Chłodne powietrze wdzierało się do płuc; drażniło, niepokoiło, zachęcało do szybkiego znalezienia sobie schronienia przed wiatrem i dużymi, zimnymi kroplami, które z rzadka spadały ze stalowoszarego nieba wprost na gruz, kamienie i popękany bruk. Schowany pod nietkniętym występem muru, niegdyś ukwieconym balkonem, teraz pokrytym wyschniętym bluszczem rumowiskiem, palił, patrząc jak mżawka poszarza jego miasto, jak litościwie chowa ruiny za zasłoną mgły, jakby mogło to sprawić, że czułby mniejszy ból.

Jego stolica, jego dom i oto po raz kolejny idzie ją poddać, przekazać wrogowi dymiące pobojowisko ich ostatnich nadziei.

Westchnął ciężko, mechanicznym ruchem przykładając papierosa do ust. Czekał, zapatrzony w Warszawę, wsłuchany w gorzki gwar ludzkich głosów, który podszyty był niepokojem o bliskich i bólem rozstań.

Dym owijał się wokół niego, wsiąkał w zarzucony na ramiona płaszcz, w białą koszulę i zwykłe, ciemne spodnie, w to pomięte, cywilne ubranie, które ktoś przyniósł mu dzisiejszego ranka i które Polska ubrał zamiast brudnego, zdobycznego munduru.

Tylko opaska, zawiązana mocno na jego ramieniu, świadczyła o tym, że nie jest cywilem. U pasa i na plecach czuł pustkę zamiast znajomego ciężaru; brakowało broni. Sięgał tam odruchowo dłonią, jakby chłodny metal mógł ukoić jego nerwy, ale jego palce napotykały tylko powietrze.

Jakaś sanitariuszka przyniosła mu grzebień; z trudem doprowadził włosy do porządku i spiął je z tyłu, chcąc wyglądać chociaż trochę porządniej i wydawać się być mniej zdruzgotany niż faktycznie był. Nie dawać satysfakcji wrogowi, powtórzył swoją mantrę, która dodawała mu sił w celi, w Wolfsschanze czy później, w tym piekle na ziemi, które dzisiaj miało zgasnąć.

Patrzył na tłumy z tobołkami, na ludzi niosących dobytek swojego życia, życia, które uchowało się jeszcze wśród płomieni i wybuchów, a teraz masowo opuszczało miasto. Spoglądał na kolejne wiadra wody wydobywane ze studni, otoczonej teraz wianuszkiem ludzi, na kolejki po garść pszenicy i jęczmienia, po to, by cokolwiek włożyć do ust i zagłuszyć na moment ssanie żołądka.

Bolało, ale Feliks nie odwracał wzroku, chcąc napatrzeć się na swoich ludzi, na wszystkie te zdruzgotane i nieufne oczy, zaciśnięte w cienką linię wargi i wychudłe policzki mężczyzn, kobiet i dzieci. Nie wiedział, co się z nimi stanie; kto przetrwa, kto umrze z wyczerpania, do kogo uśmiechnie się szalony los, a kogo życie zgaśnie po wystrzale karabinu. Sześćdziesiąt trzy dni, powtórzył po raz kolejny w myślach.

Tyle dni spędzonych na walce z suchością w ustach i odrobiną amunicji w kieszeni, w upale i w letniej burzy, tyle dni w ciemnej, wilgotnej piwnicy, rozpaczliwie szukając odrobiny chleba... Tak wiele straconych istnień, tak wiele mordu, gwałtu, krzywdy...

Świeciło słońce; promienie oświetlały każdą ostrą krawędź zniszczonych budynków. Kurz wzniecany przez przechodzących ludzi co chwila zasnuwał Feliksowi wzrok, a piasek wpadał mu do oczu, drażnił je, zadomawiał się pod powiekami ciężkimi po ostatniej nieprzespanej nocy.

Nie pokazać, jak bardzo zmęczony się jest; nie pokazać, jak bardzo pragnie się gdzieś skulić, zamknąć oczy i łkać, a potem, utulony własnym żalem, zasnąć i nie pamiętać. Uciec na łąki Wyraju, w brody rzek i tonie chłodnych jezior, chociaż na chwilę oddać się przyjemnemu niepamiętaniu.

Trwało zawieszenie broni; o świcie ucichła artyleria i karabiny i milczeć miały aż do wieczora. Kto wie, pomyślał, jaka będzie noc... Trzeba iść, trzeba to kończyć.

Polska uniósł głowę i spojrzał na górujący ponad nim budynek Politechniki. Wpatrzył się w zniszczony dach, w szczerby fasady, wybite okna i połamane ramy, w ziejącą czernią pustkę za nimi, tam, gdzie światło poranka jeszcze nie dotarło. Niemalże czuł zapach spalenizny utraconych książek, na języku smak popiołu; ot, kolejny raz wiedza i nauka przegrały z przemocą, pomyślał jeszcze, a potem opuścił wzrok.

Było gdzieś około ósmej rano; umówili się na dziewiątą, więc za moment trzeba ruszać. Jakie to abstrakcyjne, stwierdził gorzko w myślach. W świecie, który zapłonął czystym szaleństwem, wciąż jeszcze przestrzega się takich banałów, jak poczucie czasu i dobre wychowanie.

I co teraz?, zapytał sam siebie, obserwując zbliżającą się do niego delegację wyznaczoną przez generała. Czterech polskich oficerów, w tym tłumacz – Feliks mógłby w razie potrzeby sam się tym zająć, ale cieszył się, że nie musiał. Nie czuł się na siłach, by przekładać ich rozpaczliwe żądania.

Powiódł wzrokiem po przybyłych. Wszyscy w cywilu, wszyscy z opaskami na ramieniu, wszyscy zmęczeni. Jego ludzie.

– Idziemy...?

Skinął głową ze ściśniętym gardłem. Postąpił krok do przodu i obrócił się dookoła własnej osi, chłonąc jeszcze raz to morze ruin, ten kłębiący się tłum nędzarzy, ten bolesny obraz, wiedząc, że go nigdy nie zapomni. Potem zamknął na moment oczy i wziął głęboki oddech, ignorując wdzierający się mu do płuc pył.

W ramiona i głowę uderzyły go pierwsze krople deszczu; zimny wiatr sprawił, że odruchowo otulił się połami płaszcza.

Poszli; minęli barykadę przy uczelni i szli dalej znękaną stolicą, prawie nie rozmawiając. Feliks wpatrywał się w poszarzałe niebo i nadciągające czarne chmury, w dachy kamienic, które dzisiaj były puste i bezpieczne, bo akurat tej obietnicy, obietnicy zawieszenia broni, Niemcy jeszcze nie złamali.

To byłaby głupota z ich strony, pomyślał i westchnął, wbijając dłonie w kieszenie. Gładki, okrągły kształt niemalże sam wpadł mu w rękę; nie zgubić, pomyślał przelotnie. To tylko kompas, ale... Nie myśl o tym teraz.

Głupota, powtórzył. Sami do was idziemy, nie mając już żadnego wyboru.

Gdy oddalili się od powstańczych terenów, rozmowy ucichły całkowicie. Feliks słuchał cichego szeptu mżawki, plusku kałuż w dziurach na drogach, w które wpadał – przynajmniej wojskowe buty sobie zostawił, inne by już dawno przemokły – i tego, co mówiło doń miasto.

Nie miało wiele sił, tak jak i on; szeptało jedynie o bólu, strachu i rozpaczy językiem wojny, który Polska znał od lat i doskonale rozumiał.

Opuścił wzrok, nie mogąc już oglądać poranionych kamienic, roztrzaskanych chodnikowych płyt czy pustych barykad. Dopiero kiedy stanęli wszyscy przed budynkiem szpitala, dopiero wtedy Feliks wziął głęboki oddech.

Czas działać, powiedział sobie ostro i uniósł oczy.

Już na nich czekano; na środku ulicy stały dwa niemieckie wojskowe kabriolety. O maskę jednego z nich opierał się oficer SS. Na ich widok rzucił niedopałek papierosa na ziemię i przydusił żar obcasem; skinął głową towarzyszącej mu eskorcie na motocyklach, a potem odbił się od auta i ruszył w ich stronę.

– Witam – rzucił chłodno po niemiecku. – Macie broń?

Feliks pokręcił głową. Gdy oficer otrzymał odpowiedź odmowną, potwierdzoną przez tłumacza, lekkim ruchem dłoni wskazał na samochody. Jeden z żołnierzy już otwierał drzwi.

Skąd ja cię znam?, zastanowił się Feliks, przemykając spojrzeniem po twarzy mężczyzny. Skąd ja znam tę twoją paskudną mordę? Widziałem cię ostatnio, gdzieś z daleka, ale jestem pewny, że to byłeś ty...

Esesman, wyraźnie zirytowany, zmrużył oczy. Feliks zerknął na dystynkcje na ramieniu.

– Nie mieliśmy przyjemności, majorze...? – zapytał przez zęby.

– Major Kurt Fischer – odparł równie zimno mężczyzna.

Skurwysynie, to ty dowodziłeś teraz na Czerniakowie, zrozumiał Feliks, a krew natychmiast się w nim zagotowała. Z twojego rozkazu był ten mord kilka dni temu!

Ledwo nad sobą zapanował; wciągnąwszy powietrze przez zęby, minął esesmana i wsiadł do auta, czując się, jakby właśnie z własnej woli wskakiwał do piekielnego kotła. Czuł na sobie wzrok majora, podczas gdy przed jego oczami stanęły martwe ciała, wiszące nieruchomo na pasach transmisyjnych w czerniakowskiej fabryce. Nawet sanitariuszki...

Fischer, pomyślał Feliks nienawistnie. Czy wszyscy noszący to nazwisko to okrutne kurwie syny, czy tylko ja mam takiego pecha, że to już trzeci o tym nazwisku, którego spotykam w Warszawie i któremu chcę obić mordę tak mocno, aż będą trzaskać kości?

Jeden polski oficer zajął miejsce obok niego na tylnym siedzeniu, pozostali zaś wsiedli po drugiego samochodu. Trzasnęły zamykane drzwi, zamruczały silniki aut i motocykli; ruszyli. Zimny wiatr uderzył Feliksa w twarz, sprawił, że do oczu napłynęły mu łzy, którym i tak już niewiele brakowało, by uciec i popłynąć po policzkach.

Cisza trwała; milczeli i Polacy, i obecni w pojazdach Niemcy, jedynie młody kierowca od czasu do czasu mruczał coś pod nosem albo klął ledwo słyszalnie, gdy przychodziło mu wyminąć kłopotliwą przeszkodę na drodze.

Motocykle jechały tuż obok, a esesmani zerkali czujnie spod hełmów. Po co ta szopka?, skomentował gorzko Feliks. I tak już nas macie, nikt z nas wam nie ucieknie, wiecie o tym doskonale.

Jedziemy do jaskini lwa błagać o to, by przestał nas pożerać.

Dopiero gdy wyjechali z miasta i pojawiła się przed nimi otwarta przestrzeń, dopiero wtedy Feliks pozwolił sobie na kilka głębszych, spokojniejszych oddechów. Były miejsca, w których świat się nie zmienił – otwarte pola, łąki pokryte żółtawymi zaroślami, pojedyncze, łyse już drzewka na miedzach...

Wiatr szarpnął jego włosami, chcąc wyrwać je z upięcia, gdy młody kierowca przycisnął pedał gazu, wyraźnie zadowolony, że dostał się w końcu na drogę pozbawioną stert gruzu czy połamanego drewna. Nikły deszcz nie przeszkadzał w jeździe; od czasu do czasu krople uderzały w przednią szybę.

Więc jadą; ale co potem? Polska zapatrzył się w linię horyzontu, gdzie czerniały dachy jakiejś wioski. Nie pójdzie w niewolę, wiedział to doskonale i wiedziało to dowództwo; gdy przyjdzie czas, Feliks rozpłynie się w powietrzu, by zjawić się gdzieś indziej i znów działać.

Ale gdzie? Zostanie tutaj, w okolicach Warszawy? Może ruszy w kierunku Lublina, zobaczyć, co tam się dzieje? Może na zachód, może... Pomyślę o tym za parę dni, postanowił.

Powtórzył w myślach wszystkie postulaty, których treść ustalili nocą, a potem opuścił głowę na pierś i przymknął oczy, pozwalając sobie na kilka chwil odpoczynku.

Co zrobią teraz Beilschmidtowie? Jak długo pozostaną w okolicy? Czerwona Armia jest o krok. Kiedy zrobi się na tyle niebezpiecznie, że młodszy z braci wymusi na Gilbercie powrót do Berlina? Kto był mądry, ten wietrzył w powietrzu nadchodzącą klęskę Rzeszy, ale jeszcze wiele osób wierzyło, że to tylko przejściowe, że wciąż mają szansę na zwycięstwo...

Co się wydarzy...? Co... co będzie z nim samym, co będzie z tym krajem? Polska westchnął ciężko. Czasy, w których to on rozdawał karty i rzucał je na stół pokryty europejską mapą, dawno już się skończyły. Teraz o losie tego państwa decydować będzie kto inny, a zimne powietrze, raz po raz szarpiące jego płaszcz, co chwila przypominało o nadchodzącej zimie.

– Wszyscy byli bardzo dzielni – wyszeptał zdrętwiałymi wargami, wpatrzony teraz w swoje kolana. Nie unosił wzroku, wiedząc, jak bezwartościowe są jego słowa, jak niewiele dadzą tym, którzy je usłyszą. – Jeszcze trochę, podpułkowniku, jeszcze trochę...

Zamiast słów usłyszał jedynie ciężkie westchnienie.

Feliks milczał do końca podróży. Pół godziny po wyjechaniu z miasta samochód wtoczył się na podjazd szlacheckiego dworku, pokryty teraz opadłymi liści okolicznych drzew. Silniki zgasły, motocykle zaparkowały obok, a szeregowy żołnierz bez słowa otworzył drzwi auta.

Gesty uprzejmości, przemknęło Feliksowi przez głowę. Jak to wszystko mało znaczy w porównaniu do tego, co się wydarzyło. Wystarczy, że mamy stopień wojskowy i nagle zasługujemy chociaż na to, nagle nasze życia są odrobinę więcej warte...

Wychodząc z samochodu, podniósł głowę i ze ściśniętym gardłem przyjrzał się budynkowi. Jeśli pamięć go nie myliła, był w tym dworku już kiedyś, gdzieś w poprzednim stuleciu; chociaż Polski na mapie wtedy nie było, w murach tego domu mówiono jego językiem i ugoszczono go jak dobrego przyjaciela.

Dzisiejsze mapy też nadawały jego ziemiom inne imiona, ale teraz domku strzegła niemiecka armia, a w jego środku, w gabinecie, urzędował człowiek, który z tej zaniedbanej ostoi polskości zrobił sobie centrum dowodzenia w misji jej niszczenia.

Kilka minut później poprowadzono ich do jadalni; ledwie Feliks przekroczył jej próg, oślepiło go białe światło. Spiął się, gotów do ucieczki, ale błysk okazał się jedynie fleszem aparatu fotograficznego.

Prasa, zrozumiał, wytrącony z równowagi, patrząc na wojskowego fotografa, który zrobił jeszcze kilka zdjęć i cofnął się do kąta. To wszystko znajdzie się w kronice i w dziennikach... Przełomowy dzień, zlikwidowanie palącego problemu na wschodzie, jeden z coraz rzadszych triumfów Rzeszy, musiał zostać porządnie udokumentowany...

Feliks obrzucił wzrokiem duży, dębowy stół, przy którym mogła zasiąść liczna rodzina, piękne rzeźbione krzesła o wysokich oparciach i drewniane kredensy, za których szybami znajdowała się teraz jedynie pustka. Miejsce u szczytu stołu zajmował von dem Bach-Zelewski; na ich widok uniósł się z krzesła i z poważną twarzą ruszył w ich stronę.

Za jego krzesłem, jak milczące rzeźby, stali Beilschmidtowie. Feliks znieruchomiał; przeczuwał, że się tu spotkają, ale...

– To oni, prawda? – zapytał cicho Iranek-Osmecki, podpułkownik wchodzący w skład delegacji. Wyciągał właśnie zza pazuchy podpisane przez generała Komorowskiego pismo. – Bracia Beilschmidt...? Widziałem ich kiedyś w gazecie...

Feliks, wpatrzony przed siebie, bez słowa skinął głową. Z twarzy Ludwiga nic nie dało się wyczytać; tym razem jego maska opanowania była nienaganna. Gilbert też starał się zachować pozory; jedynie króciutkie spojrzenie w bok, szybki ruch kącika warg, jakby właśnie zmielił w nich przekleństwo, tylko to wskazywało, że odnotował obecność Feliksa.

Meine Herren... – Von dem Bach starannie złożył na czworo przeczytaną wiadomość. Jego oczy błyszczały triumfalnie. – Wasza decyzja jest decyzją niezwykle słuszną...

Feliks opadł na krzesło; gdy polscy delegaci zajęli miejsca wśród morza feldgrau, na moment zakrył oczy dłonią. Otoczeni byli mnóstwem oficerów; jadalnia była prawie pełna. Z nerwów ścisnęło go w żołądku; naprzeciw usiadł ten skurwysyn z SS, który eskortował ich do dworku, a z pewnością byli tu i inni odpowiedzialni za potworną ludzką krzywdę. Jeden z nich właśnie spacerował po jadalni i triumfował:

– ...wyzwala tym samym ludność cywilną od działań, które, wiedzeni koniecznością, zmuszeni bylibyśmy podjąć... Doceniając zdolności przywódcze generała Komorowskiego, a także niezwykłą odwagę i waleczność oddziałów polskich...

Zamilknij, poprosił w myślach Feliks, czując jak coś chwyta go za gardło; miał wrażenie, że zaraz zabraknie mu powietrza, że cały tlen w pomieszczeniu spłonął przez żar słów von dem Bacha i jego podszyte fałszem przedstawienie.

Zaczęło się.

– Nim przejdziemy do właściwych pertraktacji, istnieją pewne kwestie, które musimy rozjaśnić... – Polski oficer sięgnął po dokumenty; jego dłonie zadrżały, może z nerwów, może ze zmęczenia. – Czy generał potwierdza, że żołnierze AK zostali uznani przez rząd niemiecki za kombatantów i czy będą mieli zapewnione wszelkie prawa zgodnie z Konwencją Genewską z dwudziestego siódmego sierpnia tysiąc dziewięćset dwudziestego dziewiątego roku? – odczytał wolno.

Feliks wyprostował się; to była najważniejsza kwestia. Tylko dzięki niej właściwie tutaj byli. Powtórzył w myślach treść pytania, szukając w nim nieścisłości, luk, dziur, czegokolwiek, co pozwoliłoby niemieckiemu dowództwu się z tego wymigać.

– Potwierdzam – Słysząc to słowo, Polska ledwo zauważalnie odetchnął z ulgą. – Dzięki mojemu wstawiennictwu w najwyższym dowództwie...

Złapał spojrzenie Gilberta; ten skinął lekko głową. A więc ci się udało, zrozumiał Feliks. Jakoś go namówiłeś... Zobaczymy, czy cokolwiek z tego wyniknie.

– Mam rozumieć, że stanowisko to obejmuje wszystkich żołnierzy Armii Krajowej, nie tylko tych stacjonujących w Warszawie – odezwał się tymczasem Iranek-Osmecki, wpatrując się bacznie w postać generała.

– Jako że nasze rozmowy dotyczą sprawy Warszawy, tę kwestię wolałbym odłożyć na bok.

– Dla generała Komorowskiego jest to kwestia paląca, gdyż to od niej zależą nasze dalsze postanowienia. To nasz warunek główny.

Polska zacisnął zęby. No dalej, draniu, pomyślał, świdrując von dem Bacha wzrokiem. Już widzę, co ci chodzi po głowie.

– Owszem – odparł mężczyzna po długiej chwili, wyraźnie niechętnie. – Decyzja ta dotyczy całego byłego terytorium polskiego, jednakże umowa, dla której dzisiaj się spotkaliśmy, dotyka wyłącznie kapitulacji Warszawy. Warunek, który panowie właśnie przedstawili, wykracza poza ramy umowy i zaakceptowanie go przekracza moje kompetencje jako dowódcy jego obszaru.

– Sprytne – wyszeptał Feliks do siebie, ledwo słyszalnie. – Pięknie chronisz swoje tyły, generale.

Krew w nim wrzała; a więc nie obiecasz, że konwencje nie będą łamane poza Warszawą, sukinsynie. Widział, jak polscy oficerowie wymienili spojrzenia; potem Iranek-Osmecki skinął głową. Nie mieli innego wyjścia.

Feliks zacisnął palce na blacie stołu; chciał stąd wyjść, chciał złapać za broń albo pomóc komuś, robić cokolwiek, a nie siedzieć przy tym stole i słuchać, jak w spokojnych słowach decyduje się o ludzkich życiach.

Nie patrzył na Beilschmidtów; nie chciał się rozproszyć, a oni też nie szukali jego spojrzenia. Milczeli, jak zwykli milczeć przedstawiciele ich gatunku, gdy władze i armie robiły swoje.

– Domagamy się zapewnienia – Rozmowy trwały dalej. – że żaden mieszkaniec miasta Warszawy oraz żadna z osób, które działały w cywilnych władzach i administracji podziemnej, począwszy od dnia pierwszego września tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku aż do chwili obecnej, nie poniesie odpowiedzialności indywidualnej bądź też zbiorowej za działalność skierowaną przeciw państwu niemieckiemu.

– Na ten warunek możemy przystać.

– Kolejnym żądaniem strony polskiej jest zapewnienie, że jeńcy zostaną potraktowani humanitarnie, z zachowaniem Konwencji genewskiej...

Wdech, wydech. Jaka jest szansa, zastanowił się Feliks, że chociaż tym razem potraktujecie ten akt poważnie, a nie zignorujecie, jak to robicie od pięciu cholernych lat?

Czuł ból; skupił wzrok na swoich kolanach i zacisnął mocno zęby, wiedząc, że uwaga niemieckich oficerów skierowana była tylko na osoby deklarujące.

– ...przystępując do żądań strony niemieckiej – Von dem Bach poprawił okulary i sięgnął po leżący przed nim stos dokumentów. – Mając na uwadze, na jak wiele ustępstw nasza strona była gotowa – W jego głosie zabrzmiała nuta wyższości. Feliks zacisnął pięści. – I oczekując takiej samej dobrej woli ze strony polskiej, żądamy co następujące: w trybie natychmiastowym zostanie wydany cały posiadany przez Armię Krajową zapas amunicji. Oczekujemy również natychmiastowego rozebrania utworzonych w czasie walk barykad i wypuszczenia niemieckich jeńców.

– Jak wspomniałem już wcześniej, dwa pierwsze warunki są dla nas nie do przyjęcia – Podpułkownik wziął głęboki wdech.

Kolejne minuty upływały na dyskusjach; Feliks w końcu uniósł głowę i spojrzał na braci Beilschmidt. Ludwig patrzył na generała i marszczył lekko brwi, wsłuchując się w wymianę zdań. Gilbert zerkał zamyślony w okno; siedzący na krześle obok brata, pozornie w rozluźnionej pozie i odcięty od tego, co działo się w jadalni. O tym, że Prusy ciągle jest czujny, powiedziało Feliksowi sztywność jego ramion.

Kiedy ta wojna się skończy?, zapytał sam siebie. Kiedy świat znowu będzie normalny, kiedy... kiedy będziemy mogli się spotkać chociaż raz, po prostu, z dala od mundurów, mordu, walk i umów, zobowiązań, które wiążą nam ręce i język? Czy taki świat w ogóle jeszcze nadejdzie?

– ... w takim razie Armia Krajowa zobowiązuje się do wypełnienia tych żądań, jednakże nie wcześniej niż tuż przed ustalonym terminem złożenia broni.

– W takim razie – Von dem Bach zmrużył oczy. – Jeśli po ustalonej dacie wśród rozbrojonej armii zostanie znaleziona amunicja, zastrzegamy sobie prawo do wyciągnięcia konsekwencji. W zamian żądamy również opuszczenia Alei Jerozolimskich i ulicy Marszałkowskiej, a także rozebranie barykad w tej części miasta, która według stanu na dzień dzisiejszy jest zajęta przez oddziały powstańcze. Pozwoli to naszym wojskom lepiej przeprowadzać operacje w przypadku natarcia sowieckiego.

Polska spojrzał po oficerach; najważniejsze arterie terytorium, pomyślał i zacisnął zęby. Odcięliby nas całkowicie.

Von dem Bach chce nas całkowicie osłabić, pozbawić jakiejkolwiek obronności, wedrzeć się w sam środek naszego terenu... a wtedy przecież tak łatwo byłoby wypuścić na nas te rozszalałe oddziały i pozwolić, by rozszarpały na strzępy.

Dyskusje trwały dalej; w końcu stanęło na usunięciu jedynie czołowych barykad.

– Co do wydania nam jeńców niemieckich...

Feliks uniósł głowę.

– Podczas bombardowania miasta część z nich zginęła wraz z naszymi cywilami – powiedział rzeczowo, odzywając się głośno po raz pierwszy od momentu rozpoczęcia rozmów. Głowy wszystkich natychmiast się ku niemu zwróciły. Zacisnął palce na trzymanym ołówku, wcale nie czując się tak pewnie, na jakiego próbował wyglądać. – Nie jesteśmy odpowiedzialni za ich śmierć. – Przynamniej za żołnierzy, dopowiedział w myślach, przypominając sobie posępną postać esesmana, którego zabronił zabijać. Ciekawe, pomyślał, jak to się skończyło.

– Ależ oczywiście – Niemiecki generał skinął głową. Czy to zrozumienie było prawdziwe, tego Feliks nie potrafił rozszyfrować. – Nie mamy do was o to pretensji. Traktowaliście naszych jeńców zgodnie z postanowieniami umów międzynarodowych, wynika to z rozkazów, które nasze oddziały zdobyły na Starym Mieście. Fakt ten został wzięły pod uwagę przy przyznaniu Armii Krajowej praw kombatanckich...

Teraz kombatanci, Feliks utkwił wzrok w stole. A dopiero co byliśmy bandytami...

– Proponuję, by jeńcy niemieccy zostali wydani do godziny dwudziestej czwartej, a więc do końca tego dnia, złożenie broni odbyłoby się natomiast jutro, trzeciego października...

– ...termin ten jest niewykonalny, proponujemy piąty października bądź czwarty w godzinach wieczornych, ze względu na trudności w komunikacji między oddziałami i barykady obecne w mieście, a także na czas potrzebny nam dzisiaj na sformułowanie umowy...

Zbliżało się południe; ktoś cicho wstał od stołu i otworzył na moment okno, bo w jadalni zrobiło się duszno. Do środka wtargnęło chłodne powietrze i cisza; Feliks nasłuchiwał czujnie, ale od strony stolicy nie słyszał huków artylerii. Więc zawieszenie broni jednak było respektowane.

Zaszeleściły kartki, zaszemrały ołówki, zaskrzypiały stalówki piór. Zaczęto spisywać punkty, czerń atramentu splamiła białe kartki.

– Paragraf pierwszy, za oddziały polskie uważa się wszystkie polskie formacje...

– Paragraf dziesiąty. Ewakuacja mieszkańców miasta – Niemiecki oficer postawił kropkę i spojrzał wyczekująco na von Zelewskiego.

Polska westchnął. A czy tutaj damy radę cokolwiek ugrać?, zapytał sam siebie.

– Wnosimy o zgodę na pozostanie w mieście ludności cywilnej – rzucił po krótkim milczeniu. Z nerwów zadrżał mu głos. – Jeśli zaś nie jest to możliwe – zerknął na Ludwiga, ale ten nie odwzajemnił spojrzenia. Jego milcząca, nieruchoma sylwetka działała Feliksowi na nerwy. – Proponujemy, by… by Warszawę opuścili tylko ci cywile, którzy sami uznają to wyjście za odpowiednie.

– Nie jestem w stanie się na to zgodzić – odparł krótko von dem Bach.

Wymienił spojrzenia z oficerami; skinął głową z suchością w gardle, oddając już im pola. Brakowało mu sił; osunął się na oparcie, wiedząc już, że nie są w stanie tego przepchnąć. Potarł dłonią twarz, żałując, że Gilbert siedzi tak daleko, prawie na drugim końcu długiego stołu.

– W zamian, jeśli panowie się na to zgodzą, proponuję zapisać w umowie punkt dotyczący traktowania ludności, jednakże, ze względu na charakter umowy, szczegóły tegoż traktowania zostałyby oddzielnie uzgodnione z Polskim Czerwonym Krzyżem...

– W takim razie wymagamy naszego delegata, który dopilnowałby warunków ewakuacji, nim zostanie odesłany do obozu jenieckiego. W stosunku do tego punktu chcemy również dodać zapewnienie, że miasto nie zostanie zniszczone.

– To żądanie jest nie do przyjęcia – Von dem Bach wyprostował się, mówiąc bardzo stanowczo. – Warszawa znajduje się w zasięgu artylerii sowieckiej. Nie zaręczę, że nie ulegnie dalszym zniszczeniom w wyniku działań wojennych.

– Znów umywa ręce... – wymamrotał Feliks, czując jak jego serce wygrywa na żebrach gniewny marsz. Podpułkownik posłał mu ostrzegawcze spojrzenie. Przez chwilę dyskutowano jeszcze o dobrach kulturalnych i kościelnych; Feliks na moment się wyłączył i przymknął oczy.

Nie mógł słuchać tego człowieka; jego pewny siebie ton działał mu na nerwy i gdyby tylko była to inna sytuacja, Polska nie powstrzymałby się przed uderzeniem w tę kryjącą się za okularami twarz. On wie, że ma nas w garści, pomyślał gorzko, i upaja się tym.

I jest cholernie bezczelny, dodał, słysząc jak von dem Bach chwali polskie dowództwo za umiejętności działania w podziemiu i jak ubolewa nad tym, że nie poznał jeszcze generała Komorowskiego. Zapewniał również, że tenże będzie mógł już niedługo wypocząć po przeżytych trudach; Feliks bardzo chciał von dem Bacha udusić.

– Już prawie druga. Skoro ustaliliśmy warunki umowy, zapraszam panów na obiad.

Eintopf. Nie tknął posiłku podsuniętego przez kucharkę, chociaż zapach warzyw, kaszy i mięsa podrażnił mu żołądek, a przez umysł przebiegło pytanie; kiedy on w ogóle jadł jakiś ciepły posiłek?

Mimo głodu nie był w stanie się przemóc; pozwolił sobie za to na gorącą, czarną kawę, wybawienie po nieprzespanej nocy i wielogodzinnych rozmowach. Kawę, która pochodziła, jak nie omieszkał pochwalić się generał, z amerykańskich zrzutów.

Chciał stąd uciec; wypił kawę niemalże duszkiem, parząc przełyk, a potem wstał od stołu. Jeśli za chwilę nie wyjdzie, to nie wytrzyma.

– Muszę... muszę zapalić – wychrypiał do podpułkownika.

Przez nikogo nie zatrzymywany wyszedł z jadalni; kątem oka zauważył, jak von dem Bach daje dyskretny znak pobliskiemu żołnierzowi. Feliks przeszedł przez korytarz i, świadomy podążającego za nim Niemca, wyszedł na zewnątrz. Przystanął przy ścianie obok drzwi, by schronić się przed deszczem i wyciągnął z kieszeni papierosy. W drugiej wymacał metal; oprócz kompasu znalazła się tam też zapalniczka.

Popołudniowy wiatr szarpnął jego płaszczem i włosami. Patrząc tępo, jak powiew strąca z drzew liście, Feliks spróbował odpalić papierosa. Jedno pstryknięcie, drugie, trzecie i kolejne, a ognia brak.

– Kurwa mać – szepnął pod nosem. Zrezygnowany, wypuścił powietrze i już chciał schować papierosa, gdy kątem oka dostrzegł jakiś ruch i migotliwy, pomarańczowy płomień. Odwrócił głowę; żołnierz o wygasłych oczach bez słowa wyciągał ku niemu odpaloną zapalniczkę.

Feliks uniósł brew, ale przytknął papieros do ognia.

– Danke – mruknął, zaciągając się.

Nie otrzymał odpowiedzi. Wydmuchał dym, mając nadzieję, że ta czynność chociaż na chwilę go uspokoi. Jeszcze trochę, pomyślał. Zaraz spiszą umowę na czysto, a potem podpiszą i los Warszawy zostanie przypieczętowany. Zacisnął dłoń w pięść.

– Bieler – usłyszał skrzypnięcie drzwi i znajomy, cichy głos. – Zjeżdżaj do koszar.

– Herr Preußen...

– Gdyby ktoś miał pretensje, powołuj się na mnie.

Polska poczekał, aż żołnierz odejdzie poza zasięg słuchu; potem obrócił się do Gilberta.

– Rozumiesz już, dlaczego nie cierpię von Zelewskiego? – spytał spokojnym tonem Prusy, opierając się o ścianę po drugiej stronie drzwi. W powietrzu zawirował dym, gdy i on zapalił. Feliks patrzył, jak obie szare chmurki łączą się ze sobą.

– Ten... – wymamrotał pod nosem Polska, ale żadne z przekleństw, które znał, nie oddawało w pełni gniewu, który czuł. Polityka, pomyślał, zagryzając wargi. Polityka, która sprowadza się do tego, że próbujesz spokojnie rozmawiać z człowiekiem, którego najchętniej byś rozszarpał.

– No właśnie – Gilbert przetoczył papierosa w palcach, zręcznie unikając dotknięcia opuszkami żaru. – Październik, co? – spytał, patrząc przed siebie. – Która to byłaby już rocznica?

– Od kiedy zwracasz na to uwagę? – Feliks uniósł brew, zerkając na Prusaka. Jedna chwila, pomyślał. Jedna chwila, by myśleć o czymś innym, wykradziony fragment czasu. – Osiemdziesiąta trzecia – odpowiedział po chwili.

– Jak ten czas leci – skomentował Prusy, wyrzucając przed siebie niedopałek. Upadł prosto w kałużę i tam zgasł. – Osiemdziesiąt trzy lata tu, czterysta dziewiętnaście lat tam...

Polska przeliczył daty w głowie; potem uśmiechnął się blado.

– Zycie było prostsze, gdy byłeś moim lennem. Dlaczego to nie mogło wydarzyć się wtedy?

Prusy wzruszył ramionami.

– Wasze postulaty już pewnie nieaktualne, co? – zapytał po chwili, przykuwając uwagę Feliksa. Ten otworzył usta, ale nic nie powiedział. – Kto wie, jak będzie wyglądać mapa, jak to się skończy.

– Nie potrafiłbyś wybrać, co? – Feliks pokręcił głową i ciężko westchnął.

– Jeśli chodzi o osoby, które są mi bliskie – odezwał się Prusy po długim milczeniu. – To jest ich dwie.

Polska nagle odwrócił wzrok.

– A co do wyboru – kontynuował Gilbert chłodno. – Może będę go miał... A może decyzja zostanie podjęta za mnie.

Feliks spojrzał na niego badawczo, ale nie zdążył nic powiedzieć; drzwi dworku otworzyły się.

– Herr Preussen... Herr... Herr Polen? – Oficer zerknął na Feliksa zaskoczony, ale szybko się opanował. – Już zaczynamy.

W środku nocy, gdy umowa została spisana i poprawiona ostatni raz, w świetle reflektorów aparatów dziennikarzy i korespondentów wojennych, podobnych do blasku trzaskających błyskawic, los Warszawy został przesądzony.

A potem była minuta ciszy dla poległych – i Polska już nie potrafił powstrzymać łez.


Z wiarą w ostateczne zwycięstwo naszej słusznej sprawy, z wiarą w Ojczyznę umiłowaną, wielką i szczęśliwą, pozostajemy wszyscy nadal żołnierzami obywatelami Niepodległej Polski, wierni sztandarowi Rzeczypospolitej...

Ostatnie rozkazy, ostatnie polecenia; chodził wśród żołnierzy, szeptał do nich słowa pocieszenia, ledwie przytomny z braku snu łapał za barykady, by je rozebrać, a przed omdleniem powstrzymały go wbijające się w skórę drzazgi. Oni byli wierni mu; on musiał być wierny im.

Ludzie ciągle opuszczali Warszawę; cywile, niosący przy sobie to, co jeszcze, po tych pięciu latach, pozostało z dorobku ich życia, z wolna odchodzili, a Feliks mógł tylko powtarzać bezgłośnie modlitwy – od dawna nie wierzył, że cokolwiek zdziałają, ale monotonia słów chociaż na chwilę koiła nerwy – by potraktowano ich tak, jak obiecano.

Dzisiaj, rankiem piątego października, patrzył na kolejne grupy powstańców. Przyczajony w cieniu, gdzieś między dwoma zrujnowanymi budynkami, słuchał oszczerstw, jakie rzucał od czasu do czasu którychś z pilnujących powstańców strażników.

Mało kto dawał po sobie poznać, że obelga go dotknęła – Feliks patrzył na dumnie wyprostowane sylwetki, ogolone i czyste twarze, nienaganną postawę. Mężczyźni wyczerpani walką, kobiety i dziewczęta o hardych oczach, niepokazujące po sobie, przez co przeszły; i te dzieci, które Feliks osłoniłby przed wojną samym sobą, gdyby tylko mógł.

Słyszał polski śpiew z tysięcy gardeł; wzruszony i jednocześnie przerażony, patrzył przed siebie i ronił łzy. Przepraszam was, pomyślał. Przepraszam, że tak wielu z was nie potrafię pomóc.

Szukał w przechodzących tłumach znajomych twarzy, tych, przy których boku stał i walczył albo przy których siedział w ciemnych, zatęchłych piwnicach. Nagle odnalazł; odruchowo postąpił krok do przodu, ale nie wyszedł z cienia ruin. Wśród tłumu, zaraz z brzegu, szła znajoma sanitariuszka; posiniaczona na twarzy, co chwila odwracała się i szukała kogoś wzrokiem.

Feliks przesunął swoje spojrzenie i w kolejnej, na oko sześćdziesięcioosobowej grupie jeńców, odnalazł litwaka.

Gdy go poznał, w zatęchłej piwnicy, ten młody człowiek kulił się i patrzył lękliwie, otuliwszy się za dużym na siebie ubraniem, jakby chciał zniknąć. Teraz szedł wyprostowany, z głową uniesioną wysoko, a spod poplątanych, ciemnych loków patrzyły oczy spokojne i pozbawione strachu, oczy człowieka, który przeszedł przez siedem kręgów piekielnych i ujrzał Pandemonium.

Bandaże na jego brzuchu odcinały się od materiału ubrania; opatrunek osłaniający przedramię – miejsce hańbiącego tatuażu, sprowadzającego ludzką istotę do numeru – był pokryty zaschłą krwią, jakby Simonas chciał wyzbyć się tego znaku śmierci.

On wie, zrozumiał nagle Feliks i przeszedł go dreszcz. On wie, że tym razem już jej nie umknie, wie, że tego marszu nie przeżyje.

Oni wszyscy... powiódł zrozpaczonym spojrzeniem po tłumie i znów ból zalał go rwącą rzeką; przytknął dłonie do skroni, oparł się ciężko o mur i oddychał przez usta. Nie, Łukasiewicz, skarcił się po chwili, wsłuchany w odgłosy kroków tysięcy ludzi. Miałeś wziąć się w garść...

I masz dzisiaj jeszcze jedno zadanie. Zacisnął zęby, potarł twarz, czując piasek pod powiekami. Zmuszając się do ruchu, z wolna przeszedł między budynkami, starając się pozostać niewidocznym.

Odnalazł przyglądającego się tłumowi oficera całkiem niedaleko; stanął z tyłu i lekko szturchnął butem jakiś kamień, by dać znać o swojej obecności. Niemiec, na oko pięćdziesięcioletni, obrócił głowę, a na jego widok rozejrzał się dyskretnie.

– Wiesz, kim jestem, prawda? – spytał Feliks po polsku.

– Wiem – Rozbrzmiała odpowiedź w tym samym języku, chociaż zabarwiona obcym akcentem. – Czemu do mnie przychodzisz?

– Przynoszę pozdrowienia z Wolfsschanze – Feliks uśmiechnął się smutno. – Od Reinharta Brauna. Obiecałem mu, że przekażę, jeśli będę miał kiedyś okazję, Wilm.

Hosenfeld milczał przez chwilę.

– Brał udział w zamachu? – upewnił się, nie odrywając wzroku od powstańców. Feliks przytaknął, a kapitan westchnął. – Głupi idealista. To nie miało żadnego sensu...

– Spotkałem paru ludzi, którym pomogłeś – odezwał się Polska po dłuższej chwili. – Dziękuję. Dziękuję za bycie człowiekiem – wyszeptał.

Mężczyzna wpatrywał się w chłopca; dziesięcio- albo jedenastolatka, idącego obok dorosłych z zaciętą miną.

– Porusza mnie już tylko krzywda dzieci – wyznał, nie odwracając wzroku. – Im więcej widzi się przemocy, tym bardziej się na nią uodparnia... A my właśnie zamordowaliśmy Warszawę.

Stali tak jeszcze chwilę; potem Feliks skinął głową z szacunkiem, a oficer odwrócił się i ruszył w swoją stronę.

– Wytrzymaj, Polsko. Już niedługo.

Niedaleko zabrzmiał strzał.

Zagasiła nas ciszą noc październikowa.

Powiedziała "żegnajcie" skowyczącym sercom.

Pomnik nam się rozsypał. Sława kolorowa,

Stała się nagle w oczach spopielałą twierdzą.

Pora jechać w nieznane. Zabrać ziemi grudkę,

Na grobową pamiątkę po umarłym mieście.

I już się nie oglądać, zostać ze swym smutkiem.

A myśli wszystkie zamknąć w pożegnania geście.

Po co myśleć? Nie trzeba, gdy się w mrok odchodzi,

Ten, co pojąć nie umiał, musi nienawidzieć

Po co pytać? Daremnie czekać na odpowiedź.

Niech ta krew spadnie na nas! Niech za nami idzie!

(Słowa pożegnania – Edward Eugeniusz Chudzyński)


Uff, w końcu koniec powstania.

Wydarzenia związane z kapitulacją bazują na relacji ppuł. Iranka-Osmeckiego, który w imieniu gen. Komorowskiego podpisywał akt kapitulacji.

Eintopf - danie jednogarnkowe.