Ten rozdział przepełnia mnie radosnym sadyzmem. Czasami torturowanie postaci bywa szalenie zabawne! Hahahaha.

Rozdział siedemnasty: Taniec nad otchłanią

Thomas uśmiechnął się, podziwiając pierwszą stronę „Proroka Codziennego". Praktycznie napisał ten artykuł ze swoją grupą. Nie zrobili tego, oczywiście, nie tak naprawdę, ponieważ mieli po prostu zbyt wiele do powiedzenia i nigdy nie zdołaliby streścić wszystkiego na tak niewielkiej przestrzeni. Rita Skeeter przeczytała więc cały ich raport, pozadawała inteligentne pytania i napisała artykuł.

Strasznie jednak podobała mu się fotografia. Widniał na niej i trzymał przed sobą kopię grubego wydruku zatytułowanego „Raportem o Wielkiej Ujednoliconej Teorii Każdego Rodzaju Magii". Ostatecznie zdecydowali się na ten tytuł, nawet jeśli „Raport o Wielkiej Ujednoliconej Teorii Każdego Rodzaju Czarodziejskiej Magii" był prawdopodobnie bardziej adekwatny. Thomasa strasznie ucieszyło wszystko, czego zdołał dowiedzieć się od centaurów, należących do Przymierza Słońca i Cienia. Ich magia zdawała się płynąć mniej więcej tymi samymi prądami co ta czarodziejów, dlatego też Thomas nie naciskał na zmianę tytułu raportu.

Nagłówek również był intrygujący, z pewnością ściągnie na siebie uwagę wszystkich czytelników, których przede wszystkim powinna interesować prawda, a nie osobiste uprzedzenia.

CZYSTOKRWIŚCI JEDNAK NIE TACY MAGICZNI

Wielka Ujednolicona Teoria sugeruje, że różnice między mugolakami i wszystkimi innymi czarodziejami, są wyjątkowo „nieistotne"

Thomas zanucił pod nosem, czytając początek artykułu.

Międzynarodowy zespół badaczy – w skład której wchodzi chińska Świetlista Pani, Jing-Xi, oraz brytyjski czarodziej, Thomas Rhangnara, mąż szefowej aurorów, Priscilli Burke – opublikował dzisiaj ich Wielką Ujednoliconą Teorię Każdego Rodzaju Magii, która od wielu dekad była podmiotem ich studiów. Wielka Ujednolicona Teoria wysuwa pewne zaskakujące wnioski, włącznie z sugestią, że na magię czarodziejów nie wpływa wyłącznie ich status krwi.

To naprawdę oczywiste dla każdego, kto w ogóle spróbuje się nad tym zastanowić – powiedział Rhangnara. – W końcu w większości czystokrwistych rodzin prędzej czy później rodziły się charłaki, a mugolaki w ogóle nie miałyby szansę zaistnienia, gdyby czarodzieje zawsze musieliby mieć przynajmniej jednego magicznego rodzica.

Wspólnie z rosyjskim badaczem, Eliaszem Pietrowiczem, odrzucili stare przekonanie, że wszystkie mugolaki są potomkami małżeństw półkrwi, albo charłaków, skazanych na wygnanie w mugolskim świecie.

Wyniki naszych badań zwyczajnie nie są w stanie poprzeć tej interpretacji – powiedział wczoraj Piertowicz, korzystając z usług tłumacza w czasie rozmowy przez sieć fiuu. – Zbyt wiele czynników wpływa na siebie nawzajem i choć dziedzictwo jest jednym z nich, to jednak najważniejszym wydaje się wybór samej magii. Czasami po prostu uznaje, że chce być używana przez ludzi, którzy nie mają żadnego związku z naszym światem. Czasami nie chce być dzierżona przez dzieci czystokrwistych. Magia jest znacznie bardziej świadoma, niż wcześniej nam się wydawało, przez co okazała się znacznie bardziej interesująca.

Zapytany, jakie inne czynniki mogą wpływać na magiczny poród, Rhangnara wymienił je bez wahania: wola matki wobec znajdującego się w niej dziecka (dodał, że właśnie dlatego dzieci zgwałconych czarownic niemal zawsze okazują się charłakami); miejsce zamieszkania (pierwsze uznane przez nasze społeczeństwo mugolaki pochodziły z terenów niegdyś zamieszkiwanych przez druidów); czy też pogoda w dniu narodzin (w czasie burzy rodzi się znacznie więcej czarownic, niż czarodziejów). Widać po nim, że wyjątkowo szczegółowo przebadał ten temat i w bardzo wyraźny sposób kocha swoją pracę.

Istnieje jeszcze wiele spraw, których nawet nie mieliśmy okazji tknąć – powiedział Rhangnara. – Tak wiele znajduje się kompletnie poza naszą kontrolą. Stare metody „upewniania się", że urodzone dziecko okaże się magiczne, niemal zawsze skupiały się na jego statusie krwi. Nawet za dawnych czasów, jeszcze przed Międzynarodowym Kodeksem, kiedy czarodzieje i mugole żyli ramię w ramię, a ci drudzy w ogóle wiedzieli o naszym istnieniu, czarodzieje byli przede wszystkim zachęcani do krzyżowania się ze sobą nawzajem. Ale to przecież nie może być tak proste. Mamy niezwykłą kulturę, która zwie się czystokrwistą, mnóstwo rytuałów, ceremonii i wierzeń, które są naszym niezwykłym dziedzictwem. Ale to nie ma właściwie niczego wspólnego z krwią. W końcu mugolaki mogą nauczyć się, jak stać się częścią naszej kultury i wielu z nich właśnie to robi.

Wspomniał starego Mrocznego Pana Fallena, jako przykład; mimo że Lord ten deklarował, iż jest bękartem z czystokrwistej rodziny Prince'ów, to tak naprawdę okazał się być mugolakiem.

Mamy tendencję do przepisywania naszej historii na nowo – dodał. – Odkryłem jednak, że wolimy też mówić, jakoby nigdy nie pojawił się mugolacki Lord, podczas gdy zwyczajnie żyjący w jego czasach czarodzieje – a czasem nawet i sam Lord – woleli puścić ten szczegół w zapomnienie. I to samo tyczy się naszych przodków. Czystokrwiste rodziny zawsze twierdzą, że wchodzili w związki wyłącznie z innymi czarodziejami i czasami to nawet prawda. Ale w większości przypadków nią nie jest. – Tu wspomniał, że Malfoyowie i Blackowie są przykładami rodzin, wśród których bez trudu można znaleźć dowody na niedawne krzyżowanie się z mugolakami. Zgodnie z jego badaniami, Abraxas Malfoy, ojciec obecnej głowy rodu, Lucjusza, okazywał bardzo typowe oznaki potężnego czarodzieja półkrwi.

Thomas zmarszczył brwi. Powiedział o tym znacznie więcej, ale z jakieś powodu Skeeter tylko streściła jego słowa. Nie rozumiał czemu. Przecież to wszystko było takie fascynujące.

Rhangnara w pełni oczekuje, że Wielka Ujednolicona Teoria zmieni sposób, w jaki czarodzieje będą o sobie myśleli.

To takie wspaniałe – powiedział. – Od stuleci nasz pogląd na świat był naprawdę prosty. Śledziliśmy tory, którymi szła magia i zwyczajnie ignorowaliśmy wszystko, co mogłoby zadać kłam naszym przekonaniom. A teraz dowiedzieliśmy się, że większość z naszych wierzeń była nieprawdziwa i tak naprawdę jesteśmy zaledwie niewielkimi kropelkami pośród rozległego oceanu. Nawet Wielka Ujednolicona Teoria pozostawia nas na skraju odkrycia jeszcze większej ilości błędów, czy perspektyw do roztrzaskania. Przyszłość będzie zmieniała się wokół nas, jeśli tylko zaczniemy podążać w jej kierunku z szeroko otwartymi oczami.

Thomas uznał z radością, że Skeeter wybrała naprawdę dobry cytat na zakończenie artykułu. Jak ktoś miałby nie być podekscytowany takim obrazem przyszłości?


Lucjusz rozłożył „Proroka" i przymrużył oczy. Czym takim Rhangnara zasłużył sobie na pierwszą stronę? Harry nie wspomniał nic o większych planach, a zwykle stara się uprzedzić nas o...

Wtedy zobaczył nagłówek i zamarł w kompletnym bezruchu.

Czuł w uszach jak serce mu galopuje, regularnie i szybko niczym uciekające kroki. Stół zadrżał lekko. Lucjusz musiał koszmarnie stracić panowanie nad sobą, by pozwolić swojej bezróżdżkowej magii wymknąć się w ten sposób spod kontroli, ale tego dnia, kiedy wszystko dygotało w nim w szczerej, bezsilnej furii, uznał, że takie przeoczenie było usprawiedliwione.

– Lucjuszu?

Głos Narcyzy dobiegł go od strony drzwi do pokoju śniadaniowego. Lucjusza to nie obchodziło. Nie był w stanie oderwać wzroku od artykułu, czy też powstrzymać się przed przeczytaniem jego groteskowego podsumowania. Im więcej tych bzdur czytał, tym bardziej wzbierał w nim gniew i wzgarda.

Nie istnieje coś takiego jak wybór magii. Magia jest w stanie wytworzyć sobie osobowość wyłącznie, kiedy zamknie się ją na niewielkiej przestrzeni. Nie jest w stanie wybrać, kto ma nią władać, a kto nie.

Magia miejsc? Stare i dawno zdyskredytowane wierzenia druidów. Istnieją magiczne miejsca, takie jak Leśna Twierdza Harry'ego, ale istnieją już od tak dawna, że nie zwróciłyby uwagi na zwykłego człowieka.

Pogoda? Burze? Jakim cudem coś takiego może zaważyć na przyszłości naszych dzieci? Przecież to tylko wiatr i deszcz.

A potem zobaczył akapit, w którym Rhangnara miał czelność zadeklarować, jakoby Malfoyowie krzyżowali się z mugolakami w niedawnej przeszłości, a jego własny ojciec był półkrwi.

Zamarł, kiedy to przeczytał. Przyszło mu do głowy udanie się do pokoju, który pokazał Draconowi, kiedy potwierdził swojego syna jako magicznego dziedzica rodziny, w którym przodkowie Malfoyów przemówiliby do niego, rozwodząc się o dzielonej krwi i odpowiedzialności i wiedział, że Rhangnara musiał w tym miejscu bezczelnie skłamać, prawdopodobnie by podkopać autorytet Lucjusza.

Mój ojciec nie mógł być synem swojej matki i jakiegoś mugolaka. Gdyby tak było, to nie byłby Malfoyem i nie byłby w stanie potwierdzić mnie jako swojego magicznego dziedzica. Ten pokój uszanowałby wyłącznie syna mojego dziadka.

Potem jednak przyszło mu do głowy, że przecież Abraxas mógłby być synem swojego ojca i jakiejś szlamowatej kobiety, sprowadzonej do rodziny, adoptowanej jako dziecko babci Lucjusza, Anais Henlin, co kompletnie zamknęłoby wszelkie drzwi do dyskusji o jego splugawionym dziedzictwie. Okazałby się zarówno półkrwi Malfoyem.

Lucjusz zebrał wszystkie te myśli i ostrożnie umieścił je w pudełku, które solidnie zamknął. Nigdy więcej nie weźmie ich pod uwagę. Nie mogły być prawdziwe. Malfoyowie byli czystokrwistą rodziną, a jego dziadek prędzej by sobie rękę odciął, niż dotknąłby nią szlamę czy mugolkę.

– Lucjuszu? – To znowu była Narcyza, która stanęła niedaleko stołu i z namysłem przyglądała mu się szeroko otwartymi oczami.

Spojrzał na nią i przypomniał sobie, że artykuł zasugerował również, jakoby Blackowie krzyżowali się ze szlamami. Ale to z pewnością musiało mieć miejsce wiele pokoleń temu. Wszak najnowsze głośno deklarowały pragnienie powrotu do polowań na mugole. Nie robiliby tego, gdyby znali swoich przodków.

Albo właśnie zrobiliby to, gdyby potrzebowali przekonać wszystkich wokół, że są idealnie czystokrwiści, by schować się ze swoim wstydem tak głęboko, że nikt nawet nie spróbuje ich zakwestionować.

Lucjusz schował i tę myśl w kufrze. Narcyza była czystokrwista. On był czystokrwisty. Draco był czystokrwisty. Nie będzie myślał o tym, jakoby krew w żyłach jego syna, czy żony, była skażona.

A co dopiero w moich własnych.

– Wygląda na to, że sojusznik Harry'ego znowu postanowił zrobić coś szalonego – powiedział oschle, podając jej gazetę, żeby sama mogła ją przeczytać. Narcyza przyjęła ją, po czym usiadła. Niewielkie i dobrze wyćwiczone westchnienia wymykały jej się niekiedy w trakcie czytania.

Lucjusz przyjrzał się jej, jej pięknej twarzy, sposobowi w jaki siedziała, sprawiając że jej jasne pukle delikatnie muskały biały kark, na delikatny zarys jej kości policzkowych. Piękniejsza od dowolnej szlamy, tego jestem pewien. Nie może być z nimi spokrewniona.

Oczywiście że nie. Rhangnara się myli. Nie wspomniałby przecież konkretnie o Malfoyach i Blackach, gdyby nie zależało mu na sponiewieraniu dobrego imienia naszych rodzin.

Lucjusz kiwnął głową, zabezpieczając tę prawdę w głowie, świadom tego, co będzie musiał zrobić. Na myśl o tym czuł lekki żal, ale też znacznie potężniejszą irytację. Już i tak był zaplątany w sytuację, przez którą Harry wyrzuciłby go z Przymierza Słońca i Cienia, gdyby tylko się o wszystkim dowiedział. A to oznaczało, że będzie musiał owinąć się jeszcze jedną warstwą i tym razem skierować kły na Rhangnarę.

Ta podstawowa sprawa jednak okazała się poświęceniem, którego wolałem nie popełniać. Tym przynajmniej zajmę się z czystą przyjemnością.

Lucjusz przeciągnął palce, upewnił się, że jego twarz była idealnie obojętna, kiedy Narcyza doczytała do fragmentu, w którym zostały wymienione ich nazwiska, po czym sięgnął po filiżankę.


Hermiona z trudem usiadła na łóżku, sięgając po stojącą obok miskę z przysmakami, żeby wynagrodzić sowę, która dostarczyła jej „Proroka". Ptak delikatnie odebrał swoje jedzenie, po czym rozłożył skrzydła i wyleciał przez okno. Hermiona odprowadziła go wzrokiem z zawiścią. Doskonale rozumiała konieczność spędzania w łóżku tyle czasu i pozwolenia sobie na wyleczenie w pełni po klątwie tnącej, no i to przecież nie tak, że z nikim się nie kontaktowała, w dodatku otrzymywała nawet „Proroka" i w dodatku za niespełna dwa tygodnie wróci do Hogwartu, ale i tak żałowała, że nie mogła po prostu machnąć różdżką, magicznie przywołując do siebie przysmak.

Rozłożyła gazetę.

Zagapiła się na nagłówek na pierwszej stronie. Zagapiła się na fotografię. Przeczytała artykuł.

Zamknęła oczy.

Przez chwilę myśli po prostu przetaczały się w jej głowie, szukając sobie nowych miejsc. Nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć, jak się czuć. Nauczyła się czystokrwistych rytuałów, żeby utrzeć nosa niektórym czystokrwistym, ale też dlatego, że nabrała przekonania, że tylko w ten sposób mugolaczka mogła w ogóle zwrócić na siebie uwagę. Artykuł miał rację pod tym względem, czarodzieje z przyjemnością się nawzajem okłamywali. Hermiona mogła być tak genialna i zebrać tak wiele W z SUMów, jak tylko by chciała – do czego i tak doszło z niemal każdego przedmiotu – ale czarownice i czarodzieje, jakich Hermiona spotykała w czasie spotkań sojuszniczych Harry'ego i tak posyłaliby jej spojrzenia pełne pogardy, czy współczucia. Musiała się dopasować, zaadaptować i jedyną radość, jaką mogła czerpać z tego wszystkiego, to wymuszenie od kogoś komplementu dotyczącego jej wychowania, a następnie obserwowanie ich miny, po wyjaśnieniach, że właśnie rozmawiali z mugolaczką.

A teraz to.

Po chwili emocje przestały się tak wzburzać i ustaliły się na szczęściu i agresywnej determinacji.

Jeśli to prawda, to nikt więcej nie będzie mógł zadeklarować, że muszę mieć jakichś charłacznych przodków, albo że zostałam podmieniona przy narodzinach. To była jedna z teorii, jakie Hermiona usłyszała przypadkiem w czasie spotkania sojuszniczego i koszmarnie ją to zirytowało. Wystarczyło przecież poczytać przez chwilę o wróżkach, żeby zorientować się, że podmienianie czy porywanie dzieci nigdy nie leżało w ich naturze.

Jeśli to prawda, to Zachariasz dostanie szału.

Hermiona wzruszyła ramionami. A niech dostaje. Naprawdę lubiła Zachariasza – czasami nawet przychodziło jej do głowy, że może była w nim zakochana, ale zwykle po prostu miała wrażenie, że w sumie sama jeszcze nie wie – ale zanadto był skupiony na własnym, czystokrwistym dziedzictwie. Hermiona usiłowała się dostosować i udało się jej to pod wieloma względami, ponieważ w czasie trzeciego roku nauczyła się, że sama inteligencja nigdzie jej nie zaprowadzi. Jeśli to odkrycie zrujnuje poglądy Zachariasza na świat, to po prostu będzie musiał je sobie odbudować.

A Zachariasz może się mylić, jak każdy.


Connor był rad, że wstał przed wszystkimi – poza Brugmansją, która zdawała się w ogóle nigdy nie spać – i to nie tylko dlatego, że pisał do Parvati list, który można było uznać za zawstydzający. Dzięki temu jako pierwszemu udało mu się dorwać „Proroka Codziennego" i obśmiać się z niego jak norka, a potem zawyć ze śmiechu jeszcze głośniej, kiedy podał zaskoczonej Brugmansji gazetę.

Oznaczało to również, że mógł się po prostu odchylić na krześle, kiedy Harry i Draco zeszli na śniadanie, wciąż ziewając. Draco usiadł od razu przy stole, podczas gdy Harry przeszedł na drugą stronę kuchni, żeby zrobić im tostu. Connor miał wrażenie, że coraz lepiej radzi sobie z tostami. Jego zaklęcia ognia już nie spopielały całego bochenka chleba, na przykład.

„Prorok" leżał na stole, pierwszą stroną do dołu. Connor celowo go tak położył, żeby najbardziej zaskoczyć wszystkich. Draco burknął pod nosem coś o ludziach, którzy nie byli w stanie nawet odłożyć gazety jak należy, po czym podniósł ją i obrócił.

Jego początkowa reakcja rozczarowała Connora. Nawet nie zaskrzeczał. Nie zaczął wyć, że Rhangnara się myli i jak on w ogóle śmie twierdzić coś takiego, a Harry ma to w tej chwili naprawić. Przymrużył lekko oczy, jak na siłę starał się rozbudzić.

A potem pobladł gwałtownie, jakby miał zaraz zemdleć.

Connor przycisnął rękę do ust i stłumił swój chichot rękawem.

Draco czytał artykuł. Connor był w stanie ocenić po jego twarzy, ilekroć docierał do najciekawszych fragmentów. Kiedy przeczytał o tym, że krew nie jest szczególnie istotna, jego twarz zrobiła się szara. Im dalej czytał, tym częściej kręcił głową, aż nie zaczął wyglądać, jakby dostał epilepsji. Connor wiedział, kiedy Draco dotarł do akapitu dotyczącego małżeństw Blacków i Malfoyów, bo warknął i rzucił gazetę w powietrze, sięgając po różdżkę. Connor nie miał żadnych wątpliwości, że gazeta stanie zaraz w płomieniach.

Strony Proroka rozleciały się po całej kuchni, ale Connor miał przy sobie różdżkę, więc bez trudu mógł nią poruszyć, wołając „Accio pierwsza strona!" akurat, kiedy Draco rzucił Incendio na pozostałe. Smród spopielonego papieru wypełnił pomieszczenie, ale najważniejszy artykuł już śmignął w kierunku Connora, uderzając go mocno w dłoń. Connor uśmiechnął się do Dracona, po czym przyłożył do piersi zdjęcie uśmiechniętego szeroko Thomasa Rhangnary, machającego swoją książką. Draco wyglądał, jakby miał ochotę go zamordować. To było zabawne. Connorowi podobało się, kiedy Draco wyglądał morderczo. To oznaczało, że stracił nad sobą panowanie i lada moment zacznie wrzeszczeć zabawne bzdury. Niedawno pojawił się w pokoju Connora i oskarżył go o straszne głupoty. Powiedział, że figiel, który mu wycięli, skrzywdził Harry'ego. Connor wiedział, że to nie mogła być prawda, bo przecież trzymali się teraz dość blisko z bratem, co oznaczało, że Harry przecież sam by o tym z nim porozmawiał – nawet jeśli nie w dniu samego wygłupu, to później.

– Oddaj mi to, Potter – zaperzył się Draco.

– Niby czemu? – zapytał Draco. – To niewinny artykuł. Niczego ci nie zrobił. – Pogłaskał gazetę, jakby to był młody kuguchar i patrzył z fascynacją, jak twarz Dracona ciemnieje jeszcze bardziej. – Poza tym – dodał Connor, dolewając oliwy do ognia – to prawda.

– Wcale nie! – wrzasnął Draco, a przy ostatnim słowie z ust wyleciała mu strużka śliny. Connor zaklaskał.

– Chyba jeszcze nigdy wcześniej nie widziałem, żebyś zachowywał się tak bardzo jak nieczystokrwisty co teraz – powiedział Draconowi. – Czyli jednak artykuł miał rację. Założę się, że twój pradziadek przespał się z mugolką.

Draco zawył i spróbował przeskoczył ponad stołem, żeby go dorwać. Brugmansja jednak go złapała, pokazując, że nawet najdrobniejszy i najsmuklejszy członek stada wciąż pozostawał znacznie potężniejszy od dowolnego czarodzieja, przynajmniej pod względem siły fizycznej. Bez trudu utrzymała Dracona w miejscu, zgrabnym ruchem odbierając mu różdżkę. Connor oparł czoło o blat stołu, niezdolny już do powstrzymywania się od śmiechu.

– Draconie, Connorze, dość tego.

To był Harry, ale nie brzmiał jak brat, tylko jak przywódca. Connor wiedział, że to musi oznaczać, że posunął się za daleko. Podniósł głowę i spojrzał z pokorą na Harry'ego. Harry kiwnął głową, przyjmując przeprosiny. Czasami zdawał się wierzyć, że Connor nie mógłby celowo wywoływać żadnych tarapatów, w jakich czasami się znajdował, ponieważ był Gryfonem, a Harry uważał Gryfonów za nieco prostolinijnych, zwłaszcza w porównaniu do przebiegłych Ślizgonów. Connor nie sądził, żeby Harry zdawał sobie w ogóle sprawę z własnego uprzedzenia, ale Connor i tak miał zamiar korzystać z tego ile tylko się da.

– Co jest w tym artykule? – zapytał Harry tonem, który oznaczał, że już się domyślał. Wyciągnął rękę, a Connor posłusznie podał mu pierwszą stronę „Proroka". Harry przeczytał ją pośpiesznie z przymrużonymi oczami. Od czasu do czasu kiwał głową, jakby znajdował tam coś, czego się nie spodziewał, a pod koniec otworzył szerzej oczy. Connor uśmiechnął się. Też nie sądziłem, że Rhangnara ośmieli się wspomnieć o konkretnych rodzinach, a jednak.

Harry odłożył gazetę z powrotem na stół, po czym obrócił się w kierunku Dracona.

– Brugmansjo, puść go, proszę – powiedział.

Brugmansja momentalnie to zrobiła, po czym odsunęła się lekko, nie spuszczając Harry'ego z oczu. Connor zastanawiał się pobieżnie, czy Harry w ogóle zauważył, w jaki sposób stado mu się przygląda. Pewnie nie, bo Harry nigdy nie zwracał uwagi na coś takiego. Wychodził z założenia, że po prostu prosił innych o przysługi, a ci wykonywali je dla niego, ponieważ sami czegoś od niego chcieli, albo szanowali prośbę Lokiego. Connor jednak wiedział, że niektóre z wilkołaków szczerze myślą o Harrym jak o swoim prawdziwym przywódcy. Już w zeszłym roku zauważył podobny proces, kiedy uczniowie powoli przestawali postrzegać McGonagall jako podróbkę Dumbledore'a, a zaczynali myśleć o niej jak o prawdziwej dyrektorce.

Szybko jednak spojrzał z powrotem na Dracona, ponieważ to było znacznie bardziej zabawne. Connor przyjął już do wiadomości, że Harry i Draco pewnego dnia się chajtną. Wiedział też, że choć raz musiało dojść między nimi do czegoś intymnego, bo nie był tak tępy, jak jego bratu się chyba czasem wydawało. Wiedział jednak też, że Draco był taki wyniosły i cywilizowany wyłącznie na powierzchni, podczas gdy w środku w dalszym ciągu pozostawał cholernym, pokręconym, nabzdyczonym maminsynkiem. Wyglądało na to, że Harry lada moment otrzyma pod tym względem ostre przypomnienie.

– Ten artykuł to nieprawda – powiedział Draco do Harry'ego błagalnym głosem. Connor wiedział, o co mu naprawdę chodzi: „Spraw, żeby to nie była prawda". Często tak robił Harry'emu, zwłaszcza kiedy Harry już odebrał Lily jej magię, ale dorósł od tego czasu. Draco najwyraźniej nie.

– To prawda – potwierdził cicho Harry. – Thomas powiedział mi o tym wszystkim już kilka tygodni temu, kiedy skontaktowałem się z nim o nadchodzącym spotkaniu Przymierza Słońca i Cienia.

Draco zagapił się na niego. Harry odpowiedział spokojnym, ale nieugiętym spojrzeniem. Connor uśmiechnął się. Czyli nie ustąpi. To dobrze. Harry zdecydowanie za często ustępuje Draco.

– Wszystko? – wyszeptał Draco. – Nawet to, że Mroczny Pan Fallen był szla... znaczy, mugolakiem? Że krew jednak nie ma większego znaczenia? Że nasze rodziny... – Urwał i zadygotał, wyraźnie niezdolny do ciągnięcia tej myśli.

– Z tego, co Thomas jest w stanie określić, to tak, to wszystko prawda – powiedział Harry. – Mógł popełnić gdzieś błąd; to normalne przy tak rozległych badaniach. Ale z tego, co są w stanie w tej chwili powiedzieć, to tak, to prawda.

Co jest prawdą? – Głos Dracona pogłębił się. Connor pokręcił głową. Chce zobaczyć, czy Harry faktycznie powie to na głos. Idiota. Oczywiście że tak.

– Że twój dziadek był półkrwi – powiedział Harry.

Widzisz? pomyślał Connor w kierunku Dracona, podczas gdy chłopak obejmował się roztrzęsionymi ramionami. Wydawało ci się, że tego nie zrobi, a jednak. Gdyby Lily nie dała mu tego kretyńskiego treningu, to na bank wylądowałby w Gryffindorze.

– Ale to by znaczyło, że jestem w jednej ósmej mugolem – powiedział Draco, głosem przepełnionym odrazą.

– Albo w jednej ósmej mugolakiem – powiedział Harry. – Chyba nie są w stanie tego jeszcze tak do końca określić. Thomas z pewnością się nad tym nie rozwodził.

Draco potrząsnął głową.

– Mój dziadek był półkrwi – powtórzył, wyglądając, jakby miał się zaraz porzygać.

Connor poczuł, jak cisza w pomieszczeniu pogłębia się nagle. Obrócił głowę i zobaczył, że Harry tak mocno się skrzywił z gniewu, że aż mu twarz wyglądała na mniejszą.

– No tak – powiedział Harry. – Tak samo jak twój chłopak, który też jest półkrwi.

Draco zagapił się na niego.

– Nie o to mi chodziło i dobrze o tym wiesz – powiedział, krzywiąc się nieprzyjemnie.

– Niby w jaki sposób? – zapytał uprzejmie Harry.

– To nie... ty nie... po prostu wiem, że istnieje jakaś różnica – powiedział Draco. – Nie jestem uprzedzony wobec ciebie, Harry. Tu chodzi o moją rodzinę, o krew, którą w sobie mam.

– Czyli krew to jedno, a chuj to zupełnie co innego? – syknął Harry. – Zapamiętam sobie.

Connor był rad, że niczego wtedy nie jadł, bo by się zakrztusił. Zawsze wiedział, że Harry zaczyna się robić wulgarny, kiedy się denerwuje, ale nawet on nie spodziewał się po nim czegoś takiego.

– Tu musi być jakaś różnica! – zawył Draco, kiedy Harry odwrócił się od niego. – Daj mi choć szansę, żeby wszystko wytłumaczyć! Mój świat wywrócił się właśnie do góry nogami, dowiedziałem się, że nie jestem tym, za kogo zawsze się miałem, a ty...

– Wiem, że dla ciebie istnieje różnica – powiedział Harry, nie oglądając się. – Dla ciebie zawsze musi istnieć jakaś różnica, Draco. Wydaje mi się, że przyjąłeś do wiadomości, że jestem półkrwistym wyłącznie dlatego, że nie musisz o tym myśleć. Jak tylko zaczynasz, to zaczynają się takie cyrki.

Wyszedł szybkim krokiem z kuchni i zniknął za zakrętem. Brugmansja pośpieszyła za nim. Connor wiedział, ze Harry będzie miał ochronę wilkołaków, póki nie dotrze do sypialni, albo innego bezpiecznego sanktuarium.

Draco opadł z powrotem na krzesło po drugiej stronie stołu, wyglądając jednocześnie na zdegustowanego, wściekłego, zszokowanego i pokonanego. Connor odkaszlnął i wstał. Spojrzenie Dracona momentalnie przeskoczyło na niego, a jego mina momentalnie zalała się nienawiścią.

– Nie doszłoby do tego, gdyby nie ty – powiedział.

Connor ponownie się roześmiał, bo nie był w stanie się powstrzymać.

– Och, jasne, Malfoy, w końcu to ja kontroluję „Proroka" i mówię im, co mają wydrukować i kiedy – powiedział. – W dodatku opłaciłem wszystkie badania Rhangnary, dobrze, że to wreszcie rozgryzłeś. Jestem tak potężny, że planowałem to wszystko na długo przed własnym narodzeniem.

– Przecież wie, że nie o to mi chodziło – powiedział Draco. – Nie zapominam, że jest półkrwi, po prostu o tym nie myślę.

– No to może czas zacząć – powiedział Connor i zostawił go tam.


Rufus chciał herbaty. I eliksir na ból głowy. I wrócić do łóżka, żeby mógł zacząć ten dzień na nowo.

Ale głównie herbaty.

Już przeszukał swój gabinet i upewnił się, że nie miał w nim niczego, w czym mógłby zrobić herbatę. Nie było nawet jego filiżanki. Kiedy tak siedział za biurkiem, zastanawiając się, na co komu mogłaby się przydać jego filiżanka, Percy Weasley wszedł, niosąc dwie filiżanki herbaty i kopię „Proroka Codziennego". Bez słowa podał jedną Rufusowi. Rufus sięgnął po nią łapczywie i z ulgą napił się herbaty.

Ukoiła jego ból głowy, dzięki czemu mógł oprzeć się wygodnie w swoim fotelu i odetchnąć z ulgą. Percy już usiadł przy własnym biurku, rozkładając gazetę ruchem osoby, która już raz ją przeczytała. Rufus zebrał się w sobie. Percy wciąż był tylko praktykantem, co oznaczało, że powinien powoli zdobywać doświadczenie w wycenianiu i przewidywaniu reakcji innych. Czas sprawdzić, czy instruktorzy w dalszym ciągu na to naciskali, mimo rezygnacji Moody'ego.

– Jak ci się wydaje, co się teraz stanie? – zapytał Rufus, kiwając w kierunku pierwszej strony.

Percy zmarszczył brwi w zamyśleniu. Zwykle, a przynajmniej ilekroć nie wskakiwał między ministra a śmiertelnie niebezpieczne klątwy, był wyjątkowo ostrożny i korzystał ile tylko mógł ze swojego mózgu. Rufus to pochwalał. Mieli już od groma aurorów, którzy byli w każdej chwili gotowi rzucić się do ataku i zdzielić kogoś Drętwotą. Percy był rodzajem aurora, który wiedział, że zadawanie pytań było ważne i co takiego wychwycić w odpowiedziach.

– Cóż, wielu czystokrwistych o rozległych wpływach w ministerstwie, będzie wyjątkowo oburzonych – powiedział Percy. – Pewnie ci bez wpływów też. Wiele czystokrwistych rodzin czerpie swego rodzaju dumę ze swoich nazwisk, czy historii i niektórzy opierają na nich swój handel. Nie my – dodał pośpiesznie. – Ale niektórzy.

Rufus uśmiechnął się słabo i postanowił nie mówić Percy'emu o jego dziadku stryjecznym, który kiedyś spróbował wykpić się aresztem, twierdząc że „przecież jestem Weasleyem!" Kiwnął głową.

– A jak ci się wydaje, co się stanie, jak uwierzy w to wystarczająco wielu ludzi?

Twarz Percy'ego zrobiła się na moment bez wyrazu, ale Rufus nie był w stanie określić, czy tak stało się przez podziw, szok, czy może głębszy namysł.

– Och Merlinie – wyszeptał. – To się skończy na kompletnym chaosie, prawda? Nie tylko na kilku oburzonych czystokrwistych, usiłujących upierać się, że ich dziadkowie czy pradziadkowie wcale nie mieli partnerów na boku. Chaos ogarnie wszystkich. Mugolaki zaczną upierać się przy zmianie praw, inni magiczni badacze zacznę kwestionować podstawy etyki, a przecież znajdą się też tacy, którzy spróbują zarobić na tych informacjach, będziemy mieli szarlatanów, obiecującym rodzicom, że są w stanie kontrolować, z jak wielkimi ilościami magii ich dzieci się urodzą... – Percy zawiesił głos, wpatrując się w ścianę.

– Właśnie. – Rufus ponownie zerknął na gazetę i westchnął. Wiedział, że Thomas Rhangnara był sojusznikiem Harry'ego, ale nie był pewien, jak bardzo byli sobie bliscy. Sprawdziły się jednak ostrzeżenia niewymownych, że Harry ściągnie ze sobą jeszcze więcej chaosu. Rewolucja to jedno, ale Rufus już kiedyś miał do czynienia z rewolucjonistami; zwykle mieli wyraźnie określone cele i tendencję do paplania o nich z każdym, kto chciałby ich wysłuchać. Harry był pierwszym, którego głównym celem było najwyraźniej pakowanie się w coraz większe tarapaty, co w jakiś sposób inspirowało innych do robienia dokładnie tego samego.

Niewymowni, w porównaniu do niego, nieśli ze sobą klarowność. Byli również niezwykle otwarci wobec niego, co było zaskakujące, biorąc pod uwagę, że nie należał nawet do Departamentu Tajemnic, choć Rufus odnosił wrażenie, że jego pozycja mocno mu w tym pomagała.

Powiedzieli mu, że zdrajcy departamentu okazali się znacznie bardziej przebiegli, niż początkowo uważano. Harry szczerze opisał przeprowadzony na niego atak – co było szczegółem, o którym niewymowni nie wiedzieli, kiedy po raz pierwszy pojawili się, żeby porozmawiać o tym z Rufusem. Wówczas wierzyli jeszcze, że „atak" było określeniem wyolbrzymionym, bo ich ludzie naprawdę chcieli tylko porozmawiać z Harrym.

Teraz zrozumieli już, że niektórzy z ich członków zostali zobliviatowani, a na innych przeprowadzono sen–splątanie, przez co uwierzyli, że niektóre sytuacje wydarzyły się w rzeczywistości, podczas gdy widzieli je tylko w snach. Zarówno zobliviatowani, jak i sen–splątani odzyskali już swoje prawdziwe wspomnienia, dzięki czemu departament znajdował się o krok bliżej znalezienia zdrajców. Poprosili jednak Rufusa, żeby spróbował powstrzymać Harry'ego przed rozsiewaniem jeszcze większego chaosu. Jeśli Chłopiec, Którzy Przeżył zacznie publicznie wyrażać brak zaufania wobec Departamentu Tajemnic, to społeczeństwo może zacząć nieufnie podchodzić do niewymownych. A teraz niewymowni przyszli do Rufusa z podejrzeniami, że ich zdrajcy otrzymali pomoc spoza departamentu. Mieli podejrzenia co do tego, kto mógłby to być, ale potrzebowali trochę czasu, żeby się upewnić.

Rufus miał nadzieję. Niewymowni byli tak otwarci, jak tylko mogli bez łamania swoich przysiąg danych Kamieniowi, który ich wybrał i który był artefaktem równie starożytnym, potężnym i bezwzględnym co rytuał sprawiedliwości. Nie można było się wycofać z tego, co zaprzysięgnięto na Kamień – ale zdrajcy znaleźli jakiś sposób na ominięcie przysiąg, ponieważ zaczęli fanatycznie skupiać się na bardzo wąskim zakresie obowiązków, które tak naprawdę nie pomagały Departamentowi Tajemnic jako takiemu. Lojaliści w dalszym ciągu prowadzili dochodzenie względem tego, jak to w ogóle było możliwe.

Uzbrojony w tę wiedzę Rufus stawił czoła Harry'emu i spotkał kogoś znacznie gorszego od chłodnego, dumnego chłopca, który nie odpisywał mu na listy ze zwykłego uporu. Spotkał kogoś, kto zdawał się nie pojmować, że na tym świecie istnieli inni ludzie, nie tylko ci, którzy zostaliby objęci jego rewolucją. Spotkał kogoś, komu nie wystarczało już bronienie siebie zwykłą, dostępną wszystkim magią, kto nie udał się na inne piętra ministerstwa w poszukiwaniu pomocy w czasie ataku, ale użył swojego daru absorbere, zwiększając paranoję zdrajców, jak i prawdopodobieństwo użycia daru na innych pracownikach ministerstwa.

Rufus obawiał się, że spotkał wtedy niedorosłego Lorda.

Spojrzał w milczeniu na gazetę, na uśmiechniętego mężczyznę, trzymającego książkę o akronimie WUTKRM, napisanym lśniącymi literami i który ewidentnie nie pojmował, czemu inni ludzie mieliby nie cieszyć się na wieść o wynikach jego badań. Rufus miał wrażenie, że jednocześnie patrzy na Harry'ego i wszystkich jego sojuszników – tańczących ponad otchłanią, nie pojmujących bezdennej przestrzeni pod sobą, ale mimo to ludzi, którzy niebawem w nią spadną.

Rufus wiedział, że musiał poczekać, ponieważ o to właśnie poprosili go niewymowni, mimo że równowaga w ministerstwie między nim a Amelią wreszcie zaczęła się stopniowo przechylać w jego kierunku, nawet jeśli wyjątkowo nieznacznie. Nie mógł teraz nawet wysłać listu do Harry'ego, bo przecież Harry go zignoruje przez wzgląd na dumę i przekonanie, że dobrze wie, co robi.

Ależ mnie to wkurza, pomyślał, że muszę tylko czekać, podczas gdy moje ministerstwo rozpada się wokół mnie na kawałki, a najwspanialszy czarodziej, jakiego mamy, nasza najjaśniejsza nadzieja, zaczyna przede wszystkim zwracać uwagę wyłącznie na siebie i tych, których poprzysiągł chronić. Nie chciałbym być na jego miejscu, kiedy światem wstrząsną jego poczynania.


– A tu mamy nasze główne prasy – krzyczał wesoło Dionizos Hornblower, żeby można było go usłyszeć ponad klekotem i harmidrem maszyn, produkujących „Vox Populi". – Działają, oczywiście, bez skrzatów domowych, wyłącznie dzięki naszej własnej magii.

– Oczywiście – mruknęła Honoria, patrząc jak rzeczone maszyny lśniły, zawijały się w sobie i tańczyły w sztywnych poruszeniach metali. Prasa Menad korzystała z ogromnego domu, stojącego niemal na końcu Pokątnej. Honorię zastanawiało nieco, czy musieli płacić jakieś kosmiczne sumy okolicznym sklepikarzom, żeby zignorowali hałas, czy też wykupili to miejsce tylko tymczasowo, bo planowali się rozrosnąć. Dionizos wyglądał na człowieka, który lubi się rozrastać.

Był niesłychanie uradowany, kiedy Honoria pojawiła się i powiedziała mu, że chciałaby pracować z nim jako przedstawiciel Harry'ego w Prasie Menad. I prawdę mówiąc Honoria również była uradowana. Dionizos był bezczelny, zdecydowanie za bardzo pewny siebie i niesłychanie głośny, jak to mieli w zwyczaju ludzie, którzy niedawno zostali na coś nawróceni. (Wszak matka Honorii też nie była w stanie się zamknąć o poślubieniu czystokrwistego czarodzieja). Czcił Harry'ego jednym oddechem, po czym krytykował go głośno następnym, zwykle za jego zbyt ostrożne podejście do wszystkiego. Wydzierał się na pracujących w „Populi" ludzi – korektorów artykułów, redaktorów technicznych, twórców magicznych sów, które wszystko dostarczały – a oni wrzeszczeli w odpowiedzi, wyraźnie nie zastraszeni. Zdążył już wspomnieć, że trafił do Azkabanu, walczył z aurorami, zakradał się na terytorium wroga w czasie Pierwszej Wojny z Voldemortem, przespał się raz z nieznajomą, która następnego ranka okazała się być śmierciożerczynią, jak i wiele więcej podobnych historii, które Honoria chciała usłyszeć w pełni. Ignifer by go nienawidziła.

Bez względu na to, do jakiego domu w Hogwarcie nie uczęszczał, teraz był ucieleśnieniem wszystkiego co gryfońskie. O ile w ogóle chodził do szkoły. Honoria nie była pewna, czy nie spędził czasem okresu między jedenastym a siedemnastym rokiem życia na bieganiu po kontynencie i pobieraniu nauk o mrocznych sztukach, nielegalnych zaklęciach i magii krwi.

Ależ Honoria się stęskniła za takim rodzajem ludzi.

– Tej sowie brakuje lewego skrzydła, Jamie! – ryknął Dionizos na jednego ze swoich pracowników, który pewnie nawet nie nazywał się Jamie, ale momentalnie zabrał się za poprawianie błędu. Odwrócił się z powrotem do Honorii, obdarzając ją szerokim uśmiechem. – Otrzymaliśmy już od groma artykułów o tej nowej teorii – powiedział. – Wódka ram, czy jak jej tam. Fascynujący nonsens. Czytałaś może?

Honoria zamrugała.

– Ach, nie. – Ostatnio dzieliła swój czas na wizyty w Prasie Menad – no, początkowo na szpiegowaniu ich – szukaniu stad londyńskich, żeby pomóc im w ustaleniu jak najszybszych tras ucieczki w razie pojawienia się departamentu, oraz na jebaniu się z Ignifer.

– Szkoda – powiedział Dionizos. – Przeczytałem wczoraj pierwszych kilkaset stron. Zmienił moje podejście do kilku spraw. Kompletnie zmienił moje podejście do innych. Ten młody Harry to prawdziwy zmianmajster, co nie?

– Nawet nie wiem, co by to mogło znaczyć – powiedziała Honoria. Czuła się, jakby jej szeroki uśmiech miał lada moment przepołowić głowę. Ledwie nadążała za rozmową. Jakie to fantastyczne.

– To znaczy, że pojawia się gdzieś i to miejsce się zmienia – powiedział Dionizos. – Ale zdaje sobie z tego sprawę, więc jest na to gotowy, zamiast po prostu kryć się w cieniu. Zmienia środek ciężkości, jak to mawia paru moich znajomych mugoli. Hepzibah, żebym nie musiał tam podchodzić i kończyć za ciebie tej korekty! Gratulacje, Jamie, mój drogi chłopcze, teraz sowie brakuje prawego skrzydła. Tak, Harry wie jak podchodzić do zmian.

Honoria roześmiała się. Strasznie dobrze się bawiła. Będzie musiała podziękować Harry'emu za przydzielenie jej tego zadania.

I wtedy całe pomieszczenie zalało się czerwienią. Honoria poderwała z zaskoczeniem głowę. Wiszące pod sufitem ogromne kule, wypełnione światłem, które nie wydzielało żadnego ciepła, do tej pory lśniły na złoto–biało, ale teraz żarzyły się wściekłą czerwienią, niczym płomienie rogogona węgierskiego.

– Co to znaczy? – zapytała.

Kiedy spojrzała na Dionizosa, zobaczyła że już ma w oczach blask bitewny, a w ręce trzymał wyciągniętą różdżkę.

– To znaczy, że ktoś naruszył moje osłony – powiedział radośnie. – Ktoś użył nietypowego dla naszej prasy, potężnego artefaktu. Niewymowni się pojawili. Tak myślałem, że to zrobią. – Jego uśmiech tylko się powiększył. – Jestem na nich gotowy.

– Co? – zapytała z oszołomieniem Honoria i wtedy niewymowni zaatakowali.

Nigdy wcześniej nie widziała czegoś takiego. Szare szaty wyskakiwały bezszelestnie ze wszystkich stron, jakby skraplały się z mgły, która powoli przesączała się przez ściany. Nieśli ze sobą szklane kule, cienkie, miedziane pałąki, czy plamy światła, od których Honorię oczy rozbolały, ale i tak nie była w stanie odwrócić od nich wzroku. Niektórzy z całą pewnością mieli przy sobie miecze. Poziom magii w pomieszczeniu wzrósł do stopnia, którego Honoria jeszcze nigdy wcześniej nie czuła, nawet w czasie spotkań z Harrym.

Dionizos zawył radośnie.

– Witajcie, łajzy! – zawołał, po czym machnął różdżkami w geście, którego Honoria nigdy wcześniej nie widziała. – Nie wiem czy wiecie, ale lwy ryczą.

Karmazynowa poświata świateł nabrała na intensywności. Następnie ściany zaczęły wyglądać, jakby stanęły w ogniu, a spośród płomieni wyszły kształty, które nabrały na kształcie i solidności w miarę lotu. Honoria miała wrażenie, że one również były magicznymi tworami, zupełnie jak sowy, ale te wyglądały jak lwy. Kiedy wylądowały, każda z ich paszczy była pełna kłów, a łapy pełne ostrych pazurów.

Niewymowni odwrócili się, żeby się z nimi rozprawić. Honoria widziała, jak niektóre z mieczy opadają i choć przecięły tylko cienie stworzeń, to te i tak wyły i znikały. Jeden z lwów rzucił się na trzymane przez niewymownego światło, a jego pysk nagle zwęglił się, jakby był ćmą, która podleciała za blisko do ognia. Honoria już zmieniała się w mewę, żeby wznieść się ponad cały ten chaos i znaleźć z dala od niebezpieczeństwa, kiedy zobaczyła jak inny niewymowny rozszarpuje lwa na strzępy za pomocą dwóch połówek szklanej kuli.

Ale lwy też wyrządzały sporo szkód, rozrywając szare płaszcze, a spod ich pazurów krew tryskała obficie. W dodatku ludzie Dionizosa zdążyli już poderwać różdżki, jakby byli na to przygotowani. W tym momencie Honoria wiedziała już, że podjęła dobrą decyzję, zmieniając się w swoją formę animagiczną, bez względu na to, ilu ludzi jej w tym momencie nie widziało. Powietrze zaczęły przeszywać kolory Drętwoty, Diffindo i innych, więcej niż byłaby w stanie zliczyć, w dodatku od czasu do czasu oślepiał ją blask rzuconej klątwy tnącej. Zadygotała, rozpoznając ją i myśląc o zimnej, październikowej nocy, kiedy spadła między Harry'ego i Igora Karkarowa, pozwalając by jedna z takich klątw rozcięła ją od brzucha do obojczyka.

Dionizos przebywał w samym środku tego wszystkiego, prowadząc ludzi do ataku zupełnie jak mistrz cyrkowy, przeprowadzający sztuczki. Honoria zorientowała się, że jego okrzyki zachęty w sumie niewiele różniły się tonem od uwag, jakie rzucał wcześniej pracownikom, upewniając się, że wszystko pojawi się w gazecie jak należy. Miał wokół siebie tarczę, która zdawała się pożerać wszelkie ataki, jakimi niewymowni starali się w niego trafić, ale w żaden sposób nie powstrzymywała jego własnych klątw przed wylatywaniem. Honoria zobaczyła, jak paraliżuje i wprowadza w stan szoku dwójkę niewymownych, których szaty odsłoniły przerażone, blade twarze, a potem przez dobre dwie minuty pojedynkował się z kolejnym, nim nie załatwił go czymś, co Honoria oceniła na zaklęcie o opóźnionym zapłonie, które kompletnie oślepiło przeciwnika.

Grom zaklęć, lwich ryknięć i szczekotu niektórych artefaktów, od którego aż w zębach dzwoniło, trwał zaledwie kilka minut, ale to było i tak aż nadto dla Honorii. Naprawdę wolę zaplanowane bitwy, taka jak ta o Leśną Twierdzę, pomyślała, zataczając niepewnie koła i unikając klątw rzuconych przez ludzi, którzy ją przypadkiem zauważyli.

Następnie wszyscy niewymowni, którzy jeszcze stali na nogach, zniknęli, zabierając ze sobą artefakty. Lwy momentalnie zamarły i obróciły się w kierunku Dionizosa, pochylając przed nim łby, niczym zrobione z płomieni cienie. Następnie wskoczyły z powrotem w ściany, wtapiając się w nie, a światła pod sufitem ponownie zrobiły się białe. Dionizos rozejrzał się po pomieszczeniu z wprawą, po czym kiwnął głową.

– Jamie, pomóż Hepzibah zabandażować tę ranę – powiedział. – Diana, masz wolne do końca dnia; zmykaj do domu. Godryku, na litość wszystkiego co święte, siadaj, albo osobiście cię posadzę.

Honoria powróciła ostrożnie na poziom gruntu, zmieniając się po drodze z powrotem w człowieka. Dionizos zobaczył ją i uśmiechnął się.

– Tu jesteś – powiedział. – Powinienem był rozpoznać tę mewę. Podoba mi się, podoba. Pasuje do ciebie.

– Brzmisz... jakbyś był na to wszystko przygotowany – powiedziała Honoria, patrząc na leżącego na podłodze niewymownego. Nawet ci z głębokimi ranami wydawali się być po prostu nieprzytomni, a nie martwi. Spodziewała się, że lada moment zmienią się mgłę i znikną, ale do niczego takiego nie doszło. Po prostu tam leżeli.

– Bo byłem – powiedział Dionizos. – Zawsze dochodzi do czegoś takiego, ilekroć jakiemuś łajdakowi wydaje się, że zaczynam sprawiać zbyt wiele kłopotów. – Kiwnął raz i drugi. – Opracowałem plan bitwy z moimi ludźmi i używamy wyłącznie takich zaklęć, które nie wpakują nas do Tullianum. Poza tym niewymowni zawsze starają się unikać zabijania i wolą brać jeńców. Odpłacanie się tym samym wydawało się po prostu sprawiedliwe. – Ponownie kiwnął głową. – Żeby nie było, to był, jak do tej pory, najpoważniejszy z ich ataków. Ale i tak wiedziałem, że dojdzie do czegoś takiego. Naprawdę ich irytuję tymi ciągłymi artykułami.

– A lwy? – zapytała Honoria.

Dionizos zachichotał.

– Spodobały ci się? Zrobiłem je za pomocą artefaktu, który im kiedyś zarąbałem. I tę tarczę też. Jak i kilka innych zaklęć. – Puścił do niej oczko. – Oczywiście, jeśli wspomnisz o tym komukolwiek poza Harrym, to będę wiedział, kto ma długi jęzor.

– Jak udało ci się cokolwiek ukraść z Departamentu Tajemnic? – zapytała Honoria. Musiała usiąść. Dionizos zaprowadził ją do krzesła, zanim zdążyła nawet się za nim rozejrzeć.

– Tak już bywa, kiedy ktoś stara się ciebie zrekrutować i zmienia zdanie – powiedział wesoło Dionizos. – Chcieli zmienić moje wspomnienia i przykuć do czegokolwiek, co trzyma tam w dole ich wszystkich więźniów. Kradzież to najlżejsza kara, jaka przyszła mi do głowy. Łajzy. – Honoria zaczynała dochodzić do wniosku, że to chyba było jego ulubione wyzwisko.

– A co zrobisz z... z nimi? – Honoria kiwnęła głową w kierunku schwytanych niewymownych. Spojrzenie Dionizosa podążyło za jej własnym i nagle jego mina zrobiła się niezwykle surowa.

– W tej chwili? Wyśmieję ministerstwo w „Populi". A potem pokażę im kolejną zabawkę, jaką im kiedyś ukradłem. Łajzy są odporne na Veritaserum, ale na to nie mogą być. – Dionizos zatarł ręce z radości. – A potem przekażę Harry'emu, co udało mi się z nich wyciągnąć. Jeśli będę w nastroju do tego. Na pewno jednak wszystko, co od nich usłyszę, pojawi się w „Populi". Ludzie zasługują na poznanie prawdy.

Honoria oparła się na ręce i pokręciła głową. Podejrzewała, że obecnie jej głównym zadaniem będzie przekonanie Dionizosa do podzielenia się jednak wszystkim z Harrym, ponieważ niewymowni byli również wrogami Harry'ego, jak i wyciągnięcie od samego Dionizosa, czego nauczył się o Departamencie Tajemnic w czasie swojego krótkiego pobytu w nim. Możliwe, że podzieli się tym z nią bez większego problemu, ale Honoria nie założyłaby się o to. Przecież lada moment mógł zmienić zdanie.

Merlinie, jakie to zabawne. Przynajmniej teraz wiem, czego po nim oczekiwać.

Odchyliła się i uśmiechnęła do Dionizosa.

– Postawisz ministerstwo w bardzo złym świetle – powiedziała.

Dionizos zarechotał.

– I dobrze. Zasłużyli sobie. Łajzy.