Tygrysica stanęła na krawędzi szczeliny ukrytej w między drzewami. Przestrzeń miedzy skalnymi ścianami była wąska i głęboka, w powietrzu unosiły kropelki wody, które wiatr musiał przynieść z pobliskiego wodospadu. Pomiędzy lianami i krzewami dało się dostrzec rwącą rzekę, a także równe połacie naniesionego piasku.

– Jesteś pewien, że tu przyjdą? – zapytała kotka. – Nie wygląda to na miejsce, gdzie można zejść z uczniami, a tym bardziej z tą dziwną maszyną.

– Chyba że zamierzają ją zrzucić – zauważył Małpa, ale żart nie wywołał na żadnej twarzy choćby półuśmiechu.

– Łagodniejsze zejście jest kawałek drogi stąd, mamy chwilę zanim tam dotrą. My oczywiście możemy skorzystać ze skrótu.

Uśmiechnął się, mimo że nawet nie starał się ukryć zmęczenia. Ostatnie pół godziny gnali na złamanie karku, by wyprzedzić Gian Jin Weia i jego prywatną armię magów żywiołów. Mistrzowie kung-fu nie mieli problemu z pokonaniem takiego dystansu, ale Shandian i Yun Yun musieli korzystać z błyskawic na ogonach, by dotrzymać im kroku. Shongshu został zaś w tyle, Tygryska wątpiła, że uda mu się dotrzeć na miejsce o czasie.

– Nie chcę być pesymistą – powiedział Żuraw. – Ale co jeśli ten sokół i magowie jednak idą w inne miejsce?

Tygryska skrzyżowała ramiona na piersi i posłała wyczekujące spojrzenie Shandianowi.

– Nie znam innego miejsca, do którego staruch i Gao mogliby się udać – odpowiedział myszoskoczek. – W razie czego mistrz Żuraw mógłby ich obserwować przez jakiś czas. Jeśli okaże się, że będą szli w inną, będziemy mieli szansę ich dogonić. Zgadzacie się?

– A co jeśli mnie zauważą? – zapytał Żuraw.

– Nic ci nie grozi, jeśli nie podlecisz za blisko. Magia żywiołów ma swoje ograniczenia, póki będziesz się trzymać na odległość rzutu kamieniem, nie musisz martwić się o magię. Żaden z uczniów nie umie latać, a Gao bez sztyletów w piórach nie jest zbyt waleczny.

– Zdążyłam się o tym przekonać – powiedziała Yun Yun. – Choć jak się okazało, niepotrzebnie.

Shandian westchnął cicho. Yun Yun nadal była na niego zła, ale okazywała to jedynie takimi docinkami. Powoli irytowało to Tygrysicę, która wolałaby, żeby para wyjaśniła sobie parę spraw. Niestety, nie mieli na to czasu.

– Schodzimy – powiedziała Tygryska. – Żuraw, poczekaj tu chwilę. Jeśli Gao i borsuk zaczną wchodzić do szczeliny, przyleć do nas. Wolałabym nie walczyć z nimi, jeśli nie musimy.

Ptak skinął głową i wzbił się w powietrze. Pozostała czwórka rzuciła się do skarpy. Shandian i Yun Yun wykorzystywali błyskawice, małpa zwinnie przemykał się po lianach, tygryska zaś wbiła pazury w skałę i zsunęła się, wzniecając iskry. Dotarła na dno wąwozu pierwsza. Gdy uderzyła o piach, huk poniósł się echem, a ze skalnych ścian posypały się kamyki.

– Czasem się ciebie boję, wiesz? – rzekł Małpa, gdy do niej dołączył.

– Czasem?

Nie odpowiedział, ponieważ oboje zobaczyli świątynię. W miejscu, gdzie szczelina była szersza, wyryto w skalnej ścianie fasadę, która przysuwała na myśl Jadeitowy Pałac. Wzory, kolumny czy charakterystyczne zagięte daszki nadgryzł ząb czasu, spływająca woda wytarła niektóre zdobienia, w wielu miejscach rósł mech. Tygryska miała trudność z rozpoznaniem co właściwie przedstawiała płaskorzeźba na szczycie fasady, tak bardzo była wygładzona i pozbawiona szczegółów. Dostrzegła smocze rysy, a także resztki czarnej farby w zgięciach. To musiał być Houlong z Góry Demonów.

Poczuła ogarniający chłód. Tłumaczyła sobie, że to przez pobliski strumień, ale to nie do końca była prawda. Tak mrozić potrafił jedynie lęk.

– Teraz mi wierzysz? – zapytał Shandian.

Skinęła głową. Nie usłyszała kiedy stanął obok niej, czasem poruszał się niepokojąco cicho. Gdy Yun Yun do nich dołączyła, podeszli bliżej do świątyni. Była na swój sposób piękna mimo upływu czasu. Co jednak zdziwiło Tygrysicę, nigdzie nie było choćby zarysu drzwi.

– Rozumiem, że wiesz jak tam wejść – rzuciła Tygrysica.

– Nie – przyznał Shandian. – Nie przyszło mi do głowy, by próbować. To były i tak wystarczająco niepokojące czasy.

Spojrzał w stronę Yun Yun i uśmiechnął się porozumiewawczo. Żona jednak tego nie odwzajemniła.

– No to mamy problem – powiedział Małpa.

Z braku lepszego pomysłu zaczęli przykładać łapy do ścian, w poszukiwaniu ukrytego przycisku, tak jak było to w Górze Demonów. Tygryska wzięła prawą stronę, najmniej zniszczoną pewnie ze względu na wypukłą skałę powyżej, która osłaniała od deszczu. Starała się nie ominąć żadnego fragmentu porośniętej mchem ściany, ale szybko zrozumiała, że w ten sposób nie sprawdzi wszystkiego nawet gdyby miała cały dzień. Skarbiec był ogromny.

Pierwsza straciła cierpliwość Yun Yun.

– To nie ma sensu. Co takiego jest w tej świątyni, że ten cały Gao nie może tego dostać?

– Nie mam pojęcia – przyznał Shandian. – Po prostu lepiej dmuchać na zimne.

– Może on też nie będzie wiedział jak tu wejść? – powiedział z nadzieją Małpa.

– Z tego co zrozumiałem, rozmawiał ze smokiem. Wydaje mi się więc, że doskonale wie jak tu wejść.

– Dziwne jest to, że nigdzie nie ma wejścia – zauważyła Tygrysica. – Kolumny także nie mają podstaw. Tak jakby cała świątynia…

– … była zanurzona w piachu – dopowiedział Shandian.

Mistrzowie i magowie spojrzeli po sobie. Zaczęli kopać tuż przy fasadzie. Pod piachem także znajdowały się zdobienia, gdzieś tam musiały być drzwi. Tygrysica kopała najszybciej jak potrafiła, ale i tak miała wrażenie, że robią to zbyt wolno.

Żuraw przyleciał do nich.

– Są już przy krańcu wąwozu. Będą tu za kwadrans.

– Nie zdążymy – powiedział Małpa.

– Musi być jakiś inny sposób – rzuciła Tygrysica.

Zauważyła, że przy ziemi zdobienia ścian są najbardziej gładkie, jakby w tym miejscu woda częściej je obmywała. Rzeka – pomyślała. Może ona mogłaby wymyć piach? Przy strumieniu stała samotna skała, na której było coś wyryte. Gdy podeszła bliżej, okazało się, że patrzy na otwór pomiędzy wzorami przypominającymi płomienie. Czy Houlong nie był jedynym smokiem, który umiał zionąć ogniem?

Wiedziała już co robić. Wdrapała się na ścianę, korzystając z pęknięć w skałach. Zerwała kilka gałązek z najniższego krzewu i skoczyła z powrotem na dół.

– Shandian, potrzebuję trochę błyskawic.

Pozostali przybiegli do niej, ale nikt nie zapytał, co zamierzała zrobić. Małpa i Żuraw z obawy, Yun Yun z dumy, Shandian zdawał się zaś wszystkiego domyślić. Chwycił gałązki między łapy i kilkoma iskrami sprawił, by zapłonęły. Tygrysica wsadziła je do otworu. Poczuła jak ziemia zadrżała pod stopami, jednak wtedy ogień zgasł, zanim coś więcej się wydarzyło.

– Spróbujmy inaczej – powiedział Shandian. – Lepiej się odsuńcie.

Przyłożył łapę do otworu, nabrał powietrza jakby właśnie zamierzał nurkować. Uderzył błyskawicą, prąd wypływał z jego palców, a ziemia opadła w miejscu, gdzie stał. Uskoczył, gdy woda wyrwała się z koryta i popłynęła wprost stronę wyrzeźbionej w skale świątyni. Piach zaczął się zapadać, odrywając podziemne piętro, woda spływała do w dół, do ukrytej groty pod świątynią.

Po chwili ziemia się na nowo się podniosła, a rzeka mogła wrócić do dawnego koryta. Woda odsłoniła wielkie przejście, w którym mógłby zmieścić się nawet smok.

– Stójcie! – usłyszeli tubalny głos za plecami, który bez problemu przebił się przez szum strumienia.

Tygryska dostrzegła Tygrysy. Krew w jej żyłach stężała, nigdy wcześniej nie widziała podobnej grupy. Każdy z nich przewyższał ją o głowę, ubrani byli w lekkie zbroje i ciemne hełmy, niebyt ładne, ale z pewnością spełniające swe zadanie. Musieli pochodzić z północy, zza muru. To ich chciała znaleźć.

Naprzód wyszedł biało-czarny tygrys. Mimo młodego wieku, podpierał się długą laską zakończoną kryształem. Zbroja opinała go znacznie ciaśniej niż pozostałych, trochę ze względu na szersze ramiona, trochę z powodu widocznej nadwagi. Wydawał się najbardziej potulny ze wszystkich, choć, tak jak to było w przypadku Po, nie musiało to znaczyć, że był najsłabszym wojownikiem.

– To co się tam znajduje, należy do nas – powiedział i wskazał laską w ich stronę. Posłał krótkie spojrzenie Tygrysicy, jakby był zaskoczony jej obecnością.

– Może mi się wydaje, ale chyba trochę się spóźniliście – odrzekł Shandian.

– Nie mam zamiaru traci czasu na próżne rozmowy.

Spojrzał na kompanów i wskazał brodą Tygrysicę oraz pozostałych. Piątka wojowników wyskoczyła i pobiegła ku nim na czterech łapach. Nie nosili mieczy, wystarczyły im jedynie pazury, które skrzyły się teraz niczym metal.

Jeden na jednego – pomyślała Tygryska. – Powinniśmy dać radę.

Ruszyła na największego z atakujących. Zablokowała potężny cios, uderzyła stopami w kark osiłka. Potknął się, ale nie przewrócił. Łapa, którą zatrzymała uderzenie, zabolała mocniej niż kotka się spodziewała.

Żuraw wzleciał w powietrze i próbował ataków z góry, Małpa uderzał kijem, który przeciwnik przeciął jednym machnięciem. Shandian i Yun Yun trzymali tygrysy na dystans, strzelając drobnymi iskrami. Nie wyglądało to dobrze.

Przeciwnik Tygryski ryknął i ruszył na nią z pełnym impetem. Przypominało to walkę z Tai Lungiem, kocur był wolniejszy, ale nadrabiał braki wielką siłą. Kotka kilka razy trafiła go w głowę i brzuch, ale nie zrobiło to na nim wielkiego wrażenia. W pewnym momencie się nawet uśmiechnął. W którymś momencie złapał ją za ogon i cisnął o ziemię. Świat przed oczami przewrócił się, ból rozerwał głowę i plecy.

– Szkoda obijać taką ślicznotkę – warknął.

Wściekła kotka zacisnęła łapy. Wstała i potężnym kopniakiem podcięła przeciwnika. Chwilę potem uderzyła łapami w uszy, ogłuszając go.

– Za to takiego oprycha zupełnie nie żal.

Yun Yun i Shandian gdzieś zniknęli. Żuraw bronił się razem z Małpą przed czterema oprychami, przyciśnięci do fasady budynku. Nie wytrzymają zbyt długo. Nawet jeśli jakimś cudem wygrają, za chwilę przyjdzie tu Gao wraz Gian Jin Wei.

Odwróciła się w stronę biało-czarnego tygrysa.

– Rozkaż im przestać. Zaraz przyjdą tu zwierzęta z klasztoru.

– Nikt was tu nie trzyma, moja droga – odpowiedział.

Kotka rzuciła się w jego stronę. Tygrys nie ruszał się, czekając na nią z półuśmiechem. Wystarczyły dwa susy, by frunęła w jego stronę. Dziwiło ją, że przeciwnik nie przyjął pozycji, jakby w ogóle nie zamierzał walczyć. Zwyczajnie stał wyprostowany, czekając na nią.

Gdy była już blisko, zawahała się. To musiał być podstęp.

Wtedy pysk wielkiego kocura stężał, laska w jego łapie runęła szybko niczym błyskawica. Tygryska nawet nie zdążyła się zasłonić przed uderzeniem, które odrzuciło ją kilka metrów w bok.

Podniosła się z trudem, nie dowierzając. Jakim cudem ten grubas był szybszy od niej. Ruszyła jeszcze raz, tym razem wiedząc czego się spodziewać. Laska w łapach Tygrysa zawirowała, zdawało się, że kamień na jej końcu lśni na niebiesko. Kotka w ostatniej chwili uniknęła wymierzonego ciosu i wycelowała w splot słoneczny nieokryty metalem.

Tygrys spodziewał się tego. Wolną łapą zasłonił się i przyjął cios. Choć fala po uderzeniu podniosła wokół piasek, on nie zrobił nawet kroku w tył. Machnął laską i przyszpilił Tygrysicę do ziemi.

Kotka spróbowała się wyrwać, ale nie potrafiła, piach nie dawał wystarczającego oparcia. Wreszcie znalazł kamień pod stopami, ale wtedy pochwyciła spojrzenie Tygrysa. Przeszył ją dreszcz, gdy zdała sobie sprawę, że te błękitne oczy wydają się jej znajome. Najdziwniejsze zaś było to, że biało-czarny Tygrys zdawał się czuć to samo.

– Zostawcie ich! – ryknął do pozostałych, mimo że niemal wygrali walkę. Tygrysy niechętnie odstąpiły od Żurawia i Małpy. Potężny kocur odsunął laskę i pomógł wstać kotce. W jego oczach było widać poczucie winy.

– Ja cię znam, mała Sarnai, kwiatku porzucony w obcym kraju.

– Jaki kwiatku? O kim ty mówisz? – warknęła, choć dobrze znała odpowiedzi na te pytania. Tygrys uśmiechnął się ciepło, a policzki wydały się nagle sympatycznie pucołowate.

– O małej dziewczynce, która nigdy nie wróciła do domu.