UWAGA: Graficzne gore.
Tym razem Rosier cytuje z „Anaktorii" Swinburne'a (w przekładzie Jana Kasprowicza z 1907).
Dodatek: Inicjacja
Snape zastanawiał się, jakim cudem nikt w budynku, który mieli zaraz zaatakować, nie wyczuwa otaczającej jego, Malfoya i Rosiera magii, która krążyła wokół nich w czarnych, cichych falach. Być może po prostu przyzwyczaili się do uważania mocy Mrocznego Pana za część naturalnej potęgi nocy; właśnie była równonoc jesienna, stare święto zwane Mabon, kiedy światło i ciemność były sobie równe.
Chwila wahania, nim noc nie zacznie się wydłużać, jak ją kiedyś określił ojciec Snape'a. Snape zagapił się na niego ze zdumieniem. Tobiasz mógł nauczyć się tego wyłącznie od swojej żony i powiedział to na długo, nim przestał komunikować się z Eileen za pomocą czegokolwiek, co nie byłoby burknięciem. Odwrócił jednak głowę, kiedy jego syn go o to zapytał i nigdy więcej o tym nie wspomniał.
Tym jednak była. Snape czuł potęgę nocy w wietrze, który wiał ponad ich przygarbionymi na tej pofałdowanej łące sylwetkami. W ustach czuł suche i zimne powietrze. Ponad nimi szare chmury przebiegały po niebie, czasem przesłaniając powoli zanikający księżyc. Gwiazdy wydawały się jakieś mniejsze niż zwykle, w dodatku przeraźliwie daleko.
Snape pokręcił lekko głową. Nie wiedział, za pomocą jakiego zaklęcia Mroczny Pan krył ich obecność tutaj, ale i tak wydawało mu się dziwne, że świetliści czarodzieje jeszcze nie wyczuli przyczajonej niedaleko zguby.
– Już czas.
Malfoy powiedział to, wstając. Już miał wyciągniętą różdżkę, a światło księżyca pozwolił Snape'owi zobaczyć lekki uśmiech na jego twarzy. Rosier roześmiał się za Snape'em, ale Rosier zawsze się śmiał. Snape również wyciągnął różdżkę, ale wciąż jej nie podniósł. Dla niego celem tego rajdu była jego inicjacja do śmierciożerców. To oznaczało, że musiał zabić konkretną osobę w konkretny sposób. To nie była pora na strzelanie na ślepo zaklęciami.
Dobiegł ich odległy krzyk, dźwięk, jaki mógłby wydać z siebie umierający jeleń.
– Teraz – powiedział Malfoy, a radość w jego głosie była równie odległa co krzyk. Wycelował różdżką w dom. – Cremo!
Dach stanął w ogniu. Snape słyszał dobiegające ze środka wrzaski dzieci i przez chwilę czuł dziką pogardę. Obserwacja budynku nauczyła ich, że te dzieci musiały mieć przynajmniej siedem i dziewięć lat, w dodatku oba magiczne. Powinny już wiedzieć, jak sobie poradzić z czymś takim. To, że tego nie zrobiły, było po prostu żałosne. To, że ich opiekunowie ich tego nie nauczyli, nie pokazali jak reagować, zwłaszcza w samym środku wojny, było pożałowania godne.
Drzwi otworzyły się i wybiegł czarodziej w obszernym, lekkim szlafroku, który momentalnie wycelował różdżką w płomienie. Nawet nie obejrzał się na śmierciożerców. Snape zaczął się zastanawiać, z rosnącym niedowierzaniem, czy wydawało mu się, że dach zajął się przypadkiem, podczas gdy ludzie Mrocznego Pana krążyli po Brytanii, polując na szlamy i świetlistych czarodziejów, którzy ich przechowywali.
– Ten jest mój – powiedział Rosier. – Glubo!
Klątwa zamanifestowała się w strumieniu czarnego ognia, którego Snape prawie nie był w stanie zobaczyć, i trafił w plecy czarodzieja, który usiłował zgasić wzniecony przez Malfoya pożar. Zachwiał się, jakby ktoś uderzył go fizycznie, a potem wydał z siebie jęk przerażonego bólu. Jego szlafrok poleciał w bok, kiedy skóra zaczęła odrywać się od niego pasmami, opadającymi od kręgosłupa, odwijającymi się z karku, odskakując od jego nóg niczym skórka od jabłka. Snape beznamiętnie patrzył na odsłaniające się mięso. Wydawało mu się, że już wypalił w sobie te fragmenty, które czułyby obrzydzenie na taki widok. A może Huncwoci zrobili to za niego.
– Jak to powiedział poeta – wydyszał Rosier. – O nie oddychaj! nie mów! Spłoń na wieki, a śnij, iż życia twego kres daleki. – W tym momencie wyrwał mu się śmiech, wysoki i ostry. – Tylko że nie jest. Nigdy nie jest daleki.
– Howardzie! – wrzasnął ktoś z domu i po chwili wybiegła z niego czarownica o długich, jasnych włosach. Poblask pożaru ujawnił, że miała też żółte oczy, typowe dla czystokrwistej, świetlistej rodziny.
Rosier przechylił głowę w kierunku Snape'a.
– Ta jest twoja – powiedział. – Wolę młodsze. – Pomknął szybko w kierunku domu, w którym chowały się szlamowate dzieci. Bez trudu uniknął ataku czerwonowłosego czarodzieja, który skoczył na niego po drodze, ale który szybko zobaczył Malfoya i rzucił się na niego z rykiem. Snape ukrył się ze swoim uśmiechem, kiedy zobaczył przelotnie twarz Malfoya. Lucjusz nie wiedział, że Gideon Prewett to był, a szanse na to, że zdoła pokonać go kompletnie sam, były niesłychanie nikłe.
I wtedy Snape został sam ze swoją ofiarą. Miała na nazwisko Vance, ale nie znał jej imienia.
Zagapiła się na niego, rozpaczliwie szukając różdżki, roztrzęsiona między zgrozą o to, co Rosier zrobił obdartemu ze skóry czarodziejowi, strachem przed nim, jak i przerażeniem, że w ogóle doszło do tej sytuacji. Snape spojrzał jej w oczy i nie odwrócił wzroku, podnosząc różdżkę.
Każda inicjacja odbywała się inaczej. Niektórym Lord Voldemort kazał zrobić coś, co osobiście uważali za nieskończenie odrażające, na przykład zabicie dziecka, bo w ten sposób pokazaliby swoje oddanie sprawie. Inni musieli przeprowadzić jakieś krwawe, przeciągające się tortury, zamiast odwoływać się do szybkiej i bezbolesnej klątwy zabijające. Z kolei jeszcze inni musieli poddawać się testowi emocji.
Mroczny Pan kazał Snape'owi popełnić morderstwo ze szczególnym nastawieniem. Kiedy wrócą, Lord sięgnie do jego umysłu i sprawdzi, czy zrobił jak mu kazano.
Snape jeszcze nigdy wcześniej nikogo nie zabił. Zastanawiał się odlegle, czy nie powinien czuć jakiegoś wahania. Gryfoni powiedzieliby, że powinien. Pewnie nawet niektórzy z jego domowników by tak powiedzieli. Przechwalali się, że ćwiczyli Crucio, ale robiło im się słabo na samą myśl o rzuceniu czegoś takiego na człowieka, zamiast na szczury i pająki, na których ćwiczyli.
Żadne z nich jednak nie otrzymało lekcji, których matka Snape'a nauczyła go jeszcze zanim trafił do Hogwartu. Mroczne sztuki wymagają statecznej różdżki i klarownego umysłu. A przede wszystkim – nie może ci jakoś szczególnie zależeć na ofiarach.
Snape spojrzał czarownicy w oczy.
– Ardesco – powiedział.
Płomienie buchnęły w ciele kobiety Vance'ów akurat, kiedy zaczęła celować w niego różdżką. Wyła i wrzeszczała, kiedy jej gałki oczne zaczęły płonąć od środka, kiedy jej włosy zajęły się od płomieni przedzierających się przez skórę, kiedy jej kości podświetliły się od intensywnego światła gorzejącego w jej wnętrzu. Zwykle klątwa trwała przez jakiś czas, dając ofierze okazję do rzucenia przeciwzaklęcia, ale Snape rzucił ją z odpowiednią siłą i uwagą. Zginęła, ale jej śmierć była kilkoma sekundami skoncentrowanego, niekończącego się cierpienia.
Przyglądał się jej i zauważył, w jaki sposób jej skóra pachniała, kiedy opadała na ziemię, w jaki sposób jej poczerniałe włosy rozpadły się po trawie. Następnie odwrócił się i ruszył do domu. Gdzieś za nim Malfoy coraz bardziej zajadle walczył z Prewettem, ale to nic dziwnego. Snape, w przeciwieństwie do innych, nie był ślepy i nie umknęły mu konsekwencje, czające się za sugestią, że Mroczny Pan wysłał Malfoya do domu, w którym ten czarodziej się krył. Malfoy miał już wiele okazji do pokonania go i za każdym razem zawodził, a Mroczny Pan chciał mieć przy sobie wyłącznie najpotężniejszych czarodziejów.
Zajrzał do domu i zobaczył, że już po wszystkim, a szlamowate dzieci zostały w kawałkach. Rosier siedział na łóżku jednego z nich, nurzając palce w otaczających go płynach. Coś przeżywał. Snape miał wrażenie, że była to pięta z przyczepionym do niej długim pasmem skóry. Poderwał wzrok, kiedy zauważył Snape'a, zamrugał i przełknął.
– Poszło bez problemów? – zapytał.
Snape uśmiechnął się krzywo.
– Wygląda na to, że Malfoy ma jakieś problemy z jednym z bliźniaków Prewett – powiedział.
– A niech się bawi – powiedział beztrosko Rosier. – Przecież się nie pozabijają. – Położył się i zamknął oczy z radości, kiedy krew zaczęła wlewać mu się pod szaty. Snape zmarszczył nos. Nie wyobrażał sobie kąpania się w czymś takim; przecież jak krew wysycha, to lepi się i drapie, w dodatku koszmarnie ciężko ją doprać. Ale wyglądało na to, że Rosierowi naprawdę się to podobało.
Niewielu śmierciożerców było takich jak Rosier. Snape'owi w ogóle to nie przeszkadzało.
Poderwał głowę, kiedy wyczuł zmianę w powietrzu otaczającej ich nocy. Tu nie chodziło tylko o koniec klątw na zewnątrz, oznaczających, że Prewettowi po raz kolejny udało się uciec. To oznaczało przybycie głębokiej, ziemistej potęgi, którą wyczuł wokół siebie, kiedy Malfoy po raz pierwszy zabrał go na spotkanie ze swoim panem. Odwrócił się w kierunku drzwi i opadł na kolano na chwilę przed tym, jak noc rozstąpiła się, ujawniając Lorda Voldemorta.
Rosier wydał z siebie cichy, szczęśliwy dźwięk.
– Uklęknąłbym, mój panie – powiedział – ale to łóżko jest takie ciepłe.
Voldemort roześmiał się sykliwie, dźwiękiem który zdawał się dochodzić gdzieś z tyłów domu, a nie przed nimi.
– Tym razem ci odpuszczę, Evanie – powiedział. – A teraz, Severusie.
Snape podniósł głowę i spojrzał Mrocznemu Panu w oczy. Poczuł, jak legilimencja zakrada mu się do umysłu, typowo tnąc wszystkie przeszkody niczym sierp i szukając emocji, które czuł, zabijając wiedźmę Vance'ów.
Pokazał Mrocznemu Panu wszystko, oczywiście. Nie miał żadnego powodu, by tego nie robić. Taka była prawda. Przyłączył się do śmierciożerców, żeby zemścić się na swoich wrogach, ale nie miał zamiaru rzucać się z wrzaskiem do bitwy, bo to tylko mogłoby zaszkodzić sprawie jego pana. Jego furia nie była już nawet dogasającymi węglami. Jedyne, co w nim pozostało, to zimny popiół zgorzknienia i przegniła satysfakcja zadawania bólu, jakiegokolwiek bólu, hipokrytom, kłamcom i rozpieszczonym dzieciom Światła.
Snape zmienił się na przestrzeni ostatniego miesiąca, odkąd po raz pierwszy spotkał Mrocznego Pana. Miał okazję do spacerowania pośród śmierciożerców i współpracy z nimi, zobaczenia ich jako ludzi, którymi tak naprawdę byli. Zdawał sobie sprawę, że był znacznie od nich lepszy, może poza szalonym Rosierem, który zdawał się szczerze cieszyć z tego, co robił. Snape'a w żaden sposób nie poruszało cokolwiek, czego by nie robił. Nie żywił osobistych uraz, jak to Malfoy miał w przypadku Weasleyów, i nie chciał przede wszystkim skrzywdzić Huncwotów, nim zacznie krzywdzić kogokolwiek innego. Czego chciał, to zdolności do zrobienia czegoś, czegokolwiek, co skrzywdzi stronę Światła.
Kiedy podniósł wzrok, zorientował się, że Voldemort się uśmiecha.
– Bardzo dobrze – powiedział miękko Mroczny Pan, po czym wzniósł różdżkę, cis z trzonem z pióra feniksa, symbole odrodzenia. – Obnaż swoje lewe przedramię.
Snape zrobił to od razu, nawet przez chwilę nie odrywając wzroku od oczu swojego pana. Miał wrażenie, że jego uśmiech zaczyna nieść w sobie subtelne, szczere rozbawienie. To nie miało znaczenia. Doskonale wiedział, po co tu przyszedł i co może otrzymać od Mrocznego Pana.
– Severusie Snape'ie – powiedział Voldemort – czarodzieju, synu Eileen Prince, czy zgadzasz się na służenie mi do końca swoich dni?
– Tak – powiedział Snape. Wydawało mu się, że był gotów zaakceptować życie tortur, zabijania i krzywdzenia tych, którzy go skrzywdzili. Płynąca z tego satysfakcja mu wystarczała.
– Czy zgadzasz się na obdarzenie mnie całą swoją lojalnością, przedkładanie moich celów ponad swoje własne, tak długo jak żyjesz i nosisz Mroczny Znak?
– Tak. – Snape zobaczył blask w głębokich oczach Voldemorta i wiedział, że właśnie oto poddaje swoją wolność niemal ze śpiewem na ustach. Nie obchodziło go to. Wolność nigdy nie przyniosłaby mu zemsty.
– Czy zgadzasz się nosić mój znak na swojej skórze i nigdy go nie usuwać, ani nie zmieniać go w żaden sposób?
– Tak.
– Morsmordre!
I Mroczny Znak pojawił się na jego skórze.
Snape jeszcze nigdy nie czuł takiego bólu. Crucio w ogóle się nie porównywało. Ostrza rozdarły mu skórę, mięśnie, kości i zapieczętowały Mroczny Znak głęboko, głęboko, głęboko w samym trzonie jego jestestwa.
Postawił się jednak wszelkiemu pragnieniu do wzdrygnięcia się i wzniósł wspomnienia czasów, kiedy matka mówiła mu, co oznacza jego krew, wszystkie okazje, kiedy jako jedyny w klasie zdobył najlepsze oceny, a mimo to wciąż go pomijano i ignorowano, bo nie był równie przystojny co czystokrwiści i nie miał ich statusu, każde okazje, kiedy uczył się, że jego magia, jego potęga, nic nie znaczyły, co oznaczało, że nie miał nic, był niczym, zaledwie strzępem człowieka.
Uderzył bólem w ból i nie wzdrygnął się, ani nie krzyknął.
Podniósł wzrok i zobaczył, że Voldemort uśmiecha się do niego.
– Następny atak przypuścimy na rodzinę, którą ten stary głupiec, Dumbledore, naprawdę chce ochronić – powiedział łagodnie.
A Snape poczuł coś w rodzaju spokoju.
