Nad jego miastem, obróconym w popiół, kurz i gruz, obleczonym w poczerniały całun utkany ze zgliszcz domów, tańczyły myśliwce. Zwrotne, wiedzione czujnym okiem i zręcznymi dłońmi zaciśniętymi na sterach, przecinały pochmurne niebo jak ogromne drapieżne ptaki, mknąc wśród wiatru w jednym, prostym zadaniu; zestrzel wroga, nim on zestrzeli ciebie.
Obserwował szybką, nadziemną walkę obu mocarstw, które kilka lat temu sprzymierzyły się, by powtórnie rozerwać jego kraj na strzępy, a teraz walczyły, z nim gdzieś pośrodku pola bitwy, zbyt słabym, by mieć jakikolwiek wpływ na ich wojnę.
Za plecami miał drewnianą ścianę poddasza, pod sobą zakurzoną podłogę, a ponad głową fragment poszycia dachu i niebo. Niebo, na które Rzesza i Rosja wysłały swoje samoloty, a on obserwował ich potyczkę, po raz pierwszy od wielu dni nie bojąc się wspiąć tak wysoko, bo chociaż raz na warszawskim niebie nie było bombowców.
Przypadkiem odnalazł to miejsce, niewielkie pomieszczenie na poddaszu, pozbawione połowy dachu i jednej ściany. Połowa pokoju sprawiała jeszcze wrażenie urokliwego zakątka – zachował się dywan, komódka i fotografie młodego małżeństwa na ścianach – ale druga połowa obróciła się w nicość; ze ściany wystawały rury i kable, a klepki podłogi nagle rozchodziły się w ogromną dziurę, przez którą można było zobaczyć opustoszałe mieszkanie piętro niżej.
W głowie miał chaos; potrzebował chwili samotności, dlatego opuścił kolejny oddział, z którym tym razem szedł w bój, wiedząc, że za kilka dni i z nimi straci kontakt. W czasie powstania rzadko widywał ludzi po raz drugi; zbyt wielu ich ginęło, a jeśli pytał o losy znajomych, inni kręcili głowami ze smutkiem albo wzruszali ramionami w niewiedzy.
Nie miał pojęcia, co stało się z kapelanem, sanitariuszką czy młodym litwakiem; nie wiedział, czy w ogóle jeszcze żyli, czy może już życia odebrał im wróg, spadająca bomba, głód czy skrajne wycieńczenie. Ciekaw był losu Volksdeutscha, który przechował u siebie młodych Borkowskich, tego, co dzieje się z tymi dziećmi na podwarszawskiej wsi... Ba, interesował go los chłopca z Wolfsschanze, ciągle zastanawiał się, czy zamach uczynił go półsierotą... Westchnął ciężko. Dzieci.
Walki w Śródmieściu trwały, dowództwo pertraktowało z Niemcami, grając na zwłokę, a Rosja właśnie wkroczyła na Pragę i to ostatnie napawało Feliksa Łukasiewicza sporym niepokojem.
Skaryszewska była na Pradze.
Gdy kilkanaście dni wcześniej wybrał to miejsce, wydawało mu się dość bezpieczne – z dala od walk, na niemieckim terenie. Nie spodziewał się już żadnego ruchu ze strony Armii Czerwonej, pogodzony z beznadziejną sytuacją i gdy już był pewny, że wiadomość na pewno zostanie odszyfrowana...
– Zaryzykujecie? – rzucił cicho w przestrzeń, patrząc jak jeden myśliwiec goni drugiego; z tej odległości nie był w stanie rozpoznać, który z nich był niemiecki, były jedynie ciemnymi punktami na tle szarości chmur.
Wątpił, że ma czas na wybór nowego miejsca spotkania i przekazania informacji w ten sam sposób, co do tej pory. Czas płynął nieubłaganie; już dziesiąty dzień września, czterdziesty pierwszy dzień koszmaru.
Pieprzony egoista z ciebie, Łukasiewicz, powtórzył sobie po raz kolejny, ale wiedział, że jeśli nie ujrzy swojej stałej, swojej północy, nie będzie już w stanie odnaleźć się w świecie, który zwariował. Przeszukał kieszenie drżącymi dłońmi, ale nie znalazł ani odrobiny tytoniu.
Oni też nie mają na to czasu, pomyślał. Rok się kończy, to będzie ostatni rok Niemców w Warszawie. Miał nadzieję, że bracia zdają sobie z tego sprawę...
Podniósł się, ostrożnie zaczął schodzić w dół opustoszałego budynku, uważając, gdzie stawia nogi, za plecami słysząc głuche grzmoty artylerii.
Czas odwiedzić Skaryszewską, sprawdzić ją po cichu, być może ostatni raz; właśnie ważyły się losy dotąd pozostającej w niemieckich rękach Pragi, a drugi brzeg łatwo było odciąć... Ale może już na niego czekają? Zjawiał się teraz tam codziennie, naiwnie przeszukując piwnice, niezauważony nasłuchując znajomych głosów.
– Zawsze lubiłeś ryzyko... Przyjdź, czekam na ciebie.
Z wolna zbliżało się południe. Z parku przegnał ich intensywny deszcz, pierwszy zwiastun jesieni; szarość zasnuła błękit i rzuciła im na ramiona setki chłodnych kropli, musieli więc pośpiesznie wrócić do dworku i tam, w zaciszu swojej sypialni, kontynuować rozmowę zaczętą wśród alejek.
Ludwig raz jeszcze powiódł wzrokiem po pokoju; jego spojrzenie co rusz zatrzymywało się na rzeźbionych wezgłowiach dwóch drewnianych łóżek, szeregu małych jelenich poroży zawieszonych na ścianach między kolejnymi obrazami w ramach pokrytych kurzem, małym kaflowym piecu wciśniętym w kąt pomieszczenia albo na ciężkich, burgundowych zasłonach.
Zapach prochu, przypominający o działalności powstańczej, już właściwie całkowicie zanikł; teraz od czasu do czasu dochodziła ich delikatna woń przygotowywanych w kuchni posiłków, która nadawała dworkowi niemalże domową atmosferę.
– Straciliśmy okazję – Usłyszał. – Nasi się wycofali z Pragi i zbombardowali wszystkie mosty. Przepłynięcie rzeki wpław nie wchodzi w grę, do kurwy nędzy, nie z bronią, a bez karabinu nawet nie zamierzam tam iść. Musimy spotkać się z nim gdzieś na lewym brzegu, ale gdzie?
Siedząc sztywno na krześle, spojrzał z ukosa na Gilberta. Ten stał przy oknie i odsunąwszy lekko zasłonę, wpatrywał się w podjazd przed dworkiem, marszcząc brwi. Był już we własnym mundurze, z krzyżem żelaznym na szyi – Ludwig przywiózł zarówno mundury, jak i odznaczenia z Berlina, razem z kilkoma kolejnymi drobiazgami, nie wiedząc, czy następnym razem zastanie tam dom, czy tylko dymiące gruzy.
– Odczytaliśmy wiadomość o parę dni za późno – zauważył cicho. – Gilbert, jeśli naprawdę tego chcesz... to tylko teraz. Tylko w najbliższych dniach. Nie mamy już czasu na dalszą zwłokę. Minęła już połowa września.
– Wiem – Prusy zacisnął usta w wąską linię i zwrócił ku niemu głowę. – Czy nasz kochany kumpel-poliglota zna polski?
– Chyba nie – Ludwig pokręcił głową. – Czemu pytasz? Przecież mówisz trochę po polsku.
– Zdarza mi się – Prusy wzruszył ramionami. – Zastanawiam się, jak wysłać mu wiadomość... – Jego oblicze nagle się rozpogodziło; uśmiechnął się lekko. – Myślisz, że powstańcy podejmą niemieckiego dezertera czy raczej będą strzelać bez pytania? – zapytał szeptem.
– Co kombinujesz? – Niemcy wstał i podszedł bliżej. Też zerknął za okno, ale poza znudzonym wartownikiem, starającym się chociaż trochę schować pod dachem, niczego więcej nie dostrzegł. Deszcz z wolna tracił na sile.
– Nie możemy czekać, aż on wskaże nam kolejne miejsce – Gilbert odwrócił się i spojrzał bratu w oczy. – Teraz to my musimy przejąć inicjatywę, Bruderherz. Wyślemy emisariusza. Mamy Kölzowa, najwyższy czas go wykorzystać.
– A von dem Bach? – zapytał Ludwig, przyglądając się twarzy brata i szukając w niej niepewności. Nie znalazł; oczy Gilberta płonęły tak żywo, jak kiedyś, zniknął z nich już chorobliwy blask, a usta coraz częściej były skore do kpiącego uśmieszku. Sam mimowolnie się uśmiechnął. – Jeśli zrobimy to po cichu, prędzej czy później ktoś mu doniesie, że brakuje jednego żołnierza.
– Och, rzucimy mu coś o tajemnicy, misjach i interesach państwowych – Gilbert posłał mu porozumiewawcze spojrzenie. – Nie jest głupi, doskonale wie, że w tym kraju za węszenie tam, gdzie nie trzeba, dostaje się stryczek... Zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach.
Ludwig zmarszczył brwi.
– Podejrzewasz, kto mógł to zorganizować, prawda?
– Dowodów nie mam – Prusy skrzywił się i westchnął. – Ale jeśli mam strzelać... Himmler, oczywiście. Pozbył się już kiedyś Röhma... Walka o władzę walką o władzę, ale... cóż, nie muszę ci przypominać jego opinii na temat... osób stanowiących zagrożenie dla prawidłowego rozwoju rasy aryjskiej.
Ludwig westchnął. To stwierdzenie zakuło go w uszy, teraz jednak nie podjął tego tematu; ostatnio często o nim dyskutowali.
Jeszcze przez chwilę wymieniali się uwagami i ustalali plan; potem Niemcy ruszył w stronę drzwi.
– Idę pogadać z Kölzowem – rzucił. – Nie ma na co czekać.
– Nie trzymaj go zbyt długo, był na nocnej warcie. Niech odeśpi, potrzebujemy go wypoczętego, najlepiej by było, by wyruszył jak najszybciej – Gilbert przeciągnął się i odsunął od okna. – Podpytaj też go o Meiera… Ja pójdę złożyć wizytę Erichowi, bo już na pewno się za mną stęsknił od wczoraj.
Ludwig pokręcił głową, rozbawiony.
– Znalazłeś sobie rozrywkę...
Rozdzielili się na korytarzu; Ludwig udał się do oficyny, Gilbert zaś skierował kroki ku gabinetowi generała.
Stanął przed drzwiami, zapukał i nie czekając na odpowiedź, wszedł do środka. W twarz uderzył go aromat świeżo zaparzonej kawy. Kathe, sekretarka, cicha dziewczyna o sarnich oczach, którą von dem Bach tutaj ze sobą przywiózł, drgnęła wystraszona; filiżanka, którą właśnie stawiała przed generałem, zadźwięczała o spodeczek, a kilka kropel opadło na porcelanę.
– Mi też zrób – rzucił lekko Prusy, opadając na krzesło przed biurkiem. – Masz coś dla mnie? – zapytał, kierując wzrok na von Zelewskiego. Ten, zirytowany wtargnięciem, zmarszczył brwi.
– Nic nowego – odparł sucho, posyłając naganne spojrzenie sekretarce. Wybąkała przeprosiny i umknęła; zostali we dwóch. – Tylko temu zawdzięczam tę wizytę?
– Nie – Prusy założył nogę na nogę. Przez chwilę kusiło go, by zabrać nietkniętą jeszcze kawę sprzed nosa generała, ale wolał nie drażnić go jeszcze bardziej. – Sprawa wygląda tak – zaczął spokojnie. – W nocy ucieknie ci jeden szeregowy... A ty ładnie obdzwonisz ludzi pod sobą i ostrzeżesz, żeby, jak już go złapią z powrotem, nie wpakowali mu od razu kulki w łeb, jak to się u nas robi z dezerterami, tylko skierowali bezpośrednio do ciebie, tutaj. W jednym kawałku, jeśli łaska.
– Dlaczego miałbym to zrobić? – von Zelewski ciężko westchnął i posłał Gilbertowi niechętne spojrzenie spod okularów.
– Bo to leży w interesie kraju – odparł Prusy gładko. – W interesie kraju leży też, byś wykonywał rozkazy i nie zagłębiał się w ten temat, Erich.
– Tajna misja, rozumiem – Mężczyzna zmrużył oczy. – Prusy, nie rób ze mnie idioty.
– Gdzieżbym śmiał. I jeszcze jedno – Prusy umilkł, bo do gabinetu wsunęła się sekretarka z filiżanką napoju w ręku. Skinął jej głową w podziękowaniu, uśmiechnął się, aż dziewczyna spłonęła rumieńcem i gdy zamknęły się za nią drzwi, wziął łyk kawy. – Odłóż mi trochę benzyny. Potrzebuję też auta w gotowości, najlepiej furgonetki opancerzonej. Gdy uznam to za stosowne, wezmę paru ludzi i pojadę do miasta z Ludwigiem.
Generał westchnął ciężko.
– W cokolwiek grasz, nie zamierzam się w to mieszać – zastrzegł. – Wystarczy, że Koch zastanawia się, skąd to moje nagłe zainteresowanie Prusami Wschodnimi.
– W nic cię nie mieszam, jedynie proszę o udostępnienie narzędzi – Gilbert pociągnął kolejny łyk napoju, a potem sięgnął po leżące na biurku wieczne pióro. – Kwestia twojego potomstwa i żony już jest w toku – dodał, by trochę zmiękczyć rozmówcę.
Nie kłamał; list od Vasha był ostry i oschły, ale koniec końców zgodził się na ich propozycję. Byli pewni, że Szwajcaria kiedyś im to wypomni.
Von dem Bach westchnął.
– Oby führer wiedział o waszych akcjach – powiedział cicho.
– O to się nie martw... – Prusy uśmiechnął się, ale nagle wyraz jego twarzy zmienił się, a on sam znieruchomiał. Poderwał głowę, zwracając na siebie uwagę generała.
– Słyszysz?
Von Zelewski zmarszczył brwi; on też zastygł i wsłuchał się w otoczenie.
Słuch nie spłatał Gilbertowi figla; znajome, monotonne buczenie, początkowo ledwie słyszalne, z wolna narastało, aż stało się głośne i bardzo nieprzyjemne. Generał zacisnął palce na podłokietnikach fotela.
– Nalot? – wyszeptał, gdy warkot silników rozbrzmiał blisko, niemalże tuż nad dworkiem i ich głowami.
Gilbert poderwał się i szybkim susem znalazł w przy oknie. Niecierpliwie odgarnął firanki na bok i patrzył w górę, na skraj dachu i szare chmury. Po chwili niebo poczerniało; zza dachu wyłoniły się samoloty, lecące wprost nad Warszawę. Powiódł po nich wzrokiem, starając się oszacować ich ilość; kilkadziesiąt, może setka…
– Alianci – stwierdził cicho, czując jak serce zaczyna bić mu mocniej. A więc jednak...?
Czekali kolejne minuty, dłoń generała już z wolna pełzła w kierunku telefonu, w końcu von Zelewski złapał za słuchawkę, by zadzwonić do sił pozostających w mieście…
– Czekaj – szepnął Prusy.
Czerń zamieniła się w biel; nad zrujnowanym miastem zakwitły czasze spadochronów. Z takiej odległości nie widział dokładnie, ale czarne punkciki pod nimi na pewno nie były ludźmi.
– To nie bomby ani desant – stwierdził zaskoczony. – To zaopatrzenie.
Generał uśmiechnął się z widoczną ulgą. Wstał i podszedł do okna. Stanął obok Gilberta i również obserwował, jak klucz samolotów zawraca na zachód.
–Wiele im to nie pomoże.
Odnalazł Kölzowa w przekształconej w koszary oficynie dworku. Stanąwszy w drzwiach, Ludwig obrzucił pomieszczenie szybkim spojrzeniem; łóżka, krzesła, podniszczony sekretarzyk…
Na jego widok wszyscy znajdujący się tam żołnierze, zarówno ci rozmawiający między sobą, piszący listy do swoich rodzin, a nawet ci odsypiający nocne warty – szturchnięci niedelikatnie przez towarzyszy broni i ponagleni ostrym szeptem – poderwali się na równe nogi, gotowi do salutu.
– Spocznij – rzucił krótko Ludwig. Powiódł wzrokiem po żołnierzach, aż odnalazł szpiega. Lekko szarpnął głową w kierunku drzwi. – Kölzow, ubieraj się, za mną.
Szpieg skinął głową, sięgnął po kurtkę i zarzucił ją na biały podkoszulek, który miał na sobie.
Niemcy już chciał cofnąć się na korytarz, ale coś podpowiedziało mu, by jeszcze się wstrzymał. Czekał, aż szpieg dokończy nakładać na siebie mundur; w międzyczasie przyglądał się żołnierzom.
Po jego rozkazie stanęli w szeregu swobodnie, ale nie wracali do swoich zajęć. Jeden z nich zerkał niemalże tęsknie na list, którego nie dokończył pisać; palce miał poplamione atramentem. Pewnie pisze do dziewczyny, pomyślał Ludwig. Albo do matki. Albo do jeszcze innych osób, które kocha.
– Gdzie jest Meier? – zapytał cicho, nie zwracając uwagi na Kölzowa. Pozostali żołnierze spojrzeli po sobie. – Chyba zszedł już z warty.
– Skończył wartę razem ze mną – odparł jeden z żołnierzy. – Ale już nie spędza czasu wolnego z nami, Herr Deutschland.
– Dlaczego? – zapytał, przyglądając się uważnie wojakom. Nie podobała mu się ta odpowiedź.
– Widać na kilometr, jaka krew w nim płynie, Herr Deutschland – dopowiedział inny niechętnie. – Mamy drobny... konflikt. Przepraszamy, Herr Deutschland... Nie wpłynie to w żaden sposób na nasze obowiązki.
– Żadnych bójek – zastrzegł Ludwig chłodno. – Niewiele mnie obchodzą wasze kłótnie w czasie wolnym, ale dyscyplina musi być.
– Tak jest!
Sprytne, pomyślał. Sprowokował konflikt, więc ma wymówkę do błąkania się samotnie po okolicy, nie chcąc przebywać w oficynie w rzekomej obawie przed gniewem żołnierzy i tym, że obiją mu mordę, gdy nikt z dowództwa nie będzie patrzył.
Kölzow stanął przy nim w gotowości, więc Niemcy odwrócił się i ruszył do wyjścia.
– Odpoczywajcie – dodał jeszcze. – Wasza ojczyzna jest z was dumna.
Nie obejrzał się; nie dojrzał więc zdumienia i nagłego ożywienia, które pojawiły się w oczach żołnierzy po tej nagłej pochwale. Ludwig Beilschmidt nigdy nie rzucał pochwałami. To była rola Gilberta, podnosić na duchu i dodawać otuchy, nie tylko zresztą żołnierzom – pierwszym adresatem łagodniejszych słów zawsze był jego młodszy brat.
To Gilberta lubili żołnierze; Ludwig zawsze wywoływał w nich strach swoim lodowatym spojrzeniem i dystansem, jaki zachowywał.
Zaskoczony słowami, które wyszły z jego ust, przemierzał korytarz, nie widząc ani drewnianych podłóg ani bielonych ścian czy belek u sufitu, myśląc o plamach z atramentu na palcach żołnierza.
Ludzie kochali i byli kochani, nawet w czasie wojny, która nakazywała odczłowieczać i nienawidzić; Ludwig znał nienawiść dobrze, wiele osób nią obdarzył i wiele go nienawidziło za to, czym był, ale istniała tylko jedna osoba, którą kochał i która kochała jego.
Miłość oznaczała gotowość do przelania krwi, gotowość do ofiary z samego siebie, gotowość do ochrony...
Gdyby ją stracił, rozpadłby się na kawałki, bo była stałą, wskazówką północy, która prowadziła go przez świat, chociaż coraz częściej myślał, że i tak zabłądził. Do niedawna udawał, że nie widzi jej skaz, próbował wmówić sobie, że jej barwa jest inna, że wcale czasem nie błyszczy jak fioletowa lilia, jak różowy trójkąt, że to tylko złudzenia i głupie plotki…
Treść paragrafu sto siedemdziesiątego piątego dzwoniła mu w uszach, przeplatana nocnymi historiami, które Gilbert snuł podczas ich ostatnich długich rozmów, a Ludwig powoli, bardzo powoli, zaczynał zadawać pytania, na które otrzymywał szczere odpowiedzi.
Miłość, zrozumiał. To też jest miłość.
Miała wiele odcieni; płakała jak ta matka w Büsingen, nad którą Ludwig stał jak kat z toporem, pisała listy jak żołnierz tęskniący za domem, nie mający pojęcia, czy kiedykolwiek do niego powróci, w ciemności zadymionych knajp całowała usta, których prawo zakazywało całować, popychała do ucieczki z nieprzytomnym bratem w ramionach...
Miłość była bólem, który rozrywał serce, jeśli coś złego stało się osobie, którą się kochało... albo wielu osobom.
Zatrzymał się w drzwiach oficyny, czując na twarzy chłodne, wrześniowe powietrze.
Kochasz swoich ludzi, Łukasiewicz. Zaczynam rozumieć. Poczułem to w Büsingen, gdy Heidi łkała u moich stóp. Czułem jej ból i śmierć jej syna, poczułem, jak kula przeszywa jego czaszkę i jak pęka jej serce, gdy o jego śmierci informował ją obcy człowiek w liście. Czy ty... czy ty żyjesz w tym nieustannym bólu od pięciu lat?
Kölzow przystanął tuż za nim, nie mogąc go wyminąć w wąskich drzwiach; Ludwig potrząsnął głową, jakby chciał pozbyć się tych myśli z głowy. Miał teraz coś innego do zrobienia. Ruszył w kierunku parku, nie oglądając się.
– Rozmawiasz z nim? – zapytał, gdy znaleźli się z dala od dworku.
– Nie, jest... – zaczął Kölzow.
W połowie zdania przerwało mu buczenie samolotów; przez kolejne minuty obserwowali niebo, wstrzymując oddech. Dopiero widoczne z daleka spadochrony przyniosły im spokój.
– Kontynuuj – Niemcy odetchnął. Jednak nie, jeszcze nie...
– Jest wściekły, że z panami współpracuję – odezwał się Kölzow szeptem. – Uważa to za zdradę.
Te kilka słów powiedziało Ludwigowi, komu tak naprawdę Meier jest lojalny. Tak, jak myśleliśmy, stwierdził. Gilbert miał rację, by mu nie ufać. Bywał przydatny i odkąd opuściliśmy Szwajcarię, nie odmawiał wykonywania poleceń, ale...
– Wiesz coś jeszcze?
– Nie, Herr Deutschland. Odmawia rozmowy ze mną, ilekroć próbuję.
– Dobrze wywiązujesz się z obowiązków, Kölzow – Niemcy patrzył w górę, na wracające samoloty. Ciekawe, kto je wysłał, pomyślał. – Dlaczego on nadal w tym tkwi? – zapytał nagle. – Przecież jest mieszańcem.
– Obrzezanym mieszańcem – dopowiedział Kölzow; Niemcy zerknął na niego zaskoczony. – Pod wspólnym prysznicem w koszarach takich rzeczy nie da się ukryć – Szpieg uniósł kącik ust w rozbawieniu. – Chociaż podejrzewam, że tym razem specjalnie nie próbował... Właśnie o to chodzi, Herr Deutschland, o tą wymieszaną krew. To szczur, który dba tylko o swoją własną skórę i który umie się dostosować. Inaczej już dawno byłby trupem. On po prostu chciał pokazać partii, że jest przydatniejszy żywy niż martwy i to mu się udało. Najbezpieczniejsze schronienie przed wiatrem to oko cyklonu.
Ludwig uśmiechnął się chłodno.
– W oku cyklonu również nie jest bezpiecznie – powiedział cicho. – To nie jest spokojny teren, Kölzow. To wypełnione kłamstwem i nienawiścią bagno, które wciąga i topi również tych, którzy je stworzyli.
– A nie o to w tym chodzi? – podchwycił szpieg. – O przedłużenie swojego życia tak długo, jak się tylko da, o ciągłą walkę o utrzymanie się na powierzchni?
– Jesteś szpiegiem czy poetą, Kölzow? – Niemcy pokręcił głową, unosząc brew. – Mówiłeś, że możesz umrzeć dla Niemiec.
– Bo jestem na to gotowy – Kölzow zatrzymał się, tak jak na polnej drodze we Francji i znów spojrzał Ludwigowi w oczy. – Jeśli zginę na służbie, będzie to zaszczytem. Ale... mimo wszystko chciałbym to przeżyć.
– Doceniam szczerość. A teraz do rzeczy. Mam dla ciebie zadanie... już ostatnie.
– Zamieniam się w słuch.
Płomień nadziei, na moment rozpalony rosyjską ofensywą, szybko zgasł; wypchnięto Niemców z Pragi, ale, patrząc na kolejne niewielkie desanty, Feliks utwierdził się w przekonaniu, że Czerwoni wcale nie ruszą się z prawego brzegu.
– Pieprzone sukinsyny – westchnął ciężko, wchodząc do piwnicy, gdzie krył się sztab. Był zmęczony i obolały; walka na Czerniakowie wciąż trwała, ale teren nieubłaganie wymykał im się z rąk.
Było coraz gorzej, chociaż chwilami Polsce wydawało się, że gorzej już być nie może. Lekko utykał, skręcona kilka dni wcześniej kostka dawała o sobie znać, gdy tylko przenosił ciężar ciała na lewą stronę, a w ustach czuł potworną suchość.
Chciał odpocząć, musiał przespać się parę godzin albo chociaż oszukać zmysły odrobiną kawy, bo ostatnio chodził ledwie świadomy tego, co robił i co mówił.
Na widok wpatrzonych w niego oczu dowództwa natychmiast oprzytomniał.
Coś było nie tak.
– Co się dzieje? – wychrypiał, a potem odkaszlnął, powtórzył pytanie mocniejszym głosem, walcząc z drapaniem wysuszonego gardła. Wyprostował się, patrząc na generała. Komorowski przyglądał mu się nieodgadnionym wzrokiem podkrążonych oczu, podobnie jak pozostali znajdujący się tam oficerowie.
– Schwytaliśmy Niemca – powiedział cicho generał. Stał przy stole, ciężko oparty o jego blat, trzymając dłonie na pokreślonej mapie miasta. Feliks osobiście zaznaczał na niej kolejne stracone ulice, gdy tylko co jakiś czas wracał do dowództwa, nie mając już sił do dalszej walki wraz z oddziałami powstańczymi.
– Kto to? – Feliks potarł brudną twarz. – Ktoś ważny, żołnierz, esesman...?
– Zwykły żołnierz – Generał zacisnął wargi. – Znaleźli go w okolicy, natychmiast się nam poddał, aż nazbyt chętnie. Wołał, że jest dezerterem, ale jak go przyprowadzili tutaj, zmienił zdanie. Nalega na spotkanie z tobą, teraz mówi, że jest emisariuszem. Kazałem go przesłuchać, ale ciągle powtarza, że ma dla ciebie wiadomość, nic innego nie udało się z niego wyciągnąć.
Feliks drgnął. Odsunął dłonie od twarzy i przyjrzał się oficerom. Wyglądali na zaniepokojonych; on też przez chwilę czuł zdenerwowanie, ale zaraz potem uderzyło go przeczucie. Nie pozwolił sobie na uśmiech, a błysk w oku ukrył, opuszczając spojrzenie na mapę. Może to wcale nie... ale kto inny mógłby...?
– Przyprowadźcie go – nakazał beznamiętnie. Przeniósł wzrok na generała; ten usunął się na bok, pod ścianę. Dwaj oficerowie opuścili pomieszczenie. Po chwili duszącego milczenia wrócili z jeńcem. Jeden z nich posłał Polsce niechętne spojrzenie, ten jednak nic sobie z tego nie zrobił.
Feliks obrzucił wzrokiem żołnierza; nie rozpoznawał twarzy pokrytej jasnym, dwudniowym zarostem, a dystynkcje na ramionach powiedziały mu, że ma do czynienia z szeregowym, ale miał wrażenie, że kryło się za tym coś więcej. Ku swojemu zadowoleniu odkrył, że podczas przesłuchania nie zastosowano przemocy, a przynajmniej nie widział jej fizycznych śladów na twarzy mężczyzny.
Niemiec miał związane dłonie, ale z ust nie schodził mu lekki uśmiech. Schylił głowę przed generałem, a potem przed Feliksem i spojrzał mu prosto w oczy.
– Witaj, Herr Polen – odezwał się po niemiecku gładkim głosem. – Nazywam się Kölzow. Przynoszę informacje i proszę o wysłuchanie mnie.
– Dlaczego teraz zrobiłeś się rozmowny? – Jeden z oficerów zmrużył nieufnie oczy, ale Niemiec nie dał się wyprowadzić z równowagi. – Jakie informacje? Jesteś tym dezerterem czy nie?
– Wydano mi rozkaz przekazania informacji wyłącznie Feliksowi Łukasiewiczowi.
– To już wiemy. Generale, chciałbym przesłuchać go jeszcze raz, z użyciem innych środków.
Nim Komorowski otworzył usta, Feliks uniósł dłoń. Uwaga wszystkich skupiła się na nim.
– Jakiego rodzaju informacje? – zapytał, postępując do przodu i stając przed jeńcem. Musiał mieć pewność...
– Stałe informacje – odpowiedział zagadkowo Kölzow.
Tylko Feliks zrozumiał; drgnął lekko i serce zabiło mu żywiej.
– Zostawcie nas samych, proszę – powiedział cicho po polsku, kierując wzrok na generała.
– Polsko...? – Ten uniósł brew. – O co w tym chodzi?
– To posłaniec – odparł pewnie Feliks, nie uciekając wzrokiem. – Spodziewałem się go.
– Rozumiem – Komorowski przyjrzał się Niemcowi; ten trwał nieruchomo, czekając na werdykt. – Jakie informacje przynosi?
Polska zacisnął wargi.
– Nie mogę tego powiedzieć. Sprawy... państwowe.
W pewnym sensie nie kłamał. Cała ich trójka była państwami.
– Jakie sprawy państwowe? – syknął niechętny mu oficer. – Tego państwa już nie ma!
Generał posłał mu oburzone spojrzenie; mężczyzna poczerwieniał, cofnął się i wymamrotał pod nosem przeprosiny za swoje nieprzemyślane słowa.
– Ale będzie – powiedział Polska z naciskiem. – To nic związanego z Warszawą i naszą obecną sytuacją, zapewniam was. To coś innego, o czym teraz nie mogę wam powiedzieć.
– Niech będzie – Komorowski westchnął. – Ufam, że wiesz, co czynisz, Polsko.
Ja już sam sobie nie ufam, generale, pomyślał gorzko. Od lat stąpam po krawędzi przepaści.
– Nie sądziłem, że masz własnych szpiegów.
Feliks nie odpowiedział; poczekał, aż pomieszczenie opustoszeje i dopiero wtedy otworzył usta.
– Więc? – odezwał się, kierując wzrok na Kölzowa. – Oni cię tu przysłali? – zapytał cicho, przechodząc na niemiecki, a jego głos, ku jego zdumieniu i niezadowoleniu, lekko zadrżał.
Szpieg pokiwał głową, a potem zerknął w kierunku zamkniętych drzwi. Poruszył lekko skrępowanymi rękami i spojrzał na Feliksa wymownie.
Polska zawahał się; chwilę bił się z myślami, oszacował w myślach ilość naboi w magazynku pistoletu przy pasie – na wszelki wypadek – ale w końcu zbliżył się i sięgnął ku więzom. Z wolna zaczął je rozplatać, z mięśniami napiętymi jak struny, gotów do odskoczenia i obrony, ale obcy mężczyzna stał spokojnie, czekając, aż sznur opadnie bezszelestnie na podłogę.
Gdy został uwolniony, Kölzow najpierw poruszał dłońmi, pokręcił nadgarstkami, a potem ukucnął i usiadł na ziemi. Feliks, z dłonią na rękojeści pistoletu, obserwował, jak mężczyzna zdejmuje but. Potem uniósł brew, bo okazało się, że po lekkiej szarpaninie z bydlęcą skórą podeszwa trzewika ustąpiła; w dłoni szpiega zajaśniała złożona na cztery kartka.
Czując, jak serce próbuje wyrwać mu się z piersi, Feliks wziął ją do ręki. Przez papier prześwitywał czarny tusz... Podszedł szybko do stołu, przystanął przy dającej złote, ciepłe światło lampce naftowej i rozłożył kartkę.
Jego rysunki na murach z dnia na dzień stawały się coraz bardziej schematyczne, bo były malowane w coraz większym pośpiechu. Czas zmienił księżyce i gwiazdę w zaledwie kilka przypominających je linii; ale teraz przed sobą miał Ostoję Pruską w całej swojej okazałości.
Czyjaś dłoń przyłożyła się do rysunku; oddano każdy najmniejszy szczegół klejnotu, korony i hełmu, bardzo dokładnie wyrysowano piórem rozgałęziające się labry, jakby autor rysunku ilustrował księgi herbowe.
Pod spodem, na wstędze, wypisano dewizę. Jej treść nie pasowała do tego herbu, ale czytając ją, Polska już wiedział. Znał i to pismo, znajomy kształt liter, i słowa nimi zapisane. W jego wyobraźni wykwitł inny herb – z czarnym orłem, ale nie tym, który rozpościerał szerokie swoje skrzydła w hitlerowskiej gapie, chcąc pochłonąć cały świat.
Wysyłał wiadomości; dzisiaj otrzymał odpowiedź.
Helfen, Wehren, Heilen.
– Pomagać, Bronić, Leczyć – wyszeptał do siebie, tłumacząc dewizę na własny język. Głos mu drżał, a serce biło jak szalone. – Cholerny Krzyżak.
Poderwał głowę, przypominając sobie, że nie jest sam; Kölzow przyglądał mu się z ciekawością. Polska zmieszany odwrócił wzrok, nie wiedząc, jak wiele emocji pojawiło się na jego twarzy.
– Oni... – wychrypiał. Widząc niezrozumienie na twarzy mężczyzny, przeszedł na niemiecki. – Sie...?
– Podaj miejsce i czas, a przybędą.
Posłał rozgorączkowane spojrzenie rozłożonej na stole mapie; zapomnieli o niej. Powinien był ją zwinąć, nim wprowadzono Kölzowa... ale zorientował się nagle, że ten nawet na nią nie spojrzał, a w każdym razie Feliks tego nie zauważył. Pochylił się nad nią, ściskając w palcach wiadomość.
Mapa... tak wiele Warszawy stracili... a teraz prawie o tym nie myślał. Powiódł palcem po terenie, stawiając się na miejscu braci, szukając miejsc, które będą najbezpieczniejsze dla ich rozmowy. O siebie się nie martwił, ale... północ musiała być bezpieczna.
Ty już zwariowałeś, Łukasiewicz, pomyślał, wpatrując się w kwadraciki domów, linie ulic i wszystko to, co przestało już istnieć. Ty już lata temu zwariowałeś.
– Powiedz im... – zaczął cicho. – Niech przyjdą na Plac Pił... – Zerknął na Niemca i poprawił się, by nie tracić czasu na tłumaczenia. – Adolf-Hitler-Platz – To dzielnica rządowa, nur für Deutsche, byliby tam na swoim terenie, a on z łatwością mógłby się tam przekraść, to było tak niedaleko stąd... – Jutro o zmroku. Dasz radę wrócić do nich do tego czasu...?
Gdy Kölzow skinął głową, Feliks schował wiadomość za pazuchą i podniósł z podłogi sznur.
– Daj ręce...
Gdy wyprowadzono mężczyznę, gdy patrzył w oczy generała i na powrót skupił się na mapie, tym razem analizując już tylko ruchy oddziałów i wykreślając kolejne utracone ulice, poczuł nagłą ochotę by zapalić.
Gdy zasypiał, w snach błądził nad nocnym jeziorem, wśród rozpalonych ognisk świętej nocy, szukając mitycznych kwiatów paproci i znajomych ust w cieniu prastarych dębów.
Jutro. Jutro wszystko się rozstrzygnie, moja północy.
Zmęczony burz szaleństwem, jak statek pijany,
Już niczego nie pragnę, jeno wielkiej ciszy
I kogoś, kto zrozumie mój żal nienazwany,
Kogoś, kto mą bezsłowną tęsknotę usłyszy;
Kogoś, kto jasną duszą życie mi przepoi,
Iżbym w spokoju bożym wypoczął po męce,
Kogoś, kto rozszalałe serce uspokoi,
Kładąc na moje oczy miłosierne ręce.
Idę po szczęście swoje. Po ciszę. Do kogo?
Którędy? Ach, jak ślepiec! Zwyczajnie – przed siebie.
I wiem, że zawsze trafię, którą pójdę drogą,
Bo wszystkie moje drogi prowadzą do Ciebie.
(Julian Tuwim – Zmęczony burz szaleństwem, jak statek pijany)
Zrzuty - 18 września miał miejsce największy zrzut w czasie powstania, dokonany przez amerykańskie boeingi; na Warszawę spadło ok. 1300 zasobników z bronią, amunicją, żywnością i zaopatrzeniem medycznym. W ręce powstańców trafiło tylko 20% ładunku, reszta spadła na teren zajęty przez Niemców. Ci początkowo sądzili, że to nalot.
fioletowa lilia - nawiązanie do Das Lila Lied, powstałej w 1920 roku niemieckiej piosenki kabaretowej, będącej jednym z pierwszych gay's anthem. Tekst do znalezienia na angielskiej Wiki, a sam utwór na Spotify.
Pomagać, bronić, leczyć - dewiza Zakonu Krzyżackiego.
