Noc i dzień przeczekał, siedząc nieruchomo ze skrzyżowanymi nogami, gdzieś w opustoszałej piwnicy na Kredytowej, rzut kamieniem od terytorium wroga. Gdyby wspiął się na dach, dostrzegły morze drzew, których zieleń przechodziła już z wolna w złoto i czerwień, i bielejące w nocy pozostałości rzeźb i fontann wśród dziczejących trawników Ogrodu Saskiego.
Na pewno panowała tam martwa cisza; dawno już odmówiono im wstępu na alejki, za starą, Żelazną Bramę zdobioną Orłem i Pogonią – nawet nie wiedział, czy ona jeszcze w ogóle istniała, dawno nie podszedł tak blisko – żaden Polak nie miał prawa tam wejść…
Niemieckich cywili już tu nie było i wśród drzew błąkać się mogli tylko wojskowi, szukając wśród przyrody chwilowej ucieczki od napiętej atmosfery panującej w sztabie...
Ruszyć ogrodem? Przeskoczyłby przez płot albo znalazłby sobie jakąś dziurę – zerknął na swoją kostkę i uznał, że lepiej unikać gwałtownych ruchów – przemknąłby pod osłoną ciemnej nocy, pod wrześniowym nowiem, chowając się w trawach lub za pniami drzew jak leśny partyzant, nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz w życiu... Mógłby nawet raz jeszcze, może już ostatni, zerknąć na Oranżerię, którą tak bardzo lubił odwiedzać przed wojną, obejrzeć się na piękne pawilony, częściowo ocalałe...
A może jednak były tam posterunki?
Feliks wyprostował się, myśląc gorączkowo. W okolicy płotu na pewno byli żołnierze, wszak dzisiejsza granica opierała się o Królewską, która ciągnęła się wzdłuż Ogrodu... Przed wieczorem musi wychylić się z kryjówki, ukradkiem sprawdzić rozmieszczenie niemieckich czujek...
A może łatwiej będzie pójść miastem, dookoła, przejść marszowym, żołnierskim krokiem obok uszkodzonej Zachęty jako niemiecki żołnierz, może nawet bezczelnie zerknąć przez szyby, udając zainteresowanego tym, co wymyślili w Haus der Deutschen Kultur...?
Uśmiechnął się blado; akcja śmiała, acz niebezpieczna, bo nawet jeśli on sam uniknie wykrycia, to kto wie, czy jakiś rodak z większą ilością nabojów nie strzeli w osamotnionego człowieka we wrogim mundurze...
Nie mógł pozwolić sobie na zbędne ryzyko, nawet jeśli do przejścia było zaledwie kilkaset metrów. Za długo czekał na to spotkanie…
Westchnął ciężko i oparł się o mur, przymykając oczy. Próbował ignorować pulsującą kostkę – cholera jasna, udawało mu się przez dłuższy czas unikać utrudniających życie urazów, a właśnie teraz...
Dobrze, że przez następne kilkanaście, kilkadziesiąt godzin nikt nie będzie go szukał; generał osobiście nakazał mu odpoczywać, więc Feliks usłuchał na swój sposób; zbierał siły i amunicję i planował swoją wyprawę.
Miał pełny magazynek; zdobył zapas naboi z tej nędznej części zrzutów, do której dotarli – Polska przeklinał los po wielokroć, bo Niemcy zapewne bardzo ucieszyli się z tej niespodziewanej, przypadkowej pomocy aliantów – więc mógł czuć się względnie bezpiecznie. Teraz wystarczyło tylko ignorować ssanie w żołądku i ustalić drogę…
Pozwalał sobie na sen, bo Śródmieście milczało, na pobliskiej barykadzie było cicho i pusto, a do odległych huków jego słuch dawno przywykł.
Zapadał w krótkie, częste drzemki bez snów, budząc się nagle, spinając wszystkie mięśnie i czujnie nasłuchując. Ani razu nie usłyszał niczego, co zmusiłoby go do zerwania się na nogi i zajęcia obronnej pozycji, zupełnie jakby kwadrat kamienic, w którym znalazł schronienie, ucichł już na dobre.
Gdy nad umierającym miastem zalśniło czerwone słońce, chowając się z wolna za szkieletami wieżowców, wiedział już, co ma robić.
Nawet jeśli zmienił swoje nastawienie, i tak nie podobało mu się to, co widział na mapach i czego słuchał w raportach.
Tracili coraz więcej ziem i coraz więcej sojuszników się od nich odwracało, przechodząc na drugą stronę konfliktu z własnej woli albo zostając do tego zmuszonym; Bułgaria wypowiedziała im wojnę, Rosja przycisnęła do ściany Finów...
– Lada moment wejdą na Węgry, długo nasi się tam nie utrzymają – stwierdził Prusy, wypowiadając dokładnie te same słowa, które Ludwig chciał powiedzieć. Zmrużonymi oczami przyglądał się kolejnym nakreślonym ołówkiem liniom. – W Holandii zrobiło się ciekawie, a Amerykanie właśnie przeleźli przez naszą byłą zachodnią granicę. Jeśli chcesz znać moje zdanie, Erich, a w to nie wątpię, jesteśmy w...
– Nie nadwyrężaj dzisiaj mojej cierpliwości.
– Ech, jak wolisz – Prusy uśmiechnął się złośliwie, ale Ludwig był w stanie zauważyć iskrę niepokoju, króciutkie spojrzenie, które Gilbert posłał północy. Na mapie niebieskie plamy jezior ostro kontrastowały z czerwonawym odcieniem państwa. – Zmywamy się niedługo, tak jak ci mówiłem. Załatwić ci coś w mieście?
– Właściwie to możesz – Von dem Bach nie przejął się kpiącym tonem; zastukał palcami o blat biurka, wpatrując się w Prusaka pochylającego się nad mapą. – Gdy przyjechałeś, przywiozłeś ze sobą żołnierza. Nie będę wnikał, na co ci był mieszaniec...
– Już ci mówiłem, nie mogłem przebierać w ludziach – przerwał mu Gilbert zniecierpliwionym tonem. – Uchował się na jakimś zapomnianym przez führera i ludzi posterunku przy szwajcarskiej granicy, a że strzelać umiał najcelniej z całej tamtejszej bandy, to go sobie wziąłem. Zresztą, o co ci teraz chodzi? Dałem ci go. Już nie jest nam potrzebny.
– Właśnie – Generał posłał mu nieprzyjemne spojrzenie. – Nie ma zajęcia, więc teraz chodzi i mąci wśród moich ludzi. Odstawcie go dzisiaj do Warszawy, niech go rzucą na linię walki albo znajdą mu inne zajęcie. Na pewno przyda się ktoś do zakopywania poległych. Nie chcę, żeby się tu plątał.
Bracia wymienili spojrzenia. Oczywiście, pomyślał Ludwig. Gdybyśmy odmówili, przyniosłoby to ze sobą niewygodne pytania…
– Tak jest – rzucił krótko, a zmarszczone obliczenie von dem Bacha nieco pojaśniało. Zerknął na brata, dając mu wzrokiem do zrozumienia, by nie drażnił generała; był już wystarczająco podejrzliwy, nawet jeśli nie wtrącał się w ich działania z powodu swojej rodziny.
– Dziękuję, Herr Deutschland. Na pana zawsze można liczyć – Generał nawet nie spojrzał na Gilberta; ten wzruszył ramionami z cieniem uśmieszku w kąciku ust. – A ten... niedoszły dezerter?
– Również bierzemy go ze sobą, więcej go nie zobaczysz, generale – obiecał Ludwig.
– Dobrze – Von Zelewski zerknął na mapę Warszawy. Z dnia na dzień obszar zajęty przez powstańców się zmniejszał. – Nie chcę, by i przez niego było wśród moich ludzi niespokojnie, kimkolwiek jest. Bo wątpię, że jest zwykłym szeregowym. Ma zbyt inteligentną twarz.
Bracia spojrzeli po sobie; potem Ludwig wyciągnął zza pazuchy telegram. Bez słowa podał depeszę generałowi; ten przebiegł po niej wzrokiem i zmarszczył brwi.
– Jakie przesunięcie? – zapytał cicho, sięgając po czystą kartkę i pióro. Zawiesił stalówkę nad papierem.
– Siedem.
Czekali kilka minut, obserwując, jak von Zelewski rozszyfrowuje wiadomość. Gdy miał już przed sobą pełną jej treść, długą chwilę wpatrywał się w kartkę. Potem uniósł oczy.
– Dziękuję – powiedział cicho. – Zapamiętałem. Jeszcze dzisiaj wyślę im wiadomość.
– Niech przyzwyczają się do nowych imion – Gilbert obserwował, jak von Zelewski otwiera szufladę potężnego biurka i wyciąga z niej srebrną, obłą zapalniczkę zdobioną wytłoczonym orłem.
Ogień szybko pochłonął i depeszę, i jej odkodowaną wersję; resztki żaru generał zdusił, przyciskając je do blatu przyciskiem do papieru.
– Jedźcie już – odezwał się von Zelewski po długiej chwili. – I nie wplatajcie się znowu w coś niebezpiecznego.
– Nie patrz na mnie tak, jakby to była moja specjalność – Gilbert szybkim ruchem zgarnął z biurka zapalniczkę. – To sobie zabieram, mam nadzieję, że się nie obrazisz.
Ludwig posłał bratu badawcze spojrzenie. W ostatnich dniach woń tytoniu spowijała Gilberta bardzo często; tutejsi żołnierze z ochotą częstowali go papierosami, a Gilbert skwapliwie z tego korzystał. Jakoś udało mu się również przekonać jednego z oficerów, by dał mu swoją metalową papierośnicę.
Przez ostatnie piętnaście lat Niemcy odzwyczaił się od tego zapachu; teraz przypominały mu się czasy, gdy ubrania Prus były nim przesycone, w szczególności, gdy rankiem wracał do domu po nocy spędzonej w berlińskich knajpach.
– Ruszamy – odezwał się, gdy generał westchnął ciężko, ale nie skomentował szabru. – Do zobaczenia. Heil Hitler.
– Heil Hitler.
Gra wciąż trwała; a teraz czas odrzucić niepotrzebne już pionki na bok i posłać przez szachownicę dwa czarne laufry. Po jej drugiej stronie czekał już samotnie biały skoczek, jednak tym razem, w przeciwieństwie do wielu innych partii, które Ludwig w życiu stoczył, tego dnia żadna figura nie miała zostać zbita.
– Ja, Ludwig Beilschmidt, personifikacja narodu niemieckiego, zwalniam cię z twojej przysięgi wierności. Przejdź w stan spoczynku, Kölzow, czy jakie tam nazwisko naprawdę nosisz.
– Służba dla panów była zaszczytem – Kölzow uśmiechnął się, salutując. Po chwili opuścił dłoń. – Ale szpiegiem jest się do końca życia i do końca życia nie zdradza się swojej tożsamości, Herren, mam nadzieję, że mi wybaczycie... Poza tym, i tak muszę uczyć się już nowego, szwajcarskiego nazwiska, prawda?
– Szwajcaria będzie czekać na ciebie na dworcu w Zurychu – odezwał się Gilbert, podając mężczyźnie rulonik z adresami. Im się nie przydały; może pomogą Kölzowowi w trakcie podróży przez niespokojne Niemcy. – Zielonooki blondyn, który od razu przyłoży ci pistolet do łba. Na pewno go rozpoznasz.
Kölzow wyszczerzył zęby; z ogoloną szczęką wyglądał na młodszego niż w rzeczywistości. Zdążył już zamienić mundur szeregowca na cywilny płaszcz i nieco podniszczoną fedorę.
– Na pewno. Dziękuję i życzę powodzenia – Uchylił kapelusza i po ostatnim ukłonie odwrócił się i wyszedł, pozostawiając ich samych w jednym z pokojów warszawskiego pałacu.
W dzielnicy rządowej, gdy tylko o to poprosili, natychmiast udostępniono im kilka pomieszczeń w siedzibie gubernatora, tuż przy Adolf-Hitler-Platz i pięknym, chociaż częściowo nadszarpniętym działaniami wojennymi Sachsischer Garten.
Chociaż Polska wskazał jako miejsce spotkania sam plac, oczywistym było, że nie pojawi się na otwartej, tak dużej przestrzeni, między pałacami wciąż zajętymi przez Niemców, jakkolwiek odważny i sprytny by nie był. Bracia planowali dokładnie przeszukać okoliczne zaułki, udając, że wybierają się na wieczorny spacer. Dopóki nie zbliżą się zbytnio do Królewskiej i południowych krańców Ogrodu, powinni być bezpieczni i nie zwracać na siebie uwagi patrolujących teren żołnierzy.
Do zachodu słońca było jeszcze dobre pół godziny; Ludwig milczał przez cały dzień, pogrążony we własnych myślach, Gilbert też odzywał się rzadko. Obaj niespokojni, podskakiwali przez każdy usłyszany hałas; warkot silnika odpalanego auta czy daleki terkot artylerii, odzywający się co jakiś czas nad Wisłą, nawet przez głosy rozbrzmiewające na korytarzu.
– Jeden z głowy – odezwał się w końcu Ludwig z miękkiego fotelu obitego czerwonym pluszem. – Drugi… nie do końca.
Gilbert skinął głową. Meiera odstawili rankiem, pewnie już machał łopatą i kopał groby, albo ściągał z trupów ubrania – nie mogli już sobie pozwolić na to, by grzebać poległych żołnierzy w ich mundurach – ale i tak czuli, że to jedynie kolejne odroczenie.
Meier wiedział zbyt wiele, by mogli postawić go przed sądem i prawdziwie bezpiecznie poczują się dopiero wtedy, gdy albo trafi do pogrzebowego dołu, albo gdy dzielić ich będzie pół Europy.
– Mógłbym mieć kogoś takiego jak Kölzow jako podwładnego na stałe. Zna języki, myśli, robi dobrą kawę… – stwierdził Prusy, chcąc rozluźnić panującą w pokoju atmosferę.
Gdy Ludwig nie zareagował, wpatrzony w leżącego na stoliku Walthera, które swoje miejsce otrzymał przy butelce najlepszego wina, jakie można było jeszcze dostać w mieście, a którego nie otworzyli, nie pozwalając sobie na utratę czujności, Gilbert westchnął.
– Idę zapalić – rzucił w końcu. – Za pół godziny przed budynkiem, Bruderherz?
Ludwig skinął głową; upewnił się, że pistolet jest gotowy do strzału, a potem zabezpieczył go i schował za pasek. Gilbert również sprawdził, czy jego broń ma naboje. Potem wyszedł z pokoju.
Gdy znalazł się na dziedzińcu, rozejrzał się dookoła.
Pięć lat temu, gdy był w Warszawie poprzednim razem, pełno było tu połamanych mebli, gruzu, szkła i innych śmieci, a dach groził zawaleniem. Szybko poradzono sobie z problemami; teraz budynek jaśniał w pełnej swojej okazałości. W niszach fasady nadal uśmiechały się rzeźby, w oknach nie brakowało żadnej szyby, ubytki w gzymsach starannie naprawiono, pozamiatano i uprzątnięto dokładnie dziedziniec i jedynie kręcący się dookoła wojskowi świadczyli o tym, że pałac Brühla przeszedł w inne ręce.
Pałac Brühla, Pałac Saski, nawet pomnik jakiegoś polskiego bohatera, który Gilbert zobaczyłby, gdyby wyszedł za bramę i spojrzał w lewo – to wszystko wciąż tutaj stało. Gdyby nie swastyki powiewające na wietrze, gdyby nie morze ruin za tą małą enklawą raju, gdyby nie samoloty, artyleria i wszechobecny zapach podpalanych kamienic, można by było nawet udawać, że wojny nigdy nie było.
Długo nie miejsce nie postoi, wiedział o tym doskonale. W końcu i to pochłonie pożoga, gdy podpalą ziemię, uciekając na zachód.
Wypalił papierosa, spacerując wolno po dziedzińcu, między zaparkowanymi tam samochodami. Gdy zbliżył się do wysokiego na kilka metrów płotu, stojący przy otwartej bramie żołnierze z szacunkiem oddali mu honory. Widząc, że Gilbert trzyma w palcach kolejną bibułkę, żołnierz szybko podsunął mu swoją zapalniczkę.
– Dzięki – Gilbert zatrzymał się w bramie, wydmuchał dym, patrząc przed siebie. Stąd zniszczone połacie miasta widział wyraźniej. – Jak sytuacja?
– Na razie spokojnie, Herr Preußen, ale proszę być ostrożnym. Nie powinien się pan...
– Muszę się przejść, wkurzyli mnie – odparł beztrosko. Żołnierze spojrzeli po sobie i skinęli głowami. Wskazał na przeciwległą stronę placu. – Tam już jest pusto, prawda?
– Prawda – przyznał jeden z nich. – Nie powinno być tam ani żywego ducha, Herr Preußen.
Zobaczymy, pomyślał. Wolnym krokiem ruszył przez gładkie płyty. Nie zamierzał zagłębiać się w miasto sam, musiał poczekać na Ludwiga, ale nikt nie powiedział, że nie może się trochę rozejrzeć ze skraju placu.
Pogrążony we własnych myślach, błąkał się po placu, co rusz rzucając spojrzenia okolicznym budynkom zajętym wciąż przez wojsko. Gdzie jesteś, Polen? Od miesiąca próbujemy się odnaleźć, mam nadzieję, że nie stchórzyłeś... Bo w to, że właśnie wprowadzasz nas w jakąś pułapkę, nie uwierzę.
Zbliżając się do wschodniego skraju placu, odpalił trzeciego papierosa i wtedy usłyszał przeraźliwy, kobiecy, szybko stłumiony krzyk, dochodzący z kwadratów budynków przed nim.
Znieruchomiał. Potem niespokojnie się obejrzał, ale żaden z żołnierzy – a wartowników w okolicy placu było kilku – nie zwrócił nawet na to uwagi.
– Kurwa mać – wyszeptał, upuszczając ledwie odpalonego papierosa na ziemię i ruszając do przodu szybkim marszem. Wojna wojną, od pięciu lat prawa wojenne i konwencje traktowano tutaj jedynie jako bardzo luźne sugestie, a idea podczłowieka usprawiedliwiała wiele, ale on wciąż miał pewne zasady.
Nie potrafili powstrzymać ogromnej machiny, którą sami wprawili w ruch, ale jeśli chociaż na moment zablokuje jedną jej zębatkę, może poczuje się trochę lepszym człowiekiem. Poza tym… krzycząca miała głos podobny do Lili, a może jedynie mu się tak wydawało.
Czas zdyscyplinować jakichś żołnierzy...
Mając krzyk za przewodnika, Prusy przemknął szeroką ulicą między dwoma kwadratami kamienic naprzeciwko Adolf-Hitler-Platz, potem przeciął opustoszałe Krakowskie Przedmieście i zatrzymał się, wiedząc, że popełnił błąd.
Znalazł się w plątaninie na wpół zburzonych ciemnych uliczek nieznanego mu miasta, w zaułku, gdzie zapadł już zmrok, wśród szczątków mebli, wyłaniających się zza dziur w murach opustoszałych kuchni i sypialni, zaułku, w którym nie było nawet szczurów...
Cisza kłuła go w uszy. Nasłuchiwał kolejne minuty, ale nie odezwała się już ani razu.
– Szlag – mruknął do siebie. – To jest jednak pułapka. A ja jednak jestem głupi, Polen, i jakimś dziwnym trafem ta moja głupota zawsze wiąże się z tobą…
Chciał się wycofać, wrócić do brata, nim będzie za późno, ale wtedy tuż za nim zamajaczył się jakiś cień i ktoś przytknął mu nóż do gardła, nim zdążył się odwrócić.
Znieruchomiał, przeklinając siebie w myślach za to, że nie wyjął broni, zanim przed oczami błysnęła mu stal.
– Ani drgnij.
– Meier – wyszeptał. – Ty kurewski mieszańcu.
Nagle zdał sobie sprawę, że odstawienie tego człowieka na bok było błędem; zamiast się go pozbyć tylko ułatwili mu robotę. Nóż o gładkim ostrzu leżał na jego gardle, trzymany przez prawą rękę szpiega, na plecach zaś czuł coś twardego, co pewnie było lufą pistoletu.
– Tak czułem, że nie ma co ci ufać – westchnął, próbując lekko odchylić głowę, by złapać spojrzenie szpiega. W odpowiedzi stal ostrzegawczo wbiła mu się w grdykę, ale nie przecięła skóry. – Co ty robisz?
– Wykonuję rozkazy – odparł spokojnie Meier. – W przeciwieństwie do tego idioty Kölzowa, ja nie łamię swoich przysiąg.
– Oczywiście – mruknął Prusy. – Tak czułem. Myślisz, że dlaczego nalegałem, żebyś to akurat ze mną jechał do Warszawy?
– Twoja troska o brata jest niezwykła, Herr Preußen – oznajmił szpieg bez cienia kpiny w głosie. – To twoja słabość numer jeden.
Przed nimi coś zaszeleściło i zagrzechotało; Gilbert patrzył, jak z ciemności wyłania się dziewczyna w łachmanach i patrzy na nich wyczekująco. Obrzucił ją spojrzeniem; bose nogi, splątane włosy, skracana sukienka, resztki bardzo mocnego makijażu...
– Za tobą – odezwał się szpieg.
Prostytutka posłała mu chłodne spojrzenie. Gdy odnalazła skrytkę, zawiniątko wciśnięte między stare meble, odeszła bez słowa, znikając w jakiejś dziurze. Dookoła pełno było stworzonych przez bomby przejść.
– Każdy człowiek ma słabości, Herr Preußen – powiedział cicho Meier. Gilbert czuł jego oddech na karku. – Dobry szpieg powinien umieć je rozpoznać i użyć do własnych celów. Dyskretnie. Ty na przykład nie lubisz, gdy krzywdzi się kobiety. Słabość numer dwa.
– Ile jeszcze mi tych słabości odszukałeś?
– Słabość numer trzy to powód, dla którego jesteś w okolicach Adolf-Hitler-Platz. Urocze miejsce na schadzkę.
Gilbertowi zaschło w ustach. Gdy pogoda zaczęła się pogarszać, on i Ludwig przenosili swoje rozmowy do pokoju, zresztą, całe noce dyskutowali o... Jasna cholera. Nagle, w ułamku sekundy, zyskał pewność, że gdyby wszedł teraz do ich pokoju w ożarowskim dworku i posprawdzał zakamarki...
– Kurwa mać – rzucił tylko, wypuszczając powietrze z płuc. – Możemy chociaż odpuścić sobie ten nóż? Już to przerabiałem. Nie jesteś pierwszą osobą, która próbuje poderżnąć mi gardło… bądź mnie tak przestraszyć.
– Naprawdę? – zapytał szpieg tonem, jakiego ludzie używali podczas pogawędki przy herbacie. – Cofnij się, Herr Preußen.
– Na pewno uczyli cię w szkole o pierwszej bitwie pod Tannenbergiem – Gilbert, patrząc przed siebie, uśmiechnął się lekko do wspomnień. Bruderherz, mam nadzieję, że się już zorientowałeś, że nie ma mnie przed pałacem... Musiał przeciągać rozmowę tak długo, jak to możliwe. Miał nadzieję, że Meier nie znalazł sobie w międzyczasie sojuszników; był typem samotnego wilka, ale kto wie, co sobie wymyślił... Ostrożnie zrobił krok do tyłu i zatrzymał się. W odpowiedzi nóż znów został przyciśnięty do jego gardła. Szlag, był bardzo ostry. – O drugiej raczej wiesz, była już za twojego życia... – rzucił cicho.
Nóż.
Pamiętał pokonane oczy Feliksa, gdy ten klęczał przed nim rozbrojony, pamiętał krążący w żyłach triumf, który na moment go oszołomił i zaślepił, bo Gilbert dał się wówczas podejść Litwie jak nieostrożny dzieciak, zbyt zachwycony tym, że wróg pozwolił się pokonać tak łatwo.
Stare, dobre czasy, gdy wszyscy byli jeszcze młodzi i dużo mniej połamani niż obecnie...
– Zabiorę cię do Berlina, Herr Preußen. Współpracuj.
– Hitler anulował te rozkazy – powiedział spokojnie, znowu próbując spojrzeć na szpiega. Tym razem ostrze przecięło skórę; poczuł pieczenie, więc skierował wzrok z powrotem przed siebie. – Himmler na serio jest taki głupi, że próbuje dalej? Führer osobiście nas teraz chroni i...
Pokonane oczy. Zastygł, wstrzymując oddech.
– Rozkazy, które mi wydano, nie zostały anulowane – odparł chłodno Meier. – Pozwoliliście sobie stracić czujność.
– Pewnie poczta zgubiła te aktualne – Uśmiechnął się, lekko odchylając głowę w bok. Czuł, jak krew zaczyna z wolna spływać w dół jego szyi, ale Meier nie posunął się dotąd do niczego groźniejszego niż lekkie rozcięcie. – Mamy małe zamieszanie w kraju, jeśli nie zauważyłeś...
Jeszcze moment….
– A mogłeś wieść spokojne życie w Szwajcarii... – szepnął, wpatrzony w ciemną alejkę przed sobą.
Zapadła już noc, a tu, w ciasnych zakamarkach martwej stolicy, nie było żadnego światła, jedynie ostatnie czerwone poblaski otaczały szczyty kamienic, hen wysoko ponad nimi. Patrzył w ciemną alejkę i czarną jak otchłań lufę Visa, wychylającą się zza przejścia w murze, której szpieg jeszcze nie dostrzegł.
Czujność, Meier? Nie mów nam o czujności, dzieciaku.
Huk wystrzału boleśnie dźwięczał mu w uszach jeszcze dobrą chwilę po tym, jak dłoń z nożem omdlała; ostrze przemknęło wzdłuż jego klatki piersiowej, ledwie muskając materiał munduru, by upaść u jego stóp. Za sobą usłyszał głuchy dźwięk. Obrócił się, spoglądając na napastnika.
Meier leżał całkowicie nieruchomo. Strzał był czysty – kula przeszyła czaszkę na wylot, a z ciemnych oczu zniknęło już życie. Dla pewności Gilbert lekko szturchnął go butem.
– Zawsze umiałeś poruszać się bardzo cicho – odezwał się, podnosząc głowę. Potarł dłonią skroń. – Jak pieprzony cień.
Gdy zza załomu muru wyłoniła się męska postać, gdy rozświetliła siebie trzymaną w dłoni płaską, zdobyczną latarką, gdy ostre światło odbiło się w zieleni, zmienił zdanie. Te oczy nie były pokonane.
One były złamane.
– Zawsze mówiłem, że do twarzy ci w feldgrau – powiedział cicho, starając się nie pokazać po sobie, jak wstrząsnął nim widok ludzkiego cienia, którego miał przed sobą.
Feliks właśnie zdjął z głowy hełm, brudne, potargane włosy wymknęły się pod upięcia, opadły na pokryta kurzem i zadrapaniami wychudłą, udręczoną twarz. O ile wzrok nie spłatał Gilbertowi figla, Polska lekko kulał. Nigdy wcześniej nie widział go w tak złym stanie.
– Zatęskniłeś za niemieckim mundurem?
Feliks uniósł wyżej latarkę i zmarszczył brew na widok włosów Gilberta. Ten odruchowo przeczesał je palcami; czerń farby częściowo już się zmyła, zamieniając je w brudną szarość, przez co wyglądały jeszcze gorzej niż wcześniej.
– Zastanawiałem się już wcześniej – odezwał się w końcu Polska, zmuszając się do bladego uśmiechu i chowając broń. – Flammenwerfer wypalił ci w twarz?
Prusy zignorował sugestię, jakoby nie umiał obsługiwać miotacza ognia, swojej ulubionej wojennej zabawki. Długą chwilę mierzyli się spojrzeniami, potem Polska odwrócił wzrok.
– Chcę wiedzieć, kogo zabiłem? – zapytał gorzko, kucając przy martwym. Przyglądał się jego twarzy, marszcząc brwi.
– Mischling, szuja i sukinsyn na usługach niemieckiego wywiadu, dbający jedynie o własną skórę – podsumował Gilbert, pocierając szyję. Na palcach została mu smuga krwi; skrzywił się. – Nikt, kogo warto żałować.
– Mieszaniec w Abwehrze? – mruknął zdziwiony Feliks, prostując się. – Ale ta wasza rzekomo czysta rasowo Rzesza zakłamana.
– Żebyś, kurwa, wiedział.
– Jeśli chcesz porozmawiać – szepnął Polska. – Chodź ze mną. Ktoś mógł usłyszeć strzał…
Prusy obejrzał się za siebie; przydałaby się krótkofalówka, pomyślał. Szkoda, że nie pomyśleli o tym wcześniej, ale nie planowali się rozdzielać…
– Nie jestem jedynym, który chce z tobą porozmawiać.
Feliks drgnął.
– Domyślałem się tego – przyznał. – Chociaż nie... nie powiem, bym czekał na rozmowę z twoim bratem z utęsknieniem.
– Myślę, że będzie inna niż się spodziewasz – odparł pewnie Gilbert; Feliks posłał mu pytające spojrzenie. – Masz jeszcze tę kredę?
Polska, nie odpowiadając, sięgnął do kieszeni. Prusy obserwował, jak niedbale rysuje na murze znajomy znak, a potem, dodatkowo, strzałkę.
– Znajdzie cię i bez tego – stwierdził cicho Feliks, rozcierając ostatnie drobinki kredy na swoich palcach. – Chodź.
Ruszyli w milczeniu przez zrujnowaną, opustoszałą dzielnicę. Nie uszli nawet kilkudziesięciu metrów – Prusy uważnie śledził każdy ruch Polski, szukając w jego chodzie śladów ukrytych urazów i ran – gdy Feliks skręcił nagle w kolejny zaułek i wskazał mu dziurę nisko nad ziemią, w której kiedyś musiało znajdować się okienko.
Gdy Gilbert wskoczył do środka, dostrzegł, że to zwykła, pokryta kurzem piwnica. Stanął pośrodku, wpatrując się w postać, która nie unosiła wzroku znad betonowej posadzki, wciąż ściskając w dłoni latarkę.
– Gilbert... – Polska urwał, ledwie wydusiwszy z siebie to imię. Wziął głęboki oddech, potem kolejny. – Pieprz się. Po prostu – rzucił w końcu bezsilnie. – Pieprz się... – westchnął ciężko, potarł twarz dłonią, kryjąc oczy.
– Tylko tyle masz mi do powiedzenia? – zagadnął Gilbert pozornie lekkim tonem, ale czujnie obserwował każde drgnięcie warg, każdą emocję, której Polska już nie potrafił ukryć, tańczącą bolesny taniec na jego twarzy. – Poza tym, samemu? Znudziło mi się to w sześćdziesiątym pierwszym.
Feliks oderwał dłonie od twarzy.
– Sześćdziesiątym trzecim – poprawił; słowa same wymknęły mu się z ust. Gdy oczy Gilberta nagle zapłonęły, jak tamte święte ogniska, westchnął i zaklął w myślach.
– Pamiętasz – stwierdził z zadowoleniem Prusy. – No proszę...
Oczywiście, że pamiętał; ten zapach lasu i jego nieprzeniknione ciemności, które otoczyły ich dwóch, oddając im polanę na własność, z daleka od innych ludzi, wracały do niego w snach częściej niż kiedykolwiek.
Pamiętał gorące spojrzenia i równie gorące usta, dłonie i ramiona, pamiętał, jak znaczył paznokciami skórę i odwzajemniał każdy z natarczywych pocałunków, głęboko w czeluściach gęstego boru, z nieruchomą taflą jeziora widoczną w oddali. Tam, gdzie nikt nie mógł ich ujrzeć ani usłyszeć, słuchał szeptów i szeptami odpowiadał.
Palinocka, święta noc miłości; stojąc na brzegu jeziora, z rozbawieniem patrzyli, jak młody mężczyzna, niosąc w dłoniach wianek ociekający wodą z pobliskiej rzeki, szuka rozgorączkowanym wzrokiem swojej wybranki, a potem oboje, z rumieńcami na policzkach, zagłębiają się w las...
– Szukać będą tego całego kwiatu paproci?
– Uwierz – Feliks obrócił się ku drugiemu mężczyźnie i uśmiechnął się miękko, a na ten widok w oczach Gilberta coś pociemniało, zamieniając je w dwa głębokie, czerwone bursztyny. – Szukanie nieistniejących kwiatów szybko się im znudzi... muszą znaleźć sobie inne zajęcie do świtu.
Widząc płomienie, które wybuchły w oczach jego rozmówcy, roześmiał się nagle i zrobił pierwszy krok w kierunku lasu. Nie obejrzał się, wchodząc między drzewa; nie musiał. Kroki, które za sobą słyszał, szelest i trzask pod butami, powiedziały mu wszystko.
Drgnął, wracając do teraźniejszości; to było ostatnie wspomnienie, o którym chciał teraz myśleć. Usiadł ciężko na skrzynce pod ścianą, rzucił wciąż włączoną latarkę gdzieś obok, by piwnica całkowicie nie pogrążyła się w mroku i drżąco wciągnął powietrze w płuca.
– Skąd wiedziałeś? – zapytał cicho Prusy.
Feliks doskonale wiedział, czego dotyczy to pytanie.
– Gdy mnie schwytali… Zanim oddali mnie w łapy Fischera i Radke, trafiłem na dywanik twojego ulubionego szefa policji i jego kumpli – uśmiechnął się bez wesołości. – Próbowali mnie wypytywać, w subtelny sposób, jak to Rzesza ma w zwyczaju... pewnie już wiedzieli od twoich starych znajomych z Eldorado... a ja połączyłem fakty.
– Pieprzony sukinsyn się zawziął... – mruknął pod nosem Gilbert.
– Czekałem, aż twój brat pojawi się w mojej celi sam. On nigdy nie zrobiłby ci krzywdy – Feliks znów spróbował unieść kącik ust. – Nawet jeśli...
– Nie – Gilbert nagle pokręcił głową; Polska urwał w połowie zdania, spojrzał na niego pytająco. Prusy zbliżył się, ku zaskoczeniu Polski opadł na skrzynię obok Feliksa. – On już rozumie – oznajmił.
– Kto? Ludwig?
–Wie, że... że rzeczy zaszły za daleko – Gilbert na moment odwrócił wzrok. – Wie, że... szlag. Może gdybyśmy... my obaj, gdybyśmy w porę zorientowali się, co się święci... Kurwa – zaklął, potrząsnął głową. – Ta wojna skończy się przed latem. Zobaczymy, co będzie.
– Zobaczymy – powtórzył cicho Feliks. – Ale świat nie będzie już taki sam. Nic nie będzie.
Prusy oparł się o ceglany mur, przyciągnął kolana do siebie.
– Nic? – zapytał spokojnie, zerkając na Polskę. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął coś stamtąd; Feliks odruchowo złapał mały, okrągły przedmiot. – Nawet stałe?
Feliks zręcznie złapał busolę. Uniósł ją do oczu i zauważył, na co wskazuje zepsuta wskazówka północy. Słowa na moment zamarły mu w gardle; przetaczał kompas w palcach, szturchał wskazówkę, ale ona wciąż wracała na wschód.
– Osiemdziesiąt parę lat temu – odezwał się, z trudem wydobywając z siebie głos. – Trochę się sprawy pokomplikowały. A potem komplikowały się bardziej i bardziej, aż... aż twój brat... minie wiele lat, nim...
– Myślę, że zrozumiał parę rzeczy – odparł cicho Prusy, obserwując Feliksa z bliska. – A nawet więcej niż parę – Dotknął palcem ubrania na wysokości piersi. – Domyślasz się, co byłoby tu naszyte, gdybym był zwykłym Niemcem?
– Oczywiście – odrzekł Polska. Odkaszlnął, by wzmocnić ochrypły nagle głos. – Różowy trójkąt... za złamanie sto siedemdziesiątego piątego paragrafu niemieckiego kodeksu karnego.
– Nigdy nie miałeś z tym problemów, Polen?
– W przeciwieństwie do ciebie, w tej kwestii umiałem być dyskretny – westchnął Feliks. Siedzieli tak ramię w ramię, wpatrzeni w ceglaną ścianę, w wilgotnej piwnicy umarłego budynku w środku dogorywającego miasta. – A gdy pisaliśmy nowy kodeks, ja miałem bardzo duży interes w tym, by o tym przestępstwie całkowitym przypadkiem zapomniano.
– To nie jest odpowiedź na moje pytanie – Gilbert pokręcił głową. – Ale mniejsza o to. Ludwig zrozumiał też to. Potrzebował czasu, ale... – umilkł na długą chwilę. – Dziękuję.
Polska uniósł zdziwiony głowę; wpatrując się w czerwień tęczówek, dostrzegł tam ulgę. Mimowolnie się uśmiechnął. To musiało być miłe uczucie, mieć się z kimś podzielić taką tajemnicą. Mieć prawdziwą rodzinę.
– Może – zaczął cicho. – Może wkrótce czasy będą lepsze.
Szkarłat przewiercał go na wskroś, odpowiedział więc tak samo: zuchwałym, dumnym spojrzeniem, tak jak kiedyś, przed tą wojną, która roztrzaskała go na kawałki.
Potem opuścił wzrok na kompas.
Bez swojej wskazówki północy dawno już zgubiłby drogę; nawet jeśli czasem parzyła, nie zamierzał kroczyć w innym kierunku. Nie potrafił. Sięgnął do kieszeni, ale nie znalazł papierosów, które zwykle pomagały mu opanować nerwy; potem zamrugał, bo poraził go blask latarki, odbity od srebrnej papierośnicy.
– Przez ciebie zacząłem palić.
– Przez ciebie wróciłem do palenia.
Ogień benzynowej zapalniczki zatańczył dwukrotnie i zgasł.
– Stałe, jak sama nazwa wskazuje, są stałe – powiedział w końcu Feliks bardzo cicho, ledwie słyszalnie, odpowiadając na pytanie zadane minuty wcześniej.
– Nie umiesz wyznawać uczuć – Gilbert roześmiał się w głos, jasno i czysto, strącając popiół z papierosa. – Więc tego się trzymamy, Polen? Tego, że przyjdą kiedyś lepsze czasy?
Feliks Łukasiewicz uśmiechnął się nieco szerzej. Ból, który gnieździł się w jego piersi od pięciu lat, na moment zniknął, przegnany czystą radością, która zaczęła płynąć w jego żyłach.
– I tak cię nienawidzę.
– Z całkowitą wzajemnością.
Dzisiejszego wieczora te oczy nie kojarzyły mu się z krwią; miały barwę rubinów i granatów, i skrzyły się jak najcenniejsze opale. Palce zacisnęły się nagle na ramionach, przyciągnęły do drugiego ciała, by ustami dać potwierdzenie swoich słów. Na wargach znów czuł smak mazurskich jezior, a zadymiona piwnica pachniała jak Eldorado.
Nienawiść zdecydowanie była ich ulubionym słowem; z łatwością można było ukryć za nią prawdę.
Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz,
Ale w innym sadzie, w innym lesie –
Może by inaczej zaszumiał nam las
Wydłużony mgłami na bezkresie...
Może innych kwiatów wśród zieleni bruzd
Jęłyby się dłonie dreszczem czynne –
Może by upadły z niedomyślnych ust
Jakieś inne słowa – jakieś inne...
Może by i słońce zniewoliło nas
Do spłynięcia duchem w róż kaskadzie,
Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz,
Ale w innym lesie, w innym sadzie...
(Bolesław Leśmian – Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz)
Pałac Brühla - nieistniejący rokokowy pałac, który znajdował się w Warszawie przy ul. Wierzbowej 1, przy placu marsz. Józefa Piłsudskiego, wysadzony w grudniu 1944, nigdy nie odbudowany.
Pałac Saski – nieistniejący pałac klasycystyczny, znajdujący się przy tym samym placu. Został zniszczony przez wojska niemieckie w grudniu 1944 roku.
Wspomniany pomnik to pomnik księcia Józefa Poniatowskiego, wysadzony również w grudniu tego roku.
Pierwsza bitwa pod Tannenbergiem to Grunwald, druga bitwa to bitwa w ramach operacji wschodniopruskiej w 1914 r. między siłami Imperium Rosyjskiego a Cesarstwem Niemieckim, zakończona zwycięstwem Niemiec.
feldgrau - "polowa szarość" - kolor mundurów armii niemieckiej. Nową barwę testowano od 1907, a ostatecznie zaakceptowano ją w lutym 1910 r. Używany do roku 1945.
Flammenwerfer - miotacz ognia
Noc Kupały - Palinocka, Kupałnocka, Sobótka (nazwy regionalne) - słowiańskie święto związane z letnim przesileniem Słońca, obchodzone w czasie najkrótszej nocy w roku. Święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości, powszechnie obchodzone na obszarach zamieszkiwanych przez ludy słowiańskie, ale również w podobnym charakterze na obszarach zamieszkiwanych przez ludy bałtyckie, germańskie i celtyckie.
W ramach przypomnienia:
Paragraf 175 – przepis niemieckiego kodeksu karnego z 1871 r., który określał homoseksualizm jako przeciwny naturze nierząd. Stał się on podstawą do prześladowań i eksterminacji osób homoseksualnych przez nazistów w III Rzeszy.
Paragraf 175 obowiązywał w niezmienionej wersji w NRD do 1967 r., a w RFN do 1969 r. W 1969 w RFN złagodzono nazistowską wersję paragrafu (powrócono do poprzedniej), zaś ostatecznie usunięto go dopiero w latach 90.
W Polsce karalność aktów homoseksualnych miała miejsce w latach 1835–1932, czyli w okresie, kiedy na ziemiach polskich obowiązywały ustawy karne zaborców. Kontakty homoseksualne zostały pominięte w kodeksie karnym z 1932 roku.
Napiszę to za was: WRESZCIE. W kolejnym też sobie porozmawiają, spokojnie, trzeba jakoś nadrobić te dwadzieścia rozdziałów, nie? :D A teraz idę spać, jest cholerna czwarta w nocy...
