Dym miał wiele twarzy, a jego zapach spowijał Europę od dziesiątek lat. Nawykłe nozdrza umiały już odróżniać jego formy, rozpoznawać, kiedy należało się bać, walczyć albo uciekać w popłochu, a kiedy wolno było się uśmiechać, bo woń niosła ze sobą spokój i odprężenie.

Inaczej pachniało drewno splądrowanych wiosek i płonące bożnice, inaczej cuchnęły ciała złożone na stertę włosów i ubrań, inaczej jeszcze płonęły miasta, w których wiatr niósł żar, pył ze zrujnowanych kamienic i krzyk, przeraźliwy lament osób uwięzionych w płonących pułapkach całopalnej ofiary.

W inny sposób unosił się w powietrzu zapach płonących latem lasów i wiosennych łąk, pożogi wymykającej się z nieostrożnych rąk.

Ogniska, rozpalane dla rozrywki albo świętych rytuałów, również spowijały ciała dymem w odmienny sposób; te nad jeziorami, wzniecane w środku letniego przesilenia, pachniały przyjemnie wonią lasu i ziół.

Papierosy zaś pachniały uspokajająco, więc stał, wdychając dym, który sami przed chwilą stworzyli, wypuszczając go ze swoich ust jak mizerną parodię boskiego tchnienia.

Kłębił się dookoła, poszarzając świat – a światem była teraz niewielka piwnica, miejsce ich spotkania. Przyglądał mu się przez chwilę, patrzył, jak wiruje w ostrym świetle latarki, jak tańczy w bieli wraz z tumanami kurzu. Spomiędzy jego warg umknął jeszcze jeden obłoczek, a zaraz potem Prusy rzucił na ziemię wypalonego papierosa i zmiażdżył żar butem.

Koniec, pomyślał przelotnie. Skończyły mi się papierosy.

Pod podeszwą zachrzęściły drobinki szkła z nieistniejącego już okna, gruz i drzazgi, a ten dźwięk zabrzmiał w ucichłej nagle piwnicy przeraźliwie głośno – Ludwig drgnął i szybko na niego zerknął, ale Prusy nie dostrzegł oczu, nie potrafił więc nic odczytać z zaciśniętych w wąską linię warg i twarzy w połowie skrytej w cieniu.

Czekaliśmy na to, Polen. Czekaliśmy, aż się z tobą spotkamy.

Piwnica też zastygła w oczekiwaniu. Wypowiedziane kilka minut wcześniej słowa odbiły się echem od wilgotnych i brudnych ceglanych ścian, a potem zniknęły, rozwiawszy się w zatęchłym powietrzu, przesyconym teraz zapachem tytoniu.

Przez dziurę, którą tu weszli, do środka dostawało się niewiele powietrza; chłodniejsze powiewy wieczornej jesieni z rzadka i odrobinę tylko szturchały leżące pod ścianami śmieci i muskały ich włosy, i gdyby nie to, gdyby nie ten nieśmiały wietrzyk, wydawałoby się, że świat zastygł w miejscu, znieruchomiał, czekając tylko na nich.

Latarka Ludwiga leżała nieruchomo na ziemi, gdzieś obok zgasłej już latarki Feliksa, prawie dokładnie między nimi dwoma, przejąwszy na siebie zadanie oświetlenia piwnicy. Światło padało wprost na ścianę; błyskały kolejne drobinki szkła, jako jedyne świadczące o tym, że było tam kiedyś okno, nim zniszczono ramy i wyszarpano okoliczne cegły, powiększając przejście. Ciemniały pęknięcia w murze, blizny po bombardowaniach powierzchni.

Rysy twarzy Niemiec wyostrzały się, zamieniały w figurę ze światła i cienia, jakby był postacią z obrazów malarskich mistrzów. Mrok krył powieki, blask nakreślał nieruchome usta i linię szczęki.

Gilbert stał, patrząc na dumnie wyprostowaną sylwetkę brata, lustrując wzrokiem jego zesztywniałe ramiona i niewzruszoną postawę, tak bardzo kontrastującą z Ludwigiem, którego widział przez ostatnie tygodnie.

Zniknął brat, którego chował w swoich ramionach jak dziecko, gdy nocne rozmowy przeistaczały się w pełne zagubienia pytania. Obok niego znów stał Niemcy, Trzecia Rzesza, Ludwig Beilschmidt, dokładnie taki, jakiego Gilbert widywał na naradach, wiecach i przemówieniach, stojący na baczność z nieprzeniknioną twarzą, nieugięty i wyniosły.

Oczywiście, zrozumiał, czując jak cisza niemalże boli, jak wwierca się w uszy, ciągle jeszcze pobolewające po huku wystrzału Visa, który odebrał Meierowi życie. Oczywiście, że nie pokażesz przy Feliksie swojej słabości. Nikt oprócz mnie nie może ujrzeć cię tak niepewnego, bo tylko mi ufasz na tyle, by w pełni się odsłonić...

Westchnął ciężko, czując jak po raz kolejny wraca do niego myśl narodzona jeszcze w Szwajcarii, myśl bolesna i niepokojąco realna, myśl łamiąca złożone już obietnice.

Przykuł do siebie uwagę Polski. Feliks przeniósł na niego wzrok – zmęczony, ale ciągle ostry i czujny, tak jak czujne i napięte były teraz jego mięśnie, sztywność ramion doskonale widoczna pod materiałem munduru – i chwilę jeszcze się w niego wpatrywał. Dopiero potem Polska wrócił do świdrowania wzrokiem Ludwiga, ale ten pozostawał niewzruszony.

Czekali, by to Polska pierwszy przerwał ciszę; swoim milczeniem oddawali mu pola, pozwalali, by to biała figura pierwsza ruszyła przez szachownicę.

Ludwig wyczekiwał odpowiedzi na swoje słowa i czekał na nią również Gilbert, stojący dokładnie pomiędzy, tak jak zawsze, wiedząc, że rozmowa między nim a Polską na razie się zakończyła.

Ich prywatna sprawa, sprawa, która ciągnęła się przez dekady i ciągle miała trwać, przeczekać zły czas i wypatrywać lepszego jutra, została przypieczętowana. Teraz czas nadszedł na inną rozmowę, rozmowę, która zaczęła się w Berlinie, ledwie kilka miesięcy wcześniej, chociaż każdy z nich miał wrażenie, że upłynęły od tego czasu wieki.

Feliks nerwowo bawił się kompasem. Jego palce co rusz szturchały wskazówkę, muskały raz za razem jej krawędź albo napierały na metal, mocno dociskając doń opuszki.

Potem wybuchnął.

– Jaki błąd popełniłeś, sukinsynie?

Wściekłość na Ludwiga, gniew, który przez ostatnie miesiące nieco przygasł, przyduszony warstwą smutku i rozpaczy umierającej stolicy, odsunięty na bok przez konieczność działania i odrzucenie myślenia, nagle rozgorzał się w nim jasnym, czystym płomieniem.

Od paru lat miał ochotę krzyczeć; teraz miał okazję wrzasnąć prosto w te idealnie wykutą twarz, ujrzeć, jak podniesiony głos trafia za maskę i rozbija ją, jakby słowa były kamieniami.

– Poszedłeś za tymi, którzy urządzili piekło na ziemi? – zapytał, przekrzywiając głowę. – Chciałeś idealnej rasy, idealnych ludzi, i nie zorientowałeś się, że dla nich, dla tych szaleńców, nikt nie jest wystarczająco idealny?! Przyklasnąłeś mordowi?! To nazywasz błędem?!

Biały skoczek ruszył do przodu. W odpowiedzi, jak czarny laufer w partii szachów, Ludwig postąpił krok, w pełni wchodząc w zasięg latarki. Światło zalśniło w jego oczach, odbiło się jak od nieskończonego lodu.

Widząc ten spokój – chociaż zapewne fałszywy, Polska dostrzegał szybsze ruchy klatki piersiowej, i wyczuł, że utrzymanie tej maski wiele Ludwiga kosztuje – nie mógł się powstrzymać. Kontynuował swoje oskarżenie, po raz pierwszy mogąc wypowiedzieć to, co dusił w sobie od kilku lat, nie mając okazji na spotkanie.

Teraz miał okazję i musiał z niej skorzystać – krew płonęła w jego żyłach, wybuchła, roznosząc gniew, ból i poczucie niesprawiedliwości po wszystkich komórkach jego ciała, pochłaniając go całego i wrzucając w sam środek pożogi.

– Przyjąłeś politykę kłamstwa i masowego mordu, jak gdyby nigdy nic! – rzucił ostro, a jego głos lekko zadrżał. Stanął prościej, zacisnął dłonie w pięści i ruszył do przodu, zatrzymując się tuż przed Ludwigiem i podrywając głowę do góry, by spojrzeć mu w twarz. – Skazali miliony na zagładę, a ty stałeś obok! Nie sprzeciwiłeś się żadnej kampanii ani żadnej pacyfikacji! Patrzyłeś, jak łamie się prawa wojenne i nic cię to nie obchodziło, mam rację?! A może ci się to podobało, może lubiłeś patrzeć, jak ludzie umierają?!

Wciągnął powietrze do płuc, szukając w błękicie zawahania albo strachu. Podchodząc, źle postawił stopę, kostka znów zaczęła pulsować, ale zignorował to. Nie poświęcając urazowi żadnej myśli, bezwiednie przeniósł ciężar ciała na drugą stronę.

– Pozwoliłeś wyrządzić krzywdę też własnym ludziom, odbierając im miano twoich! Wyrzekłeś się ich! Co z ciebie za personifikacja, cholerny Niemcu?!

Znów usłyszał krzyk i huk granatu, poczuł ból we własnej głowie, przeszywający na wskroś bezlitosny objaw tego, że ktoś, gdzieś, właśnie umiera, znowu, kolejna osoba, której nie potrafił pomóc.

Przez wieki nauczył się oswajać ten ból, spychać na skraj umysłu, ale ostatnimi czasy coraz częściej brakowało mu sił, by mu się przeciwstawić.

To była ich rola, prawda? Być, trwać, chronić… pomagać, bronić, leczyć… A tymczasem ten… ten młody, zawzięty… Czy jego to w ogóle obchodziło?

Chciał dodać coś jeszcze, ale urwał w połowie słowa, widząc jak niewidzialny cios jego słów uderza prosto w lodowy mur. Gdzieś tam, w oczach Ludwiga, tak odmiennych od oczu Prus, coś zadygotało, jak szyba trafiona kamykiem.

– Popełniłem każdy z błędów, które wymieniłeś – odezwał się Ludwig głosem cichym, ale pewnym. Prusy wypuścił powietrze z płuc, zdając sobie sprawę, że przez cały czas wstrzymywał oddech. – Tak, dałem się omamić. Tak, uwierzyłem w to, co mówili, i wierzyłem w to przez całe lata. I tak, odrzuciłem też własnych ludzi. Ale nie po to tutaj jestem, Polen – dodał z naciskiem.

To imię brzmiało w jego ustach inaczej, było chłodniejsze niż wtedy, gdy padało z warg Gilberta, a może jedynie tak się Polsce zdawało. Przypominało skałę i lodowiec, a nie płonący ogień albo rozszalałe burzą wody jeziora, żywioły, które znał i wiedział, jak sobie z nimi radzić.

Potarł dłonią twarz, wiedząc jak wygląda; był brudny i rozczochrany, w połowie niedopasowanym mundurze. Krzyż żelazny na wysokości jego oczu, wiszący przy mundurze pozbawionym jakiejkolwiek plamki czy drobinki, swoim lśnieniem śmiał mu się w twarz.

Nie wiedział, co myśleć. Odetchnął, raz jeszcze uniósł głowę.

– Więc po co? – spytał niecierpliwie. – O czym chciałeś ze mną porozmawiać? Gilbert mówił, że nalegałeś na spotkanie – Szarpnął głową w kierunku Prus, zaciskając dłonie w pięść. Metal kompasu, który wciąż trzymał w dłoni, był gorący i śliski. – Więc słucham. Mów. Chyba, że przyszedłeś się tylko ponapawać tym, jak… – urwał zdanie w połowie, widząc jak Prusy kręci lekko głową.

Ludwig przyglądał mu się oceniająco, z góry, w sposób, który Feliks nienawidził od lat. Przeklinając swój wzrost, zmarszczył brwi i spiął się, gotów na konfrontację.

– Poddacie się? – zapytał nagle Niemcy.

Feliks zmrużył oczy, przez zęby wciągnął powietrze. Sukinsyn, pomyślał. Hitlersyn.

– Nie myśl, że uwierzę, że obchodzi cię ich los – warknął Polska, nie ustępując spojrzeniem. Szarpnął głową w nieokreślonym kierunku. – Jeśli twoim celem jest wymuszenie na mnie...

– Nie jest – przerwał mu Ludwig. W jego oczach, w końcu, coś zapłonęło, topiąc od wewnątrz zimną barierę. – Nie będę się wtrącał w to powstanie, Łukasiewicz. Pytam, czy długo jeszcze będziecie to ciągnąć. Moim celem jest zapewnienie bezpieczeństwa Gilbertowi. Dopóki trwają walki, a my jesteśmy tutaj – Zerknął na brata. – Ktoś z twoich ludzi może wpaść na bardzo głupi pomysł.

Polska zrozumiał. Cofnął się o krok. Nic dziwnego, przemknęło mu przez myśl, że tego się obawia. Dopiero co wprowadził ich w pułapkę samotny szpicel.

– Tak, wiem co nieco o łamaniu sztandarów i obijaniu symboli – Uniósł kącik ust w lekko kpiącym uśmiechu, nie zdradzając swoich myśli. – Mówisz, że nie zamierzasz ingerować, Niemcy...? – spytał nagle, prowokująco, ciekaw, co naprawdę siedzi w głowie tego mężczyzny. – Sądzisz, że tak jest lepiej...?

– Wiesz doskonale, jaką mamy moc – Ludwig nie spuszczał go z oka. – Gdy zechcemy, podsuną nam pod nos auto, najlepszego konia czy butelkę szampana. Jeśli zarządzamy noclegu, nikt z polityków czy generałów nam go nie odmówi. Gdy trzeba nieco nagiąć zasady, pójdą nam na rękę, bo czują do nas szacunek. Ale nigdy nie będziemy mieć wpływu na najważniejsze decyzje, Polen. Sami nie powstrzymamy wojny. Myślałem, że o tym wiesz. To, co w tej chwili sądzę, to co w tej chwili mnie obchodzi, nie ma znaczenia.

Och, pomyślał Polska. Więc nauczyłeś się tej jednej rzeczy. Chociaż jednej. Jesteś młody, może jeszcze nauczysz się innych, ale na razie...

Przymknął na moment oczy.

Młodość, twoja siła i słabość, pomyślał o stojącym przed nim kraju. Młodych łatwo porwać, zauroczyć słowem i pociągnąć za sobą w otchłanie piekła, wmawiając, że oto rusza się na święte wojny, które udoskonalą świat... Jedna z takich wojen zbliżała się ku końcowi, nawet jeśli jej agonia miała trwać jeszcze przez wiele miesięcy...

Ale my już nie mamy wiele czasu, przemknęło mu przez myśl.

Lada moment utracą Czerniaków i stracą dostęp do Wisły, a potem... Tereny powstańcze były już tylko rozrzuconymi po mapie plamami, połączonymi niewidzialnymi kanałami głęboko pod ziemią. Już tylko kwestią czasu było to, że wkrótce zaczną topnieć, kurczyć się o kolejne ulice i kwartały domostw, aż zanikną całkowicie pod naporem lepiej uzbrojonych, liczniejszych oddziałów.

– Nie jesteś głupi – przyznał niechętnie Feliks. – Znasz się na wojnie, Beilschmidt. Sam na pewno widzisz, że to niedługo się skończy. Nikt już nie porwie się na taką śmiałą akcję, nikt nie przygotowuje planu porwania czy zamachu. Jesteście bezpieczni... przynajmniej, jeśli chodzi o Polaków. Kto wie, co kombinują wasi wrogowie, czy nadal coś kombinują – Zerknął na milczącego Gilberta. – To nie jest już walka o miasto – dodał ciszej, znów robiąc krok w tył. Skręcona kostka zaprotestowała boleśnie, ugięła się pod nim, a Feliks zachwiał się lekko i zaklął w myślach, przeklinając swoją słabość. – To... to walka o przetrwanie. I o resztki godności... – wyszeptał bezbarwnie. – Czego chcesz, Ludwig? Powiesz to w końcu?

– Chcę… podziękować.

– Rzesza mi dziękuje – zaczął wolno Polska, zaskoczony tym, co usłyszał. Ciągle się cofał, aż oparł się o skrzynkę pod ścianą. Przysiadł na niej, z ulgą odciążając kostkę.

Chwilę patrzył w podłogę, a potem uniósł głowę; gdzieś w jego oczach zabłysła lekka kpina, wybiła się spod zmęczenia i przygnębienia, zastępując niedawny gniew.

– Za co ty mi dziękujesz, Ludwig? – zapytał pozornie lekkim tonem. – Za to, że miałeś doskonałą rozrywkę, gdy Fischer i Radke mnie przesłuchiwali...? Chociaż nie, szybko przestałeś przychodzić na te przedstawienia. Jesteś taki miękki? Wystraszyło cię trochę krwi...?

Ludwig bez słowa wskazał na swoje ucho. Blizna wciąż tam była, w jasnym świetle latarki wyróżniała się różem na tle skóry i krótko przyciętych włosów.

Zmieszany Polska nagle odwrócił wzrok, wciąż wstydząc się stanu, w jakim wtedy był, stanu, w którym liczyło się już tylko jedno, tylko jedna osoba.

Kolejne słowa zamarły mu w gardle; wtedy usłyszał kroki. Gilbert bez słowa usiadł obok niego i posłał bratu spokojne spojrzenie.

– No dalej, Bruderherz – powiedział. – Nie mamy całej nocy, ktoś niedługo zacznie nas szukać. Polen, ty... Zamknij na chwilę tę niewyparzoną gębę, co?

Feliks zmusił się do kilku głębszych oddechów i kiwnął w końcu głową, przeczesując dłonią zmierzwione włosy.

– Dobrze – rzekł spokojniej i ciszej. – Wysłucham, co masz do powiedzenia, Rzeszo – Wypluł to słowo z odrazą i znów dostrzegł drżącą taflę, zupełnie jakby kolejny kamień uderzył w lód. Z jakiegoś powodu przyniosło mu to odrobinę satysfakcji.

Może jednak, pomyślał, zerkając na Gilberta, który przyglądał się im obu z nieco poirytowaną miną. Może masz rację, Prusaku. Może zrozumiał niektóre rzeczy, ale...

Ludwig milczał przez kolejne sekundy, marszcząc lekko brwi.

– Wtedy, w Berlinie... – zaczął wolno, z rozwagą dobierając kolejne słowa. Co chwila zerkał na brata; ten lekko uniósł kącik ust i skinął głową z cieniem zachęcającego uśmiechu na bladych wargach.

Polska również spojrzał na Prusy, ale ten nie odwzajemnił spojrzenia. W odpowiedzi Feliks poczuł jednak lekki, szybki dotyk, palce muskające jego dłoń ciągle zaciśniętą na kompasie.

Dziwnie uspokojony, Polska przymknął oczy i odetchnął głębiej, zamieniając się w słuch.

– Nie widziałem rzeczy, których nie chciałem widzieć – kontynuował cicho Ludwig. – Nie rozumiałem i nie chciałem zrozumieć. A ty otworzyłeś mi na to oczy. Jesteś źródłem tego, co się od tamtej pory wydarzyło, Polen. I to za to ci dziękuję – zaczął przyglądać się Prusom i Polsce, siedzących teraz ramię w ramię i skinął lekko głową.

Obaj zrozumieli ten gest.

Polska długo milczał, wracając pamięcią do celi. Znów zobaczył podrapane drzwi, stare wiadro, maleńki lufcik, przez który od czasu do czasu wpadały ostatnie poblaski zachodzącego słońca, przemieniając czerń w szarość zabarwioną czerwienią. Ujrzał czerń nakrapianą pomarańczowymi iskierkami wypalanych przez strażników papierosów, poczuł zatęchły odór piwnicy, strachu i brudu.

Przypomniał sobie słowa będące ostrzeżeniem, nadzieją, że Ludwig zacznie działać, nim ich własna władza zamierzy się na Gilberta, nie pasującego do wizji i psującego jej pozornie nieskazitelny wizerunek.

Pozwolił sobie na ciężkie westchnienie. Pocierając dłonią twarz, zerknął kolejno na obu braci. Prusy uśmiechał się; Ludwig posyłał mu spod przymrużonych powiek spojrzenie, które jakby straciło nieco na ostrości.

– Dobrze – powiedział głucho Polska. – Ale to była sprawa między wami dwoma, Ludwig. To, czy akceptujesz to u mnie, czy też widziałbyś mnie na dnie piekła za to, że zdarza mi się... patrzeć w inną stronę... To mnie nie obchodzi, Niemcy, nie obchodziło mnie nigdy, co ty o mnie sądzisz – rzucił ostrzej. – Ale cieszę się, że..., że potrafisz zaakceptować swojego brata takim, jakim jest, że potrafisz... tolerować mnie w jego obecności. Dla niego.

Na ustach Ludwiga zamglił się blady, ostrożny uśmiech. Nim nabrał realnych kształtów, Polska wziął głęboki oddech.

– Ale mamy wojnę – rzucił z naciskiem. – Wojnę, która zniszczyła wszystko, Ludwig, która zmieniła świat. Twoi ludzie zniszczyli wszystko. Nie mówię, że wszyscy – dorzucił jeszcze. – Masz u siebie jeszcze sporo mądrych, dobrych ludzi, którzy nie popadli w to szaleństwo. Ale są rzeczy, których się nie wybacza. I nie myśl, że je wybaczę, że wybaczę krzywdę wyrządzoną moim ludziom, moim miastom, mojemu krajowi, krzywdę, której przyklasnąłeś, nawet jeśli teraz...

– Nie oczekuję tego – Ludwig ciągle mu się przyglądał, a jego oczy znów były nieustępliwe. – Nie zakończę wojny. Ona jeszcze trochę potrwa. Jedyne, co się teraz zmienia, Łukasiewicz, to moja aprobata w stosunku do niej. Nie oczekuję żadnego wybaczenia. W szczególności od ciebie.

Feliks skinął głową, zadowolony z tego, co usłyszał. Jeszcze jedno, pomyślał.

– Borkowscy – powiedział, ściszając głos. – Dwadzieścia osób. Tego też nie wybaczę.

– Wiesz, dla kogo to zrobiłem.

Prusy poruszył się niespokojnie; tym razem to Feliks nawet na niego nie spojrzał, świdrując wzrokiem Ludwiga.

– Do ich śmierci podchodzę szczególnie osobiście – warknął. Przed oczami stanęła mu Basia o rozmarzonych oczach i chłopiec chowający się za jej sukienką. – Bo ty jesteś osobiście za to odpowiedzialny. Mord to mord, Ludwig, ale..., ale następnym razem, gdy będziesz chciał mnie w coś wrobić – Feliks spojrzał na Ludwiga wrogo. – Zrób to tak, by niewinni nie musieli umierać.

Zapadła ciężka cisza. Po chwili milczenia Niemcy skinął oszczędnie głową.

– Niech będzie.

Feliks przeczesał palcami włosy. Chociaż tyle, pomyślał. Niewiele się zmieni, nic się nie zmieni, bo nie mamy na tyle mocy, ale... Przyjrzał się znowu Ludwigowi, całej jego sztywnej, wyprostowanej jak do salutu sylwetce, nie znajdując ani złamania, ani sińca, niczego poza tą cholerną blizną na uchu. Ciekawe, czy zniknie, przemknęło mu przez myśl. Nasze rany szybko się goją, ale czasem blizny zostają, szczególnie gdy sami sobie je zadajemy...

Walczyliśmy ze sobą, my, personifikacje, nie raz, nie dwa, czas i miejsce stawiało nas przed sobą raz jako wrogów, raz jako sojuszników… Nie bacząc na to, co o sobie tak naprawdę sądzimy…

– Von Zelewski ma u nas dług – odezwał się nagle Gilbert, gdy milczenie się przedłużyło. Ludwig drgnął, a Polska, prawie zapominając o jego obecności u swojego boku, wytrącony z własnych myśli, posłał mu zdezorientowane spojrzenie. – Najwyższy czas, by zaczął go spłacać.

– Co masz na myśli? – zapytał cicho Feliks.

– Może uda mi się wpłynąć na warunki kapitulacji.

Polska drgnął gwałtownie; rozgorączkowanym spojrzeniem obrzucił postać Gilberta, który tylko wzruszył ramionami.

– Nic nie mogę obiecać – mruknął. – Nie przepadamy z generałem za sobą nawzajem, ale...

Feliks skinął głową z ponurym zrozumieniem. Nie spodziewał się wiele; jak zawsze, pomyślał, my tylko próbujemy.

Próbujemy obłaskawić okrutny świat, nieść pocieszenie, być symbolem, który udręczonym ludziom przynosi nadzieję, ale nie potrafi zmienić rzeczywistości.

Pomyślał o tych wszystkich razach, gdy robiono mu zdjęcia do gazet, przed i na samym początku wojny, nim sam ruszył w bój, nie chcąc zaszyć się w bezpiecznym miejscu i tylko obserwować to, co się dzieje.

– To stulecie zdecydowanie jest najgorsze – wyszeptał do siebie w ojczystym języku, czując suchość w ustach. Chciałby się przebudzić i uzmysłowić sobie, że otaczający go świat jest jedynie koszmarem, ale doskonale wiedział, że żaden koszmar nie dorównywał rzeczywistości. – Mogliśmy... mogliśmy się w to nie wplątywać, przynajmniej jedna rzecz byłaby łatwiejsza... – dodał pod nosem, chociaż doskonale wiedział, że gdyby znów podejmował tamtą decyzję, podążyłby dokładnie tą samą ścieżką, nieważne jak mocno komplikowała ona jego życie, ścieżką o zapachu papierosów i leśnych, bagnistych ostępów, o smaku jeziornej wody i francuskiego wina.

Wyczuł na sobie wzrok Gilberta.

– Stało się – powiedział tylko Prusy. – I będzie trwać, jak ustaliliśmy. Chyba, że w ciągu ostatnich pół godziny zmieniłeś zdanie, Polen.

Feliks uśmiechnął się blado; lekkim szarpnięciem głowy zaprzeczył.

– Nie rozumiem was – dobiegł ich lekko poirytowany głos.

Prusy oderwał wzrok od Polski, poniewczasie orientując się, że i on nieświadomie przeszedł na polski. Zerknął na brata – na jego zmarszczone brwi, lekko skrzywione usta – i gdzieś głęboko w nim dostrzegł dezorientację, skrytą pod warstwą niechęci do słowiańskiego języka, którego nie znał. Ludwig przyglądał im się niespokojnie, wyrzucony poza nawias ich pokomplikowanej relacji, nieprzyjemnie uderzony zmianą mowy, jakby to, co wypowiedzieli, było tajemnicą.

Przyrzekli sobie, że nie będzie już tajemnic, więc Gilbert po cichu powtórzył słowa Polski i swoje własne, deklarując po niemiecku wolę i postanowienia. Gdy Niemcy znów bez słowa skinął głową, uśmiechnął się szerzej, rozumiejąc doskonale to, co kryło się za tym oszczędnym ruchem ciała.

– Mów po niemiecku, Polen – odezwał się jeszcze Gilbert. – Nie mam zamiaru robić za tłumacza. Głowa mi pęka od tego twojego strzału.

– Niech ci będzie... Nadal nie wierzę, że dałeś się tak podejść – wymamrotał Feliks i uniósł głowę. – Mówię w twoim języku i noszę twój mundur – powiedział nagle, nie mogąc się powstrzymać od rzucenia jeszcze jedną kąśliwą uwagą. Oczy Ludwiga prześlizgnęły się po zdobycznym uniformie, jaki Feliks miał na sobie. – Satysfakcjonuje cię to, Niemcy?

– Powinno? – Ludwig odpowiedział chłodnym spojrzeniem. – Nigdy nie potrafiłeś się podporządkować. Zawsze było ci bliżej do sabotażysty, który tylko czeka na okazję, by się odegrać, niż do wiernego żołnierza. Nie powinieneś w ogóle go nosić.

Polska uśmiechnął się tylko; wskazał głową hełm, który rzucił w kąt, gdy tylko wszedł do piwnicy. W świetle nieruchomej latarki Ludwig dostrzegł błyszczącego orła.

– Mój polski mundur nie nadawał się już do niczego – odparł spokojnie Feliks. – Gdyby inny mundur pozwoliłby mi się przekraść tutaj, przejść obok całego waszego rządowego grajdołka na Placu Piłsudzkiego – Podkreślił tę nazwę, rezygnując z narzuconej przez Niemców nazwy. – Ubrałbym inny. Nie liczy się mundur, Ludwig. Liczy się to, co się robi i myśli, a nie to, jakie barwy się na sobie, niekoniecznie z własnej woli albo z konieczności, nosi.

Niemcy nie odpowiedział. Zamyślony spoglądał przed siebie i po raz pierwszy podczas tej rozmowy z tego twarzy całkiem zniknęła spokojna, beznamiętna maska, zastąpiona niepokojem.

Czując, że rozmowa z wolna dobiega końca, Polska otworzył pięść i jeszcze raz spojrzał na kompas. Północ i wschód.

– Rosja – powiedział krótko.

Zupełnie jakby wypowiedział zaklęcie albo klątwę, reakcja była natychmiastowa; coś w spojrzeniu Niemiec pociemniało, a Gilbert przymknął oczy.

Siedząc obok, z ramieniem przy jego ramieniu, Feliks wyczuł nagłe spięcie mięśni i niepokój bijący od Prus, ale żaden z braci nie podjął tematu. Feliks wodził po nich wzrokiem, a w końcu zadał pytanie, które męczyło go, odkąd zobaczył ich tęskny, mocny uścisk.

– Co zrobicie, gdy was rozdzielą?

Lodowa tafla pękła; Niemcy gwałtownie ruszył do przodu, a w jego oczach zakotłowało się od emocji. Polska, zdziwiony, uniósł brew.

– O czym ty mówisz, do cholery? – zapytał Ludwig, szybko przerzucając wzrok na brata. – Gilbert...? – W jego głosie zabrzmiała lekka nuta paniki.

Prusy nagle uciekł wzrokiem. Przymknął oczy, a potem wstał.

– Nie wiedziałem, jak zacząć o tym mówić – powiedział cicho, rzucając spojrzenie spode łba na Feliksa. – Ale miałem nadzieję, że porozmawiamy o tym innym razem, w spokojniejszych okolicznościach. Dziękuję, Polen – dodał z przekąsem.

– Myślałem, że to oczywiste – Polska wzruszył lekko ramionami. – Gdy Rzesza upadnie, ktoś zainteresuje się wami dwoma. Resztą rodzinki pewnie też, ale wami szczególnie, bo wszyscy wiedzą, jak jesteście zżyci – dodał, patrząc na Gilberta. Ten westchnął i skinął głową. – Będą chcieli was pilnować. Wspólników nie sadza się w jednej celi, a wy dwaj... Razem jesteście niebezpieczni, cholernie niebezpieczni. Nie raz widziałem was w walce, potraficie niemalże czytać sobie w myślach. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie trzymał was razem, przynajmniej na początku, dopóki nowy porządek po wojnie się nie ustabilizuje.

– Więc o to ci chodziło – wyszeptał nagle Ludwig, patrząc na brata. Ten opuścił głowę. – Wtedy, w Büsingen. Cokolwiek by się nie… Gilbert!

Cokolwiek by się nie działo... ja zawsze będę po twojej stronie. Zawsze.

– Obawiałem się tego – mruknął Prusy, zmieszany spojrzeniem, które posyłał mu brat; płonącym i niespokojnym. – Nie wiedziałem, jak ci powiedzieć o tych podejrzeniach – rzucił z frustracją, podrywając się ze skrzynki. – Przepraszam, Bruderherz – dodał ciszej. – Wiem, że miało być już bez tajemnic, ale…!

Ludwig ruszył przez piwnicę; Feliks obserwował każdy marszowy krok, każde gwałtowne zawrócenie, gdy na swojej drodze Niemcy napotykał ścianę, każdy błysk emocji w oczach, w których w końcu zabrakło lodowych osłon kryjących duszę.

Słabość, pomyślał, powtarzając zasłyszane od szpiega słowa, gdy czaił się w ciemności, czekając dogodnego momentu, by złożyć się do strzału i uwolnić Gilberta z potrzasku.

To nas łączy, Niemcu. On. Nasza słabość i nasza stała, nasza północ.

– Wracamy do Berlina – zarządził nagle Niemcy, gwałtownie przystając. – Do domu. Natychmiast.

– Nie taki mamy plan – Prusy spojrzał na brata, marszcząc brew.

– Pieprzę plan – syknął Ludwig, obracając się ku niemu. – Jeśli to prawda...

– Porozmawiamy o tym później, dobrze? – Gilbert posłał mu krótkie spojrzenie. Ludwig wypuścił powietrze przez zęby, ale kolejny raz akceptująco skinął głową. Cofnął się pod ścianę i znów przybrał na twarz maskę, jakby chciał zapomnieć o swoim wybuchu. Prusy westchnął.

Polska obserwował ich obu z zainteresowaniem. Rodzina, pomyślał gorzko. Chciałbym mieć z kimkolwiek z mojej rodziny chociaż w połowie tak mocną więź jak ta między wami, zamiast… zamiast patrzeć na rozlewającą się między nami krew.

Przygnębiony tą myślą, podniósł się. Kostka, po krótkim odpoczynku, pozwoliła mu iść, a przecież musiał jeszcze wrócić, przemknąć pod osłoną nocy obok dzielnicy rządowej i znów się gdzieś zaszyć, by przespać chociaż kilka godzin.

– Macie jeszcze tego waszego posłańca? – zapytał, przerywając ciszę.

Gilbert pokręcił głową.

– Wysłaliśmy go do Vasha – rzucił i lekko się uśmiechnął. – Niedługo będą sobie gawędzić po francusku przy kawie. Spotkamy się jeszcze, Polen, jakiś sposób się znajdzie – dodał ciszej, unosząc wzrok i patrząc prosto w oczy Polski. – Nie chcę jeszcze wracać do Berlina – Dorzucił, oglądając się na brata. Ludwig przytaknął, zaciskając mocno usta. – Wolę być bliżej swoich ziem. Chociaż przez pewien czas. Rzadko ostatnio miałem okazję...

– Rozumiem – odparł cicho Feliks. W milczeniu patrzył, jak Niemcy podnosi z ziemi latarkę, a potem pierwszy łapie za krawędź dziury i podciąga się na ramionach. Wydostawszy się na zewnątrz, przykucnął i wyciągnął dłoń. – Prusaku...?

– Co, Polen? – Prusy zatrzymał się w pół kroku do wyjścia.

– Chcę uwierzyć, że czasy będą lepsze – powiedział Feliks po polsku, nie zwracając uwagi na Ludwiga. Gilbert skinął głową.

– Będą. Kiedyś – dodał cieplej.

Polska przyjął te słowa z bladym uśmiechem na wargach. Kiedyś. Kiedyś było dobrym słowem – to, czego pragnęli, mogło nadejść za rok, dekadę albo za cały wiek. Przynajmniej oni mieli czas i mogli czekać, aż świat stanie się lepszy, w każdym tego słowa znaczeniu.

Prusy posłał Polsce jeszcze jedno spojrzenie, uśmiechnął się lekko, a następnie przyjął wyciągniętą dłoń brata. Szybko znalazł się na zrujnowanej ulicy. Zerknął w niebo; ponad zniszczonym miastem rozciągał się aksamit czerni, upstrzony iskierkami ciał niebieskich.

Na wrześniowym niebie, pozbawionym księżycowego blasku, rozpoznał znajomy kształt Wielkiej Niedźwiedzicy. Na południowym zachodzie, wysoko, tak wysoko, że musiał nieco zadrzeć głowę, dostrzegł równie znajomy trójkąt, trzy najjaśniejsze gwiazdy Orła, Łabędzia i Lutni.

Ludwig również zerknął w niebo; zmarszczył brwi, nie rozpoznając żadnego asteryzmu czy gwiazdozbioru, nie potrafiąc wśród migotliwych świateł odnaleźć kształtów i form.

– Gdy to się skończy – zaczął cicho Prusy, nie odrywając oczu od nieboskłonu. – Gdy wszystko się uspokoi i będziemy mogli... Pojedziesz ze mną do Königsberga?

Ludwig skinął głową. Kiedyś często tam jeździliśmy, przypomniał sobie. Zabierałeś mnie z Berlina, zjeździliśmy kraj wzdłuż i wszerz, ale tam zabierałeś mnie najczęściej. Pokazywałeś mi swoje ukochane miejsca, spacerowaliśmy ulicami miasta, przemierzaliśmy pokoje zamku, jego salę tronową i lustrzaną salę...

Obejrzał się i oszczędnym ruchem skinął głową Polsce, który właśnie wydostawał się z piwnicy.

Gilbert postąpił szybko ku Feliksowi; Ludwig odwrócił się do nich plecami, nie chcąc widzieć ich pożegnania. Zielonooki diabeł, pomyślał jeszcze, gdy za sobą usłyszał ciche, z wolna oddalające się kroki.

– Oczywiście – powiedział cicho, ledwie poruszając ustami. Gdy obejrzał się za siebie, dostrzegł jedynie uśmiech, słabo zarysowany w świetle latarki skierowanej w dół. Jego brat nagle otoczył go ramionami; odwzajemnił uścisk.

Polski już nie było; zniknął bez słowa w ciemnościach, gdzieś w zaułku, stopiwszy się z mrokiem w jakiejś dziurze w murze, nieuchwytny jak cień.

– Obiecaj mi to.

– Obiecuję, Bruderherz.


Bezradnie patrzył na płaczące dziecko. Popłakiwało od pół godziny, a jego ciotce brakowało już sił i chęci, by chociaż próbować je uspokajać.

Z oczami pełnymi otępienia, stała przy niewielkim oknie, z dłonią zaciśniętą na sznureczku doczepionym do klamki, nieruchoma jak posąg, czekając aż jakiś gołąb, mimo sporego hałasu dobiegającego z wnętrza, skusi się na kilkanaście ziarenek rozsypanych na parapecie.

– Zjedli mojego psa!

– Nie zjedli – odparła niemalże automatycznie, nie odrywając wzroku od kołujących nad podwórzem gołębi. – Zawieźli na wieś. Mówiłam ci wiele razy.

– Kłamiesz! Tak nie wolno!

Granice tego, co nie wolno, pomyślał Feliks, siedząc w kącie, z odrobiną kiepskiej kawy w termosie, z dnia na dzień coraz bardziej się przesuwają.

Przyjrzał się dziecku; jego dużym, załzawionym oczom, poczochranym włosom, chudej sylwetce. Kilkuletni maluch przeżywał swój własny, prywatny dramat; utratę czworonożnego towarzysza, którego ktoś – jak szepnęła Feliksowi kobieta, sąsiad – schwytał, by zaspokoić głód własnej rodziny.

I znów nie potrafił pomóc; serce się w nim krajało, gdy chłopiec w końcu obrócił się tyłem do ciotki i pociągnął nosem. Feliks mógł jedynie siedzieć i patrzeć, z opuszczoną głową wpatrywać się w podłogę, nie znajdując słów, które mogłoby pocieszyć małe serce.

Znał tę kobietę; jeszcze niedawno gotowała w polowej kuchni dla powstańców, mimo walk ciągle uśmiechnięta i wesoła. Razem z nią żartował, stojąc w kolejce po zupę-plujkę, by chociaż na moment w warszawskim powietrzu rozbrzmiała normalność.

Dzisiaj, gdy zobaczyła go przez okienko, wracającego do dowództwa zmęczonego po kolejnej walce, nakłoniła Feliksa, by chociaż na chwilę wstąpił, pozwolił zerknąć na swoją nogę i poczęstować się odrobiną kawy.

– Jak długo to jeszcze potrwa...? – zapytała nagle, wygasłym szeptem, nadal wpatrzona w parapet. Z głośnym trzepotem skrzydeł za oknem zawisł gołąb, zastanawiając się, czy rzucić się na ziarno.

– Niedługo – odparł cicho Feliks, jak zawsze wymijająco, by nie rzucać dniami i tygodniami, by nie dawać fałszywych nadziei. Patrzył, jak ptak opada na parapet; kobieta gwałtownie pociągnęła za sznurek, zatrzaskując okno i więżąc gołębia w środku. Potem, z oczami nieruchomymi jak u wygłodniałego drapieżnika, czujnymi i bezlitosnymi, złapała za miotłę.

Moment później, po głuchym uderzeniu, paniczne gruchanie gołębia umilkło. Feliks obserwował w milczeniu, jak zwierzę upada na podłogę z cichym plaśnięciem piór i szybko tam nieruchomieje.

– Mam taką nadzieję – powiedziała. Chłopiec w kącie odwrócił się i skrzywił na widok martwego ptaka. – Nam już wystarczy. Marek poszedł na Mokotów. Nie ma już Mokotowa. I nie ma już Marka – Głos kobiety brzmiał głucho; jak echo w pustej studni, z której wypłakano już wszystkie łzy. Pochyliła się i złapała gołębia za skrzydło. – Powiedzieli mi, że Niemcy wrzucali granaty do kanałów.

– Przykro mi – wyszeptał gorzko, pochylając głowę. Nie wiedział, kim był ten człowiek, ale nie umniejszało to bólu, który czuł.

– Kończcie to, Polsko. Mamy... mamy już dość.

Poczuł pod swoimi powiekami gorące łzy. Spojrzał na ścianę i odnalazł kalendarz; obok niemieckich propagandowych haseł i ilustracji wypisano datę. Koniec września.

Miała rację; Mokotowa już nie mieli, a Żoliborz lada moment również stracą, jeśli już nie upadł...

– Dziękuję za kawę – szepnął, wstając. Po drodze do drzwi pogłaskał jeszcze włosy milczącego dziecka. W progu skinął kobiecie po raz ostatni. – Proszę... proszę jeszcze trochę wytrzymać. Troszeczkę.

Gdy niedługo później znalazł się wśród dowództwa, gdy dowiedział się o upadku Żoliborza, wraz z generałem spojrzeli po sobie i skinęli głowami.

– Już czas – powiedział cicho Komorowski.

– Tak – powiedział głucho Polska. – Wyślijmy delegację do Ożarowa i zacznijmy spisywać nasze propozycje – Wziął głęboko oddech i opuścił głowę, akceptując przegraną. – Czas poddać miasto.

Będziemy znowu mieszkać w swoim domu,

Będziemy stąpać po swych własnych schodach.

Nikt o tym jeszcze nie mówi nikomu,

Lecz wiatr już o tym szepcze po ogrodach.

Nie patrz na smutnych tych ruin zwaliska.

Nie płacz. Co prawda, łzy to rzecz niewieścia.

Widzisz: żyjemy, choć śmierć była bliska.

Wyjdźmy z tych pustych ulic na przedmieścia.

Mińmy bezludne tramwajów przystanki...

Nędzna kobieta u bramy wyłomu

Sprzedaje chude, blade obwarzanki...

Będziemy znowu mieszkać w swoim domu.

Wystawy puste i zamknięte sklepy.

Życie się skryło chyba w antypodach.

Z pudłem grzebyków stoi biedak ślepy...

Będziemy stąpać po swych własnych schodach.

Ty drżysz, od chłodu. Więc otul się szalem.

Bez nóg, bez ramion, w brunatnej opończy

Młodzi kalecy siedzą przed szpitalem.

Widzisz: już pole. Tu miasto się kończy.

Zwalone leżą dokoła parkany,

Dziecko się bawi gruzem na chodniku,

Kobieta pierze w podwórku łachmany

I kogut zapiał krzykliwie w kurniku.

Kot się pod murem przeciąga leniwo,

Na rogu człowiek rozmawia z człowiekiem...

Znowu w sklepiku zjawi się pieczywo

I znów zabrzęczą rano bańki z mlekiem.

Przejdą dni ciężkie klęski i rozgromu

I zapomnimy o ranach i szkodach...

Będziemy znowu mieszkać w swoim domu,

Będziemy stąpać po swych własnych schodach.

(Leopold Staff – Pierwsza przechadzka)


Jesteście? Zostawcie po sobie jakiś ślad, bo wiem, że czytacie :)