Patrzyłem na swojego ojca i musiałem przed sobą przyznać, że nigdy nie byłem z niego bardziej dumny.

Szeryf ubrany był w swój odświętny mundur. Jego medale błyszczały w słońcu, które wlewało się przez okna do salonu. Nie mogłem przestać na niego patrzeć.

- Co?

Spytał ojciec, mrużąc lekko oczy, zatrzymując ręce na brzuchu, po raz kolejny chcąc wygładzić idealnie wyprasowany materiał.

- Kocham cię.

Oczy taty zrobiły się na moment większe, a potem złagodniały. Na jego twarzy pojawił się ten uśmiech, z którym kiedyś spoglądał na mamę, a którym teraz obdarza od czasu do czasu Melissę, kiedy myśli, że nikt nie widzi.

- Ja ciebie też, dzieciaku.

Chwila ciszy jeszcze nigdy nie było pomiędzy nami aż tak komfortowa.

- Mama lubiła Melissę.

Powiedziałem w końcu.

- Na pewno cieszy się, że w końcu ruszyłeś do przodu, wiesz.

Ojciec wyglądał przez chwilę, jakby mu ulżyło.

- Twoja mama była… Claudia była całym moim światem, dopóki się nie urodziłeś. Potem pojawiłeś się ty i nagle miałem więcej niż niejeden miliarder. Jej śmierć… Wiesz sam, jak było. Ale Melissa… jest dobra. Tak myślę.

- Jest. Na pewno będziecie razem szczęśliwi. I cieszę się, że w końcu wyjąłeś głowę z piasku i poprosiłeś ją o rękę.

Poklepałem tatę po ramieniu, uśmiechając się do niego szczerze.

Po chwili ojciec znowu zaczął nerwowo strzepywać nieobecne pyłki z munduru, dlatego pojawienie się trzeciej osoby było wybawieniem.

- Auto jest gotowe. Jedziemy?

Spytał Scott, dzwoniąc kluczykami.

- Możemy jechać.

Stwierdził John po tym, jak przejrzał się w wstawionym do salonu dużym lustrze.

Scott uśmiechnął się pokrzepiająco.

- Cieszę się, że to robicie.

Powiedział cicho, zerkając na mnie przelotnie.

Ojciec uśmiechnął się delikatnie i ścisnął bark Scotta, kiedy przechodził obok niego. Patrząc na to, jak McCall wyszedł z ojcem, wsiadając po chwili w auto na siedzenie kierowcy, czułem… pewnego rodzaju pustkę.

Cieszyłem się ze szczęścia ojca. Cieszyłem się, że w końcu będzie miał kogoś przy sobie dwadzieścia cztery godziny na siedem, a nie tylko co jakiś czas na weekend, kiedy znalazłem czas, by wyrwać się z uczelni. Cieszyłem się z tego, ale…

Ale brakowało mi mojego brata.

Brata, który teraz naprawdę będzie moim bratem, o czym kiedyś marzyliśmy bez przerwy. Brata, którego zawsze chciałem, a którego nie było przy moim boku, kiedy nasze marzenie ze szczeniackich lat w końcu się spełniało.

Z westchnięciem zamknąłem za sobą drzwi domu na klucz i pognałem do samochodu, w którym ojciec wyglądał, jakby zobaczył ducha.

Pod urzędem zawsze stało dużo aut, ale tego dnia parking był wręcz przepełniony.

Ojciec i Melissa nie chcieli dużego wesela, ale posterunek i szpital nawet nie chciał o tym słyszeć.

Poza tym, chyba każdy w mieście chciał być świadkiem tego wydarzenia, co najmniej jakby zbliżał się ślub królowej Anglii albo innego monarchy.

W ceremonii brali udział wszyscy współpracownicy ojca, oprócz tych, którym akurat wypadał patrol. W pomieszczeniu siedzieli już lekarze, koleżanki Melissy z pracy, Deaton z siostrą, Isaac i Camden, którzy od razu przybiegli się przywitać.

Scott szukał wzrokiem Allison, która razem z Lydią i Kirą zajmowały się jego mamą, a ja nie mogłem przestać wypatrywać w tłumie…

- Szukasz Dereka? - Spytał Camden. - Laura powinna go tu za chwilę przywieźć. Byli jeszcze sprawdzić coś z cateringiem.

- Erica?

- Lydia zrekrutowała ją do pomocy. Boyd chyba został poświęcony jakimś bożkom.

Stwierdził Isaac, robiąc przerażoną minę.

Parsknąłem krótkim śmiechem, wzdychając wewnątrz z ulgą. Bałem się trochę, że Derek może będzie zbyt przerażony, by przyjechać tutaj i stanąć u mojego boku jako plus jeden. Wiedziałem, że to irracjonalny strach, w końcu nasz związek szedł do przodu powoli i stabilnie, jednak wciąż nie mogłem pozbyć się tego dziwnego uczucia.

Może to wina sytuacji. Stresowałem się. Chciałem, żeby jego ojciec był szczęśliwy. Żeby Melissa była szczęśliwa. Scott, również. I ja sam chciałem być szczęśliwy.

Ale wiedziałem, że część mnie samego już nie będzie taka sama. Nie, tak długo jak Scott nie będzie w moim życiu jak kiedyś.

Co dziwne, nie popłakałem się podczas ceremonii, ani nawet podczas samej przysięgi.

Czułem, jak moje gardło ściska się, gdy ojciec i Melissa powiedzieli sobie „tak", ale nie popłynęły żadne łzy. Czułem też na sobie czyjś wzrok, lecz gdy tylko odwróciłem głowę, by poszukać tej osoby, dziwne uczucie znikło. Podejrzewałem jednak Scotta, więc zerknąłem na niego przelotnie.

Scott siedział obok Kiry i wyglądał, jakby usilnie próbował nie odwrócić głowy w moją stronę. Kira właśnie wypłakiwała sobie oczy i nie mogłem się na ten widok nie uśmiechnąć. Smutno, ale jednak.

Ścisnąłem mocniej dłoń Dereka, która przez całą ceremonię spoczywała na moim kolanie, a kiedy ten zobaczył, w którą stronę patrzę, odwzajemnił uścisk.

- Wszystko w porządku?

Szepnął, gdy w sali wybuchły oklaski, kiedy pan młody pocałował pannę młodą.

- Tak.

Odpowiedziałem cicho, dołączając do szczęśliwych wiwatów.

Nie spojrzałem ponownie na Scotta, chociaż czułem, że gdybym to zrobił, nasze spojrzenia by się spotkały.

Wesele było skromne.

Szeryf nie chciał organizować imprezy na całe Beacon Hills i wszyscy to rozumieli. Miał już swoje lata i teraz większość rzeczy była dla niego męcząca. Zwłaszcza biorąc pod uwagę jego zawód.

Ulubiona burgerownia ojca wypełniła się więc gośćmi po długim i ciągnącym się w nieskończoność procesie rozdawania prezentów i kwiatów na parkingu urzędu. Całe zastępy policjantów, strażaków, lekarzy i pielęgniarek, a także wielu, wielu innych ludzi, którzy znali lub zawdzięczali coś Johnowi lub Melissie, stały w kolejce po to, by powiedzieć chociaż jedno słowo młodej parze. I naprawdę zabawnie było obserwować przerażonego Johna Stilinskiego, który w zasadzie nie wiedział co ze sobą robić. Trzymał się ramię w ramię Melissy i dziękował krótko każdemu, podczas gdy Melissa świetnie radziła sobie z sytuacją. Znając ojca, na pewno chciałby już usiąść w fotelu i obejrzeć z Melissą mecz, albo w zasadzie być wszędzie tam, gdzie nie ma tylu ludzi.

Zgodnie z moimi i Melissy zastrzeżeniami, wśród pokarmu dla gości nie było jedynie tłustych burgerów, ale również pożywne, dobre dla serca dania, którymi ojciec mógł pod moim okiem zajadać się w nieskończoność.

Nowożeńcy nie chcieli alkoholu na swojej imprezie, więc cała zabawa trwała relatywnie krótko. Towarzystwo raczej się mieszało i byłem nawet zdziwiony, że ludzie tak chętnie ze sobą rozmawiają na trzeźwo.

- Dobrze się czujesz?

Spytałem ojca, widząc go jak właśnie odetchnął głęboko po długiej rozmowie ze swoim przyjacielem z młodzieńczych lat.

- Całkiem nieźle.

Szeryf poklepał mnie po plecach i uśmiechnął się szczerze. W kącikach jego oczu było mnóstwo zmarszczek i nie mogłem uwierzyć, jak czas szybko mija.

- Dobrze się bawisz?

Zapytałem, poprawiając Johnowi przekrzywiony krawat.

- Tak. A ty? Derek?

- Pewnie. Derek jest wręcz przeszczęśliwy, że może porozmawiać z babcią. Albo raczej babcia jest przeszczęśliwa, że może pomęczyć Dereka.

John parsknął, patrząc w stronę mojego chłopaka maltretowanego przez jego matkę.

Babcia była na początku odrobinę zdziwiona, gdy dowiedziała się, kim będzie moja osoba towarzysząca i gdy już upewniła się, że to nie tylko kolega. Szybko jednak otrząsnęła się z szoku i oznajmiła, że „jeśli ten twój cały chłopak będzie choć trochę tak przystojny jak ty, to może nawet z nim zatańczy". Okazało się, że rzeczywistość przerosła jej oczekiwania i była wręcz wniebowzięta, gdy przedstawiłem jej Dereka.

- Stiles, gdybym wiedziała, że znalazłeś sobie takiego przystojnego mężczyznę, to poprosiłabym cię o poznanie mnie z jego kolegami!

- Babciu!

Erica zaśmiała się głośno zza moich pleców. Pomyślałem, że mogła właśnie poznać swoją idolkę.

Za oknami było już ciemno i wiedziałem, że za niedługo skończy się cała zabawa.

- Stiles, pomożesz pakować jedzenie do pojemników i zaczniecie rozdawać je gościom?

Spytała Melissa, podchodząc do mnie i ojca. Pocałowała go krótko w usta, a ja nie mogłem się nie uśmiechnąć.

- Dobrze, mamo.

Pielęgniarka wywróciła oczami, ale widziałem w jej oczach szczęście.

Pakowanie jedzenia odbywało się za przy ladzie i z lekkim przerażeniem odkryłem, że zajmował się tym Scott. Kiry nie było nigdzie w zasięgu wzroku i nie wiedziałem, czy to było celowo zorganizowane przez Melissę, czy przez wszystkich. Nie wierzyłem w ślepy przypadek.

- Twoja mama oddelegowała mnie do pomocy.

Powiedziałem cicho, stając od niego w odpowiedniej, miałem przynajmniej nadzieję, odległości. Zabrałem kilka pojemników na jedzenie i, nie czekając na odpowiedź, zająłem się pracą.

- To też teraz twoja mama.

Usłyszałem po chwili ciszy pomiędzy naszą dwójką. Uniosłem lekko brwi i zerknąłem w stronę młodej pary.

- Jakby nie patrzeć.

Odpowiedziałem, wracając do roboty.

Nie chciałem na niego patrzeć, bo nie wiedziałbym, co ze sobą zrobić. To i tak był sukces, że Scott odezwał się chociaż słowem. Może i dobrze zrobiłem, bo chociaż widziałem kątek oka, jak Scott kilka razy próbuje coś znowu powiedzieć, nie odezwał się ani słowem.

Może tak było lepiej.

Może to takie nasze ciche pożegnanie.