O zachodzie słońca zapadła całkowita cisza; daleki terkot artylerii umilkł, a z korytarza zniknęły kroki i przytłumione głosy wojskowych. Zza uchylonego okna, wpuszczającego do pokoju chłodne jesienne powietrze, też przestały dobiegać dźwięki; wiatr, do tej pory szalejący w parku, przestał istnieć, unieruchamiając liście, które jeszcze nie zdążyły opaść na ziemię. Było tak cicho, że słyszał rytmiczne bicie swojego serca i szum własnej krwi.

Własnej albo i nie, sam już nie wiedział; czasem zdawało mu się, że słyszy odległy krzyk, ale zaraz potem znów otaczało go ciężkie, przygniatające milczenie. Siedząc nieruchomo i patrząc przed siebie, był zbyt zatopiony w myślach, by odbierać rzeczywistość zmysłami.

Kłamstwa. To wszystko były kłamstwa.

Słyszał te głosy we własnej głowie przez ostatnie dni; mruczały do jego ucha, gdy leżał z otwartymi oczami, wsłuchując się w dochodzący z drugiego łóżka oddech brata – nawet jeśli nocowali w bezpiecznym miejscu, jego ciało trzymało wartę – śmiały się, gdy przyglądał się wertującemu kolejne raporty generałowi albo szeptały długie, gorzkie litanie cierpień, tak jak teraz, gdy czekał pośrodku dzielnicy rządowej, w końcu rozumiejąc, do czego doprowadziła idea, za którą do tej pory podążał.

Nie było lepszej rasy, gorszej rasy, nie było elementów niepożądanych i skaz; były tylko krew, ból i nienawiść, i tylko to przynieśli światu.

– Gilbert... – zaczął ochryple, bezradnie, nie wiedząc nawet, czego szuka; przebaczenia czy pociechy. Wciąż będą musieli udawać; muszą wrócić do domu, stanąć u boku führera i trwać aż do końca; stać nieruchomo na pokładzie i czekać, aż statek ze swastyką zatonie.

Pod powiekami czuł piasek z powodu nieprzespanych nocy, a pod palcami ciepły metal, znajomą twardość wiernego Walthera. Ten mały pistolet nigdy go nie zawiódł… Ostatni raz za spust pociągnął jeszcze w Berlinie, tuż po tym jak załatwił sobie kradzione auto. Zabiłem tego dzieciaka, przypomniał sobie. Strzeliłem mu w plecy, nic nie czując, ciało wrzuciłem do Sprewy... Był narzędziem. Zacierałem ślady, a on nie zasługiwał na miano człowieka. A przynajmniej... a przynajmniej tak uważałem.

Idea porwała go jak rwąca rzeka, jak niszczycielska powódź; właściwie sam się w nią rzucił, głową naprzód, myśląc, że poniesie go jak zwycięska fala i pozostając całkowicie nieświadomy tego, jak mocno przycisnęła go do dna pełnego ostrych kamieni, których jedynym zadaniem było ranić.

– Nie powiedziałem ci jeszcze o czymś... – odezwał się, ale potem przypomniał sobie, że Gilbert przecież wyszedł na papierosa. Zapach tytoniu ciągle unosił się w pokoju, a Ludwig wdychał go jak najczystsze górskie powietrze Jury, zatopiony w myślach i niewypowiedzianych słowach, nieświadomy upływających minut. Dopiero gdy odpowiedziała mu cisza, ocknął się z zamyślenia.

Nagle dotarło do niego, że już nadszedł czas spotkania. Znieruchomiał i powiódł wzrokiem po pokoju w pałacu gubernatora; przez wychodzące na zachód okno przemykały krwawe odblaski słońca, rzucając na dywany długie cienie stojących na parapetach doniczek pełnych powiędłych kwiatów. Zza mebli z wolna wypełzały cienie, a do przeczytania leżącej na stole gazety, którą wcześniej przeglądał Gilbert, byłoby już potrzebne sztuczne światło…

Gilbert.

Ludwig, nieco zaniepokojony, podniósł się z fotela; czemu brat po niego nie przyszedł? Zagadał się z żołnierzami, jak zawsze? Wypala papierosa za papierosem? Bardzo możliwe... Niemcy widział wcześniej, jak brat zerka niespokojnie w okno, jak szuka w błękicie nieba pierwszych oznak czerwieni i złota, jak rzuca szybkie spojrzenia wlekącym się wskazówkom ściennego zegara. Od tygodni na to czekał, a Ludwig w końcu musiał się pogodzić, z tym, że... Zacisnął wargi i pokręcił głową.

Prusy musiał czekać na niego na dziedzińcu.

Ludwig ostatni raz upewnił się, że z bronią wszystko w porządku, a potem ruszył w kierunku drzwi. Nadszedł czas, by w końcu spotkać się z osobą, z której powodu wszystko to zaczęło, osobą, przez którą Ludwig przestał być ślepy – a przynajmniej ruszył prowadzącą do tego ścieżką.

Spokojnie przeszedł przez korytarze. Nieliczni napotkani oficerowie salutowali mu z szacunkiem, a on starannie odwzajemniał gest, myślami będąc już w ruinach miasta. Szybko znalazł się na zewnątrz i przystanąwszy przed głównymi drzwiami budynku, obrzucił dziedziniec szybkim spojrzeniem.

Pusto.

Nagłe uderzenie lęku sprawiło, że zaschło mu w gardle, a on sam poczuł się tak oszołomiony, jakby właśnie przyjął cios pięścią prosto w splot słoneczny. Przez krótki moment był pewny, że nie oddycha; uchylił ust, ale nie zdołał wydać z siebie żadnego dźwięku.

Pusto – jedynie kilka zaparkowanych między pałacem a bramą niemieckich samochodów… Serce zabiło mu mocniej, gdy kątem oka dostrzegł jakiś ruch, ale okazało się, że to tylko zabłąkana wrona, podrywająca się z gzymsu pałacu.

Gdzie on jest? A jeśli...?

Rodzący się w sercu strach roznosił się po jego ciele wraz z krwią; unieruchomił nogi, usztywnił ręce, potem wślizgnął się do głowy, zaszemrał gdzieś za uchem natarczywą myślą, że oto się im udało... Wydawało się wam, że poradziliście sobie, straciliście czujność...

Nie, przestań, nakazał sobie stanowczo, zmuszając się do ruszenia z miejsca. Pewnie jest za bramą i rozmawia ze strażnikiem, a ty... a ty po prostu...

Starał się iść spokojnie, by nie przykuwać do siebie uwagi osób, które mogłoby wyglądać z okien, ale z każdym krokiem jego chód stawał się bardziej nerwowy. Miał do tego powody; pokonując kolejne metry, coraz lepiej widział, że żołnierz trzymający wartę przy bramie jest sam.

Bruderherz...!

Zatrzymał się gwałtownie w bramie, szurając butami po bruku i przyciągając uwagę strażnika. Rozglądał się dookoła chaotycznie, ale nie znajdywał znajomej sylwetki, widział tylko powiewające proporce, tylko bruk i budynki, pustkę…

I tylko powietrze pachniało dymem, a może mu się to wydawało; nie mogąc uspokoić własnych lęków, posłał żołnierzowi niespokojne spojrzenie.

– Herr Deutsch... – Wyprężony w salucie mężczyzna urwał w połowie, zobaczywszy, że oczy Ludwiga płoną jak błękitne pochodnie, jak lodowata pożoga. Odruchowo, zapominając o oddawaniu honorów, cofnął się o krok. – Herr...?

– Gdzie on... – zaczął Niemcy, uzmysławiając sobie nagle, że jego głos drży. Zacisnął mocno pięści. – Gdzie on jest?!

Gilbert. Znajome oczy, znajomy uśmiech, znajomy uścisk. Północ na kompasie, brat, który zawsze stał przy nim, gotowy, by go chronić. Stała, dla której... Dlaczego go tu nie ma? Dlaczego... Obiecał, że zaczeka... A może...

Przerażony myślą, która właśnie wpadła mu do głowy, Ludwig stracił nad sobą kontrolę; przypadł do wartownika, zacisnął palce na kołnierzu jego żołnierskiej kurtki i spojrzał z bliska w nagle wystraszone oczy.

Rozszerzone, wypełnione szokiem źrenice sprawiały, że mężczyzna przestał wyglądać jak przeszkolony żołnierz; teraz, gdy Ludwig nad nim górował, przypominał psa z podkulonym ogonem.

– Gdzie on poszedł?! Gdzie jest mój brat?!

– O-on... – wychrypiał żołnierz; Ludwig nagle zorientował się, że jego palce same odnalazły drogę do gardła; puścił mężczyznę, gdy tylko zrozumiał, co robi. Strażnik, trzymając się za szyję, zrobił jeszcze jeden krok w tył.

– Jeśli nie odpowiesz, każę cię powiesić – zagroził Niemcy, świadom, że posuwa się za daleko.

Nie podobało mu się, że tak łatwo przestał nad sobą panować, ale skoro już to się wydarzyło, skoro zaatakował, nie mógł już odpuścić. Nie miał czasu na przeprosiny czy skruchę; Gilbert zniknął i kto wie, co się właśnie z nim działo, a jego brat był dużo ważniejszy niż człowiek, którego właśnie poturbował i któremu groził.

–Herr Preußen... Miał... miał się przejść – Żołnierz odkaszlnął. Rzucił szybkie spojrzenie na pogrążający się w cieniu plac. – Ale nie wiem, gdzie dokładnie poszedł...

– Sto metrów stąd jest teren tych bandytów! – warknął Ludwig. – Wiesz, kim on jest, dlaczego go nie powstrzymałeś?!

– On... on poszedł w drugą stronę, Herr – Wartownik stanął wyprostowany, udając, że atak nie zrobił na nim wrażenia. – Tam... Tam nie ma mieszkańców, Herr Deutschland, te kwartały ulic są już całkowicie puste, Polacy zostali wypędzeni i...

Ludwig wpatrzył się w widoczne w oddali ruiny. Zostali wypędzeni, powtórzył w myślach. Ale jeden Polak, ten zielonooki, cwany diabeł, na pewno tam jest. Gilbert tak bardzo pragnął się z nim spotkać... ale przyrzekliśmy sobie, że pójdziemy tam razem. Co się stało?

Powstańcy? Polska nie wprowadziłby ich dwóch w pułapkę... Czy na pewno?

A może to ci sami ludzie, którzy tak bardzo chcieli pozbyć się Gilberta z widoku z powodu jego osobistych… preferencji… może nie zrezygnowali z działań, nawet jeśli ich dwóch objęła ochrona Hitlera?

Może... może ci szpiedzy, Kölzow i Meier... Ale Kölzow współpracował, wydawał się szczery i oddany, a dzisiaj pożegnali go, wkładając mu w dłonie bilet do nowego życia i byłby głupcem, gdyby go podarł i dalej służył rozpadającemu się państwu...

Meier. Skurwysyn Meier, zrozumiał Ludwig i nagle oblał go zimny, lepki pot. Popełniliśmy błąd.

– Dawaj latarkę – rzucił do wartownika cichym, lodowatym tonem, chociaż wewnątrz niego nadal szalało płonące tornado. – Nikomu ani słowa. Nic nie widziałeś, nic się nie wydarzyło. Żaden z nas nie wychodził dzisiejszej nocy z pałacu główną bramą. Nie było tu nas w czasie twojej warty. Jeśli dowiem się, że twierdziłeś inaczej, osobiście postawię cię przed sądem wojskowym i dopilnuję, by znalazły się odpowiednie dowody, rozumiesz?

Żołnierz skinął głową; lekko drżącymi rękoma sięgnął po latarkę i wcisnął ją Niemcom w dłonie.

– Powtórz.

– Nic nie widziałem, nic się nie wydarzyło – wyrecytował natychmiast wartownik. – Ani pan, ani pana brat nie opuścili pałacu główną bramą.

– Masz być tego pewny jak imienia własnej matki – Niemcy wciągnął powietrze przez zęby. Niedobrze. A wydawało im się, że mają sytuację pod kontrolą... – Zrozumiano?!

– Jawohl!

Ludwig ruszył przez plac. Próbował się uspokoić, świadom, że może i wybuch przy bramie nie przykuł uwagi innych ludzi, ale szaleńczy bieg przez dzielnicę rządową już by ją na niego zwrócił... Odmierzał kolejne metry bruku długimi krokami, w międzyczasie ukradkiem upewniając się, że Walther jest odbezpieczony.

Po placu krążyły dwójki wartowników; na szczęście żadna z nich nie była wystarczająco blisko, by go zatrzymać. Strach kąsał go w łydki, kłuł jak ostrogi, sprawiał, że chciał przyśpieszyć...

Ciężko oddychając, minął spokojnie budynki po drugiej stronie placu, zerkał ukradkiem w szyby, ale nie znalazł nikogo, kto w ten wieczór postanowił przyglądać się okolicy.

Dopiero gdy minął ostatnie zabudowania i znalazł się tam, gdzie rozkwitało morze ruin, puścił się biegiem, czując jak serce wystukuje na jego żebrach szybki, gwałtowny rytm.

Tak znalazł się na cmentarzysku, na rozległych połaciach zmiażdżonych bombami domów, wśród szkieletów kamienic i spopielałych barykad.

– Gilbert? – spytał szerokiej alei, pełnej śmieci, gruzu i nieobecności. – Gilbert! – krzyknął, wpadając w uliczki między kwadratami budynków, równie puste i równie milczące, ciemne jak piekło, w których hulał tylko wiatr.

Pod jego wysokimi, podbitymi gwoździami butami trzaskało szkło i drewno, zgrzytały cegły. Z na wpół zniszczonego płotu z ogłuszającym łoskotem zerwało się stadko gołębi, którym udało się nie trafić w ręce wygłodniałych cywili, ale więcej dźwięków Ludwig nie słyszał.

Zatrzymał się w jakiejś alejce pośrodku tej warszawskiej otchłani, nie wiedząc gdzie jest, nie wiedząc, jak ma wrócić ani gdzie szukać dalej. Ostre, białe światło latarki zaglądało w dziury, a on rzucał szybkie spojrzenia kolejnym połamanym krzesłom, wywleczonym na wierzch szmatom, na wpół spalonym meblom...

– Bruderherz! – zawołał, ale odpowiedziało mu tylko szydercze echo. Obejrzał się za siebie, wyszarpał zza paska pistolet i wycelował, starając się oświetlić cel, ale celu nie było; żadnego człowieka, żadnego szczura, jedynie wiatr gnał zaułkami, szarpał śmieci i unosił w górę drobny gruz i popiół.

Niemcy był przerażony; zmusił się do rytmicznego oddechu, licząc w myślach, ale między cyframi prześlizgiwały się kolejne natrętne myśli. Eins. Ale skąd Meier wiedziałby o planowanym spotkaniu? Od Kölzowa? Mniejsza o to. Gilbert na pewno poradzi sobie w bezpośrednim starciu z tym człowiekiem... Zwei.

Łukasiewicz. Łukasiewicz musi gdzieś tu być. Drei. Vier, są tu obaj. Zaraz ich znajdę... Wszystko będzie w porządku…

A jeśli... jeśli to naprawdę była pułapka? Jeśli ten zielonooki diabeł zwodził ich od miesiąca tylko po to, żeby... To chciano zrobić z Łukasiewiczem, prawda? Złamać i złamanego pokazać wrogowi, triumfalnie rzucić na ziemię jak połamany, podeptany sztandar, a jeśli Gilbert wpadł teraz w polskie, złaknione zemsty po popełnionych zbrodniach ręce...

Nie. Fünf.

– Uspokój się – syknął do samego siebie, odliczając kolejne oddechy.

Polska nie zrobiłby czegoś takiego; to, co łączyło tych dwoje, to co przywiodło nas tutaj – poderwał głowę i obrzucił wzrokiem mury dogorywającego miasta, spojrzał w ciemność alejki i uniósł dłoń z latarką, by przyjrzeć się jej dalszemu końcowi – jest prawdziwe i...

Serce w nim zamarło; krew znieruchomiała w żyłach, zastygła jak lód, blask latarki zadygotał. Na granicy światła leżało ludzkie ciało. Z tej odległości mógł rozpoznać jedynie, że należało do ciemnowłosego mężczyzny.

Długą chwilę stał, nie mogąc ruszyć się z miejsca. Ich nie da się zabić... ale można zranić, skrzywdzić, skatować do nieprzytomności... Jeśli to... jeśli tam leży...

Nie. To nie może być on. Kimkolwiek jest, nie ma na sobie munduru, jedynie jakiś płaszcz – Ludwig zmusił się do zrobienia kilku kroków i w kręgu światła dostrzegł niepasujący ubiór.

Zaczął powoli iść i im bliżej był, tym większą czuł ulgę – włosy mężczyzny były krótsze i kruczoczarne, a przecież ta cholerna farba już się powoli zmywała, Gilbert mówił o tym każdego poranka, gdy szedł obmyć twarz w ożarowskiej łazience...

To nie on. To na pewno jakiś tutejszy podcz... człowiek. Mało tu było mordu? Walka o miasto wciąż się nie skończyła, chociaż powstanie już wygasało, a oni deptali po popiele ludzkiej dumy…

Uspokojony, ruszył do przodu sprawniej, ale na wszelki wypadek zsunął palec na spust.

Na szczęście, nikt nie wypadł z dziur w murach ani zza węgła. Był tu sam, więc odetchnął i przykucnął przy trupie.

W świetle latarki zalewająca głowę krew, która jeszcze nie zdążyła wyschnąć, błyszczała. Strzał z bliskiej odległości, ocenił Ludwig trzeźwo, przyglądając się ranie wlotowej między oczami; potem przeniósł wzrok niżej i dopiero wtedy rozpoznał rysy.

– Meier – warknął, lufą pistoletu lekko przekrzywiając głowę szpiega. Oczy mężczyzny były szkliste i szeroko otwarte, skóra... Z obrzydzeniem dotknął dłoni. Ciepła. Musiał zginąć zaledwie przed chwilą. – Cholerny miesza... – urwał, nim wypowiedział to słowo do końca. Westchnął i podnosząc się, poczuł coś pod nogami. Cofnął stopę; niewielki nóż odbił światło latarki.

Ludwig sięgnął po ostrze; rozpoznał je. Było identyczne jak nóż, który odebrali Meierowi w Szwajcarii.

– Przynajmniej ciebie mamy z głowy – warknął, szturchając ciało butem. Dla pewności. – Niech cię piekło pochłonie.

Trup milczał; Ludwig posłał mu ostatnie gniewne spojrzenie, a potem się rozejrzał. Na ciemnym murze uśmiechnęła się do niego kreda; kilka pociągnięć bieli, gwiazda i dwa łuki, ni to księżyce ni to podkowy, rysowane śpieszącą się albo zmęczoną dłonią… a pod nimi wskazująca kierunek strzałka.

Uniósł kącik ust w bardzo bladym uśmiechu. Wygląda na to, że sobie poradzili... Na wszelki wypadek zabrał jeszcze leżące obok ciała nóż i pistolet – malutki, podobny do tego, jaki odebrali Meierowi jeszcze w Büsingen, cholerni szpiedzy i ich zabawki – i ruszył tam, gdzie wskazywał mu drogowskaz.

Gdy końcem czerwca wrócił do berlińskiej celi, oczekiwał odpowiedzi, ale obecnie był pewny, że nie zrozumiałby żadnej z nich. Teraz, późnym wrześniem, gdy znał prawdę, już nie musiał zadawać pytań.


Nie słyszał nic; po raz pierwszy od tygodni umilkł świat, miasto przestało rozbrzmiewać trzaskiem wyłamanych drzwi, terkotem karabinów i łoskotem walących się budynków, i nawet przytłumione krzyki, które dobiegały go jak odległe echo, dzień po dniu przynosząc duszący ból, na moment odeszły.

Potrzebował tej chwili; chwili poza wszystkim, co było ważne dla jego rodzaju, chwili, która utwierdzała go w przekonaniu, że jest również ludzką istotą, że żyje i że czuje coś więcej poza cierpieniem swoich ludzi i jękami swojej ziemi, że jest czymś więcej, niż tylko symbolem.

Chciałbym być człowiekiem, pomyślał przelotnie, nie po raz pierwszy w ciągu swojego długiego życia. Być poza i nie czuć nic więcej; być poza światem, który mnie połamał i przerósł, a w którym jedyne co mogę robić, to zaciskać zęby i robić swoje; walczyć jako kolejny żołnierzyk w maszynie wojny, ratować pojedyncze istnienia z jej pożogi i próbować się nie rozpaść.

Odsunął się, pierwszy przerywając pocałunek i czując na wargach tęsknotę; pachniała papierosowym dymem, który spowijał ich teraz jak mgła znane im obu jeziora, daleko stąd i jakimś bladym, minionym świtem, w momencie należącym tylko do nich dwóch.

Prusy przyglądał mu się, a jego spojrzenie było równocześnie badawcze i miękkie; Feliks czuł się teraz jak otwarta księga pełna słów, których nie potrafił wypowiedzieć na głos. Może nie musiał.

Wziął głęboki wdech, czując jak gdzieś na dnie płuc zadomawia się z dawna nie widziana radość. Wiedział, że gdy wojna się skończy – zawsze się kończyły – świat odrodzi się całkowicie odmienny, ale przynajmniej jedna rzecz wciąż była stała.

Zakotwiczała go w miejscu, zapobiegając porwaniu przez rozszalałe morze bólu, lęku i bezradności.

– Myślałem, że nie będziesz chciał mnie znać – odezwał się cicho Gilbert.

– Mieliśmy umowę – wychrypiał Feliks, z trudem wydobywając z siebie głos. – My... – odkaszlnął i odetchnął, a potem przeczesał palcami splątane, brudne włosy. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz miał okazję doprowadzić się do porządku. – To miało być poza polityką, poza ewentualnymi wojnami... – Zacisnął wargi i westchnął ciężko. – Najgorsze możliwe stulecie – dorzucił, gdy okazało się, że Prusy nie zamierza mu przerywać. – Nie wiedziałem, że te słowa... że staną się tak... prawdziwe. Ta wojna... Ta pieprzona wojna...

– Pieprzona wojna – powtórzył Gilbert. Chwilę spoglądał na leżący na betonowej podłodze niedopałek, a potem sięgnął do papierośnicy i wyciągnął kolejne dwie bibułki. Odpalił oba papierosy zapalniczką i jeden z nich podał Feliksowi. Ten natychmiast się zaciągnął, zdając sobie sprawę, że jego pokryte resztkami kredy i zadrapaniami dłonie drżą. – Nie sądziłem, że to wszystko się tak potoczy.

Feliks nie odzywał się przez kolejne minuty; wypuszczał z ust dym, patrząc jak na podłodze gaśnie pozostałość poprzedniego papierosa. W piwnicy tylko odrzucona na bok latarka i pomarańczowe iskierki żaru dawały jakiekolwiek światło; te ostatnie punkciki przypominały Polsce nieprzyjemne wydarzenia z berlińskiej celi, w której spędził dwa miesiące. Ten okres wydawał mu się teraz tak odległy...

– Powiedz mi – Mechanicznym ruchem uniósł bibułkę do ust. Zerknął na siedzącego obok niego Gilberta, szukając szczerej odpowiedzi w jego oczach, odpowiedzi na pytanie, które musiał w końcu zadać, bo wiedział, że nie da mu to spokoju. – Uwierzyłeś im?

Pomijając ich spotkanie w czasie ataku na warszawską cytadelę, ostatni raz widzieli się prawie pięć lat wcześniej, końcem września, a wtedy poza oficjalnym przywitaniem nie zamienili ze sobą ani słowa, bo byli w towarzystwie wojskowych. W latach poprzedzających wojnę widywali się natomiast rzadko; posłuszni swoim niepisanym zasadom, nigdy nie rozmawiali o idei, która opętała Niemcy.

Prusy strącił popiół z papierosa. Zamyślony wpatrywał się w przeciwległą ścianę, marszcząc brwi i dopiero po chwili spojrzał na Feliksa, posyłając mu krótki, pozbawiony wesołości uśmiech.

– Uwierzyłem – odpowiedział głosem cichym i pozbawionym zwykłej buty. – To była ładna opowiastka, Polen, opowiedziana pięknymi słowami. Przez chwilę mi się podobała, ale potem okazała się zwykłym, owiniętym w pozłotko, śmierdzącym gównem.

Polska skinął głową.

– Trafne porównanie – stwierdził cicho. – Przez... Eldorado...? – nie dokończył; nie musiał, bo wiedział, że Gilbert doskonale wie, co ma na myśli.

– Niektórym ludziom – głos Prus ochłodził się o ton. – Zaczęły przeszkadzać pewne rzeczy związane bezpośrednio ze mną i mi podobnymi – posłał Feliksowi porozumiewawcze spojrzenie. Polska przytaknął. – Przeszkadzały, oczywiście, już sporo wcześniej, ale... ale zrobiło się bardzo nieprzyjemnie, Polen. A starzy znajomi nagle zaczęli znikać.

– Mówisz o tym dzieciaku z Eldorado – odgadł Feliks. Spojrzał na swoje dłonie i przełożył bezmyślnie papierosa do lewej ręki, pamiętając, jak w niewoli głód nikotynowy doskwierał mu bardziej niż brak pożywienia czy wody. – Alex, tak?

Gilbert wypuścił powietrze z ust; dym umknął spomiędzy jego warg.

– Lubiłem go – mruknął. – Chciałem, by wyszedł na ludzi, ale i tak skończył na ulicy.

Feliks przypomniał sobie chłopca siedzącego przy stoliku zadymionej knajpy i westchnął.

– Co się z nim stało...? – zapytał. – Musi... musi być już dorosłym mężczyzną. Minęło ponad dwadzieścia lat.

– Nie żyje – odparł sucho Prusy. – W trzydziestym trzecim wysłał mi ostatni list.

– Przykro mi – odparł szczerze Feliks. Przywiązywanie się do ludzi, pomyślał gorzko. To zawsze tak bolało, bo podczas gdy ich gatunek trwał i trwał, ludzkie istnienia gasły szybciej niż wypalające się świece. Przed oczami stanął mu jeden z wieczorów roku dwudziestego, gdy szukając ukojenia swoich niepokojów zawędrował późnym wieczorem do Eldorado, by opuścić jego pokoje wczesnym rankiem. – Ten dzieciak... zawsze zastanawiałem się, jak mocno go skrzywdzono, że wziąłeś go pod swoje skrzydła. Po Wielkiej Wojnie sierot było mnóstwo.

Gilbert zmarszczył brwi i zerknął na Polskę.

– Zawsze byłeś miękki, jeśli idzie o krzywdę dzieci.

Feliks nagle drgnął i na moment odwrócił wzrok, zaciskając palce na papierosie tak mocno, że tytoń zaczął wysypywać się z bibułki. Gilbert uniósł brew i spojrzał na niego pytająco.

– Brat powiedział ci o Fischerze? – zapytał Polska głuchym szeptem. – O tym, co mu powiedziałem...?

– Taa – mruknął Prusy, wiedząc już, do czego Polska zmierza. Wypuścił powietrze z płuc.

– Ile to dziecko miało? – zapytał Feliks, gwałtownie odwracając się do Gilberta. W jego oczach zalśnił ból i odraza do samego siebie. – Dwa miesiące?! Słuchałem ich rozmów przez drzwi, Fischer cieszył się z narodzin syna! Mały zginął w nalocie razem ze swoją matką. A ja mu powiedziałem, żeby do nich dołączył, żeby się złamał i powiesił, rozumiesz?! I to zrobił! – wyrzucił z siebie i znów przeczesał palcami włosy; papieros upadł na ziemię, pod skrzynkę, na której siedzieli. Gilbert odruchowo przycisnął go butem, by drewno się nie zajęło.

– Ludwig powiedział mi, w jakim byłeś stanie – odparł ostro Prusy. – Po dwumiesięcznych codziennych przesłuchaniach, poraniony, z rozwijającą się gangreną i ogromną gorączką. Ugryzłeś go nawet, pamiętasz? – dodał, a potem uniósł brew, widząc jak zawstydzony Polska ucieka wzrokiem. – Nadal ma bliznę na uchu – Prusy uniósł kącik ust, pozwalając sobie na ciche prychnięcie, ale zaraz potem spoważniał. – Nie waż się nawet, do kurwy nędzy, brać odpowiedzialności za to, co powiedziałeś wtedy temu sukinsynowi – dodał, przechodząc na polski. Feliks drgnął, słysząc ojczysty, zabarwiony znajomym akcentem, język. – Skoro Fischer się powiesił, to znaczy, że chciał to zrobić – dorzucił jeszcze Gilbert. – I zrobiłby to, niezależnie od tego, co powiedziałby mu półprzytomny, majaczący więzień.

– Chciałbym w to uwierzyć – westchnął gorzko Feliks i uniósł głowę, napotykając spojrzenie Prusaka. Ten w zieleni dostrzegł to, co spodziewał się zobaczyć już od dłuższej chwili; potrzebę zrozumienia. – Walczę razem z tymi ludźmi i niektórzy traktują mnie jak bohatera, chcą mnie odznaczać i stawiać za wzór. Ale ja nie jestem bohaterem, Prusy. Spotkałem tu Radke. Leżał przede mną nieuzbrojony i półprzytomny. Miałem jego życie pod butem, rozumiesz? Tylko on i ja. I przez chwilę... przez chwilę chciałem go zamordować.

– Nie jesteś mordercą – odparł spokojnie Gilbert. Rzucił niedopałek swojego papierosa na ziemię i znów sięgnął do papierośnicy. W ciszy, która zapadła, suchy trzask zapalniczki zabrzmiał jak wystrzał.

– Przed chwilą kogoś zastrzeliłem, zapomniałeś? – Feliks potrząsnął włosami, patrząc na krwawy ślad na szyi Gilberta. Ten, zauważywszy spojrzenie, dotknął skóry palcami i podniósł dłoń do oczu.

– Doskonale znasz różnicę między zabójstwem a morderstwem – odparł niecierpliwie Prusy, patrząc na krew. – Zabiłeś wielu ludzi, Polen, ale nikogo nie zamordowałeś. Kiedy był twój chrzest bojowy, pamiętasz go? – Polska skinął lekko głową, na moment opuszczając wzrok. Prusy westchnął. – Bo ja swój też pamiętam. Zawsze walczyliśmy w bitwach i zawsze będziemy w nich walczyć, taki już nasz popieprzony gatunek. Meier nie był niewinnym cywilem, sam wybrał swój los. Daliśmy mu z Ludwigiem szansę, ale postanowił ją zaprzepaścić – Zaciągnął się i zmarszczył brwi. – Więc przestań się nad sobą użalać – rzucił ostrzej, kierując wzrok na Feliksa i znów wracając do niemieckiego. – Roztrzaskało cię – dodał jeszcze. – Więc się teraz z powrotem zbierz do kupy, dobra?

– Łatwo mówić – westchnął Feliks, ale poczuł się nieco lepiej. Dobrze znów było rozmawiać z kimś, kto go rozumiał. – Co robiłeś przez całą wojnę?

– Pokazywałem się żołnierzom, to tu, to tam – Prusy wzruszył lekko ramionami. – Poszedłem z nimi pod Stalingrad. Wiesz doskonale, jak źle tam było. W armii mnie lubią. Szef wolał, żebym podnosił morale na frontach. Chodzący symbol... Więc chodziłem, podnosiłem i...

– I się bałeś – dokończył cicho Polska, patrząc jak latarka zaczyna mrugać, na przemian zalewając piwnicę białym światłem i pogrążając ją w ciemnościach.

Gilbert drgnął; powiódł wzrokiem po pomieszczeniu i spojrzał w dziurę, którą tu weszli, teraz stanowiącą plamę nieprzeniknionej czerni. Spiął się, dopiero teraz zdając sobie sprawę, jak wiele czasu upłynęło.

– Bruderherz... – wyszeptał do siebie, zrywając się ze skrzynki. Dwoma susami dopadł dziury, podciągnął się i wyjrzał na ulicę; nie dostrzegł żadnego ruchu ani nic nie usłyszał.

– Znajdzie cię – odezwał się Feliks za jego plecami.

– Złamałem obietnicę – mruknął Prusy. – Mieliśmy przyjść tu razem, ale dałem się sprowokować przez tego chuja.

– Co się z wami w ogóle stało? – zapytał Polska, gdy Gilbert stanął pośrodku piwnicy, czujnie nasłuchując. – Byłeś zagrożony. Zniknęliście, cała Europa o tym mówiła, a przez ostatni miesiąc, jak gdyby nigdy nic, siedzieliście wśród dowództwa... Dzisiaj zostałeś zaatakowany przez tego Meiera. O co tu chodzi, Prusy?

Gilbert oderwał się od swoich myśli.

– Umiejętnie wykorzystaliśmy to, że w zakłamanej Rzeszy nikt sobie nie ufa – odparł z przekąsem. – I że każdy chce zyskać jak najwięcej, nim ten kraj się zawali, Polen. Załatwiliśmy sobie ochronę führera, ale nie przewidzieliśmy, że znajdzie się taki służbista – Znów dotknął rozcięcia na szyi. – który postanowi ciągle trzymać się poprzednich rozkazów.

Feliks milczał przez chwilę; tak jak Gilbert, zaczął niespokojnie zerkać w pozostałość po piwnicznym oknie.

– Zanim on tu przyjdzie... – zaczął cicho i wpatrzył się w swoje dłonie. Kolejny papieros już się dopalał; upuścił go, nim żar go poparzył, a potem przycisnął do ziemi butem. – Powiedziałeś, że on też...?

– Zrozumiał – odparł pewnie Gilbert, patrząc Feliksowi w oczy. Skrzywił wargi w smutnym uśmiechu. – Szkoda, że tak późno zacząłem z nim rozmawiać – dodał do siebie. – Ludwig...

– Ludwig jest mi winny życie dwudziestu osób – wpadł mu w słowo Polska. – Chciał mnie wrobić w wasze zniknięcie. Gdyby chodziło tylko o mnie, zrozumiałbym – dodał, widząc jak Gilbert marszczy brwi. – Ja bym sobie poradził. Za parę lat bym o tym zapomniał. Nie takie zagrywki robiliśmy sobie nawzajem przez wieki, ja, ty, cała reszta. Ale, Prusy, on wplątał w to Bogu ducha winnych ludzi. Złamał niepisaną zasadę. Wiem, że zrobił to, by cię chronić, ale... ale dlatego właśnie powiedziałem waszym ludziom w Wolfsschanze, że zdradziliście. Żeby chronić ich... ale i tak Borkowscy zginęli – w głosie Feliksa zabrzmiał żal.

Gilbert skinął głową.

– Mój brat – odezwał się po długiej chwili. – On... nie wiem, co od niego dzisiaj usłyszysz, ale wiedz, że... dużo się zmieniło przez te wakacje. Bardzo dużo.

Przed oczami Feliksa nagle stanął niknący uśmiech na śmiertelnie bladej twarzy Reinharta, gdy obiecywał mu, tam, daleko we wschodniopruskich lasach, że zostanie doceniony przez własną ojczyznę, której składał wojskową przysięgę. Westchnął ciężko.

– Mam taką nadzieję – powiedział gorzko. – Co zrobicie dalej? Wrócicie do Berlina?

– Musimy przeczekać – odparł Prusy, posyłając kolejne spojrzenie dziurze. Wydawało mu się, że coś usłyszał; znieruchomiał, wsłuchany w świat na zewnątrz, ale nie dobiegł go żaden kolejny dźwięk. Może mi się zdawało, pomyślał. Znów zerknął na Feliksa i uśmiechnął się. – Jakakolwiek akcja byłaby teraz zbyt niebezpieczna, musimy się przyczaić koło szefa. Po dwudziestym lipca stał się nieco paranoiczny, ale to lepiej dla nas... Ale chyba coś o tym wiesz, Polen? Słyszałem o twoich małych wakacjach w Prusach Wschodnich.

Feliks uniósł kącik ust.

– Zawsze miałem słabość do tamtejszych jezior – powiedział wesoło, ale szybko spoważniał. – To była śmiała akcja, szkoda, że tak źle się skończyła. Schwarze Kapelle...

– Nie uwalniali cię z dobroci serca.

– Oczywiście, że nie – Polska skinął głową. – Stawka była zbyt duża, by tylko z dobroci serca oczyszczać mi drogę ucieczki. Chcieli mnie później wykorzystać, wiem o tym – westchnął ciężko i odchylił głowę, opierając się o zimny mur. Był zmęczony i teraz, gdy siedział w bezruchu, odczuwał to dużo bardziej. – A rannym, rozgorączkowanym i złamanym łatwiej się steruje, zwłaszcza, jeśli wchodzi w to dług wdzięczności.

Latarka zamigotała jeszcze raz i zgasła; piwnica pogrążyła się w ciemności i oczom Gilberta zajęło dobrą chwilę, by znów dostrzec zarys drugiego mężczyzny.

– Ta wojna naprawdę cię złamała – stwierdził cicho. – Nigdy nie spodziewałem się, że zobaczę cię złamanego, Polen.

– A ja nie spodziewałem się – odpowiedział szeptem Polska, ale jego głos był doskonale słyszalny w cichej piwnicy. – Że kiedykolwiek będziesz się tak bać.

Prusy drgnął; potem wypuścił powietrze z płuc.

– Czego się boję? – zapytał spokojnie. Nie ruszał się z miejsca, ze swojego posterunku pod okienną dziurą. – Jestem ciekaw, Polen. Mów. Zobaczymy, jak dużo racji masz.

– Boisz się o Ludwiga – zaczął Polska, ledwie poruszając ustami. – Boisz się tego, co powstało z waszego kraju. Boisz się, że kiepsko wywiązałeś się z roli starszego brata. Bałeś się o siebie, nie wiedząc, czy Ludwig... – urwał, bo teraz, gdy jego wzrok przyzwyczaił się do mroku, dostrzegł, jak Prusy kręci głową, zabraniając mu skończyć tego zdania. – Bałeś się o... – kolejnego zdania też nie wypowiedział do końca. Gilbert zrobił to za niego.

– O naszą nienawiść.

Znów to słowo, pomyślał Feliks. Może kiedyś nauczymy się innych słów, ale to rzecz na inne, lepsze czasy, które, jak miał nadzieję, kiedyś nadejdą.

– I boisz się tego, co nadejdzie – powiedział jeszcze. – Boisz się Rosji.

Przez piwnicę przetoczył się lodowaty powiew; wiatr wpadł do środka, szarpnął włosami i mundurami, rzucił niedopałki papierosów pod jedną ze ścian.

– Moja ziemia jest przedmurzem – odparł cicho Prusy, posyłając mu ostrzejsze spojrzenie. – Nie jestem głupi. Królewiecki zamek już spłonął, Polen, naszej Sali Luster już nie ma. Ale to naloty Brytoli. Już niedługo...

Nie dokończył; przez ciszę przedarł się czyjś głos. Obaj poderwali głowy, ale to Gilbert pierwszy rozpoznał krzyczącego. Dopadł dziury i znów wyjrzał, złapawszy się mocno muru.

– Bruderherz!

Feliks, nie ruszywszy się z miejsca, słuchał kolejnych nawoływań. Po kolejnych okrzykach na ulicy rozległy się szybkie kroki, a potem Gilbert wyciągnął dłoń i pomógł wejść do piwnicy wysokiej, znajomej postaci.

Białe światło niemalże Polskę oślepiło, ale zaraz potem latarkę rzucono gdzieś w kąt, tak, że znów niewiele widział.

Piwnica, ciemność i oni dwaj, przemknęło mu nagle przez głowę. Tak, jak wtedy... Ostatnim razem, gdy się widzieli, Polska nie był w stanie ustać; teraz odruchowo podniósł się i stanął wyprostowany, chociaż jego skręconą kostkę przeszył ostry ból.

Ludwig nawet nie spojrzał na niego i jego starania. Zamknął Gilberta w mocnym, niemalże desperackim uścisku. Feliks przypatrywał się im dwóm, słysząc jedynie strzępy cichych słów.

– Wszystko w ...

– Myślałem, że... Widziałem Meiera...

– ...przepraszam.

Niemcy wypuścił Prusy z objęć dopiero po długiej chwili. Nie odezwał się ani słowem, patrząc w podłogę, w końcu jednak uniósł oczy.

– Popełniłem błąd.

W Berlinie, w marcowy poranek

wyszedłem z domu, i ujrzałem

młode drzewo, świeży pęd

ledwo przewyższający mnie wzrostem,

skąpo odziany kapturem ze słomy,

które ktoś okrył płaszczem.

Mróz był siarczysty i nagi pień

kurczył się pod naporem zimy,

nieznajomy opiekun

troskliwie otulił wiotkie ciało drzewa, nową popeliną

przylegała szczelnie do gładkiej skóry pnia.

Zabrałem ze sobą ten obraz

pełen wzniosłego ciepła

stygnącej ziemi, i niosłem go

przez chłód tego popołudnia, tam

gdzie ludzie przechodzili

ponad skrzydłami upadłego ptaka.

Gdzie nie zginęła jeszcze

niemodna sztuka bycia człowiekiem.

(Krzysztof Karasek – Drzewo na mrozie)


Cześć, kochani. Jest czwarta rano, a to był najtrudniejszy do napisania rozdział w historii całego tego fika. Nie będę nawet pisać, ile razy próbowałam przejść przez tę rozmowę i jak frustrujące to było... :D No ale jest. I zastosowałam tutaj klamrę narracyjną, widzicie? Ludwig i Feliks spotykają się w piwnicy, jak w pierwszym rozdziale :D

Powodzenia wszystkim studentom z sesją, sama walczę :)