Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Minerwa z nostalgią zerknęła za okno, na zupełnie ogołoconą z liści wierzbę bijącą i błyszczące od mrozu błonia. Potem zaś zgasiła światło w swoim salonie i udała się do sypialni.
Był środek nocy, a ona dopiero kładła się do łóżka – ostatnio pracowała intensywniej – wątpiła jednak, by dane było jej spokojnie zasnąć. W jej umyśle kotłowały się setki myśli : Zakon, szkoła, ministerstwo. Inspekcja Hagrida oczywiście wypadła fatalnie. Minerwa, choć głównie wściekła na Umbridge, wyrzucała też sobie, że nie wpłynęła bardziej na przyjaciela, by ostrożniej dobrał temat zajęć wizytacyjnych. Testrale… jakkolwiek intrygujące stworzenia, nie byłyby jej wyborem.
Dekrety mnożyły się niemiłosiernie, ograniczając wszystkich. Minerwa szczególnie dotkliwie odczuwała swoją degradację. Z władnej wicedyrektor stała się bezsilnym obserwatorem zaprzepaszczania jej czterdziestoletniej pracy na rzecz Hogwartu. Zastanawiała się, czy Albusa boli to równie mocno. Nie, potrząsnęła głową. Albus pracował nad czymś, o czym jej nie mówił, co w ogromnym stopniu zaprzątało jego uwagę, co odrywało go od spraw zamku. Ona zaś nie miała odwagi by zapytać o to wprost. Wmawiała sobie zatem, że powinna ufać jego osądowi.
Jej urodziny… były przypomnieniem, że bez względu na to, jak bardzo się wzajemnie przyciągali, dzieliło ich zbyt wiele, by mogli się zapomnieć i zaufać instynktom. I mieli Hogwart, oraz rolę wynikającą z powierzonych im mocy, z sprawowanych funkcji. Jeśli Albus uważał, że to wystarczyło, że nie powinni skupiać się na sobie, tylko na innych, na dobrze ogółu… miał rację. To już było wiele. Zniszczyłaby go, gdyby powiedziała mu, że nie tylko stracili kiedyś dawno szansę na bycie razem, ale że stracili również dziecko… Arianę Theresę, która teraz mogłaby mieć już własne dzieci, ich wnuki…
Z westchnieniem przyłożyła głowę do twardej poduszki. Dawno nie pozwalała sobie na takie zwodnicze zastanawianie się, co by było, gdyby… gdyby nie zawiodła w każdym aspekcie. A przecież rozsądek podpowiadał, że nic dobrego nie może wyniknąć z rozpamiętywania wszystkich życiowych porażek. Dlatego spróbowała się odciąć od tego. Powoli rozpoczęła codzienny rytuał ćwiczeń wyciszających, relaksujących. Była już prawie w objęciach Morfeusza, gdy dobiegł ją łomot w drzwi jej gabinetu.
Stare nawyki nie odchodziły w niepamięć. Minerwa jak proca wyskoczyła z łóżka, jedną ręką porywając różdżkę, drugą szlafrok. Drzwi same się przed nią otwierały, gdy nakładając szlafrok, biegła do gabinetu. Za drzwiami na korytarz usłyszała znajomy głos:
- Profesor! Profesor McGonagall! – to był z pewnością głos Neville'a Longbottoma.
Minerwa otworzyła drzwi. Przed nią stał zziajany Neville, nieco przerażony.
- Co się stało? – spytała, ignorując szeroko otwarte oczy Longbottoma na widok jej długich włosów, zaplecionych w niedbały warkocz zamiast sztywnego koka.
- Chodzi o Harry'ego, pani profesor. Chyba coś mu się stało, krzyczał i rzucał się na łóżku… - wymamrotał Neville.
- Idziemy. – zarządziła Minerwa, pełna złych przeczuć. Popędziła w górę schodów, nie oglądając się na Longbottoma. Szybko podała Grubej Damie hasło i wbiegła do pustego pokoju wspólnego. Weszła na schody prowadzące do dormitoriów chłopców, ale potem zatrzymała się, uświadamiając sobie, że nie wie, w którym śpią pięcioroczni. Neville dogonił ją i wskazał ostatnie drzwi na prawo.
- Tutaj, pani profesor!
Minerwa wpadła do środka – zastała tam Thomasa i Finnigana oraz Weasley'a. Harry wyglądał na zupełnie rozpalonego. Po jego skroni spływał pot, oczy miał szeroko otwarte.
- O co chodzi, Potter? Gdzie cię boli? – spytała szybko, ostro. Musiała stłumić odruch odgarnięcia mokrych włosów z czoła chłopca i sprawdzenia temperatury.
Na jej widok Harry wyraźnie odetchnął z ulgą.
- Chodzi o tatę Rona. Został zaatakowany przez ogromnego węża. Widziałem to. – rzekł pośpiesznie Harry.
- Jak to, widziałeś? – Minerwa ściągnęła brwi.
- Nie wiem… spałem i wtedy tam byłem… - zaczął niezdarnie Harry.
- A więc śniło ci się to? – Minerwa odruchowo pomyślała o swoich własnych koszmarach – tak rzeczywistych, że każdej nocy budziła się tak jak teraz Potter- przerażona i wyczerpana.
- Nie! Najpierw miałem sen o czymś kompletnie innym, głupim… i potem to coś go zakłóciło. To było naprawdę, nie zmyśliłem tego… Pan Weasley spał na podłodze i został zaatakowany przez gigantycznego węża.. było bardzo dużo krwi i … on stracił przytomność… ktoś musi się dowiedzieć, gdzie on w tej chwili jest… - mówił zniecierpliwiony Potter.
Minerwa przypatrywała mu się badawczo. Artur stał dziś na straży…
- Ja nie kłamię! I nie oszalałem! Naprawdę to widziałem, pani profesor! – wykrzyknął Harry, patrząc na nią błagalnie.
- Wierzę ci, Potter. A teraz ubierz szlafrok, idziemy zobaczyć się z dyrektorem. – zarządziła Minerwa. Należało działać i to szybko.
Na twarzy Harry'ego pojawiła się wdzięczność, zaraz też wyskoczył z łóżka i nałożył szatę.
- Weasley, ty też powinieneś iść. – zdecydowała Minerwa, ze współczuciem patrząc na bladego syna Artura.
Bez dalszych zbędnych słów opuścili wieżę Gryffindoru. Minerwa szła szybkim tempem – chłopcy prawie biegli, by dotrzymać jej kroku. Po drodze pogoniła jeszcze panią Norris, a potem zatrzymała się przed chimerą.
- Musy Świntusy. – mruknęła, a chimera odskoczyła, ukazując ruchome schody. Weszli na nie, aż w końcu zatrzymali się przed wypolerowanymi drzwiami z kołatką w kształcie gryfa.
Minerwa zastukała trzy razy kołatką – Albus pewnie i tak wiedział że to ona, bo niewiele osób znało hasło i próbowałoby dostać się do niego tak późno w nocy. Teraz powinien też wiedzieć, że nie jest sama. Głosy byłych dyrektorów, słyszalne, teraz umilkły. Drzwi otworzyły się. Oczy Albusa, siedzącego za biurkiem, rozbłysnęły:
- Ach, to pani, profesor McGonagall i … och.
Minerwa zrozumiała, że oto zaczęła się jedna z okrutnych gier Albusa. Gra, w której on był zdystansowanym, wszechwiedzącym dyrektorem szkoły, a ona surową, niewzruszoną profesor McGonagall. Nie wiedziała, czemu ta gra miała służyć tym razem, bo na pewno nie uspokajała wzburzonego Pottera. Jednak nie miała wyboru, musiała odegrać swoją rolę.
- Profesorze Dumbledore… Potter miał… no cóż, koszmar senny. Mówi… - zaczęła, ale Harry jej przerwał.
- To nie był koszmar senny.
- No dobrze, Potter, sam opowiedz o tym dyrektorowi. – Minerwa zmarszczyła brwi – nie lubiła, gdy jej przerywano. Dodatkowo irytowało ją, że Albus nie odrywał od niej wzroku ani na chwilę, by spojrzeć na Harry'ego. I naprawdę, wolałaby mieć na sobie zbroję grubych nauczycielskich szat, niż swój stary, tartanowy szlafrok.
Harry opowiedział swój sen, a w uszach Minerwy to zabrzmiało szczerze, choć desperacko. Albus jednak wydawał się byś nieporuszony. Zadał dziwne pytanie:
- Jak to zobaczyłeś?
Harry był zaskoczony tym, zupełnie jakby Albus trafił w punkt, którego chłopak się obawiał.
- Ja byłem wężem. Widziałem to wszystko z perspektywy węża. – przyznał się.
Minerwa otworzyła szerzej oczy. To nie był koszmar. To było coś o wiele mroczniejszego.
Czy to możliwe że Potter w jakiś sposób był złączony umysłem z Voldemortem?
Spojrzała pytająco na Albusa. Czarodziej wcale nie był zdumiony, chociaż jego oczy nie migotały. Oczywiście. Musiał podejrzewać to już wcześniej.
Ale czy Voldemort o tym wiedział?
- Czy Artur jest poważnie ranny? – spytał spokojnie dyrektor. Minerwa miała ochotę na niego wrzasnąć, że Potter nie bełkotałby o krwi, gdyby to nie była prawda. Och, gdyby tylko mogła teleportować się prosto do ministerstwa!
- Tak. – odpowiedział stanowczo Harry. Z jego tonu wynikało, że czuje dokładnie to co Minerwa.
Albus chyba w końcu uznał, że nie warto tracić więcej czasu. Zaczął wydawać instrukcje portretom. Minerwie polecił wyczarować krzesła dla siebie i chłopców. Potem jeszcze sprawdził jeden ze swoich autorskich magicznych wynalazków i wysłał gdzieś Fawkesa. Gdy Everard wrócił i oznajmił, że Artura przeniesiono do św. Munga, Minerwa poczuła jedynie połowiczną ulgę.
- Minerwo, chciałbym abyś poszła i obudziła resztę dzieci Weasley'ów. – polecił Albus. Tym razem użył jej imienia, a jego ton był miększy – nawet zajęty swoją grą wiedział, że nie może przekraczać pewnych granic.
Gdyby nie troska o Ginny i bliźniaków, Minerwa nie zgodziłaby się na potraktowanie jej jak skrzata domowego. Tym bardziej, że ona nigdy nie czuła się odpowiednią osobą do obwieszczania złych wiadomości.
- Oczywiście. – wycedziła. Była już przy drzwiach, gdy sobie przypomniała:
- Dumbledore, a co z Molly?
- To będzie zadanie dla Fawkesa, kiedy już skończy pilnować, czy nikt się nie zbliża.
Minerwa spojrzała z powagą na Albusa. Przez jeden moment miała wrażenie że jego opanowanie pryska, zastąpione przez zmęczenie i niepokój. Jakby dopiero docierało do niego, że ludzie, których stawia na straży przepowiedni, to nie pionki, tylko osoby, mające rodziny, ukochanych, którzy nie są gotowi na to, co on widział jako potrzebne poświęcenie na rzecz zwycięstwa. Czy jednak uświadomienie sobie tego, chwilowe poczucie winy… czy to wystarczy, by zawrócić go z raz obranej drogi? Nie. Drzwi otworzyły się przed nią same – nie chciał, by traciła czas. Pobiegła więc z powrotem do wieży Gryffindoru.
Gdy wróciła z resztą dzieci Artura i Molly, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Fawkes przysłał swoje pióro jako ostrzeżenie. Albus oczywiście wysłał ją, by zatrzymała Umbridge. Obiecując sobie, że wyegzekwuje od niego wielką przysługę, Minerwa po raz kolejny opuściła gabinet, zdeterminowana by napsuć krwi tej różowej ropusze.
Było już dobrze po czwartej rano, gdy udało jej się przekonać Umbridge, że powinna wrócić do łóżka i wszystko to kosztowało Minerwę całą jej cierpliwość i opanowanie. Dlatego gwałtownie pchnęła drzwi do gabinetu Dumbledore'a, zdeterminowana by uzyskać od niego wszystkie odpowiedzi.
- Spodziewałeś się tego! – wykrzyknęła, upewniwszy się, że są sami.
Albus skrzywił się.
- Tak, ale nie wiedziałem w jaki sposób to się objawi. – odpowiedział.
- To jest szalenie niebezpieczna gra, Albusie. Harry musi chronić swój umysł. – Minerwa opadła na krzesło przed jego biurkiem.
- W tym się zgadzamy. Dobrze, zastanawiałem się, czy nie uznasz tego połączenia , za użyteczne. – ton, którym to wypowiedział, był zbyt chłodny.
- ALBUS! Potter nie jest narzędziem, ani bronią! Naprawdę myślałeś, że narażałabym kogokolwiek na chory kontakt z umysłem Voldemorta?! – wrzasnęła wściekła Minerwa. Czy on nie pamiętał? Czy nie pamiętał tego okropnego, oślizgłego umysłu, który zimnymi mackami brudnych myśli przeczesywał jej wspomnienia?
Dumbledore chyba zrozumiał, o czym myślała. Milczał jednak. Wymownie. Zanim ona zdążyła cokolwiek dopowiedzieć, drzwi się otworzyły. Minerwa zmarszczyła czoło na widok Severusa Snape'a.
- Wzywał mnie pan, dyrektorze? – spytał Snape, podchodząc do nich i po drodze kłaniając się Minerwie.
- Tak, Severusie. Nie możemy już dłużej czekać. Harry właśnie miał wizję ataku na Artura Weasley'a. Trzeba zacząć te lekcje jak najszybciej. – rzucił zdawkowo Albus. Minerwa uniosła brwi:
- Jakie lekcje? – wtrąciła. Wstała, była zbyt nerwowa, by usiedzieć na miejscu.
- Severus będzie uczył Harry'ego oklumencji. – oznajmił Albus, siadając za swoim biurkiem.
- Co?! – wykrzyknęła Minerwa.
- Wypaliłaś dziurę w dywanie, moja droga. – odpowiedział spokojnie Albus. Minerwa machnęła niecierpliwie różdżką, łatając kawałek wypalony przez jej niekontrolowany wypływ mocy.
- To chyba jest jakiś żart! Dlaczego to on ma uczyć Harry'ego!? – Minerwa zmusiła się do wyrównania przyspieszonego oddechu.
- Bo uznałem, że tak będzie najlepiej. – Albus splótł palce, jakby szykował się na długą batalię.
- Najlepiej? Przecież oni się nie znoszą! A ja? Przecież moje zdolności oklumencyjne są nieporównywalnie większe od Snape'a! – krzyczała Minerwa, zupełnie ignorując grymas na twarzy nauczyciela eliksirów, gdy tak wprost go obraziła.
- Nikt tego nie podważa. Niemniej jednak jeśli Voldemort odkryje więź łączącą go z umysłem Harry'ego, będzie próbował to wykorzystać. Nie, ty powinnaś trzymać się od tego z daleka. – Albus cały czas mówił opanowanym, monotonnym wręcz tonem.
- Tak jak ty? Ignorując problem, narażając chłopca na lekcje, które pewnie znienawidzi, tylko pogarszasz sytuację! A może już spisałeś Harry'ego na straty? – warknęła, nasycając swoje słowa jadem. Albus nawet nie drgnął.
- Minerwo, dłuższy kontakt zupełnie nieprzyzwyczajonego do legilimencji umysłu piętnastolatka z tak potężną strukturą jaką jest twój umysł, jest tak samo niebezpieczny jak jego więź z Voldemortem. – odezwał się wreszcie dyrektor.
Minerwa wstrzymała oddech. O czym on do diabła mówił?
- Co masz na myśli? – spytała, nagle przestając być już czegokolwiek pewna.
- Przecież wiesz. – Albus zerknął na Severusa, którzy przysłuchiwał się z uwagą. Minerwa udała, że tego nie widzi.
- Nie. Oświeć mnie co do swojej tajemniczej układanki, zatem. – syknęła, kładąc ręce na biodrach.
- Potrafisz zadawać ból myślami, Minerwo. Nie wiem, co tak naprawdę dzieje się w twoim umyśle, ale ten jeden raz, gdy się przekonałem o tym, co może skrywać, w zupełności wystarczył, bym chciał uchronić przed tym zarówno ciebie, jak i Harry'ego. Ból, moja droga. Nigdy nie pytałem, bo przecież i tak byś nie odpowiedziała, prawda? – Albus wbił w nią wnikliwe spojrzenie błękitnych oczu. Minerwa zniosła je dzielnie. Oczywiście. Teraz już rozumiała. Albus nigdy nie przestał monitorować jej mocy, jej działań. Tak, bał się, szczególnie mając wspomnienie tego, co zrobiła mu po śmierci Potterów.
A jednak ból to była jeszcze inna historia. Historia, której nie mogła mu opowiedzieć.
- Małe masz zaufanie do mojej samokontroli. – mruknęła oskarżycielsko. To był słaby argument – w ciągu tego roku co chwila traciła kontrolę. Odwoływała się jednak do zaufania w ich wzajemnej relacji i to nie mogło mu umknąć.
- Naprawdę chciałabyś wpuścić Pottera do swojego umysłu, Minerwo? – ton Albusa stał się teraz ostrzejszy.
- Nie, w końcu wtedy by się dowiedział jakimi potworami tak naprawdę wszyscy jesteśmy. – rzuciła mściwie, mrużąc oczy.
Doskonale słyszała, jak Snape wypuszcza ze świstem powietrze. Musiał wyczuwać drgania atmosfery, charakterystyczne dla kłótni dwóch potężnych magów. Albo raczej potężnego maga i czarownicy, która miała wrażenie, że nie kontroluje już niczego.
- Masz coś jeszcze do dodania, moja droga? – ton Albusa był zupełnie obojętny. Prawie znudzony. To rozwścieczało ją jeszcze bardziej, nawet jeśli wiedziała, że Albus zachowuje się w ten sposób tylko kiedy czuje się naprawdę urażony.
- Jesteś głupcem, skoro nie widzisz, że to umysł Pottera jest naszą najcenniejszą twierdzą, której musimy bronić. – dodała, odwracając się.
Z wściekłością zatrzasnęła za sobą drzwi, ale zdążyła jeszcze usłyszeć cichy komentarz Albusa do Snape'a:
- Żaden człowiek nie złości się tak dramatycznie jak Minerwa McGonagall, zapamiętaj to sobie, drogi chłopcze.
Jeszcze bardziej zirytowana, Minerwa z całej siły uderzyła pięścią w przesuwającą się obok ścianę. Widok odpadającego ukruszonego kamienia i zakrwawionych kostek sprawił jej tylko chwilową ulgę.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Minerwa McGonagall z uwagą poprawiała świąteczne nakrycia przy stole w wielkiej jadalni rezydencji McGonagallów. Przebywające obecnie w rezydencji skrzaty domowe w większości dożywały tu swojej śmierci, trafiając tutaj gdy już nie radziły sobie z pracą w Hogwarcie – oczywiście nadal czuły się potrzebne, dbając o posiadłość, ale to nie była tak wymagająca praca. Dlatego Minerwa zupełnie nie miała pretensji o niedbale porozrzucaną zastawę- tym bardziej, że przecież nie mogły się spodziewać ani jej, ani żadnych gości.
Wciąż zła na Albusa, ciągle poirytowana przez Umbridge, Minerwa zdecydowała, że potrzebuje przerwy. Wydawało jej się, że święta Bożego Narodzenia to idealny czas na odpoczynek i przemyślenie pewnych rzeczy. Dyrektor nie próbował jej zatrzymywać, nawet jeśli jej decyzja o wyjeździe z Hogwartu nieco go przygnębiła.
Załatwienie wszystkich spraw związanych z zarządzaniem posiadłością zajęło Minerwie dwa dni przed Wigilią. Potem zaś dopadła ją melancholia i złość na samą siebie – naturalnie z dala od Hogwartu czuła się gorzej, a koszmary nękały ją mocniej.
Minerwa sama zasiadała do wigilijnej kolacji, za towarzystwo mając jedynie portrety przodków, gdy okazało się, że nie wszyscy o niej zapomnieli.
Poppy i Alastor chyba martwili się o nią, bo uparli się, by spędzić w rezydencji wigilijny wieczór i świąteczny poranek. I Minerwa naprawdę była za to wdzięczna, choć czuła się jeszcze bardziej samotna, gdy zrozumiała, że Poppy i Alastor zajęli jeden apartament w gościnnym skrzydle.
Tej nocy nie zmrużyła oka, wiedząc, że jeśli zaśnie, koszmary będą gorsze niż kiedykolwiek.
Rano poczuła się nieco lepiej widząc kilka paczek od przyjaciół oraz górę listów i kartek – w większości od uczniów i absolwentów. Uwielbiała czytać te kartki, dowiadywać się jak radzą sobie jej dawni uczniowie, czy choćby widzieć znów ich unikatowe, niezmienione od lat charaktery pisma. Jakże łatwo można było podczas takiej lektury zapomnieć, że społeczność czarodziejów powoli osuwa się w otchłań chaosu i terroru.
Teraz zaś Minerwa zeszła na parter, by nadzorować przygotowanie świątecznego śniadania. Po chwili usłyszała srebrzysty śmiech Poppy – pielęgniarka i auror właśnie weszli do jadalni, ubrani w kolorowe swetry od Molly Weasley. Minerwa uśmiechnęła się, z dumą wygładzając swój, czerwony ze złotą nitką, znakomicie pasujący do jej tartanowej spódnicy.
- Widziałaś ile śniegu napadało przez noc, Minnie? Widząc te białe zaspy człowiek ma ochotę wyczarować sobie sanki i pomknąć w dół tych szkockich wzgórz, niczym się nie martwiąc. – powiedziała Poppy, siadając po lewej stronie Minerwy.
- Och przecież zawsze możesz tego spróbować po śniadaniu. – odpowiedziała nauczycielka, podając przyjaciółce miseczkę z marmoladą.
- Pewnie obserwują rezydencję. – wtrącił się Alastor i beztroski nastrój prysł. Minerwa zmarszczyła brwi i pokręciła głową:
- Są święta, Moody! Śmierciożercy są przekonani, że spędzam je w Hogwarcie, jak zwykle.
- No właśnie. Dlaczego więc tak nie jest? – zapytał bezpośrednio Moody. Minerwa zignorowała go. Zabrała się za jedzenie, choć kilka razy musiała mocniej chwycić widelec, by z palców nie strzeliły jej iskry. W końcu jakie on miał prawo pytać?
- Może po śniadaniu pójdziemy pojeździć na łyżwach? Ten zamarznięty staw jest chyba z dala od granic posiadłości, prawda? – rzuciła wesoło Poppy, próbując rozładować atmosferę.
- Nigdy nie jeździłem na łyżwach. – burknął Moody, wyraźnie zły na Minerwę.
- No to w końcu musisz się nauczyć! To niewiele trudniejsze od tańca, pokażemy ci. – Poppy uśmiechała się dzielnie.
Taniec. Minerwa przymknęła oczy, widząc oczyma wyobraźni wirujące na parkiecie pary. Dziewczyna w szmaragdowozielonej sukni, chłopak o obsydianowych oczach…
- McGonagall! – krzyk Moody'ego wyrwał ją z dziwnego wspomnienia.
Zerknęła w dół.
Unosiła się pod sufitem, razem ze swoim krzesłem.
Zaraz jednak przerwała dopływ mocy i łagodnie opadła na podłogę.
- Na brodę Merlina, Minnie, od kiedy ty bezwiednie lewitujesz?! – Poppy wydawała się być przerażona. Jej oczy przeskakiwały z twarzy Minerwy na leżącą nieruchomo na stole różdżkę nauczycielki.
- To nic takiego. – mruknęła Minerwa, szybko sprawdzając czy nie narobiła jakiś szkód.
- Nic takiego? McGonagall, to jest zaawansowane użycie magii bez użycia różdżki! – Alastor był zdumiony, ale i przerażony. W jego oczach Minerwa zobaczyła echo tego samego strachu jaki widziała po jej pojedynku z Albusem po śmierci Potterów.
- Często ci się to zdarza? Czy byłaś świadoma swojego działania? A może coś widziałaś? Czy Dumbledore wie o tym?- Alastor zasypał ją pytaniami.
- Magia bez użycia różdżki? Codziennie! Każdy dzień jest jedną wielką samokontrolą, by czasem żaden ułamek mocy nie uciekł! Co jest wystarczająco trudne i bez różowej ropuchy i nieustannego strachu o Pottera i Zakon! Myślisz że po co tu jestem? Po to żeby choć trochę się opanować! Po to żeby zabłąkana myśl nie narobiła kłopotów, których konsekwencje spadłyby na Zakon! Oczywiście, że Dumbledore wie! To on uczył mnie to kontrolować! – Minerwa stała, a jej krzyki doskonale niosły się w wielkich salach rezydencji. Moody zbladł, a Poppy delikatnie pokręciła głową, patrząc na niego błagalnie.
- Przepraszam. – odparł niechętnie auror. Minerwa nie miała złudzeń – zrobił to tylko ze względu na Poppy.
- Może powinniśmy już sobie iść, ty rzeczywiście powinnaś odpocząć. – odważnie zasugerowała pielęgniarka.
Minerwa automatycznie czuła wzbierające się poczucie winy. Nie powinna była na nich wrzeszczeć, w końcu przybyli tu, by nie była samotna w święta. Byli jej przyjaciółmi, chcieli jej dobra.
- Nie chciałam podnosić głosu. Nie powinnam się dziwić, strach jest naturalną reakcją na magię bez użycia różdżki. Wybaczcie. – Minerwa spuściła głowę, co kosztowało ją wiele z zgromadzonej przez lata dumy.
- To nie jest strach. Martwimy się o ciebie, McGonagall. – zaskakująco szczerze rzekł Moody.
- Są rzeczy, z którymi sama muszę sobie poradzić. Ale dziękuję za waszą troskę. To, że przyszliście tu naprawdę wiele dla mnie znaczy. – Minerwa ostrożnie wyciągnęła dłoń do Alastora. Wystarczyło, że spaliła już kolejny most łączący ją z Albusem, nie powinna burzyć następnych.
Moody przewrócił oczami i mocno uścisnął jej dłoń, drugą ręką klepiąc ją po ramieniu. Poppy przytuliła ją i spytała optymistycznie:
- To jak z tymi łyżwami?
Ostatecznie Minerwa spędziła całkiem miłe przedpołudnie z przyjaciółmi, zaśmiewając się do rozpuku z widowiskowych upadków Alastora. Czuła się o wiele lepiej niż rano, choć nie pozostawała zupełnie nieświadoma troskliwych i zaniepokojonych spojrzeń, którymi obrzucała ją para przyjaciół. Minerwa nie zwracała na to uwagi – w końcu powinna być mądrzejsza, trzymać się swoich własnych rad i utrzymywać w ryzach swój charakter.
Po tradycyjnym obiedzie Poppy i Alastor zaczęli zbierać się do wyjścia. Minerwa przywołała z apartamentu gościnnego ich spakowane bagaże. Poppy uśmiechnęła się na widok starannie ułożonych ubrań i apteczki na wierzchu swojej torby.
- Jak nazywa się ta skrzatka, która tak cudownie mnie spakowała? Chciałabym jej podziękować, zawsze mam taki bałagan z tym wszystkim… - wymruczała pielęgniarka.
- Ma na imię Melianor, ale teraz właśnie przysnęła przy wycieraniu kurzów na piętrze, jako że ostatnio w nocy nie sypia, tylko sprawdza czy wszystko lśni, nie chciałabym jej budzić. Potrzebuje snu, w tym wieku. Przekażę jej twoje podziękowania. – odpowiedziała Minerwa.
- Zaraz, skąd właściwie wiesz, że właśnie zasnęła? – Moody uniósł pytająco brwi, co razem z jego sztucznym okiem nadawało mu dziwny wyraz.
- Wiem o wszystkim, co dzieje się w posiadłości. To miejsce jest bezpośrednio związane z moją krwią. Wystarczy tylko trochę skupienia. – wyjaśniła Minerwa.
Alastor pokiwał głową, ale potem zrobił się blady jak duch, otworzył szeroko oczy i odruchowo spojrzał z przerażeniem na Poppy. Pielęgniarka zmarszczyła czoło, nie rozumiejąc jego miny. Zaraz jednak jej dłonie zatrzęsły się, a na twarzy pojawił się głęboki, szkarłatny rumieniec.
- Wiesz o wszystkim? – powtórzyła Poppy drżącym głosem.
Minerwa wybuchnęła śmiechem, który następnie przemienił się w chichot, gdy próbowała powstrzymać spazmy wesołości. Moody popatrzył na nią, jakby zwariowała, ale i na jego pooranej bliznami i zmarszczkami twarzy dostrzegła rumieniec.
- Jeśli pytasz czy wiem, że zajęliście jeden apartament gościnny, to tak, wiem o tym. – wydusiła z siebie Minerwa, gdy już przestała się śmiać. – Żebyście tylko widzieli swoje miny! – dodała, ledwie powstrzymując chichot.
- My… nie masz nic przeciwko? – zdołała zapytać Poppy, nadal zarumieniona.
- Poppy, jesteście dorosłymi ludźmi, a nie moimi uczniami. Jeśli jesteście szczęśliwi, pozostaje mi tylko się cieszyć. – odpowiedziała już poważnie Minerwa.
- Och, Minnie! – Poppy podbiegła i mocno uścisnęła nauczycielkę. Ponad ramieniem pielęgniarki Minerwa mrugnęła do Alastora, który tylko przewrócił oczami.
- Rozumiesz, że to nie może się wydać… - rzucił.
- Jasne jak słońce. Ale ostrzegam, jak złamiesz serce mojej przyjaciółki, będziesz na końcu mojej różdżki. – odparła Minerwa z udawaną ostrością.
Moody jedynie uśmiechnął się zawadiacko. Potem nastąpiły dalsze pożegnania – Minerwa uparła się, by odprowadzić parę aż do bramy, gdzie mieli się teleportować. Idąc z nimi wśród wirujących płatków śniegu przez jeden krótki moment miała wrażenie, że oto znów mają po kilkanaście lat, są ciekawscy i żądni przygód.
Zaraz jednak zwróciła uwagę na siwe włosy Poppy, na utykającego Alastora, na własne pomarszczone dłonie. Przeżyli już wiele, wszyscy troje. I Minerwa naprawdę cieszyła się, że przynajmniej Poppy i Alastor mają siebie, mają nadzieję na życie po zakończeniu tej okropnej wojny.
Gdy para zniknęła z trzaskiem teleportacji, Minerwa poczuła się bardzo samotna. Z ciężkim sercem powlokła się z powrotem w stronę rezydencji. W połowie drogi skręciła, wchodząc na ścieżkę prowadzącą do mauzoleum. Wyglądało jak miniaturowa kaplica z zimowej baśni. Otrzepawszy się ze śniegu, weszła do środka.
Powitał ją znajomy zapach stęchlizny i widok milczących, prawie identycznych sarkofagów z zielonego marmuru. Minerwa wyciągnęła różdżkę i wyczarowała ogromny wieniec z ostrokrzewu, który umieściła na środku kaplicy. Jeden mniejszy położyła przy grobie rodziców, drugi przy sarkofagach dziadków. Jak zwykle, zastanawiała się, co oni zrobiliby w jej sytuacji. Czy uznaliby jej kłótnię z Albusem za dopuszczalny wyraz jej szkockiego temperamentu, czy może za niedojrzały wybuch zbędnych emocji? Czy też sądziliby, że lepiej nauczyłaby Harry'ego oklumencji? Czy zgodziliby się z nią, że ukrywanie przed chłopakiem przepowiedni przyniesie więcej szkody niż pożytku?
