26. ODNALEŹĆ RZECZ ZAGINIONĄ
To nie był czas i miejsce, aby dyskutować o użyciu Niewybaczalnego przez Draco.
Kiedy goblin otworzył skrytkę Bellatriks, szybko przeszukali wzrokiem jej wnętrze. Niemal w tym samym momencie odnaleźli czarę Helgi Hufflepuff. Była jednak poza zasięgiem ich rąk.
– Tylko niczego nie dotykaj! – ostrzegł go Draco błyskawicznie, gdy Harry miał zamiar wdrapać się po półce, żeby sięgnąć horkruksa.
Skinął głową.
Czuł, że to właśnie po niego przyszli. Jego blizna pulsowała, reagując na cząstkę Voldemorta ukrytą w przedmiocie. Starając się być tak ostrożnym, jak tylko się da, powoli sięgał coraz wyżej i wyżej. Draco w tym czasie trzymał różdżkę wycelowaną w goblina.
Jak już miał to, co po przyszli, syknął. Metal rozgrzewał się, lecz Harry nie chciał puścić czary. Zeskoczył na podłogę, po czym zaczął biec w kierunku wyjścia. Draco od razu do niego dołączył.
Rzucili się do ucieczki. Jak jednak mieli wydostać się z Gringotta, gdy alarm był uruchomiony? Spojrzeli po sobie, wymieniając znaczące spojrzenia. Smok, wściekły i zbolały, był ich jedyną nadzieją.
Wdrapali się na grzbiet stworzenia. Draco rzucił zaklęcie uwalniające go z łańcuchów, a już po chwili lecieli coraz wyżej i wyżej, zostawiając skrytki, gobliny oraz dźwięk alarmu za sobą. Trzymali się z ledwością.
Draco, wciąż w ubraniach szalonej ciotki, przemoczony, stanowił komiczny obrazek. Harry'emu nie było jednak do śmiechu. Był pewien, że wiadomość bardzo szybko dotrze do Voldemorta. Nie chciał myśleć, z jakim gniewem spotkają się jego poplecznicy. Poza tym w szale mógłby zrobić coś głupiego. Jak zaatakować Hogwart. Liczyła się każda minuta.
Musieli ukryć rodziców Draco. Tak na wszelki wypadek, gdyby powiązano zniknięcie horkruksa z Draco.
Smok wystrzelił ponad dach banku, niszcząc szklane sklepienie. Draco i Harry zeskoczyli, gdy znajdowali się najbliżej dachu jakiegoś budynku na Pokątnej. Nie chcieli ryzykować dalszej wycieczki na smoku, który mógłby ich ponieść wiele mil stąd.
Najwyraźniej Remus i Snape obserwowali dokładnie całe zajście, ponieważ już po chwili aportowali się obok nich.
– I jak? – zapytał Remus, patrząc na obu dyszących chłopców, gdy Snape podał im ich ubrania.
– Mamy to – wymamrotał Harry, puszczając czarę, która dotkliwie oparzyła jego dłoń.
Snape pokiwał głową, przyjrzał się ranie, po czym zaczął mamrotać zaklęcia. I dłoń Harry'ego wróciła do poprzedniego stanu.
– Dzięki – zdążył jeszcze rzucić, a potem stracił przytomność.
Draco spojrzał na Harry'ego, chciał nim potrząsnąć, lecz również zemdlał.
Obudzili się w skrzydle szpitalnym.
Harry zamrugał, próbując sobie przypomnieć, jak tutaj trafił. Pamiętał Gringott, pamiętał ucieczkę na smoku, Remusa, Snape'a i Draco, a potem... nic. Pustka. Jęknął, czując ogromny ból głowy. Nie wiedział, czemu stracił przytomność. Zrzucił to na karb ogólnego zmęczenia – miał wiele zmartwień, do tego treningi czarowania z Draco pod okiem Remusa musiały dać mu niezły wycisk. Jakby tego było mało, nie wysypiał się zbyt często. Pewnie dlatego organizm ostatecznie odmówił współpracy.
– Harry? – usłyszał szept dobiegający z łóżka obok.
– Hm?
– Dzięki Merlinowi, nic ci nie jest. – Ulga w głosie Draco ucieszyła go bardziej, niż powinna. – Pomfrey mówiła, że jesteś skrajnie wyczerpany i nie wiedziała, kiedy odzyskasz przytomność...
– Martwiłeś się?
– Oczywiście! – obruszył się Draco. – Każdy Ślizgon martwiłby się o swojego Gryfona!
Obaj się zaśmiali.
– Pan Potter! – Pomfrey pojawiła się przy jego łóżku. – Jak się pan czuje? – Machnęła kilka razy różdżką, mamrocząc zaklęcia skanujące. – Widzę, że wszystko się unormowało. Mogę pana wypisać z czystym sumieniem. Pana też, panie Malfoy. – Spojrzała na nich surowo. – Obyście następnym razem o siebie dbali!
– Tak jest! – rzucili unisono.
Siedzieli we czwórkę w prywatnych komnatach Remusa. Harry udzielał Snape'owi oraz Remusowi szczegółowej instrukcji dostania się do Komnaty Tajemnic na wszelki wypadek, a potem wręczył Mistrzowi Eliksirów kieł bazyliszka zdobyty z Draco. Już jakiś czas temu zniszczył medalion Slytherina, mieli czarę Hufflepuff, zatem trzeba było odnaleźć diadem Ravenclaw.
– Zniszczcie puchar – poprosił. – Ja i Draco pójdziemy poszukać diademu w Pokoju Życzeń.
Pokiwali głowami.
– Myślicie, że on już wie? – zapytał cicho Draco.
Snape skrzywił się, a Remus i Harry wymienili smutne spojrzenia.
– Postaramy się ściągnąć Lucjusza i Narcyzę do mnie – starał się go pocieszyć Remus. – Severus zgodził się już z nimi porozmawiać, gdy wy udacie się na poszukiwania.
– Właśnie, co z tobą? – Teraz Draco popatrzył na mężczyznę. – Jeśli Czarny Pan się dowie...
– Mną się nie przejmuj, Draco – odrzekł Snape takim tonem, który można by uznać za kojący. – Potrafię o siebie zadbać. A teraz idźcie. Musicie znaleźć ten przeklęty diadem.
Chłopcy pokiwali głowami, a potem opuścili komnaty Lupina. Harry czuł, że nie wszystko zostało powiedziane. Wciąż pozostawała kwestia tajemnic Dumbledore'a, czarnomagiczne księgi, Ginny wiedząca o ich sekrecie, Syriusz, Ministerstwo Magii... Właśnie dlatego zależało im na czasie, aby jak najszybciej odnaleźć cholerny diadem. To przybliży ich do zwycięstwa.
Draco był wyjątkowo zamyślony, gdy szybkim krokiem przemierzali korytarze pod peleryną. Nie mogli sobie pozwolić na pokazanie się razem. Teraz zagrożenie było realne. Jeśli Ginny już powiedziała wszystkim o uczuciu Harry'ego do Draco, Voldemort mógł zrobić krzywdę jego rodzicom w każdej chwili. I chociaż Draco nie miał Mrocznego Znaku dzięki geniuszowi Lupina, który znalazł zaklęcie, czarnoksiężnik był gotów go szantażować: życie rodziców w zamian za Harry'ego Pottera.
Teraz to Draco przeszedł trzy razy przed ścianą, żeby Pokój ukazał im miejsce, gdzie wszystko jest ukryte. Weszli do środka nieco niepewnie, wymieniwszy zaniepokojone spojrzenia.
Tu było dosłownie wszystko. Chłopcy aż rozdziawili usta. Nie mogli się nadziwić, ile rzeczy tu było. Całe góry! I jak, na Merlina, pośród tylu śmieci, mieli znaleźć jeden mały diadem Ravenclaw? Przecież to było niewykonalne!
– Patrz, miotły! – rzucił Harry.
Dwie stare Zamiataczki stały opodal oparte o ścianę.
Z góry z pewnością będzie łatwiej. Mogli zbliżyć się do stert na odległość, jakiej nie mogli osiągnąć z poziomu podłogi.
Draco, krzywiąc się na widok marnych mioteł, sięgnął po jedną z nich.
– Ty bierz tę stronę, ja wezmę drugą – zakomenderował Harry'emu, po czym odleciał, nie czekając na odpowiedź.
Harry wbijał wzrok w te wszystkie przedmioty pod nim, starając się wyłuskać choć ślad po diademie. Miało być łatwo i przyjemnie, a tymczasem całe pokolenia uczniów zadbały, aby wcale takie nie było. Przeklął w myślach. Musiał trwać przy nadziei, że blizna zacznie go boleć, jak tylko zbliży się do horkruksa. To była ostatnia deska ratunku dla nich. Inaczej spędzą w Pokoju Życzeń wieczność, starając się go odszukać.
Najwyraźniej bycie Wybrańcem, oprócz corocznych nieprzyjemności i problemów, stanowiło też całkiem miły aspekt bycia urodzonym pod popieprzoną, ale szczęśliwą gwiazdą. Wszystko przez to, że nawet nie zdążył zrobić jednego okrążenia, kiedy blizna zaczęła piec. Zaczął więc pikować nad wyjątkowo brzydko pachnącą stertą, a ból w czole nasilał się. Kiedy był już przekonany, że zaraz zleci z miotły, zauważył piękny diadem, mieniący się tysiącem kolorów w świetle świec.
– Mam!
Nie minęła minuta, gdy Draco wylądował obok niego. Przyglądali się z niemałym zachwytem artefaktowi, pozostałości z przeszłości tak odległej, że nie byli w stanie sobie tego wyobrazić.
– Piękny – mruknął Harry, obracając diadem.
Draco rozejrzał się nerwowo.
– Okej, ale wynośmy się stąd. Mam naprawdę złe przeczucia.
Nie czekając na więcej, znów wsiedli na miotły, a potem poszybowali do wyjścia. Mieli opuścić Pokój Życzeń, gdy Harry wrzasnął z bólu, zgiął się w pół, a potem upadł na kolana.
Nienawiść aż kipiała z jego ciała, gdy rzucał kolejnego Cruciatusa na Śmierciożercę. Nie był pierwszą ofiarą wściekłości Czarnego Pana. I nic ani nikt nie potrafiły go uspokoić. Kolejny raz go zawiedli! Głupcy!
Pogłaskał Nagini, spoczywającą na ramieniu, po pysku. Musiał ją chronić. Bardziej, niż cokolwiek innego. Nie mógł ani na moment spuścić jej z oka. Jeśli ona zginie... Nie, nie, nie zginie. Nie dopuści do tego. Od jej życia zależało jego. Na niej mógł polegać. Chociaż na niej, skoro nie mógł na tych nieudacznikach, sługach.
Opierał się o ścianę plecami. Kręciło się mu w głowie, zaś blizna pulsowała tępym bólem. Oddychał, jakby właśnie przebiegł bez przerwy dziesięć mil. Draco trwał przy nim, przykładając mu dłoń do czoła. Na jego twarzy malowało się ogromne zmartwienie.
– Jak się czujesz? – wyszeptał.
– Jakby tłuczek odbił się od mojej głowy – przyznał, zaraz jęcząc z bólu. – On... On jest wściekły – wydusił. – Wie już, że włamaliśmy się do skrytki i... zabraliśmy... – Nie był w stanie skończyć zdania; schował głowę między kolana, żeby nie zwymiotować.
Draco cały czas gładził go po każdej części ciała, do której tylko mógł sięgnąć, jednocześnie nie ruszając Harry'ego za bardzo. Zmartwiły go słowa, jakie usłyszał. Zastanawiał się, czy z rodzicami wszystko było w porządku, skoro Czarny Pan dostał napadu furii.
– Musimy... Musimy zniszczyć... – Harry chrząknął; czuł się coraz bardziej zdolny do normalnego funkcjonowania. – Trzeba się przygotować na najgorsze. Im szybciej, tym lepiej. – Spojrzał Draco w oczy. – Wierzę, że będzie dobrze. Musi. – I właściwie sam nie wiedział, czy zapewniał go ogólnie, czy chodziło o rodziców Draco, czy o coś jeszcze innego. Zaczął się powoli podnosić, podpierając ścianę.
– Pomóc ci?
– Nie, nie trzeba.
– Na pewno?
– Tak.
Wyszli więc z Pokoju Życzeń, pogrążeni w ponurych, czarnowidzących myślach. Harry narzucił na nich pelerynę-niewidkę, by nikt im nie przeszkodził w wędrówce. Tylko tego by brakowało.
Harry chciałby mieć sposób na pocieszenie Draco, lecz żadne słowa nie przychodziły mu na myśl. Mógł sobie wyłącznie wyobrazić, jak Ślizgon się czuł, wiedząc, że teraz na szali było życie wielu osób – w tym jego rodziców – na których mu zależało. Mieli właściwie ostatnią szansę na powstrzymanie Voldemorta. Musieli jednak zadziałać nie tylko szybko, ale także z głową; bezmyślne rzucenie się na czarnoksiężnika byłoby samobójstwem.
Powoli zaczął układać w głowie plan, który nadawałby się do wykończenia Voldemorta, a jednocześnie mógłby przywrócić Syriuszowi życie za pomocą tego zaklęcia, które znalazł. Był pomysł, lecz Harry się wahał. To zbytnio naraziłoby osoby trzecie. Potrzebował jednak spojrzenia kogoś starszego. W tym wypadku dysponował nie tylko Lupinem, ale także Snape'em. Nie musiał zdradzać istnienia ducha Syriusza... Ach, tak. Musiał. Przecież chciał ściągnąć Voldemorta w pobliże Grimmauld Place. Czyli jednak został wyłącznie z Lupinem.
Zeszli na trzecie piętro, by udać się do prywatnych kwater Remusa. Harry miał nadzieję, że czara została zniszczona.
– Słyszałeś? Podobno Potter i Malfoy...
– Coś ty?!
– No bez jaj!
– Merlinie, a już liczyłam...
Mijali właśnie grupkę Krukonów, którzy najwidoczniej omawiali między sobą najświeższą plotkę. A jednak. Ginny powiedziała, komu trzeba i proszę. Zapewne do wieczora dowie się cała szkoła. Harry wymienił wściekłe spojrzenia z Draco, wciąż ukrywając się pod peleryną. Cholerna zawiść! Najchętniej obaj zamordowaliby Weasleyów za ten numer, lecz nie mieli czasu na głupoty. Musieli wyłącznie bardzo, ale to bardzo uważać, żeby nie złapali ich razem.
Żeby tylko Voldemort nie uwierzył w szkolne plotki.
– Jak to się skończy, osobiście wypatroszę tę rudą małpę – obiecał cicho Draco, gdy czekali, aż korytarz opustoszeje.
– Daj spokój – mruknął markotny Harry. – Wtedy już to nas nie będzie obchodziło.
Draco natychmiast posłał mu swój firmowy uśmiech numer trzy; wyglądał wtedy nieziemsko. Do tego mrużył oczy w sposób, który natychmiast podnosił czujność Harry'ego.
– No tak, nasza mała... umowa. – Draco stanął tak, że stykali się piersiami. – Jestem pewien, że mam moc unieważnienia twojego aranżowanego małżeństwa.
– Och, czyżby?
Harry dopiero po chwili zrozumiał, co znaczyły słowa Ślizgona. Nie miał jednak więcej czasu, żeby z nim o tym porozmawiać, ponieważ Draco szarpnął go za ramię i wciągnął do prywatnych kwater Lupina, zrzuciwszy pelerynę z ramion. Gryfon się zawstydził własnym rozkojarzeniem, bo sam nie zauważył, że korytarz opustoszał, zbyt zaabsorbowany obecnością oraz słowami Draco.
– Jak wam poszło? – zapytał Snape, odrywając się od szklanki z bursztynowym płynem.
– Świetnie – odpowiedział Draco, czując się jak u siebie. Opadł na kanapę obok Snape'a. – Harry miał za to sjestę u Czarnego Pana.
– Jak to? – Remus podniósł głowę znad czytanej książki.
– Voldemort – dwaj Ślizgoni skrzywili się – jest wściekły. Wie o naszej akcji. Torturuje Śmierciożerców, którzy mieli nieszczęście być przy nim, gdy się dowiedział. I nie zamierza spuszczać oka z Nagini.
– Fantastycznie – skomentował kwaśno Draco.
– Jak mówiłem, węża zostawcie mnie – wyrzucił z siebie opanowanym tonem Snape. – Jestem pewien, że mogę się do niego zbliżyć wystarczająco, aby go zabić.
– A co potem? – spytał Draco, udając uprzejmy ton. Wyraźnie kpił ze swojego opiekuna, przypatrując mu się ze złością w oczach. Najwyraźniej Snape znaczył dla Draco więcej, niż Harry przypuszczał.
– Prawdopodobnie Czarny Pan mnie zabije – odrzekł wciąż spokojny Snape. – To się nazywa, Draco, ryzyko zawodowe. W każdej chwili cała sprawa może się wydać, a ja mogę stracić życie. To cud, że jeszcze żyję.
Draco już miał się sprzeciwiać jego decyzji, gdy Remus uniósł dłoń.
– Severus ma rację. Nasza sprawa jest bardzo ważna, zadania niebezpieczne. – Spojrzał na Snape'a. Był jakiś... zmęczony? Harry nie potrafił dobrze określić emocji, która targała Remusem. – Nie zmienia to jednak faktu, Severusie, że twoja śmierć byłaby nam zbędna. Chciałbym, żebyś wpadł na lepszy pomysł, ponieważ będziemy cię jeszcze potrzebowali.
Tego się chyba nikt nie spodziewał. Najmniej jednak Snape. Wyglądał wyjątkowo komicznie, rozdziawiając usta niczym ryba wyjęta z wody. Zapewne nie spodziewał się tak... ciepłych słów ze strony kogoś, kto jeszcze parę lat temu z przyjaciółmi naigrawał się z niego bezlitośnie.
– Wie pan co, profesorze? – odezwał się Harry. – Zawsze myślałem, że głupota to cecha Gryfonów.
Jego komentarz, tak durny i nie na miejscu, rozluźnił atmosferę. Draco i Remus chichotali, patrząc na całkowicie pokonanego Snape'a.
Wieczorem, po kolacji, spotkali się z Remusem, żeby ciągle ćwiczyć zaklęcia w duecie. Byli w tym już tak nieźli, że nie musieli wydawać sobie poleceń na głos – wystarczyła drobna zmiana w ruchu ręki czy ułożenie tułowia względem bioder, żeby drugi z nich od razu domyślił się, o jakie zaklęcie chodziło. Remus uśmiechnął się pod nosem, koordynując ich pracę. To wiele znaczyło. Chociażby to, że wreszcie zaczęli się docierać w swojej relacji. Widział, że nie było miejsca na niepewność oraz niedomówienia. Najwidoczniej coś się w ostatnim czasie musiało wydarzyć.
Ale to dobrze. Harry zasługiwał na szczęście. Nawet jeśli znów był na ustach całego Hogwartu. Remus wraz z innymi nauczycielami starali się uciszyć plotki. Tylko Dumbledore dziwnie milczał, ciskając w czasie kolacji pioruny w stronę stołów Gryffindoru i Slytherinu. Chyba coś mu się wymykało spod kontroli.
