Bo jak już raz się prowadzi do czegoś chaos, to on się będzie tylko rozrastał.
Rozdział osiemnasty: Dionizos i jego menady
– Niewymowni, z którymi rozmawiał, potwierdzili że zaatakowali prasę, ponieważ chcieli jej zamknięcia – powiedziała Honoria, siedząc z oczami półprzymkniętymi z radości i popijając sok pomarańczowy, który Harry jej podał, kiedy odmówiła herbaty. – I jeszcze coś, czego w pierwszej chwili nie chciał mi wyjawić, póki nie zapewniłam go, że to dotrze wyłącznie do twoich uszu i nie dalej. – Rzuciła Harry'emu enigmatyczne spojrzenie. Harry przytaknął. Przecież nie poleci z dowolnymi rewelacjami, które Honoria miała mu zamiar zaraz przekazać, do „Proroka" czy coś. Już sam fakt, że Hornblower miał zamiar napisać o tym na łamach „Populi" będzie wystarczająco szokujące.
Honoria odetchnęła.
– Naprawdę chcieli go złapać... jego i właściwie każdego, kto by im wpadł w ręce. Zobliviatowaliby mnie i każdego, kogo jeszcze nie udało im się schwytać. Dionizos powiedział, że tak właśnie zwykle działają. Niewymowni zazwyczaj starają się pojmać jeńców, a nie zabijać, chyba że ktoś bezpośrednio zaatakował Departament Tajemnic. Wydaje mu się też, że to właśnie dlatego frakcja niewymownych stara się zidentyfikować wilkołaki za pomocą obroży i papierów, zamiast po prostu ich pozabijać, jak to pragnie zrobić Departament Kontroli i Poskramiania Niebezpiecznych Bestii.
– A co potem robią tym więźniom? – wyszeptał Harry, czując jak przeszywa go konwulsyjny dreszcz na myśl o zniknięciu pewnego dnia w trzewiach ministerstwa na dobre.
– Tego nie udało mu się ustalić – powiedziała Honoria, uśmiechając się smutno. – A przynajmniej nie od tych niewymownych. Dionizos powiedział, że składają przysięgę o niewyjawianiu tajemnic. I tak był zaskoczony, że tak wiele zdołał z nich wyciągnąć. – Postukała palcami o szklankę. – Ale w oparciu o swój krótki trening, jaki od nich otrzymał, był w stanie się domyślić.
Harry potrząsnął głową. Wciąż ciężko było mu uwierzyć, że ktokolwiek poczytalny podszedłby do Dionizosa Hornblowera i poprosił go o utrzymanie tajemnicy.
– W takim razie co podejrzewa?
– Wykorzystują magię i ciała więźniów. Powiedział, że to po prostu ma sens, jeśli wziąć pod uwagę, że próbowali złapać nawet ciebie.
Harry uśmiechnął się i wiedział, że to nie był przyjemny uśmiech. Falco Parkinson powiedział mu, że najważniejszą jego cechą była magia. Cóż, czy to naprawdę takie dziwne, że niewymowni uważali tak samo? W dodatku pewnie interesował ich czarodziej, który sam był w stanie wchłaniać magię. Szkoda, że nie mogę nasłać ich na Voldemorta.
Pobawił się przez chwilę pomysłem rozgłoszenia, że Voldemort powoli wraca do siebie, ale pokręcił głową. Nie było to warte paniki, która rozniosłaby się na te wieści, w dodatku raczej nie odwróci uwagi niewymownych od czegokolwiek, czym się właśnie zajmują, włącznie z wpływaniem na ministra.
– Dziękuję za przydzielenie mnie do Prasy Menad – powiedziała Honoria, ponownie ścigając na siebie uwagę Harry'ego. – Uwielbiam to miejsce. Jak dorosnę, to chcę być taka jak Dionizos. – Szczerzyła się szeroko.
Harry podniósł brwi.
– A nie wystarczy po prostu go przelecieć? – zapytał, rad że może się z nią jakoś podroczyć.
– Proszę cię. – Honoria wstała, wzruszając ramionami. – Zupełnie jakby mężczyźni w ogóle mnie interesowali. Gdyby tak było, to już dawno znalazłabym kogoś na to miejsce.
– Tybalta? – Harry wiedział, że byli starymi przyjaciółmi.
– Między innymi. – Honoria puściła mu oczko, po czym odwróciła się i podeszła do stojącego po przeciwnej stronie pokoju kominka, podłączonego do sieci fiuu. Cisnęła garść zielonego proszku w płomienie, zawołała „Smocze legowisko!" i zniknęła.
Harry odchylił się, założył przedramiona za głową i zamknął oczy. Znajdował się w samym środku wzburzonego, bulgoczącego kotła i nie mógł wycofać się do Sanktuarium, bo nikt tego kotła nie dopilnuje w czasie jego nieobecności. Czuł się wręcz, jakby tańczące na pierwszej stronie „Vox Populi" menady lada moment miały wyjść zza zakrętu i rzucić się na niego, rozrywając go na strzępy za każdy popełniony do tej pory błąd.
Musiał planować, musiał pomyśleć i niektóre z tych celów zajmą mu dłużej niż dzień.
Póki co jednak uznał, że równie dobrze może wrócić do pozbawionej Dracona sypialni i w miarę możliwości spróbować się jakoś wyspać. Harry wiedział, że świat zrobi się znacznie cięższy do zniesienia rano, kiedy wszyscy przeczytają już publikację Hornblowera.
Ignifer wyczuła powrót Honorii, dzięki lekkiemu spięciu przepuszczających ją osłon, ale nie mogła opuścić pokoju i wyjść jej na powitanie, choćby nie wiem jak tego chciała. Zajęta była inną rozmową z zupełnie inną kobietą, patrzącą na nią spośród płomieni. To była jej matka, Artemis, która fiukała do niej każdego dnia od ostatnich szesnastu lat, usiłując przekonać ją do zmiany zdania i ponownego zadeklarowania się Światłu. Opieranie się jej namowom stało się znacznie łatwiejsze, odkąd Ignifer zaczęła dzielić łoże z Honorią.
Tym razem coś się zmieniło. Artemis wyraziła swoje oburzenie zachowaniem Ignifer. Poprosiła ją o ustąpienie przed ojcem, dzięki czemu Cupressus zyskałby możliwość wybaczenia swojej córce i powitania jej z powrotem. Ignifer odmówiła. Tym razem jednak Artemis pozostała pośród płomieni, rozglądając się po pokoju, jakby podziwiała wystrój. Ignifer stała z założonymi rękami, nie kończąc połączenia, póki jej matka nie wycofa się pierwsza. To byłoby nieuprzejme.
– Czy nie masz czasami wrażenia – odezwała się wreszcie jej matka – że istnieją pewne sprawy, których nie możesz omawiać ze swoimi pozbawionymi honoru, mrocznymi towarzyszami? Czy nie natrafiasz czasem na tematy, które są dla ciebie niewymowne?
Ignifer otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, po czym zamknęła je powoli. Przyjrzała się swojej matce. Artemis patrzyła na nią błagalnie.
Ignifer bez trudu zrozumiała jej niemą wiadomość. Podejrzewa, że niewymowni obserwują ich dom. I czemu miałaby nie?
Wiedziała, jeszcze z czasów kiedy była małą dziewczynką i wciąż uważała swojego ojca za najwspanialszego czarodzieja na świecie, jak i środek wszechświata, że rodzina Apollonis miała w posiadaniu artefakty, których wielu czarodziejów się obawiało, przez co woleliby ich ich pozbawić. Cupressus wyjaśnił jej, że to tylko świadczy o ich krótkowzroczności. Inni czarodzieje uważali, że te artefakty były niebezpieczne, ale tak naprawdę takie nie były, o ile tylko traktowano je z szacunkiem. Tego rodzaju artefakty potrafiły pozbawić człowieka ręki czy nogi wyłącznie, jeśli ktoś je zmusi do niewolniczej pracy, albo podejdzie do nich jak do dzikich bestii. Należało traktować je z szacunkiem, albo wcale.
A potem nastąpił dzień, kiedy Ignifer wróciła do domu z zajęć dodatkowych i zobaczyła, że wszystkie artefakty zniknęły. Jej matka była przeraźliwie blada, a ojciec miał poparzoną twarz. Nie chciał niczego wyjaśnić. Ciągle tylko pocierał palcami strzęp szarego materiału.
Ignifer dowiedziała się, że niewymowni zaatakowali ich dom i zabrali wszystkie artefakty, które określili jako „zbyt niebezpieczne", by mogły być w posiadaniu jednej rodziny, nawet jeśli ta rodzina była najbardziej oddaną Światłu w Irlandii. Dowiedziała się o tym bardzo okrężną drogą, jak to zwykle bywało w domu Apollonisów. Plotki, pogłoski, zasłyszane przypadkiem półsłówka stopniowo skraplały się w rzeczywistość.
Nie wierzyła, nawet teraz, jakoby zrabowane im artefakty należały do tego samego rodzaju, co te, które zwykle znajduje się w posiadaniu niebezpiecznych kryminalistów. Cupressus nie zniósłby czegoś mrocznego w swoim domu, co tylko tłumaczy jego reakcję na deklarację Ignifer. Z całą pewnością musiały być świetliste i najwyraźniej wydawało mu się również, że wystarczająco bezpieczne.
A teraz wyglądało na to, że niewymowni znów na niego naciskają, albo przynajmniej znalazł się pod ich obserwacją. Może usiłują nakłonić go do działania wbrew Harry'emu?
– Istnieje wiele spraw, które ciężko mi poruszyć – powiedziała ostrożnie Ignifer, obserwując swoją matkę. – Zostałam wychowana w Świetle i nawet ci, którzy zadeklarowali się wyjątkowo późno w życiu, nie wiedzą co o mnie myśleć. – Usłyszała, że drzwi za nią otworzyły się i wiedziała, że Honoria weszła do pokoju. Twarz Artemis spięła się, ale wciąż nie zerwała połączenia. – Ale zdaję sobie sprawę z tego, że czasem milczenie okazuje się być najlepszym rozwiązaniem.
Artemis zamknęła z ulgą oczy.
– Tak, to prawda – wyszeptała. – Milczenie i odzywanie się wyłącznie, kiedy przyjdzie na to pora. Cieszę się, że mnie rozumiesz, córko. – Następnie połączenie fiuu zgasło, a zieleń płomieni zaczęła migotać i zanikać. Ignifer pokręciła głową.
Honoria objęła ją w pasie i pochyliła się po pocałunek.
– Co to miało być?
– Wygląda na to, że niewymowni usiłują skłonić mojego ojca do robienia tego, czego od niego chcą – powiedziała Ignifer, odwracając się i wtulając twarz we włosy Honorii. Tak przyjemnie pachniała i w przeciągu paru ostatnich miesięcy Ignifer stopniowo zaczynała pozwalać sobie na myślenie, że ten zapach jednak nie zostanie wyrwany jej z rąk, jak tylko zacznie się do niego przyzwyczajać. – A może zmusić go do działania wbrew Harry'emu.
Nastąpiła chwila ciszy, po czym Honoria parsknęła.
– Starają się pomiatać twoim ojcem? – zapytała. – Facetem tak upartym, że od ponad dekady nie chciał pogodzić się nawet z własną cholerną córką?
– Właśnie – wymamrotała jej do ucha Ignifer. – Życzę im dobrej zabawy z Cupressusem Apollonisem. – Po raz pierwszy od szesnastu lat była w stanie wyobrazić sobie swojego ojca w działaniu bez typowego, towarzyszącego tym myślom bólu, jak i subtelne, bezwzględne okowy, jakie zacznie nakładać na niewymownym, którzy spróbują nim zmanipulować. Cupressus nie odpuszczał swojej rodzinie, ale w podobny sposób podchodził do innych, oddanych Światłu rodzin w Irlandii, do stopnia, w którym wszystkie uznawały go za swojego przywódcę. Tylko on, poza Harrym, przychodził Ignifer do głowy jako osoba, której w żadnym wypadku nie przerażą czający się w cieniach łowcy ministerstwa.
Kiedy Ignifer powróciła ze swojego lekkiego oszołomienia, zorientowała się, że Honoria chichocze.
– Ja też – mruknęła. – A teraz. Łóżko? – Przechyliła z nadzieją głowę.
Ignifer pocałowała ją.
– Tylko jeśli tego chcesz.
Harry ziewnął, zanim zdołał się powstrzymać, po czym skrzywił się i potrząsnął głową. Ostatnia noc nie była szczególnie produktywna pod kątem snu; czasem udawało mu się zdrzemnąć nawet pełną godzinę, nim znowu musiał wstać i wznowić krążenie po pokoju, ponieważ przyszedł mu do głowy nowy plan, albo przemyślenie, albo kolejny pomysł, który pomógł mu poukładać wszystko znacznie lepiej niż wcześniej. Noc jednak minęła i teraz gardło bolało go ze zmęczenia, a wzrok czasem rozmazywał.
Ale może to potem naprawić większą ilością snu, a przynajmniej wymyślił rozwiązania, które nigdy nie przyszłyby mu do głowy w czasie, jak zwykle, zapracowanego dnia. Kiedy schodził po schodach, czuł jak wypełnia go cicha pewność siebie, która odbijała się w jego rześkim chodzie. Znajdował się w samym środku chaosu, ale jego priorytety musiały, mimo wszystko, pozostać takie same: pozostać na ścieżce vatesa, chronić ludzi, którzy zwrócili się do niego o pomoc, żyć w ciągłym ruchu i kontynuować własne leczenie pośród wszystkiego innego. Właściwie to odnosił wrażenie, ze Scrimgeour zawodził świat czarodziejów właśnie dlatego, że pozwolił, by ten chaos zagnieździł się w miejscu jego prywatnych priorytetów.
Wszedł do kuchni, tylko poniekąd zdając sobie sprawę z tego, że jeden z wilkołaków, prawdopodobnie Brugmansja, szła zaraz za nim. Zawsze zdawały się potrzebować trzymać go oku. Harry zastanawiał się, czy powinno go to martwić; nie sądził, żeby równie uważnie przyglądali się Lokiemu. Jeśli nie są w stanie zaufać mu, że w razie czego umie o siebie zadbać, to mogą zacząć powątpiewać, czy Harry w ogóle będzie w stanie zadbać o nich, a między watahą a alfą musiało istnieć wzajemne zaufanie. Wszystko, co Harry do tej pory przeczytał na ten temat, zgadzało się przynajmniej pod tym jednym względem.
Czyli kolejna sprawa do rozważenia.
W kuchni przebywała tylko jedna osoba: Draco, który siedział przy stole, krzywiąc się w kierunku gazety. Pod tym kątem Harry nie był w stanie ustalić, czy to był „Prorok" czy „Vox Populi". Podejrzewał jednak, że to nie ma większego znaczenia w tym momencie.
Draco poderwał głowę, kiedy go zobaczył, po czym wbił w niego wzrok. Harry tylko kiwnął do niego. Potrzebował... porozmawiać z Draconem. To był najlepszy opis tego, co miał zamiar mu powiedzieć. Nie chciał krzyczeć, oczywiście, ale „pogodzenie się" sugerowałoby istnienie znacznie głębszej zadry między nimi, niż Harry podejrzewał, ze faktycznie jest, a „przeprosiny" byłyby fałszywe. Może lepszym określeniem byłoby „stawienie czoła prawdzie".
– Dzień dobry, Draco – powiedział cicho Harry. – Chciałbym z tobą porozmawiać, jeśli nie masz nic naprzeciw. – Jeśli Draco powie mu, że ma spierdalać, to po prostu zje śniadanie i pójdzie porozmawiać z kimś innym. Snape był dobrym kandydatem.
Draco zamrugał, jakby kompletnie się tego po nim nie spodziewał, po czym spojrzał ponad ramieniem Harry'ego i skrzywił się. Harry obejrzał się. Tak jak mu się wydawało, stała za nim Brugmansja, patrząc na niego swoimi bursztynowymi oczami.
– Nie życzę sobie publiczności – warknął Draco.
– W porządku – powiedział Harry i zauważył samą końcówkę szczerego zaskoczenia, które pojawiło się na twarzy Dracona, nim nie przykryło go opanowanie Malfoyów. Wydawało mu się, że odmówię kompletnie rozsądnej prośbie? No doprawdy. Przecież odmawiam tylko głupim. Harry kiwnął głową do Brugmansji. – Idziemy do mojego pokoju. Czy możesz stanąć na straży i upewnić się, że nikt nam nie przeszkodzi?
– Może coś podsłuchać – powiedział Draco.
– Rzucę osłonę, która do tego nie dopuści – powiedział Harry.
– A może ja chcę zostać tutaj? – burknął Draco, krzyżując ręce na piersi i krzywiąc się.
– Przecież nie możemy zamknąć kuchni, inni ludzie muszą mieć możliwość zjedzenia śniadania – powiedział Harry.
Draco otworzył usta, po czym zamknął je i wstał. Patrzył na Harry'ego z większym zainteresowaniem. Harry podniósł brew w odpowiedzi i uśmiechnął się blado, po czym gestem wskazał Draconowi wyjście z kuchni.
Brugmansja złapała go za ramię.
– Dziki, jesteś pewien, że przebywanie z nim sam na sam to teraz dobry pomysł? – wyszeptała. – Loki radził sobie z Gudrun, ale byli bratnimi duszami. Nie byli w stanie się tak naprawdę skrzywdzić.
Harry ścisnął jej dłoń.
– Nic mi nie będzie, Brugmansjo, ale naprawdę doceniłbym, gdybyś rozmawiała z każdym, kto akurat będzie chciał ze mną porozmawiać i odsyłała każdego na później. No i, oczywiście, gdybyś sama nie próbowała zdjąć mojej osłony, żeby nas podsłuchać – dodał, zauważając czubek różdżki wystający z jej szaty.
Brugmansja spuściła wzrok.
– My tylko chcemy, żebyś był bezpieczny, alfo, to wszystko – powiedziała.
– Wiem – powiedział Harry, po czym zaczekał, aż przytaknęła. Czuł spojrzenie, jakie Draco wbijał mu w plecy i wiedział, że równowaga w jego umyśle przechyla się z gniewu na namysł. A przynajmniej tak było, jeśli Draco był choć odrobinę ślizgoński.
Harry ruszył po schodach, Draco tuż za nim, a Brugmansja niemal deptała Draconowi po piętach. Pozwolił Draconowi zobaczyć, jak narzuca na pokój osłonę, która nie pozwoli nikomu z zewnątrz na podsłuchanie ich, nawet za pomocą mniej znanych czy sprytniejszych zaklęć podsłuchujących. Brugmansja zajęła pozycję przy drzwiach jako stróż, a Harry wszedł z Draconem do środka i zamknął drzwi silnym zaklęciem.
Obrócił się. Draco już miał z powrotem ręce założone na piersi i nadąsany wyraz twarzy. Harry nie sądził, żeby było to w pełni szczere. Draco miał zamiar naciskać i zobaczyć, na ile będzie mógł sobie pozwolić. Już nie raz tak było. Harry'emu aż ciężko było się w tym momencie nie uśmiechnąć. Opłaciło się zorganizowanie tej rozmowy na poważnie, jak między dwójką dorosłych, zamiast sprowadzania jej do wrzasków.
– To, co mi wczoraj zrobiłeś, było złe – zaczął Draco. – Wiedziałeś o tej teorii, a i tak nic mi o niej nie powiedziałeś!
– Owszem, wiedziałem o małżeństwach Blacków i Malfoyów, jak i o ogólnych założeniach Wielkiej Ujednoliconej Teorii – powiedział Harry. – Przykro mi, że cię o tym nie uprzedziłem... o ile jesteś w stanie zagwarantować mi, że przyjąłbyś to wcześniej do wiadomości.
– Co proszę? – Draco zamrugał.
– Gdybym powiedział ci o wszystkim, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tym od Thomasa – powiedział Harry, patrząc uważnie Draconowi w oczy – czy przyjąłbyś to do wiadomości? Czy też mimo wszystko wciąż czułbyś odrazę na myśl, że twój dziadek był półkrwi?
Wzrok Dracona uskoczył lekko w prawo, nim nie odpowiedział:
– Oczywiście, że przyjąłbym to do wiadomości! Bo omówilibyśmy to prywatnie, bez wystawiania mnie na pośmiewisko na oczach twojego skretyniałego brata!
Harry pokręcił głową.
– Kłamiesz, Draco i nie, nie potrzebuję legilimencji, żeby wiedzieć to na pewno – dodał, kiedy Draco otworzył usta z protestem. – Powinienem był zająć się tym wszystkim lepiej. Jestem w stanie to przyznać. Powinienem był cię o tym uprzedzić. Ale i tak nie sądzę, żebyś przyjął to do wiadomości, bez względu na okoliczności.
– Czemu musiał zrobić coś takiego? – wypalił Draco. – Przecież musi zdawać sobie sprawę z tego, że małżeństwo moich rodziców jest obecnie jedynym istniejącym związkiem Blacków i Malfoyów! Przez niego cała nasza trójka wypadła źle. Musiał zrobić to celowo! Czemu jeszcze nie wywaliłeś go z sojuszu za zdradę przeciw twojemu narzeczonemu i jego ojcu?
– Bo on tak tego nie postrzega – powiedział Harry, mrugając. Wiedział, że krew była ważna dla Dracona, ale jakim cudem mógł spędzić w towarzystwie Thomasa choćby pięć minut i nie przekonać się o czymś tak podstawowym? – Uważa to po prostu za interesujący fakt. Możliwe, że też zabawny, biorąc pod uwagę, jak głośno te rodziny deklarowały, że są czystokrwiste do szpiku kości. Jestem pewien, że powiedział znacznie więcej, ale Rita Skeeter postanowiła to okroić i wspomnieć tylko o was. Ale nie mam żadnych wątpliwości, że powiedział przynajmniej tyle. To go po prostu interesuje, Draco. To wszystko. Nie uważał tego za atak, ponieważ nie jest w stanie wyobrazić sobie, że krew może być dla kogokolwiek aż tak ważna, jak jest dla twojej rodziny. Przecież wciąż jesteście magiczni, a nie jesteście badaczami, jak on. Czy to naprawdę ma aż takie wielkie znaczenie, skąd pochodzi wasza magia?
– Oczywiście że tak! – powiedział Draco.
Robimy postępy. Harry oparł się o łóżko.
– Dlaczego?
– Bo nie jesteśmy mugolami – powiedział z pasją Draco. – Nie mamy z nimi nic wspólnego, Harry! I nawet, kiedy pojawiają się takie mugolaki jak Granger... no dobrze, dobrze dla niej, że może się nauczyć naszych rytuałów i jakoś do nas dopasować, ale nie można po prostu powiedzieć, że jest dokładnie taka sama jak my!
– Prawdopodobnie nie – powiedział Harry. – Podejrzewam, że dla wielu ludzi jest już zdecydowanie za późno na zmianę ich sposobu myślenia o krwi. Ale dzieci Hermiony? Jestem w stanie wyobrazić sobie, jak dorastają dumne z tego, kim są i nie muszą już przejmować się starymi przesądami. Dokładnie jak Thomas powiedział w tym artykule, to przyszłość jest ekscytująca, nie ciągłe wspominanie przeszłości.
– Ona nie jest taka jak my – wypalił Draco.
Harry zmarszczył lekko brwi. Wydawało mu się, że wie, do czego zmierza ta rozmowa, ale wolał się upewnić.
– Draco – powiedział. – Nie spróbuję zmienić twojego podejścia, nawet jeśli nie podobają mi się niektóre twoje poglądy na temat krwi. Ale czego ty właściwie chcesz? Wiesz przecież, że nie będę stał bezczynnie, kiedy usłyszę, jak nazywasz Hermionę szlamą. To już podpada pod najzwyklejszą uprzejmość.
– Chcę, żebyś uwierzył, że ona się jakoś od nas różni – powiedział z uporem Draco. – Bo tak jest.
Harry musiał się już roześmiać, choć starał się zrobić to tak łagodnie, jak to tylko możliwe. Draco zagapił się na niego ze zdradą w oczach.
– Draco – powiedział Harry, starając się delikatnie dobierać słowa – nawet gdybym w to wierzył, to powiedz, jaką miałoby to dla mnie sprawiać różnicę? Staram się sprowadzić do tego sojuszu centaury, wilkołaki, skrzaty domowe... wszystkie istoty, które różnią się od ciebie znacznie bardziej, niż Hermiona kiedykolwiek zdoła. Nigdy nie zniechęci mnie czyjaś inność. Zachowanie tak i jeśli Hermiona spróbuje wykorzystać swoją pozycję do zmuszenia cię do zmiany poglądów, no cóż, to byłoby złe. Ale póki co nie wiem nawet, co ona właściwie o tym wszystkim myśli. Póki co widzę tylko twoją stronę i nie jest ona jakoś szczególnie imponująca.
– Różni się – powiedział Draco i teraz już mówił błagalnym tonem. – Przecież sam dobrze o tym wiesz, Harry. Zostałeś wychowany jak czystokrwisty.
Harry skrzywił się. Tak mi się wydawało, że prędzej czy później do tego nawiążemy.
– Nie zostałem, Draco – powiedział.
Draco ponownie zamrugał.
– Znęcano się nade mną – powiedział Harry, choć skóra wciąż cierpła mu na sam dźwięk tego słowa, a wszystkie jego wyćwiczone zmysły wykręcały się w oburzeniu – póki nie uwierzyłem, że muszę znać te rytuały, by zdobyć Connorowi jak największą liczbę sojuszników. Wyłącznie dlatego znam ich tak wiele, Draco. Te rytuały nigdy nie interesowały mnie same w sobie i nie jestem w stanie wyobrazić sobie, żeby kiedykolwiek kogokolwiek miały. Zostałem wychowany w wierze, że Mrok jest bezwzględnie zły, a Światło niezmiennie dobre, a dyrektorowi Dumbledore'owi mogę ufać ponad wszystko. Zmieniłem podejście do wszystkich tych poglądów. Czemu nie miałbym zmienić go też pod względem innych? Oceniać je, zamiast ślepo w nie wierzyć? Kulturowo jestem czystokrwistym. Ale jeśli ma to oznaczać dzielenie z nimi uprzedzeń, to wolałbym porzucić kulturę, w której zostałem wychowany.
– Ale jeśli to zrobisz, to twoja krew... – Draco urwał.
– Wiem – powiedział spokojnie Harry. – Zdaję sobie sprawę z tego, że znajomość starych tańców pomogła moim pierwszym sojusznikom w zignorowaniu mojego statusu. Ale teraz ludzie tacy jak pani Parkinson czy pan Bulstrode powinni znać mnie już wystarczająco dobrze, żeby się tym dłużej nie przejmować. Jeśli nie są w stanie, to zawsze mogą opuścić sojusz. – Zrobił krok przed siebie. – Ale prawdziwym kandydatem, Draco, pierwszym prawdziwym sprawdzianem jesteś ty. Czy kochasz mnie na tyle, żeby faktycznie być zakochanym w kimś, kto jest pół–mugolakiem? A może chcesz dalej to ignorować, jak to zawsze masz w zwyczaju? Bo obawiam się, że już nie chcę tego dłużej ignorować. Bardzo silnie wierzysz w czystość krwi. Jeśli jednak zaczniesz przemawiać za nią, to nie spodziewaj się, że nie zajmę głosu. Będę ci przypominał, że jestem półkrwi tak często, jak ty będziesz mi przypominał o swoim statusie czystokrwistego. Jesteśmy sobie równi. Nic tego nie zmieni. Chyba, że chcesz zerwać rytuał zaręczynowy, oczywiście.
Draco milczał po tym tak długo, że Harry zaczynał się martwić, co właściwie powie. Powstrzymał się jednak przed pokusą wycofania się, przeproszenia, powiedzenia że to przecież nie ma znaczenia, w co Draco wierzy, bo Harry zawsze będzie u jego boku, żeby go wspierać i w pełni akceptować.
Ma znaczenie. Cholera by to, ale ma. A ja nie mogę się tego bać, nie w ten sposób. Jestem vatesem. Moja ścieżka oznacza przede wszystkim umożliwianie wolności. Jeśli Draco nie jest w stanie tego przeskoczyć, to lepiej dla niego będzie, jeśli przerwiemy nasz rytuał, żeby mógł poszukać sobie partnera, z którym będzie szczęśliwy. Nikt, kogo kocham, nie będzie nosił okowów.
Ciąg myśli Harry'ego urwał się, kiedy Draco warknął cicho i złapał go nagle, podrywając mu podbródek do góry i całując go tak mocno, że zakradło się do tego gestu nieco bólu i nieco przyjemności. Harry przyjął ten pocałunek, poniekąd dlatego, że wydawało mu się już, że otrzymał swoją odpowiedź. Zaczekał jednak na jego koniec, po czym odsunął się o krok.
– No więc? – zapytał.
– Wygrałeś – powiedział Draco. – Jak zawsze.
Harry potrząsnął głową.
– To nie wystarczy. Nie chcę tu jakiegoś zwycięstwa nad tobą, Draco. Czy przyjmujesz do wiadomości, jak to od teraz będzie wyglądało? Że tej kłótni nie da się tak po prostu rozwiązać i będzie krążyła między nami, podczas gdy sami będziemy musieli żyć pośród i pomimo niej? Nie chcę jakiejś pobieżnej zgody między nami, która będzie nas tylko ograniczała, bo w ramach utrzymywania jej nie będziemy mogli rozmawiać o krwi czy Wielkiej Ujednoliconej Teorii. Chcę się dalej o to kłócić.
Draco zamknął oczy.
– Też mnie pokarało, że się zakochałem w vatesie – mruknął. Następnie łypnął na Harry'ego. – A skoro już jesteśmy ze sobą szczerzy, to nienawidzę, kiedy mówisz o zrywaniu naszego rytuału. Zawsze odnoszę przez to wrażenie, jakbyś chciał, żeby rytuał już się skończył.
Harry uśmiechnął się.
– Bo chcę. Ale nie z powodów, o których teraz myślisz – powiedział.
Draco ponownie zagapił się na niego.
– Za dobrze tańczysz wokół słów – mruknął. – Tak, cholera by to, niech będzie. Będziemy z tym żyli. A ja nigdy więcej nie nazwę Granger szlamą.
– W takim razie przepraszam, że cię o wszystkim nie uprzedziłem – powiedział Harry.
Draco kiwnął szybko, po czym przyjrzał się Harry'emu i prychnął.
– Wygląda na to, że też się nie wyspałeś wczoraj – powiedział, po czym wszedł na łóżko i poklepał pościel obok w niemym zaproszeniu.
Harry wahał się tylko przez chwilę, po czym do niego dołączył. Jasne, miał inne sprawy do załatwienia, ale czego najbardziej w tej chwili potrzebował do wykonania ich, była odwaga, nie czas. Nie istniało nic, czym musiałby się zająć już teraz, natychmiast.
Poza tym naprawdę chciał zasnąć z Draconem.
Położył się na obcym mu łóżku, ale jak tylko Draco mocno go objął, Harry odkrył nagle, że wcale nie jest takie obce. Położył głowę na ramieniu Dracona i dłoń na jego plecach.
– Pewnego dnia to ja jako pierwszy wyciągnę rękę – wymamrotał mu Draco do ucha.
Harry parsknął, bawiąc się włosami Dracona.
– Nie wszystko musi być poświęceniem – powiedział. – Albo długiem. Chciałem z tobą porozmawiać, więc dokładnie to zrobiłem. Tak po prostu. – Zamknął oczy. Zmęczenie zalewało go niczym fala, jakby tylko czekało, aż się z powrotem położy.
– Z tobą nic nigdy nie jest proste – wyszeptał Draco. Harry był niemal pewien, że Draco zaraz potem zasnął. A może sam zasnął, bo nie pamiętał niczego po chwili, w której Draco zaczął głaskać go po głowie z delikatnością, która dawała dziwne wrażenie podziwu.
Rufus otrzymywał już wiadomości od niewymownych, magicznych sów, zwykłych sów, czy Percy'ego, ale musiał przyznać, że wsunięcie listu pod drzwiami było czymś nowym. Tego dnia pojawił się w gabinecie o nieco bardziej normalnej porze, przez co miał tylko kilka chwil na rzucenie zaklęć wykrywających wszelkie klątwy na kopercie, nim Percy nie wszedł z „Vox Populi" w ręce.
– Niech pan na to spojrzy!
Rufus przejrzał pobieżnie artykuł, zaciskając usta. Oczywiście, że Hornblower wymyślił bajeczkę o rzekomym ataku niewymownych na Prasę Menad. Od jakiegoś czasu starał się zmieszać ich reputację z błotem, więc taka historia naprawdę pasowała mu do całości, zwłaszcza jeśli chciał wzburzyć nią ludzi. Problem w tym, że pośród wszystkich innych obecnie krążących komplikacji, to wzburzenie może zacząć działać.
– A to co, proszę pana? – zapytał Percy, zauważając list.
– Nie wiem, od kogo to może być – powiedział Rufus. Był przekonany, że wiadomość nie mogła pochodzić z Departamentu Tajemnic; gdyby mieli mu coś do powiedzenia, to sami by przyszli. Poza tym i tak woleli korzystać z szarego pergaminu, który pieczętowali herbem z klepsydrą. – Ktoś po prostu wsunął go pod drzwiami.
Percy przymrużył oczy.
– I nikt niczego nie zauważył?
– Nie. – Rufus wiedział, że Percy nie ufał Wilmotowi, choć Percy nie był w stanie określić, czemu dokładnie; ilekroć Rufus starał się go o to wypytać, Percy po prostu spuszczał wzrok i szurał z zakłopotaniem butami. – I nie sądzę, żeby był w jakiś sposób zaczarowany. – Mimo to rzucił zaklęcie, które zawiesiło list w powietrzu w pewnej odległości od nich, a potem kolejne, które otworzyło kopertę. Ze środka wysunęły się trzy zapisane kartki, które opadły nieelegancko na podłogę.
Rufus przyjrzał im się z daleka. To nie był list. Wyglądały raczej na strony wyrwane z książki. Zmarszczył brwi i rzucił kolejne zaklęcie. Deprendo jednak nie ujawniło żadnych śladów magii, czy to mrocznej, czy jakiejkolwiek innej. Czując się nieco bezpieczniej, Rufus podniósł je, poukładał w odpowiedniej kolejności i zaczął czytać.
Zaczynały się w środku zdania, co nie było szczególnie pomocne, ale Rufus szybko zorientował się, czemu jego tajemniczy korespondent chciał mu je pokazać.
-nie wierzył w lojalność tych, którzy zaprzysięgli się cieniom. Był Świetlistym Panem i zajadłym dewotem, przez co też wrogiem wszelkiej tajemniczości. Zapytał, jak nowo utworzone ministerstwo może posiadać departament, który działa w cieniach i jednocześnie pozostawiać bastionem sprawiedliwości, którego czarodziejski świat tak strasznie potrzebuje.
Pierwszy niewymowny, którego imię przeszło do historii po prostu jako Pierwszy, uspokoił jego lęki.
– Jesteśmy w posiadaniu artefaktu, który już zbadaliśmy i którego cel jest nam już znany – powiedział.
Tym artefaktem był Kamień, potężny blok szarego kamienia, zdobiony białymi runami i wysoki przynajmniej na dziesięć stóp. Świetlisty Pan zbadał go, po czym przyznał, że Kamień jest pełen neutralnej magii, ani mrocznej ani świetlistej. Zażądał jednak demonstracji, ponieważ potrzebował dowiedzieć się w jaki sposób Kamień ma dopilnować lojalności niewymownych wobec ministerstwa.
Pierwszy przyłożył dłoń do Kamienia, nacinając zawczasu jej wierzch w sposób, w jaki ktoś naciąłby przy składaniu długu życia.
– Przysięgam Kamieniowi swoją lojalność – powiedział. – A Kamień służy ministerstwu. Nie mogę kłamać, chyba że w służbie Kamienia. Nie mogę krzywdzić innych, chyba że w służbie Kamienia. Nie mogę zniknąć pośród cieni, chyba ze w służbie Kamienia.
Od tego dnia aż po nasze czasy, wszyscy niewymowni składali dokładnie tę samą przysięgę, a Kamień pilnuje ich lojalności. Każdy minister zawsze akceptował te przysięgę. Niewymowni są wybierani przez Kamień; nie mogą sami się wybrać. Rekruci, którzy mieli szansę przyłączyć się do nich, ale odmówili składania przysięgi Kamieniowi, nie zostają włączeni do Departamentu Tajemnic. Sam Kamień jest tworem pochodzącym z innego świata – podobnie jak, na przykład, Labirynt, tradycyjnie stojący w Lux Aeternie, rodowej posiadłości Potterów – i nie da się go oszukać tak, jak innych artefaktów.
Warto zaznaczyć, ponieważ tak często przewija się to w powieściach, że Świetlisty Pan Seaborn nie był usatysfakcjonowany wyjaśnieniami niewymownych. Zapytał skąd ktokolwiek ma mieć pewność, że Kamień jest lojalny wobec ministerstwa. Odpowiedzieli mu, że Kamień przemawia bezpośrednio do ich głów. Zaprosili go, by przyłożył dłonie do Kamienia i go posłuchał. Świetlisty Pan Seaborn wyraził jednakże dziwną niechęć do zrobienia tego, tłumacząc się obawą, że jego własna wolna wola zostanie mu odebrana.
Tym niemniej każdy minister, któremu został przedstawiony Kamień, zgadzał się, że jego cele są zgodne z celami ministerstwa. Prawdopodobnie poza ministrami wyłącznie niewymowni wiedzą o tym równie dobrze. My, ludzie spoza tego kręgu, powinniśmy czuć się zaszczyceni, że w ogóle udało nam się poznać przysięgi niewymownych. Woli Kamienia jednak nie można się oprzeć, kiedy już raz złoży się mu przysięgi. Czyny niewymownych mogą czasami wydawać się niewłaściwe, ale oni naprawdę istnieją wyłącznie po to, by pomagać Kamieniowi w osiąganiu jego celów, a przez to celów ministerstwa.
Rufus przełknął ślinę. Wiedział o tym, oczywiście, nawet jeśli pierwszy raz widział tak wiele szczegółów dotyczących Świetlistego Pana Seaborna. Wiedział, że niewymowni służyli Kamieniowi i nie byli w stanie złamać swoich przysiąg. Wiedział, że nawet zdrajcy nie mogli być tak naprawdę zdrajcami, nie w sensie działania przeciw ministerstwu, po prostu musieli niewłaściwie zinterpretować rozkazy Kamienia. Był skłonny zaoferować niewymownym czas na znalezienie ich, ponieważ to wciąż byli jego ludzie, którzy zachowywali się niewłaściwie, ale musieli mieć jak najlepsze intencje. Przynajmniej nie działali ze strachu, jak Amelia. Kamień mu to gwarantował.
Ale nie wiedział, że Kamień pochodził z innego świata.
Wiedział, że powinien ufać Kamieniowi, skoro go spotkał i usłyszał we własnym umyśle, w jaki sposób działa komunikacja między nim a jego zaprzysięgłymi kompanami, w dodatku sam zgodził się, że interesy Kamienia są zgodne z tymi ministerstwa.
Ale nie pamiętał, żeby go kiedykolwiek spotkał.
– Proszę pana? – To był Percy, który brzmiał na zaniepokojonego, ale też jednocześnie jakby mówił z bardzo, bardzo daleka. – Czy wszystko w porządku?
Rufus potrząsnął głową i ponownie spojrzał na strony. Dopiero wtedy zauważył, że niektóre litery na stronach były zakreślone bardzo delikatnymi kółkami, niewidocznymi dla nikogo, kto nie wiedziałby, czego szukać. Miał ochotę wyciągnąć pergamin z biurka i spisać litery, ale poczuł się nagle nieprzyjemnie świadom osłon, które przebiegały przez ministerstwo, pozwalających niewymownym na monitorowanie wszystkiego. Ich działanie zostało wzmocnione w jego gabinecie, dla jego własnego dobra, rzecz jasna.
Poczuł się obrzydliwie. Wierzył niewymownym na ślepo, jak powinien był po spotkaniu Kamienia. Poczucie niewinnej pewności siebie, jakie zostało opisane na tych stronach, idealnie do niego pasowało.
Ale nie przypominał sobie tego spotkania.
Spojrzał na litery na stronach, zapamiętując je. Za swoich aurorskich czasów naprawdę nieźle radził sobie z akronimami i kodami. Wreszcie prychnął, zmiął kartki i podrzucił je w powietrze, warcząc „Incendio".
Percy westchnął z zaskoczeniem, patrząc na opadające popioły.
– Proszę pana? – zapytał.
– Cholerne strony usiłowały rzucić na mnie przymuszenie, kiedy je czytałem – powiedział Rufus, zastanawiając się, czy osłony niewymownych były w stanie wyłapać jego przyśpieszone ze strachu tętno, niczym u schwytanego królika. – Zaklęcie o opóźnionym zapłonie. Próbowało wypełnić mi głowę czystym bezsensem, odwrócić od naszych sojuszników.
Percy wyglądał na oburzonego.
– Jak pan myśli, czy to sprawka Harry'ego?
Muszę kroczyć bo bardzo cienkiej linie. Nie mogę dopuścić do tego, żeby niewymowni zorientowali się, że zacząłem ich podejrzewać. O ile w ogóle naprawdę mi to robią. O ile Harry miał rację, a oni kłamią.
Wydawało mi się, że nie są w stanie kłamać.
Chyba że w służbie Kamienia.
– Prawdopodobnie – powiedział Rufus. – Na papierach nie było żadnych śladów po nim, ale kto inny miałby podjąć się czegoś takiego? – Pokręcił głową. – I w dodatku przymuszenie? Wygląda na to, że mocno osunął się ze swojej ścieżki vatesa.
Muszę stąpać ostrożnie. Jeśli zabrali mnie na spotkanie z Kamieniem, a ja tego nie pamiętam, to kto wie, co jeszcze mogą mi zrobić.
Wysłuchał z sympatią oburzenia Percy'ego, jednocześnie bawiąc się zapamiętanymi literami, przestawiając je i układając na nowo. Nie zajęło mu to specjalnie wiele czasu. Wiadomość miała tylko czternaście liter, więc była za krótka, by mogła okazać się zdaniem. W bardzo wyraźny sposób musiało to być czyjeś imię i po chwili je znalazł, choć możliwe, że przyszło mu ono do głowy dlatego, że parokrotnie myślał o nim w przeciągu kilku ostatnich dni.
Aureliusz Flint.
Rufus westchnął ostro, zastanawiając się nad tym. Wyglądało na to, że jacyś ludzie w ministerstwie byli gotowi grać w szachy po jego stronie, jeśli tylko im na to pozwoli. A przynajmniej tak mu się wydawało, że to właśnie miała oznaczać ta wiadomość.
A potrzebował sojuszników. Skontaktowanie się z Harrym ujawniłoby tylko niewymownym, jak wiele już wiedział. W końcu nie dopuszczali do niego poczty od Harry'ego – no i czy to nie miało więcej sensu niż wyobrażenie Harry'ego, który po prostu nie chce odpisywać na jego listy z głupiej, dziecięcej dumy? – i zmienili mu pamięć. Rufus znajdował się w znacznie bardziej niebezpiecznej pozycji od Harry'ego. Będzie musiał rozgrywać swoje karty tak ostrożnie i trzymać je tak blisko piersi, że nawet Harry nie będzie miał do nich wglądu.
Póki co potrzebował utrzymać to napięte status quo, tańcząc między głowami departamentów i swoją własną potęgą, a teraz jeszcze będzie musiał dodać do tego wszystkiego niewymownych jako trzecią, nieprzewidywalną, ale złośliwą stronę.
Jego spojrzenie przesunęło się po pokoju i natrafiło na portret babki Leonory. Uśmiechnęła się do niego szeroko.
Rufus przymrużył oczy, zastanawiając się, czy Aureliusz Flint nie ma czasem portretu w swoim gabinecie.
Harry przez długą chwilę stał przed drzwiami do sypialni Snape'a. Nie chciał tego robić. Nawet na konfrontację z Draconem miał więcej ochoty, ponieważ tam przynajmniej istniała jakaś szansa na to, że Draco wyciągnie do niego rękę w odpowiedzi, choćby przez wzgląd na dzieloną przez nich miłość, jak i fakt, że Draco nie znosił się z nim kłócić. Snape w ogóle nie wydawał się zainteresowany wyciąganiem ręki do kogokolwiek.
Ale to nie miało już znaczenia. Nie po tym, co zaszło rano.
Świadom obecności czekającej za zakrętem osoby, Harry wyciągnął rękę przed siebie i zapukał.
Dochodzące z pokoju ciche dźwięki kroków i przeklinania pod nosem, ucichły. Harry zaczekał. Wiedział, że Snape miał swoje sposoby na zidentyfikowanie ludzi, którzy stali mu przed drzwiami. Harry poczeka pięć minut i ponownie zapuka.
Drzwi otworzyły się po trzech minutach. Snape patrzył na niego bez wyrazu. Może spodziewał się ochrzanu, pomyślał Harry. Albo przeprosin. Cóż, nie otrzyma żadnego z nich. Harry nie miał w sumie czasu na żadne z nich. W dodatku za rogiem czekał ktoś, kto znacznie lepiej spisze się w tym od niego. Ten człowiek miał czas, był zainteresowany leczeniem Snape'a i nie dzielił z nim żadnej więzi, która mogłaby mu w tym przeszkodzić. Harry zaczynał dochodzić do wniosku, że to właśnie powstrzymywało go przed udzieleniem Snape'owi pomocy, jakiej potrzebował. Tak bardzo go kochał, że wycofywał się, jak tylko zaczynał dochodzić do wniosku, że Snape zaczyna cierpieć. I być może, gdyby Snape po prostu dalej warczał na Harry'ego i wściekał na wszystko w zaciszu własnego pokoju, to nic więcej nie musiałoby się stać.
Ale nie po tym, co zaszło rano. Nie po podniesionych głosach, jakie Harry usłyszał od wejścia do Nadmorskiego Basztańca, a potem usłyszał znajomą klątwę, po której nastąpił przepełniony bólem wrzask, a powietrze wypełniło się zapachem spalonego mięsa i włosów. Gdyby Harry'ego tam nie było, gdyby nie znał przeciwzaklęcia na Ardesco, gdyby nie opuścił osłon na tyle długo, by móc teleportować się z nią do hogwardzkiego skrzydła szpitalnego, to Kamelia by tam zginęła.
Snape przeklął jednego z wilkołaków. Co było poniekąd zrozumiałe, skoro do najbliższej pełni pozostały tylko dwa dni i wszyscy w domu skupiali się obecnie na warzeniu wywaru tojadowego i tworzeniu planów, które ochronią watahę przed Departamentem Kontroli i Poskramiania Niebezpiecznych Bestii.
Przekroczył jednak granicę i Harry nie mógł dłużej mu pobłażać. Reszta watahy nie zabrała jeszcze głosu, ale otaczał ich niebezpieczny i zjeżony rodzaj ciszy. Leżeli na sobie nawzajem w ogromnej stercie ciał, pocieszając się wzajemnym ciepłem i dotykiem w największym pokoju w Nadmorskim Basztańcu, a blask ich bursztynowych oczu był mocno przytłumiony, kiedy Harry na nich spojrzał. Powiedział im, że nigdy więcej nie dojdzie do czegoś takiego i że właśnie idzie rozprawić się ze Snape'em.
Obserwowali go. Harry wiedział, że byli wstrząśnięci. Polegali na nim, wierzyli, że ich alfa ich ochroni, a on ich zawiódł. Będą teraz kwestionowali, czy w ogóle powinni mu ufać. Z całą pewnością nie będą więcej ufali Snape'owi. Pokusa, by wymknąć się z pokoju w czasie pełni i przebić się siłą przez drzwi Snape'a...
Harry pochylił głowę. To zaszło za daleko. Starał się zrównoważyć wolną wolę Snape'a i wilkołaków, a skończyło się na tym, że najwyraźniej za mocno pofolgował Snape'owi.
Snape się nie leczył. I to Harry był odpowiedzialny za to, że tak długo odwlekał tę decyzję, starając się wyleczyć go we własnym zakresie. Spojrzał Snape'owi w oczy.
– Odsyłam pana – powiedział. – Do Hogwartu. Z tego co mi wiadomo, nie wysłał pan rezygnacji do dyrektor McGonagall, co oznacza dla mnie, że wciąż ma pan zamiar nauczać eliksirów i opiekować się domem Slytherina. Niech i tak będzie. Ale musi pan spędzić przynajmniej kilka dni w szkole, przygotowując się przed nadciągającym semestrem.
Snape niczego nie powiedział. Harry niczego innego się nie spodziewał. Snape zdecydowanie zbyt długo już niczego nie mówił. Może jednak powinienem był zostawić go w Sanktuarium, pomyślał Harry, albo odmówić jego prośbie, kiedy chciał wyjechać ze mną. Ale to również następowałoby na jego wolną wolę. Plusy i minusy bycia vatesem.
– Nie mogę zmusić pana do wyjazdu – powiedział Harry. – Zdaję sobie z tego sprawę. Ale dla dobra pańskiego, jak i innych, nie mogę też pozwolić panu na siedzenie w miejscu i roztkliwianie się nad własnym cierpieniem. To, co dzisiaj przytrafiło się Kamelii, może się przytrafić też komuś w Hogwarcie.
Snape wreszcie się odezwał, a jego słowa lśniły, niczym czarna woda na dnie studni.
– Czy wiedziałeś, że to właśnie ona tamtego dnia przy jeziorze zaatakowała mnie, przytrzymała w miejscu i zagroziła zarażeniem?
Harry zamrugał.
– Nie, nie rozpoznałem jej.
– Była. – Głos Snape'a wyrażał zaledwie cząstkę tego, co Harry wiedział, że było prawdziwym potokiem zalewającej go nienawiści.
– Czy znowu zagroziła panu zarażeniem? – zapytał Harry, pilnując by jego głos pozostawał spokojny i bez wyrazu.
Snape odwrócił od niego wzrok.
– Tak myślałem – powiedział Harry. – Wyjeżdża pan stąd, proszę pana. W dodatku mam zamiar wysłać tam z panem kogoś, kto upewni się, że nikogo więcej pan nie przeklnie. – Kiwnął w kierunku zakrętu, zza którego właśnie wychodził Joseph, który momentalnie wbił nieustraszone i cierpliwe spojrzenie w Snape'a. – Tak czy inaczej, nie jest pan już mile widziany w tym domu. Użył pan magii na kimś, kto znajdował się pod moją opieką.
– Nigdy nie składałem przysiąg wiążących Przymierze Słońca i Cienia – warknął Snape.
– I dlatego wydawało się panu, że dzięki temu będę przymykał oko za każdym razem, jak pan kogoś przeklnie? – Harry przymrużył oczy, pozwalając Snape'owi na zauważenie własnego gniewu. – Nie. Posunął się pan za daleko. Próbowałem pomóc. Poza rzadkimi chwilami, kiedy miałem nadzieję, że zaczyna się pan leczyć, albo przynajmniej równoważyć to wszystko, regularnie odrzucał pan moją wyciągniętą rękę. Nie jestem w stanie panu pomóc. Już to zrozumiałem, bo spróbowałem i zawiodłem. Jestem wykończony. Nie przeszkadzałoby mi, gdyby po prostu chciał się pan kisić we własnym zgorzknieniu, bo to krzywdziło tylko mnie i pana, ale nie coś takiego. Nie coś takiego – powtórzył, bo Snape patrzył teraz na niego z brakiem zrozumienia w oczach.
– Nie możesz... – zaczął.
– Może – powiedział Joseph kompletnie bezlitosnym głosem. – Nie zachowywałeś się przy nim ostatnio jak opiekun. To on odgrywał przy tobie rolę rodzica, podczas gdy sam reagowałeś, w najlepszym przypadku, jak nadąsane dziecko. Ale nadąsane dzieci nie usiłują kogoś zabić przez zwykłe wyzwiska. – Harry był rad, że Joseph nie zwraca się do niego w ten sposób; jeszcze nigdy nie słyszał, nawet od samego Snape'a, żeby ktoś zdołał w tak mistrzowski sposób wyrazić rozczarowanie. – Chodź ze mną, ale już.
Sięgnął w kierunku Snape'a i złapał go mocno za ramię, podczas gdy Snape był zanadto zszokowany, żeby zaprotestować. W tej samej chwili aktywował się świstoklik w jego kieszeni, obu mężczyzn rozmyło się w ferii kolorów i zniknęło. Harry zamknął oczy. Otrzymał świstoklik od McGonagall w czasie swojej wizyty w Hogwarcie. Potem wyśle kogoś, pewnie Petera, z ekwipunkiem Snape'a do eliksirów, bo większości z tego wszystkiego nie da się wysłać sową, było zwyczajnie za ciężkie.
Nawet kiedy zaczął mówić, nie zdawał sobie sprawy, jak wiele wiary to w nim pochłonęło. Ufał Snape'owi, ale, najwyraźniej, za bardzo. A teraz przyszło mu ufać samemu sobie, że robił to, co było najlepsze w tej sytuacji, że warto było zaoferować Snape'owi nową szansę na udowodnienie, że warto mu ufać, zwłaszcza w środowisku, w którym nie będzie mógł nikogo skrzywdzić.
Pewnie właśnie dlatego Willoughby i pozostali chcą, żeby doszło do rozprawy. Nie ufają mi już i czemu niby by mieli?
Harry potrząsnął głową i wyprostował się. Już było po wszystkim. Teraz będzie musiał pójść i rozmówić się z watahą, żeby zrozumieli, z jaką powagą podchodził do swoich obowiązków jako alfy.
Kochał Snape'a, ale nie mógł pozwalać mu na przeklinanie wilkołaków, tak samo jak nie pozwoliłby Draconowi na skrzywdzenie Connora.
I nawzajem. Popełniłem już dwa błędy, godząc się na ten wygłup i pozwalając Snape'owi na mieszkanie tu z nami bez regularnego sprawdzania jego wrogości wobec wilkołaków. Dobrze, że przynajmniej nie skończyło się na znacznie bardziej trwałych uszkodzeniach.
I co teraz?
Od teraz będę na siebie uważał, oczywiście. I spróbuję przypilnować, żeby więcej nie popełnić takich błędów.
Minerwa była przygotowana, kiedy Severus pojawił się ze swoim wieszczem w jej gabinecie. Gdyby nie była na to gotowa, to nie podałaby wtedy Harry'emu tego świstokliku. Była jednak, dlatego siedziała wyprostowana za biurkiem z rękami splecionymi przed sobą na blacie. Już widziała poparzoną, młodą wilkołaczycę, jaka wylądowała w jej skrzydle szpitalnym i sam jej widok napełnił ją furią, jakiej jeszcze nie czuła wobec Severusa przez te wszystkie lata, kiedy byli kolegami z pracy.
Chyba czas najwyższy przypomnieć mu o profesorce, której musiał stawiać czoła przez wszystkie lata nauki tutaj. Być może to postawi go do pionu, skoro najwyraźniej nic innego nie było w stanie.
Świstoklik znacznie szybciej przywołał do jej gabinetu dwie postacie, niż Harry zakładał. Severus się chwiał, bo ewidentnie nie spodziewał się pojawienia tu w ten sposób, ale szybko odsunął się od drugiego mężczyzny, wzniósł różdżkę i wyraźnie miał lada moment rzucić klątwę...
Minerwa podniosła brew. Osłony szkolne, które w pełni znajdowały się pod jej kontrolą, odkąd Harry pomógł jej je zburzyć i odbudować na nowo, poderwały się ochoczo i cała mroczna magia nagle przestała działać w jej gabinecie. Co, oczywiście, nie wpłynęło na nikogo poza Severusem. Jego klątwa zawiodła, przez co spojrzał na różdżkę, jakby go zdradziła.
– Dość tego – powiedziała Minerwa, upewniając się, że jej głos będzie chłodny i gładki, niczym zamarznięte zimą jezioro. – Severusie.
Severus obrócił się i spojrzał na nią, ale niczego nie powiedział. Minerwa rozumiała emocje w jego wzroku na tyle, żeby się przed nimi nie ukorzyć. Gdzieś w głębi Severusa znajdował się przerażony chłopiec i najwyraźniej komuś udało się wygrzebać go na wierzch.
– Nazywam się Joseph – powiedział wieszcz, kłaniając się i zwracając na siebie uwagę Minerwy. Jeszcze nigdy nie widziała, żeby ktoś wyglądał na tak spokojnego i pogodzonego z własnym losem, nawet jeśli na jego twarzy pojawiła się nutka frustracji, kiedy zerknął na Severusa. – Będę przebywał w lochach wraz z mistrzem eliksirów, żeby pomóc mu w leczeniu. Mam nadzieję, że to pani nie przeszkadza.
– Nie przyjęłabym go z powrotem bez twojego towarzystwa – powiedziała sucho Minerwa, co wreszcie ściągnęło na nią uwagę Severusa.
– Minerwo – wyszeptał.
– Skontaktowałabym się z profesorem Slughornem i powiedziała mu, że potrzebuję, by wrócił do szkoły – powiedziała Minerwa. – Naprawdę, Severusie – dodała, kiedy wyraz zdrady tylko pogłębił się na jego twarzy. – Widziałam tę młodą kobietę, którą przekląłeś. Będzie dobrze, jeśli kiedykolwiek odrosną jej jakieś włosy na twarzy. Czy ciebie do reszty porąbało, tak atakować kogoś za pomocą Ardesco i to poza bitwą? – Frustracja zaczęła przebijać się przez jej ton. Widziała, jak strasznie Severus potrzebował sanktuarium Hogwartu, ochrony ludzi, którzy go kochali, ale to samo można by powiedzieć o Remusie Lupinie. Minerwa odesłała go bez chwili wahania, jak tylko okazało się, że Remus mógł stanowić zagrożenie dla dzieci, które przysięgał chronić. I jak przyjdzie co do czego, to samo zrobi z Severusem. Nie będzie nikogo faworyzowała i choćby nie wiem, ile Severus usiłował to sobie wmawiać, nie miało to też niczego wspólnego z rywalizacją Gryffindoru ze Slytherinem.
– Obraziła mnie – powiedział wreszcie Severus, a każda rysa na jego ciele była spięta z furii.
– I odpowiedziałeś na to klątwą, zamiast tym swoim ciętym językiem? – Wszystkie linie na twarzy Minerwy ułożyły się w wyrazie absolutnej dezaprobaty. Myślała o dziecku, którym Severus kiedyś był, pochwyconym z Huncwotami w spiralę nienawiści i tym, w jaki sposób teraz wywrócił to na lewą stronę, dzierżąc tę nienawiść jako broń przeciw wszystkim. Obok obrazu młodego Severusa w jej głowie pojawił się obraz tej młodej, ciężko poparzonej kobiety, która obecnie leżała w skrzydle szpitalnym. Zawiodła go, była w stanie się do tego przyznać – miała wrażenie, że zawiodła każdego ucznia, który po szkole przeszedł na stronę Voldemorta – ale nie mogła przez to zejść mu teraz z drogi i dopuścić, żeby konsekwencje jej porażki odbiły się na innych. – Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której nie byłbyś w stanie odpowiednio ją potępić samymi słowami.
– Nie będę...
– Owszem, będziesz – poinformowała go Minerwa. – Oto warunki twojego zatrudnienia w Hogwarcie, Severusie. Filius zostanie zastępcą dyrektora. Osobiście dopilnuję, żeby dochodziło do twoich prywatnych rozmów z Josephem i będę z nim rozmawiać od czasu do czasu, żeby śledzić twoje postępy. A jeśli przeklniesz jakiegokolwiek ucznia, nawet czymś tak łagodnym jak czyraki, to cię zwolnię.
Severus niczego nie powiedział. Minerwa rozpoznała maskę, którą przybił sobie do twarzy. Zbyt wiele razy widziała ją przez lata, kiedy na jej miejscu siedział Albus i poczuła podobną do tamtych czasów frustrację. Pragnienie pozwolenia mu na wycofanie się i kiszenie we własnym zgorzknieniu było niezwykle potężne.
Problem tylko polegał na tym, że tym razem to ona była odpowiedzialna za bezpieczeństwo uczniów, nie Albus. I nie miała nad nim takiej władzy, co Albus kiedyś. Musiała upewnić się, że ją w pełni zrozumie, a jeśli nie będzie w stanie przystać na jej warunki, to z miejsca go zwolni.
– Niech i tak będzie – powiedział Severus. Jego głos ponownie nabrał znudzonego i przepełnionego kpiną tonu. – Zgadzam się na te warunki, pani dyrektor. A teraz mam nadzieję, że mi pani wybaczy, ale chciałbym czmychnąć z powrotem do moich lochów, gdzie należą takie karaluchy jak ja. – Pokłonił się głęboko, po czym ruszył do drzwi.
Joseph ruszył za nią. Minerwa zmarszczyła brwi, ale obejrzał się na nią, kiwnął do niej pocieszająco i szedł dalej za Snape'em.
Skoro ktoś, kto widzi jego duszę, wciąż chce mu pomóc, to może jednak istnieje dla niego jakaś nadzieja, pomyślała Minerwa, po czym potarła brew i westchnęła.
A następnie wróciła do testowania osłon. Wbrew temu, co Severus mógł o niej myśleć, jej życie nie skupiało się na zadręczaniu go.
Harry zszedł na śniadanie rankiem po pierwszej pełni w sierpniu, czując się optymistycznie. Jego wataha pozostała w domach Blacków, wszyscy dostali wywar tojadowy i większość przespała przemianę w swoich pokojach. Kamelia wróciła do nich, wyleczona ze swoich poparzeń dzięki zdolnościom Madam Pomfrey i jeśli zażądała, żeby Harry pozostał z nią, kiedy będzie się przemieniała w wilkołaczycę, to cóż, miała pełne prawo tego od niego oczekiwać. Harry odczuwał nierealny spokój, kiedy szedł korytarzami Nadmorskiego Basztańca z potężnym wilkołakiem u boku, który potem zwinął się obok niego, jak oglądali wspólnie hipokampy.
Sojusznicy, których odesłał do pilnowania wilkołaczych watah w Londynie – Honoria, Ignifer, Narcyza, Tybalt i John – skontaktowali się z nim o świcie i każde zaraportowało o sukcesie. Żadni łowcy departamentu nie pojawili się, żeby szukać watah. Harry wiedział, że w „Proroku Codziennym" wciąż mogą pojawić się raporty o polowaniu, ale teraz zaczynał mieć nadzieję, że może jednak nie będzie żadnych. Większość pozostałych wilkołaków w Brytanii nie żyła w watahach, woleli pozostawać rozproszeni i działać w pojedynkę, a zdecydowana ich większość stwierdziła stanowczo, że nie będzie nosiła żadnych obroży, czy papierów identyfikujących ich przypadłość. Łowcy musieliby napotkać jakiegoś kompletnym przypadkiem.
Podniósł „Proroka" i jego nadzieje zniszczył nagłówek na pierwszej stronie.
PRZERAŻAJĄCE MORDERSTWO WILKOŁAKA
Harry nabrał głęboko tchu i zaczął czytać.
Członkowie Departamentu Kontroli i Poskramiania Niebezpiecznych Bestii wciąż dochodzą do siebie po krwiożerczym ataku, jaki ostatniej nocy wilkołak przypuścił na ich kwaterę główną.
– Był tylko jeden, ale za to prawdziwy potwór – powiedział jeden z łowców, Gerald Darkling, lat 53. – Miał białe futro i poruszał się jak błyskawica. Żadne z naszych zaklęć na niego nie działały, nawet kiedy go trafiły. Kąsał każdego, kto wszedł mu w drogę, ale Felicję rozszarpał na strzępy. To, co z niej zostało, nie przypominało człowieka.
Wspomniana Felicja to Felicja Joyborn, jedna z trzech członków departamentu, którzy w zeszłym miesiącu zabili dwóch wilkołaków...
Harry zamknął oczy. Mógłby im powiedzieć, nawet jeśli sam opis wilkołaka nie wystarczył, do czego tam tak naprawdę doszło. Loki zemścił się na jednym z trzech morderców swojej bratniej duszy.
Harry potarł ze zmęczeniem czoło. Ostrzegał przed możliwymi atakami Lokiego w wywiadzie, który udzielił Skeeter, w listach, które napisał do Scrimgeoura – które, jak już teraz wiedział, nigdy do niego nie dotarły – jak i w kilku wiadomościach, które usiłował przekazać Amelii Bones poprzez wysyłane przez Freda i George'a notatki do Percy'ego, ponieważ raczej nie uwierzyłaby, gdyby usłyszała to wprost od niego.
A i tak nie podziałało.
Harry widział ścieżkę, która rozciągała się teraz przed nim. Przez ostatnich parę dni gazety radośnie rozwodziły się o Wielkiej Ujednoliconej Teorii, ale teraz wrócą do problemów wilkołaków. Departament został zaatakowany, jeden z jego członków zamordowany, a inni przemienieni w wilkołaki. Wzrośnie oburzenie i skieruje się wprost na watahy, zwłaszcza jeśli ktoś domyśli się, kto wykonał ten atak. Niewymowni będą mogli działać bez przeszkód, napotkają znacznie mniej oporu przy proponowaniu nowych praw. Harry będzie musiał naprawdę ciężko pracować, by ochronić watahy przed tym całym szaleństwem, bo zaczynał mieć wątpliwości, czy ktokolwiek będzie mu teraz wierzył.
A wszystko przez zemstę Lokiego.
Właśnie dlatego nie znoszę zemsty, pomyślał tępo Harry. Nigdy nie odbija się na ludziach, na których powinna. Rozpryskuje się i spada na niewinnych, przez co w ostatecznym rozrachunku wolna wola wielu ludzi zostaje stłamszona przez dumę jednego.
Nabrał głęboko tchu i wstał. Musiał uspokoić swoją watahę. Musiał przygotować mowy, ponieważ niektórzy dziennikarze będą chcieli z nim porozmawiać, a Hornblower pewnie skontaktuje się z nim w sprawie nowego artykułu dla „Vox Populi".
W dodatku będzie musiał zaoferować wsparcie łowcom departamentu – zarówno nowo narodzonym wilkołakom, jak i tym dwóm, których zemsta Lokiego jeszcze nie sięgnęła. Naprawdę dziwnie mu się o tym myślało, ale cóż, w końcu to polityka.
No i przecież nikt nie powiedział, że to będzie proste.
