ROZDZIAŁ 21


Dni zmieniały się szybciej niż nastroje Abraxasa. Nim się obejrzałem stałem u jego boku w oczekiwaniu na jego Bożonarodzeniową parę. Wyglądało na to, że w tym roku Klub Ślimaka poszerzył trochę listę gości na coroczne spotkanie. Nie zdziwiłbym się, gdyby połowa uczniów postanowiła spędzić ferie świąteczne w Hogwarcie z tego właśnie powodu. Nie żeby mi to przeszkadzało. W tłumie łatwiej będzie można zniknąć. Westchnąłem ciężko na myśl, iż mam uczestniczyć w tej całej szopce Slughorna.

W końcu, po długim oczekiwaniu i zerkaniu co parę sekund na zegar, Abraxas odwrócił się w moją stronę. Zdawałoby się, że dostrzegłem w jego osobie coś na kształt zdenerwowania.

Uniosłem wysoko jedną brew.

- Czy ty masz tremę? - zapytałem widząc jak stara się nie poprawić swoich włosów po raz setny, mimo iż leżały tak samo idealnie jak zwykle.

- Nigdy w życiu, Tom. Ja i trema? Pff, chyba sobie żartujesz - zaśmiał się co zabrzmiało trochę histerycznie - lepiej spójrz na siebie.

- A co niby jestem ze mną nie tak? - Przygładziłem mój nowiutki płaszcz.

- Och, Tom - pokręciło głową - wzniecisz pożar od ciągłego pocierania tej szaty. Ja rozumiem, że nie możesz się doczekać pozbycia się dzisiaj swojego ubrania, ale może poczekaj aż twój "Książę" będzie w pobliżu. Ostatnio wygląda jakby czekał na to od wieków - zaśmiał się, jednak po chwili jego śmiech przycichł na rzecz czarującego chichotu. Był to jasny znak, że skończyło się jego towarzystwo.

- Nie zatrzymuje cie, widzę że i ty masz ochotę na małe co nie co dziś w nocy.

W odpowiedzi jedynie puścił mi oczko, z miną mówiąca: "tylko znowu niczego nie zchrzań", po czym zniknął w ramionach tego cholernie radosnego Francisa.

Postanowiłem, że po ostatnich wydarzeniach należy mi się chwila relaksu i rozluźnienia więc nie ociągając się skierowałem się ku miejscu, gdzie odbywał się bal, bo inaczej nie dało się oddać ogromu dekoracji i przepychu.

Zaledwie zrobiłem pięć kroków, gdy już zostałem porwany przez czyjąś dłoń chwytająca mnie za ramie. Nie ukrywam, że nie była to dłoń o której marzyłem. Bowiem należała do profesor Hooch.

- Witamy spóźnionego młodzieńca, ale dość już stania w tych drzwiach - pociągnęła mnie w głąb tłumu, tak szybko, że nie byłem w stanie nawet rozpoznać osób które mijałem. - Czekają już tylko na ciebie, przecież bez tak wybitnego ucznia zdjęcia nie można zrobić.

O nie, nie - pomyślałem. - Tylko tego mi brakowało. Na pewno przez następne pół wieku będę wisiał nad biurkiem w gabinecie Slughorna, kiedy to on będzie się chwalił swoimi kolejnymi uczniami.

Chciałem się już wycofać, kiedy madame Hooch wepchnęła mnie w ramiona stojącej nieopodal postaci. Gdyby ten ktoś mnie nie złapał pewnie zaliczył bym piękne spotkanie z podłogą. Jak się okazuje święta to czas magiczny, bardziej niż każdy dzień z życia czarodzieja w miejscu takim jak Hogwart, więc nie mogło przecież być inaczej. Ramiona i reszta zresztą ciała z którym niemal się scaliłem, należała do nikogo innego jak Harry'ego Prince'a!

Kiedy wreszcie udało nam się wyplątać ze swoich kończyn i materiałów naszych szat, profesor Dumbledore odchrząknął informując wszystkich, iż zaraz zrobi zdjęcie. Jego fantazyjna szata, pomimo, że pełna była ognistych stworzeń niezwykle pasowała do profesora. Zdawałoby się, że ktokolwiek ją stworzył zrobił to z myślą o tym właśnie magu.

Próbowałem się odsunąć, gdy tylko oderwałem od Feniksów swoje oczy, by uciec z centrum kadru i choć trochę od Prince'a. Miałem wrażenie, że gdy będę dłużej tak stać moja szata na pewno spłonie od żaru, jaki buchał od miejsc z którymi stykały się jego dłonie. Nie udało się jednak tego zrobić, bo wciąż trzymał materiał mojego płaszcza, tak by nikt tego nie dostrzegł. Gdybym odchylił się o cal do tyłu moje plecy spotkały by się z jego torsem. Podkręciłem głową by pozbyć się tych myśli.

Nadal byłem oszołomiony, przez co gdy Dumbledore powiedział "uśmiech' mimowolnie uśmiechnąłem się . A uśmiech nie znikł z mojej twarzy nawet wtedy, gdy wszyscy się rozeszli. Tylko ja i on zostaliśmy tak jak wcześniej, niemal jakbyśmy zmienili się w kamień.

Wiedziałem, że od tej chwili będzie zależeć nasza przyszła relacja, przecież ostatnie dni unikaliśmy się nie bez powodu. Każdy z nas czuł, że to był ten moment by przemyśleć wszystko i stwierdzić, czy jesteśmy w stanie znieść ewentualne konsekwencje oraz niebezpieczeństwo wynikające z naszego bycia razem. A nie ukrywając opętanie przez moje drugie bardzo źle ja nie należało do codziennych sytuacji obok których można przejść obojętnie.

Okręciłem się lekko w jego stronę. Nie bylem jeszcze gotów spojrzeć mu prosto w oczy, chociaż dobrze zdawałem sobie sprawę, że zarówno On jak i ja podjęliśmy ostateczną decyzję. Czułem to. Pewność siebie niemal biła od sylwetki Prince'a, mieszała się z tą specyficzna siła jego magi tworząc odurzającą aurę, w której teraz tonąłem.

Schyliłem głowę pozwalając włosom opaść lekko na moje oczy.

- Harry - zacząłem cicho chcąc jakoś powstrzymać to dziwne drżenie w moim głosie - wiem, że ostatnio wydarzyło się wiele niepojętych rzeczy, wiele złych rzeczy, za które odpowiedzialny jestem ja - wiedziałem, że jeśli teraz tego nie powiem to już być może nigdy mi się to nie uda - nie zmienię faktu, że Voldemort jest gdzieś w głębi mojego umysłu i nawet w tej chwili walczy o zawładniecie nad moim ciałem. Jedyne co mi pozostaje to zaakceptować ten fakt i nie pozwolić mu na to. Może i jestem w jakiś sposób silny, jednak już w Komnacie spostrzegłem, że moja siła tu nie wystarczy. - Wziąłem głęboki wdech ośmielają się by podnieść wzrok z moich butów i przenieść go na Prince'a. - Nie mogę cię prosić byś trwał przy mnie, ale chcę byś wiedział, że jeśli zostaniesz to nie pozwolę by Voldemort zniszczył coś co jest dla mnie ważniejsze od jakiegoś rodowego skarbu czy chwały. Nie pozwolę mu by skrzywdził kogoś dla kogo wyrzekam się potęgi mrocznej magii. Musisz wiedzieć, że nigdy już cię nie skrzywdzę, Harry, a tym bardziej nie pozwolę, by zrobił to On - Mój wzrok w końcu dosięgnął celu. I miałem wrażenie, że to wszystko jest snem. Harry uśmiechał się. Ale nie złośliwie, nie wyśmiewając, w jego pięknych oczach nie było ani odrobiny szyderstwa, za to pełno w nich było łez. - H-harry...?

- Cicho już bądź, ty głupku - wyszeptał przez ściśnięte gardło wciąż z szerokim uśmiechem - przecież wiem! - Pociągnął mnie za szatę bym mógł wpaść w jego ramiona.

- N-nie tutaj...

- Nikogo tu już nie ma - nie musiałem rozglądać się by uświadomić sobie że ma rację. Wszyscy już dawni zniknęli by rozpocząć bal. - Tom, dziękuję za to co powiedziałeś. - Nagle jakby dotarł do mnie sens mojej przemowy, niemal spaliłem się ze wstydu. - To tylko potwierdziło moją decyzję - ukryłem twarz w zagłębieniu jego szyi. - Dlatego, Tom, możesz mnie prosić o cokolwiek zechcesz, nie ważne jak bardzo samolubna byłaby to prośba. Ufam ci, bezgranicznie. I zostanę z tobą. Wiedz, że nigdy nie opuszczę cię z własnej woli - wiedziałem, że jego słowa są prawdziwe, lecz jakaś dziwna trwoga przez ułamek sekundy ukuła mnie w serce. Nie bez powodu dobrał tak słowa.

Nim zacząłem rozważać ich znaczenie, oraz czy powiązane jest to z faktem iż pochodzi z innego czasu, ujął moją twarz w swe dłonie, a wtedy wszystkie myśli wyparowały z mej głowy. Oddałem się zupełnie uczuciu jakie zawładnęło moim ciałem.

- Harry, Harry mój chłopcze, gdzie ty jesteś? - wołał ktoś mnie, ale jakoś tak się złożyło, że było mi to zupełnie obojętne w tym momencie. Jakby nie patrzeć miałem ciekawsze rzeczy do roboty niż przejmowanie się tym, że ktoś mnie szuka. Może gdybym aż tak też nie wczuł się w namiętne całowanie Toma, jakby jutra miało nie być, to bym się zorientował, że to, iż ktoś mnie szuka, znaczy że może mnie też znaleźć. Może dzisiaj Merlin nade mną czuwał, ponieważ gdyby ktoś inny niż Albus Dumbledore nas nakrył, to zapewne usłyszałbym coś innego niż - O tu je... Wielkie nieba! To może ja wrócę za chwilę... ale na Merlina Harry, ja rozumiem młodość i te sprawy - jego głos cichł, gdy jednak stwierdził, że może się lepiej oddalić i poczeka w innym miejscu - ale jakby nie patrzeć jesteś tu służbowo! Ech, co ja mam z tą młodzieżą... Czekam przy głównym stole! - zawołał tonem mającym oznajmić, że długo nie będzie czekał.

Tom chyba usłyszał to ostatnie zdanie bo nagle zamarł i otworzył szeroko oczy.

- Czy tu właśnie był profesor Dumbledore? - zapytał unosząc jedną brew - Czemu niczego nie zrobiłeś?

- Nie przejmuj się nim - złożyłem delikatny pocałunek na jego policzku co spowodowało u niego ciarki. - Albus nie dowiedział się o niczym, o czym wcześniej już by nie wiedział. Nie musimy się nim przejmować.

- Skoro tak twierdzisz, jednak nie będzie długi na ciebie czekać. Lepiej idź do niego - Tom ułożył moje włosy, które moment wcześniej zostały potargane przez jego dłonie. Ja natomiast wygładziłem jego ubranie. Nie miałem wcześniej okazji się jemu przyjrzeć więc nagle mnie zamurowało.

Pod płaszczem, który obecnie leżał u naszych kostek, Tom miał na sobie czarną, jak najmroczniejsza noc szatę. Nie była to jednak byle jaka szata. Była idealnie skrojona więc podkreślała każdy atut jego ciała. Merlin mi świadkiem, że wyglądał teraz jak młody bóg. Podniósł dłoń by ogarnąć też swoje włosy, bo jakby nie patrzeć nie pozostałem mu dłużny w tej sprawie, a świat nagle jakby postanowił zwolnić. Dokładnie widziałem jak napinają się mięśnie pod górną, wyjątkowo przyległą, częścią jego ubrania. Spod rękawa wysunął się szmaragdowy mankiet koszuli. Moja dłoń niemal mechanicznie odpięła guzik pod jego szyją, poczułem potrzebę by sprawdzić, czy rzeczywiście ubrany jest w koszule w kolorze moich oczu.

Tom powstrzymał mnie jednak przed dalszym rozpinaniem jego guzików, stwierdził, że "to może poczekać" oraz "przyjrzysz mi się później". Pod słowem "później" jednak kryło się coś co sobie zaplanował. Gdyż ton jakim powiedział to słowo sprawił, że zapomniałem jak się oddycha.

Po tym wszystkim wziął swój płaszcz i narzucił na ramiona. Przyjrzał mi się uważnie jakby sprawdzając czy wyglądam wystarczająco dobrze.

- Wystarczy, że będziesz w pobliżu, Tom. Wtedy nikt nawet nie spojrzy na mnie.

- To był komplement? - Zaśmiał się cicho. - Chyba czas na ciebie.

- Poczekaj - złapałem go za rękę kiedy zaczął iść w stronę przyjęcia. - Jeśli tak pójdziemy to od razu się domyślą co zaszło. - Dotknąłem opuszkiem palca jego spuchniętych warg. - Jego oczy zabłysły, kiedy zrozumiał co mam na myśli. Wyszeptałam cicho zaklęcie kojące uwalniając magię bezróżdżkową. Przybliżyłem się nie puszczając jego dłoni i pocałowałem te czerwone wargi. Chłód łagodził ból.

- Widzę, że nie możesz mi się dzisiaj oprzeć - rzucił Tom kiedy zaklęcie przestało działać.

- Och, Tom. Ja nie mogę ci się oprzeć od tamtej nocy w barze, nie widziałeś? - rzuciłem mu czarujący uśmiech numer trzy, pod mocą którego powinny zmięknąć mu kolana. Tom jedynie pokręcił głową z cieniem uśmieszku błądzącym na ustach.

- Chodźmy już lepiej, bo niedługo znowu zaczyna cię szukać.

Bądź co bądź musiałem przyznać mu rację i wrócić do rzeczywistości.

Jak się spodziewałem nikt, poza Albusem oczywiście, nie czekał na nas. Wszyscy zajęli się rozmowami, tańcami czy też popijaniem ponczu, który sądzą po radości jaką towarzyszyła konsumujących go uczniom, składał się co najmniej z paru czarek ognistej.

Odczekałem chwilę, pozwalając Tomowi pójść jaki pierwszemu, by nikomu nie wydawało się, że pojawiliśmy się nagle razem. Dołączyłem do dyrektora, który prowadził żywą dyskusję z Albusem.

- ... więc zrozum jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem co przyniosła ta sowa.

- To niesamowite, Albusie - Dippet, aż pociągnął większy łuk ze swojego pucharu. - Musisz mieć cichych wielbicieli, w końcu nie każdy dostałby tak magiczna szatę! Jak myślisz, kto sprawił ci taki prezent? - Albus nie zdarzył odpowiedzieć, lub po prostu nie miał takiego zamiaru, gdyż gdy tylko mnie ujrzał pomachał do mnie żywo.

- Dobry wieczór, dyrektorze - skłoniłem się lekko straszeni czarodziejowi, a ten czknął głośno w odpowiedzi.

- Ach, Harry - kolejne czkniecie - miło cię w końcu ujrzeć. Coś nie spieszyłeś się dzisiaj.

Albus uśmiechnął się do mnie z tym dziwnym błyskiem w oku, jednak, na moje szczęście, nic nie powiedział.

- Ale to nic nie szkodzi! Specjalnie przełożyłem uroczysty taniec żebyś mógł dołączyć, Harry. Nie musisz dzięk-kować!

Nie miałem takiego zamiaru. Niestety Dyrektor nie żartował.

- Albusie, poinformuj wszystkich, że zaczynamy. A ty, Ha-rry... - czknął ponownie - idź szybko znajdź swoją parę. Jeśli nie mylę to trafił ci się Tom Riddle w tym roku. Taki zacny uczeń... Jaka szkoda, że to ostatni jego rok. Ale cóż poradzisz! - Dyrektor zachwiał się lekko więc chwyciwszy go pod ramię odprowadziłem do głównego stołu, by mógł przysiąść na chwilę. - Leć już, Harry. Mam stąd idealny widok więc będę widział kiedy nie zatańczysz! - Może i jego groźba by mnie przestraszyła, ale byłem pewnej, że nie zorientowałby się nawet gdyby nagle przed jego nosem urządzono wyścigi hipogryfów.

Bądź co bądź możliwość zatańczenia z Tomem bez potrzeby chowania się brzmiała kusząco. Więc znikłem nim dyrektor zdążył opanować swoją czkawkę.

Może i nie byłem mistrzem tańca, a znajomości walca czy innych jego kombinacji nie miałem w małym palcu, to Tom po raz kolejny pokazał, że jest chodzącym ideałem. Perfekcją w samym tego słowa znaczeniu. Zastanawiałem się, czym na Merlina sobie zasłużyłem by go spotkać na swojej drodze. Czy był to nagroda za te wszystkie lata wojny, walki i strat przez które musiałem przejść?

Chciałem się jakiś za to odwdzięczyć. Podarować Tomowi coś, co będzie o mnie przypominać każdego dnia. Coś, co będzie miało dla niego większą wartość niż kupony na wszystkie słodycze z Miodowego Królestwa, które chciałem mu wręczyć w te święta.

Co takiego, mógłbym mu dać? - Pytałem sam siebie wirując z Tomem w ramionach, prowadzony jego pewnym krokiem.

Pytanie to nie opuściło mnie nawet wtedy, kiedy tuż po północy postanowiliśmy się wymknąć, aby spędzić resztę tej nocy, na nieco innych... hmm, czynnościach.


Dziękuję ShinoYukino za przymomniene mi o tej historii 3