszczocie trąciła go nosem.

- Czy ty się ze mnie śmiejesz? - zapytał z uśmiechem, którego nie widziała, lecz usłyszała w jego głosie.

Pokręciła głową.

- Nie - odparła, unosząc powieki. Położyła dłonie na jego własnych. - Nie. Po tym wszystkim, w końcu mogę myśleć tylko o...

Zawiesiła głos. Akkarin przyciągnął ją bliżej. Ledwie musnął jej wargi. Wyczuła w nim oczekiwanie.

- ...o zamykaniu okiennic - dokończyła.

Akkarin zamarł, a ona, odsuwając się od niego, wybuchła śmiechem. Na moment w jego oczach pojawiło się niedowierzanie, po czym zacisnął usta w dezaprobacie. Zanosząc się śmiechem, umknęła do środka domu.

- Wracaj tu! - usłyszała za plecami.

Pisnęła z radością i rzuciła się przed siebie. W zamkniętym pomieszczeniu jej śmiech rozbrzmiał jeszcze głośniej. Akkarin podążył za nią i ledwie minęła próg ich sypialni, poczuła, jak otoczył ją w pasie ramionami. Odwróciła się, i wtedy Akkarin zrobił kilka kolejnych kroków. Jej kolana napotkały łóżko i osunęła się na nie, próbując złapać oddech. Opierając się na ramionach, Akkarin posłał jej kolejne spojrzenie, w którym było tyle samo rozbawienia, co nagany. Czuła, że od śmiechu bolała ją twarz. Zaczesała mu włosy za ucho i wtedy ją pocałował.

Mruknęła i wślizgnęła dłonie pod jego koszulę. Akkarin wsunął język między jej wargi i uniósł się na tyle, by dostać się do guzików jej spodni.

Jedyne, o czym myślała, gdy ją rozbierał, był dotyk jego dłoni i smak jego ust. Znała go na pamięć, a za każdym razem, budził w niej ten sam dreszcz pożądania. Jakby mogło być inaczej? Kochała go. Byli dla siebie stworzeni.


Leżeli na łóżku i Akkarin magią rozwinął moskitierę, która chroniła ich w nocy przez natrętnymi owadami. Deszcz mocniej zabębnił o parapet. Sonea wciągnęła w nozdrza zapach mokrego lasu. Akkarin przesunął palcem po udzie, którym oplatała go w pasie. Zamknęła oczy, czując nadciągająca falę znużenia.

- Podoba ci się tu? - zapytał nagle.

Zaskoczona pytaniem, przez chwilę milczała, z cieniem uśmiechu na ustach.

- Tak. Lubię ten spokój. Tę ciszę. Lubię to, że mam cię tylko dla siebie - przyznała.

Akkarin przelotnie pocałował ją w czoło.

- Mieszkamy tu już prawie pół roku. Myślałem, że moglibyśmy zobaczyć coś poza Lan.

Senność natychmiast ją opuściła. Uniosła się na ramieniu.

- To znaczy? - zapytała z zainteresowaniem. Lan był piękny i stanowił idealny kontrast dla tego, co zostawili za sobą, lecz przecież świat nie kończył się na tym półwyspie.

- Na początku wolałem udać się jak najdalej od Kyralii, ale teraz myślę, że możemy zaryzykować podróż do Elyne. Spodobałoby ci się tam - dodał z lekkim uśmiechem.

- Elyne? Jak tam jest? - Rozszerzyła oczy w zdumieniu.

- Teraz trwa tam lato, więc jest ciepło. Gościnnie. I mają tam rakę - wtrącił, na co Sonea wydała z siebie tęskny jęk.

Zaśmiał się i Sonea znów osunęła się na poduszki. Przez chwilę patrzyła w sklepienie ich łoża, aż w końcu, odwróciła się i kładąc rękę na jego nagim torsie, zapytała:

- A jeśli ktoś nas rozpozna?

- Kto? I dlaczego miałoby się tak stać? Nie zamierzamy przecież odwiedzać tych, którzy znali mnie wcześniej.

- Wiem... Ile zajmie podróż?

- Tydzień? Musiałbym popytać w porcie. Czy to znaczy, że chciałabyś tam popłynąć?

- Tak - powiedziała i spojrzała na niego.

Akkarin uśmiechnął się lekko. Na chwilę zapadła cisza, w której słychać było jedynie dźwięk uderzających w liście kropel i Sonea pomyślała, że tak właśnie wyglądało szczęście. Jak jego ciemne oczy, jak kącik jego uniesionej wargi, jak zapach deszczu zmieszany z zapachem jego skóry. Jak uczucie, które ogrzewało ją w środku i bicie jego serca, które czuła pod dłonią.

Spędzili w Elyne kolejne pół roku. Sonea nie ukrywała zachwytu.

Chciał pokazać jej wszystko, co było warte obejrzenia, lecz okazało się, że nawet tak długi czas nie dawał im tej możliwości.

Rozległe winnice, porośnięte niską roślinnością góry i rozciągające się z nich, zapierające dech w piersiach, widoki. Bagna i torfowiska. Starożytna zabudowa Capii. Wszystko to Sonea chłonęła z radością. Gdy przechadzali się korytarzami Wielkiej Biblioteki, jej oczy zachłannie śledziły każdy zakamarek. Spędzili tam prawie tydzień i Akkarin pokazał jej nawet księgi, które dawno temu sprawiły, że zapragnął podróży do Sachaki. Kiedyś te wspomnienia obudziłyby dawny ból, lecz teraz czuł zaledwie jego cień.

Pokazywanie jej tych miejsc było czystą przyjemnością. Akkarin nie mógł odpędzić od siebie myśli, że gdyby nie sposób, w jaki splotły się ich losy, gdyby nie szereg wydarzeń, który doprowadziłby ich do tego miejsca, Sonea nigdy nie miałaby okazji ujrzeć tego wszystkiego.

W końcu nadszedł ich ostatni wieczór w Elyne. Następnego dnia mieli popłynąć do Lonmaru. Sonea stała na wzniesieniu, z którego mogli oglądać niemal całą Capię. Ciepły wiatr targał jej włosy i ubranie. Miała na sobie białą kamizelkę, przepasaną paskiem, przewiewne spodnie, kończące się tuż za jej kolanami i wysokie za kostki buty z lekkiej skóry. Patrzył na jej plecy. W pewnym momencie Sonea odwróciła się w jego stronę. Uniosła dłoń, by zakryć oczy przed zachodzącym słońcem. Uśmiechnęła się do niego i, mimo że od walki w Imaridnie minął rok, Akkarin kolejny raz poczuł zdumienie, że Sonea wciąż przy nim była... Że wyrwał ją ze szponów śmierci.

Nic nie zapowiadało zmiany spokoju.

Do tamtego wieczora w Lonmarze.

Od kilku dni Sonea zdawała się nie być sobą. Uśmiech na jej ustach pojawiał się rzadziej, niż zdążył do tego przywyknąć. Gdy palące słońce zniżyło się na tyle, by dać im wytchnienie od panujących upałów, Sonea oznajmiła, że idzie na spacer. Przez chwilę zastanawiał się, czy za nią podążyć, aż w końcu poderwał się i dogonił ją, gdy była już na plaży.

Tutejsza przyroda była znacznie uboższa do tej w Elyne, więc wiatr rozpędzał się jeszcze mocniej.

- Soneo! - zawołał.

Gdy się odwróciła, poczuł na plecach zimny dreszcz. W jej oczach było coś niepokojącego. Coś, czego nie wiedział tam od dawna. Strach.

Tysiące nagłych myśli sprawiło, że jego żołądek wywrócił się na drugą stronę. Podbiegł do niej i zatrzymał się tuż przed nią.

- Co się dzieje? - zapytał z troską.

Sonea otworzyła usta, a wtedy jej dolna warga zadrżała. Jej oczy wypełniły się łzami. Pokręciła głową, jakby nie wiedziała, co powiedzieć. Złapał ją za ramiona i poczuł, że Sonea dygotała, jakby z chłodu.

- Soneo... - powtórzył jej imię głosem zniżonym do szeptu.

Wtedy się rozpłakała. Osunęła się na rozgrzany słońcem piasek i zaczęła szlochać, a jej ciałem wstrząsały dreszcze. Przestraszony, przykucnął obok niej i spróbował na nią spojrzeć, lecz ona ukryła twarz w dłoniach.

- Nie wiem, jak to się stało - wydusiła, zanosząc się płaczem. Zamarł w oczekiwaniu, bo nie miał pojęcia, o czym mówiła.

- O czym... - zaczął, lecz Sonea przerwała mu, podrywając głowę. W jej zaczerwienionych oczach błyszczał strach.

Chwyciła go za rękę i przyłożyła ją do swojego brzucha. Przez moment wpatrywał się w nią, zupełnie nie rozumiejąc jej zamiarów, gdy nagle do niego dotarło. Jego wzrok natychmiast przeskoczył na jej twarz. Sonea zacisnęła oczy, a po jej policzkach popłynęły kolejne łzy. Przysunął się do niej bardziej i jak w transie wniknął w jej ciało. Błyskawicznie znalazł potwierdzenie dla swoich przypuszczeń. Odsunął się, wciąż patrząc na jej brzuch.

Jak to możliwe? Przecież za każdym razem... Nie planowali tego... Nie rozumiał, w jaki sposób udało im się spłodzić dziecko, jednocześnie zabezpieczając się przed tym magią, ale jeszcze bardziej nie rozumiał jej reakcji. Dlaczego była taka przestraszona?

Kolejny szloch z jej ust wyrwał go z otępienia. Chwycił ją za rękę i zmusił, by na niego spojrzała.

- Dlaczego płaczesz? - zapytał cicho.

Pociągnęła nosem.

- Soneo... - wymówił jej imię i znów dotknął jej brzucha.

Powoli docierało do niego to, czego właśnie się dowiedział. Sonea nosiła w sobie ich dziecko. To oznaczało, że zostanie ojcem. Coś ścisnęło go za krtań. Owszem, był tam strach, ale tuż za nim nadeszło kolejne uczucie, znacznie silniejsze, które prędko przegoniło ogarniające go niepewności.

- Nie cieszysz się? - zapytał i Sonea musiała usłyszeć rozczarowanie w jego głosie, bo przestała płakać i wbiła w niego niepewne spojrzenie.

- Jak mam się cieszyć? - odpowiedziała pytaniem. - Przecież...

Urwała i spojrzała w stronę szumiącego morza. Jej brązowe oczy przez moment śledziły pojawiające się i znikające fale, by po chwili wrócić na jego twarz.

- Nie pamiętasz? Jestem Zabójczynią z Imardinu. Nie potrafię... - przełknęła ślinę, dławiąc kolejną falę płaczu - nie potrafią dawać życia. Potrafię je tylko odbierać...!

Pokręcił głową, lecz ona mówiła już dalej:

- Jak mam być... matką? Jak mogę... - urwała, gryząc wargi. - Nie wiem, co to rodzina. Nie wiem, jak wychowuje się dziecko. Nie wiem, czy potrafię kochać... kogokolwiek innego, niż ciebie. Nie wiem...

Przerwał jej, chwytając jej twarz w obie dłonie.

- Ciii... - szepnął. Zamknęła oczy, lecz wbrew temu, co się spodziewał, nie rozpłakała się.

Gdyby chciał, na palcach jednej ręki zliczyłby razy, gdy doświadczał widoku łez w jej oczach. Lecz jeszcze nigdy nie widział jej tak słabej i zagubionej. Jego Sonea zawsze była pewna siebie i nawet w tamtej odległej chwili, na Arenie, nie była tak przestraszona, jak teraz. Nie mógł jej się dziwić. Nigdy nie byłby w stanie zrozumieć tego, co musiała czuć w tym momencie, gdy stawiała czoła, jak się okazywało, największemu lękowi swojego życia.

- Wszystko będzie dobrze - powiedział, wkładając w swoje słowa pewność, którą czuł, patrząc na nią.

Przytulił ją do siebie i gdy objęła go, Akkarin nabrał głęboki oddech i uśmiechnął się do myśli o przyszłości, która na nich czekała.


Po jakimś czasie Sonea stwierdziła, że chciałaby wrócić do Lan. Podróż statkiem zniosła nie najlepiej. Większość czasu spędziła zwinięta w kłębek na łóżku, z miską u boku. Patrzył na jej pobladłą twarz i żałował, że nie mógł jej pomóc. Nawet magią nie potrafił złagodzić męczących ją mdłości i bólu głowy.

Jednak jakiś czas po powrocie do domu, Sonea zaczęła czuć się lepiej. Jej skóra odzyskała zdrowy kolor, a wtedy on zaczął zauważać kolejne zmiany w jej ciele. Przyglądał im się z rosnącym zachwytem, a także pożądaniem. Zdawało mu się, że jeszcze nigdy nie była taka piękna, jak wtedy, gdy rano zaparzała sobie rakę (przywieźli naprawdę spory zapach z Elyne). Pożerał wzrokiem jej, widoczne spod krótkiej koszuli nocnej, opalone nogi i zarys jej powiększających się piersi. A gdy przykładał dłoń do jej brzucha, czuł pod nią lekkie zaokrąglenie.

Świadomość, że nosiła w sobie jego dziecko, robiła z nim dziwne rzeczy. Pragnął jej mocniej, a jednocześnie dotykał jej ostrożniej, jakby bał się ją skrzywdzić. Sonea zbywała jego obawy śmiechem i gdy wdrapywała mu się na kolana, szybko zapominał o tamtych myślach.

Mijał czas, a on nie musiał już dotykać jej brzucha, by przekonać się, że rosło w nim nowe życie. Czując coraz mocniejsze ruchy ich dziecka, z dreszczem niepokoju zdał sobie sprawę, że czasu do rozwiązania pozostało coraz mniej.

Któregoś dnia, Sonea stała w kuchni i kroiła owoce. Nagle zobaczył jak zamarła i skrzywiła się lekko.

- Wszystko w porządku? - zapytał, odkładając kosz z zakupami, po które wysłała go do portu.

Posłała mu jedno z tych spojrzeń, które mówiły mu, żeby nie pytał znów o to samo. Jednak wtedy nabrała głęboki oddech, a wyraz jej twarzy zmienił się z pobłażania w zaskoczenie. Odłożyła nóż i zaparła się dłońmi o kuchenny blat. Podszedł do niej i zmierzył wzrokiem jej sylwetkę. Sonea westchnęła i wyprostowała plecy.

- Podobno to normalne. Na pewno zostało jeszcze dużo czasu - powiedziała i wróciła do krojenia.

ooo

Okazało się, że Sonea była w błędzie. Kilka godzin później trzymał ją za ramiona, a jej ciało przeszywały skurcze. W oczach miała łzy, pełne bólu, ale także strachu. Potrafił je rozpoznać i wiedział, że Sonea była przerażona.

- Nie dam rady - jęknęła. - Nie wiem, jak się rodzi dzieci...!

- Pójdę po znachorkę z miasta - powiedział i spróbował się podnieść, ale wtedy Sonea złapała go za rękaw z siłą, którą go zaskoczyła.

- Nie - powiedziała, a jej oczy rozszerzyły się. - Nie zostawiaj mnie.

- Może ona... - zaczął, lecz urwał, bo Sonea zacisnęła oczy i widział, jak z trudziła się, by nabrać do płuc głęboki oddech, a później powoli wypuścić go przez usta. - Może ona jakoś ci pomoże.

Nabrała kolejny, drżący oddech i zamaszyście pokręciła głową. Dobrze wiedział, że nie chciała zostać teraz sama, ale gdy widział ból, który odbierał jej mowę, czuł, że musiał coś zrobić.

- Zostań. Proszę - powiedziała, patrząc na niego błagalnie.

Został. Lecz poprosił mężczyznę zamieszkującego dom nieopodal, by ten jednak sprowadził znachorkę i jej pomocnice. Gdy wrócił do Sonei, w jej brązowych oczach zobaczył zmianę. Dobrze, że nie poszedł do miasta, bo chwilę później Sonea urodziła.

Trzymał na rękach tę różową, wijącą się istotkę i nie wierzył, że to działo się naprawdę. Noworodek zmarszczył twarz w grymasie niezadowolenia i zaczął płakać, jakby wołał matkę tym swoim cienkim, zachrypniętym głosikiem. Sonea osunęła się na łóżko i wyciągnęła ramiona. W zdumieniu przyglądał się, jak chwyta miniaturowe ciałko dziecka i przytula do siebie z wprawą, jakby była to najłatwiejsza rzecz na świecie. I zapewne tak było. Z oczu Sonei zniknął ból i pojawił się wyraz bezbrzeżnego zachwytu.

- Ciii... - wyszeptała, a po jej policzku potoczyła się samotna łza.

Maleństwo w jej ramionach niemal natychmiast zamilkło. Wstrzymał oddech i wtedy do pokoju weszły trzy kobiety. Widząc, że nie zdążyły na narodziny dziecka, powiedziały coś w niezadowoleniu, po czy przepędziły go za drzwi, mówiąc, że poród jeszcze się nie zakończył.

Wycofał się do salonu. Sonea podniosła wzrok ze spokojnej twarzy ich dziecka i odprowadziła go zmęczonym, błyszczącym od łez spojrzeniem. Gdy mijał próg, kącik jej ust drgnął.

Kilkanaście minut później kobiety opuściły ich sypialnię. Znachorka skinęła mu głową i posłała ledwie dostrzegalny uśmiech. Po lanersku oznajmiła, że obie były zdrowe.

Obie?

Akkarin zamrugał i niecierpliwie wszedł do pokoju, w którym Sonea leżała w czystej już pościeli. Oparta o poduszkę trzymała przytulone do swojego nagiego ciała dziecko, które z cichutkim posapywaniem piło z jej piersi. Przysiadł na brzegu łóżka i nagle poczuł, że drżały mu dłonie.

- Powiedziały, żeby jak najwięcej ją tak trzymać - powiedziała półszeptem Sonea i oderwała wzrok od malutkiej twarzy dziecka.

- Ją... - wyszeptał i pochylił się, by zobaczyć swoją córkę z bliska.

W pierwszej chwili, gdy ją ujrzał, nie zdążył zapamiętać żadnych szczegółów, ale teraz doskonale widział ciemne włoski na jej głowie. Oczy miała zamknięte. Odruchowo zaciskała piąstkę na podsuniętym jej przez Soneę palcu.

- Jest... - zaczął, lecz urwał, bo nie istniało słowo, które znał, a które byłoby w stanie wyrazić to, co czuł, gdy na nią patrzył. Na nie obie. Jego Soneę i jego nowo narodzoną córkę.

- Wiem - usłyszał jej mruknięcie.

- Jesteś niesamowita - powiedział i pochylił się, by ją pocałować. Odpowiedziała mu czułym, choć zmęczonym muśnięciem warg.

Gdy się odsunął, zobaczył, że dziewczynka przestała pić. Mrugając ciemnymi jak noc oczami, próbowała się rozejrzeć. Sonea podniosła ją i Akkarin zrozumiał, że chciała, by ją potrzymał. Przez moment pomyślał, że to zły pomysł. Mógł ją przecież upuścić. Była taka mała... Wtedy Sonea włożyła mu ją w ramiona i Akkarin odetchnął. Zdziwiło go, że wcale nie była taka lekka, jak się spodziewał. Jak mógł bać się ją chwycić? Nigdy przecież nie pozwoli, by stała jej się krzywda.


Saayla wniosła w ich życie coś, o czym dotychczas nie miał pojęcia. Niespodziewane poczucie odpowiedzialności za drugą istotę. Choć od dawna pragnął zapewnić Sonei bezpieczeństwo, to wiedział, że nie potrzebowałaby jego pomocy. Została z nim nie dlatego, że nie poradziłaby sobie sama, lecz dlatego, że go kochała. Wraz z pojawieniem się ich córki, Akkarin zrozumiał, jak bezbronne było życie, któremu wspólnie dali początek. Ze ściśniętym sercem obserwował, jak stopniowo poznawała otaczający ją świat.

Czasem łapał się na tym, że budził się w środku nocy i patrzył na pogrążoną we śnie twarz Saayli. W takich chwilach docierało do niego, jak wiele musiało się wydarzyć, by mogła być z nimi. Pamiętał moment, w którym stwierdził, że nie czekało go w życiu nic więcej. To była tamta noc na Arenie, kiedy patrzył w załzawione oczy Sonei, przekonany, że za chwilę umrze. Nawet później, gdy odpoczywali przed walką, nie ośmielał się marzyć o przyszłości. A jednak każda z tych chwil pchała go w stronę rzeczywistości, która teraz stała się jego codziennością.


Wraz z pierwszymi urodzinami Saayli, podjęli decyzję o przeprowadzce na wyspy Vin. Sonea zawsze chciała mieszkać blisko morza. Jego szum kojarzył jej się z bezpieczeństwem. Od pierwszej chwili, w której we wspomnieniach Akkarina usłyszała tamten dźwięk, zapragnęła je zobaczyć.

Akkarin jakiś czas wcześniej nawiązał współpracę z miejscowymi kupcami i pomagał im eksportować towary właśnie na Vin. Dzięki temu prędko znaleźli właściwe miejsce i pewnego dnia ruszyli dalej, zostawiając za sobą dom, w którym spędzili dwa lata swojego życia.

Na początku myślała, że Saayla była podobna do Akkarina nie tylko z wyglądu. Jednak z czasem okazało się, że pod czupryną jej czarnych włosów, za jej ciemnymi przenikliwymi oczami, kryła się zupełnie inna osoba. Akkarin żartował, że Saayla była wolnym duchem, zupełnie jak jej mama, ale Sonea widziała w niej coś więcej. Dziewczynka bywała głośna, pełna energii i radości, którą zarażała wszystkich wokół. Jednak równie często potrafiła zamilknąć i pogrążyć się w swoim świecie, do którego żadne z nich nie miało dostępu.

Sonea wtedy przyglądała się jej dziecięcej buzi i zastanawiała się, jak to możliwe, że kiedyś bała się kochać kogoś innego, niż Akkarina? Zdarzało się, że Saayla podnosiła na nią wzrok, zupełnie, jakby słyszała jej myśli.

- O czym myślisz? - pytała ją Sonea.

Dziewczynka wzruszała ramionami. Zamyślony wyraz znikał z jej twarzy i Saayla znów stawała się rozbieganą, szczebioczącą czterolatką, a Sonea nie mogła odpędzić od siebie myśli, że jej córka kiedyś będzie musiała dowiedzieć się, kim naprawdę byli jej rodzice. I kim była ona sama.


Był to jeden z wielu wieczorów na Ua-Lin. Sonea leżała w hamaku na tarasie, delektując się cichym szmerem fal. Akkarin stanął w progu. Podniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się pod nosem.

- Śpi? - zadała oczywiste pytanie.

- Zmusiła mnie do dwóch rozdziałów - powiedział, podchodząc bliżej.

- No tak, Wielki Mistrz przyjmuje rozkazy jedynie od tej bezlitosnej czterolatki - parsknęła, na co Akkarin posłał jej krzywą minę, pod którą, jak dobrze wiedziała, kryło się rozbawienie.

Chciała chwilę się z nim podroczyć, ale wtedy zauważyła, jak spoważniał. Zapatrzył się na zachodzące nad wodą słońce. Sonea usiadła i lekko zmarszczyła brwi.

- Znalazłem sposób, by skontaktować się z Lorlenem - powiedział nagle.

Zamarła, słysząc imię, którego nie wymawiali od tak dawna, że niemal zapomniała, jak brzmiało. Jednocześnie w jej sercu na nowo ożyła doskonale znana jej tęsknota.

- Jaki? - zapytała szybko.

- Możemy wysłać list przez kupców. Pytanie tylko... - uciął i nabrał do płuc powietrze w taki sposób, jakby miało ono ogromny ciężar - ...czy to dobry pomysł? Od ponad sześciu lat Lorlen myśli, że zginęliśmy w walce. Jeśli dowie się, że przez cały ten czas...

Sonea zsunęła stopy na drewniane deski tarasu i wstała. Akkarin opuścił spojrzenie na jej twarz.

Uciekając, skupili się na sobie. Na tym, jak wyglądałoby ich życie, gdyby zostali. Sonea nie wiedziała w nim dla nich przyszłości. Nawet gdyby oczyszczono ich z zarzutów, wątpiła, by mogła związać się z Wielkim Mistrzem. Nawet gdyby przymknięto oko na ich związek, nigdy nie dane byłoby jej zaznać pełnego szczęścia u jego boku. Akkarin musiał myśleć to samo, bo wspólnie uznali ucieczkę za jedyne możliwe rozwiązanie.

Wyrzuty sumienia przyszły później. Dopiero po kilku miesiącach Sonea zrozumiała, co tak naprawdę zostawili za sobą. Jednak wtedy było już za późno, by wracać. Jak mieliby spojrzeć Lorlenowi w twarz i wyznać, że podczas, gdy ten zmagał się z szalejącym w Gildii chaosem, oni podróżowali po Krainach Sprzymierzonych? Że kazali mu żyć w przekonaniu, że polegli wraz z Kariko?

Czas mijał. Ich życie się zmieniło i wiedzieli, że nie było już odwrotu.

Jednak słysząc jego imię, Sonea zrozumiała, że w tej chwili niczego nie pragnęła tak mocno, jak tego, by znów ujrzeć niebieskie oczy Lorlena. Zasługiwał na prawdę. Ich córka zasługiwała na to, by poznać kogoś, komu jej rodzice zawdzięczali życie.

Gdy zobaczyła go przed domem, serce w jej piersi podskoczyło radośnie. Zmienił się. A jednocześnie był taki sam. Gdy biegła w jego stronę, jego oczy patrzyły na nią w niedowierzaniu. Objęła go i poczuła na ustach szeroki uśmiech.


Sonea milczała już od dobrych kilku minut. Słońce dawno już zaszło i wraz z mrokiem poczuł na twarzy powiew chłodu znad morza. Wciągnął w nozdrza jego słony zapach i odetchnął. W głowie miał zbyt wiele pytań, by zadać je od razu. Postanowił zacząć od tego, z którym wiązało się najmniej jego własnych emocji.

- Ale... Takan? Skąd się tam wziął?

Akkarin westchnął cicho.

- Od zawsze miał przy sobie krwawy pierścień. Kiedy skazano mnie w procesie, ukrył go w bezpiecznym miejscu. Dopiero podczas walki dowiedział się, że wróciłem do miasta. Wykorzystał go, by nas dotrzeć.

Takan? Miał pierścień? To by wiele tłumaczyło... Jednak to nie miało teraz większego znaczenia. Dużo gorsza do zaakceptowania była świadomość, że podczas gdy on opłakiwał ich śmierć, Sonea z Akkarinem mieli się dobrze, ukryci poza granicami Kyralii. Ta wiedza niosła ze sobą ból, lecz jednocześnie ulgę. Widząc teraz ich twarze, nie potrafił się gniewać. Czuł jedynie smutek.

- Dlaczego... Mogliście jakoś dać znać, że... - urwał, bo zabrakło mu słów.

Sonea zacisnęła wargi i odwróciła twarz tak, że nie mógł dłużej jej widzieć. Akkarin jednak wciąż na niego patrzył i w jego oczach Lorlen widział żal.

- Nie mieliśmy pewności, że wiadomość do ciebie dotrze - powiedział cicho i wtedy Sonea poruszyła się nerwowo. - Po wszystkim, co się wydarzyło, chcieliśmy... Chyba po prostu uciec. Nie wiem, czy zrozumiesz naszą decyzję...

- Rozumiem, dlaczego uciekliście - wszedł mu w słowo, marszcząc brwi. - Nie rozumiem tylko dlaczego tak długo kazaliście mi żyć w przekonaniu, że zginęliście tamtego dnia. Ale być może nigdy tego nie pojmę. Nigdy nie miałem do stracenia tyle, co wy. I patrząc na was teraz, na waszą córkę...

Zamilkł, nie mogąc zebrać dalszych słów. Sonea odważyła się na niego spojrzeć i Lorlen poczuł nagłą falę znużenia. Był na nogach od kilkudziesięciu godzin i teraz gdy poznał wreszcie całą prawdę, uderzyła w niego skala własnego zmęczenia. Sonea, przenikliwa, jak zawsze, musiała to zauważyć.

- Wrócimy do tego jutro, dobrze? - zaproponowała, z nieśmiałym uśmiechem.

- Myślę, że to dobry pomysł - odparł, nie mogąc oderwać od niej wzroku.

Kiedyś wydawało mu się, że coś do niej czuł. I nawet jeśli było to prawdą, musiał pozwolić temu uczuciu umrzeć wraz z chwilą, w której zaakceptował ich śmierć. Patrząc na Soneę teraz, wydawało mu się, że oglądał zjawę z przeszłości. Jednocześnie zrozumiał, że jego serce mogło w końcu być wolne. Zwolniło się w nim miejsce, które przeznaczył na żal po kimś, kto wcale nie odszedł.


Przebudziła się w środku nocy z narastającym przeczuciem, że powinna zejść na dół. Wstała i najciszej, jak mogła, opuściła sypialnię. Podłoga w kuchni skrzypnęła pod jej stopami, gdy kierowała się w stronę otwartych drzwi tarasowych. Na zewnątrz znalazła Lorlena. Ten widok wcale jej nie zaskoczył.

Stanęła obok niego i spojrzała w ciemność, z której dobiegał jedynie jednostajny szum morza.

- Nie mogłem spać - powiedział.

Spojrzała na niego i w tej samej chwili Lorlen rozpalił maleńką kulę światła. Mogła dokładniej zobaczyć malujący się na jego twarzy smutek.

- Przepraszam - wydusiła ze ściśniętym gardłem. - Nie zasłużyłeś na to. Powinniśmy byli odezwać się już dawno temu. Masz prawo być zły.

- Nie jestem zły. Prawdę mówiąc, nie mogę wam się dziwić.

Zapatrzyła się na niego i znów, tak samo jak przed laty, pomyślała, że wystarczało jej jedno spojrzenie w jego błękitne oczy, by się przed nim otworzyć. Słowa same zaczęły płynąc z jej ust.

- Po walce myśleliśmy tylko o tym, by znaleźć się jak najdalej od Gildii. Widzisz... Byłeś pierwszym Magiem, który zmienił mój sposób myślenia o Gildii. Wcześniej zawsze wydawaliście mi się wrogami. Teraz wiem, że nie jesteście tymi, za kogo wam miałam, ale to nie zmieniło tego, że nigdy nie czułam się jedną z was. Nigdy nie byłam częścią Gildii i nie będę. A Akkarin...

Odwróciła się w stronę ciemności i zamyśliła nad kolejnymi słowami.

- Akkarin jest taki, jak ty - odezwał się niespodziewanie Lorlen. Rzuciła mu pytające spojrzenie. - Zawsze był inny. Zawsze kwestionował prawo Gildii i decyzje Magów. Zawsze... - urwał i uśmiechnął się tajemniczo do jakichś odległych wspomnień. - Myślę, że nigdy nie pragnął stanowiska Wielkiego Mistrza. Myślę, że go to męczyło, ale nie miał innego wyboru.

Skinęła mu głową, bo Lorlen wypowiadał na głos jej własne myśli. Wiedziała o tym od dawna, jeszcze zanim Gildia dowiedziała się o jej istnieniu. Pamiętała Akkarina, który zjawiał się w progu jej mieszkania i jedynym, czego pragnął był moment, w którym mógł przestać być głową Gildii. Moment, w którym mógł zapomnieć.

- Oboje wiemy, że robił to tylko po to, by mieć większą swobodę walki ze szpiegami - dodała. Lorlen przytaknął jej z poważnym wyrazem twarzy. - Pamiętasz naszą rozmowę, tuż zanim Savara wpadła do domu, mówiąc nam o Magach?

- Oczywiście.

- Powiedziałeś mi wtedy, że jesteś pewien, że gdy przyjdzie właściwy moment, Akkarin wybierze słusznie. Myślę, że wybrał w chwili, gdy zdecydował się na walkę z Ichanimi. I uważam, że oddał Gildii więcej, niż na to zasługiwała. Wtedy, na dachu Uniwersytetu, był gotowy zginąć. Ja także... Ale, gdy udało nam się przeżyć, żadne z nas nie chciało wracać do tego, co znaliśmy wcześniej. Mieliśmy dość.

- Każdy miałby dość po tym, co zgotowali wam Magowie.

- Nie czuliśmy się bezpiecznie - dodała. - Nie jestem pewna, czy zostałabym w mieście, nawet jeśli Akkarin zdecydowałby inaczej. Na szczęście oboje pragnęliśmy tego samego...

- I chyba to odnaleźliście, prawda? - zapytał, a z jego oczu zniknęła część tamtego przytłaczającego smutku. - Dziecko, dom...

Sonea zaśmiała się krótko.

- Nie planowaliśmy wszystkiego, co się wydarzyło, ale tak... Chyba znaleźliśmy to, co dało nam obojgu szczęście.

- Cieszę się. - Lorlen uśmiechnął się do niej i Sonea wiedziała, że mówił szczerze. W jego błękitnych oczach ożyła dobrze znana jej wyrozumiałość i to wywołało w niej kolejne wyrzuty sumienia.

- Przepraszam - powiedziała raz jeszcze. Lorlen znów się uśmiechnął. - Tęskniłam za tobą - wyznała, czując nabiegające do oczu łzy.

- Ja także. Cieszę się, że jesteś cała i zdrowa. Ale jest jeszcze ktoś, kto za tobą tęskni.

Zamarła i niemal natychmiast zrozumiała, kogo miał na myśli.

- Einar - wymówiła jego imię. - Przeczuwałam, że przeżył. Jak on się ma?

- Został Alchemikiem. - Sonea zrobiła wielkie oczy i Lorlen roześmiał się cicho. - Jest zdolnym, silnym Magiem. Napisał o was książkę.

- C-co? - wydukała, nie mogą uwierzyć własnym uszom.

- W Gildii wiele się zmieniło. Nie jest już tym samym miejscem. Balkan zrezygnował z pełnienia jakichkolwiek funkcji rok po waszym zniknięciu. Jego miejsce zajął Yikmo. - Zmarszczyła brwi, bo jedynymi Magami, których pamiętała, byli Balkan, Vinara i tamten jasnowłosy Uzdrowiciel. Nie mogła przypomnieć sobie twarzy Maga, o którym mówił Lorlen, ale nie chciała mu przerywać. - Vinara została przywrócona na stanowisko Arcymistrzyni. Osen zajął moje miejsce. A mi skapnęła się posadka Akkarina.

Słysząc to, Sonea znieruchomiała.

- Zostałeś... Oczywiście, jak mogłam nie domyślić się od razu! Wielki Mistrz Lorlen - powiedziała bardziej do siebie, obserwując lekki rumieniec wstępujący na twarz byłego Administratora.

- Vinara mnie przekonała...

- I dobrze zrobiła - powiedziała, uśmiechając się szeroko.

Lorlen rzucił jej wciąż lekko zakłopotane spojrzenie, po czym znów spoważniał. Odwrócił się do niej przodem i wziął głęboki oddech.

- Od walki nie miałem żadnych wieści od Ceryniego - powiedział. - Myślałem, że może ty...

- Nie... ale gdzieś tu - szepnęła, kładąc dłoń w miejscu, pod którym miała serce - czuję, że jest cały i zdrowy. Może... Może i z nim uda nam się nawiązać kontakt, a wtedy moglibyśmy spotkać się wszyscy. Tak, jak kiedyś. - Przed oczami zamigotał jej obraz, na którym zobaczyła ich przy stole. Cery szczerzył się w uśmiechu, Lorlen przewracał oczami, a Savara chichotała złowieszczo.

- Mhm... - mruknął Lorlen. - Kto wie, może im także powiększyła się rodzina.

Zamrugała, wyobrażając sobie małą kopię Cery'ego. Musiała zrobić śmieszną minę, bo Lorlen zacisnął usta, jakby powstrzymywał się od śmiechu. Sonea przyjrzała mu się, po czym wspięła na palce i otoczyła go ramionami. Przez chwilę trwał nieruchomo, jakby zaskoczony jej gestem, jednak po chwili drgnął i odwzajemnił uścisk.

W końcu puściła go i szybko starła z twarzy łzy wzruszenia. Nie powiedzieli już nic więcej. W milczącym porozumieniu oboje wrócili do swoich łóżek.

Gdy weszła do sypialni, natychmiast zrozumiała, że coś się zmieniło. Na środku szerokiego materaca leżała Saayla. Nogi i ręce rozrzuciła na boki, tym samym zajmując niemal całą wolną przestrzeń. Sonea wydała z siebie ciche westchnięcie i delikatnie przesuwając córkę, ułożyła się po drugiej stronie łóżka. Gdy oparła głowę na poduszce, zdała sobie sprawę, że Akkarin nie spał. Leżał na boku i przyglądał jej się lekko sennym wzrokiem. Przez chwilę patrzyła na niego, a serce w jej piersi unosiło się z każdym spokojnym oddechem ich córki. Uśmiechnęła się do niego, na co Akkarin uniósł w górę kącik ust. W końcu zamknął oczy i Sonea zrobiła to samo.

Jeszcze przez chwilę wsłuchiwała się w szum fal. Wiedziała, że mogła spać spokojnie.


To już... koniec.

Chyba nie myśleliście, że ich zabiję, prawda? Myślę, że, szczególnie ostatnio, potrzebujemy szczęśliwych zakończeń.

Dajcie proszę znać, co sądzicie? Starałam się zamknąć tę historię spójnym, satysfakcjonującym epilogiem, pytanie tylko, czy mi wyszło... ;)

Dziękuję, że byliście ze mną. Jestem wdzięczna za każde słowo. Dodają skrzydeł.

Dziękuję też mojej becie, kasiaeliza!

Dziękuję!