Nie wiedziała, ile czasu spędziła w mauzoleum. Po prostu siedząc, oparta plecami o sarkofag ojca, błądząc wzrokiem po złotych literach lśniących na grobie babki Theresy. Coraz bardziej wątpiąc w sens tego wszystkiego, coraz bardziej zanurzając się w posępną, mroczną atmosferę grobowca.
Z swoistego letargu wyrwało ją lekkie ukłucie, sygnalizujące, że oto ktoś stoi przed bramą. Dźwignęła się na nogi, ujęła mocno w dłoń różdżkę i wyszła z mauzoleum. Skierowała się ku bramie, obawiając się, kogo tym razem tam ujrzy. Umbridge z aurorami? Śmierciożerców?
Poczuła ulgę, gdy rozpoznała wysoką, chudą sylwetkę i czerwono-zielone, ekstrawaganckie szaty. Przecież jakaś część jej spodziewała się tego. Przecież jakaś część jej pragnęła, by on się pojawił.
- Powinnaś zadać mi kontrolne pytanie. – wyczytała z jego warg, gdy zabrała się za zdejmowanie zaklęć ochronnych. Gestem wskazała na jego szyję - wszędzie rozpoznałaby ten już wysłużony szalik w barwach Gryffindoru, który podarowała mu dziesięciolecia wcześniej.
Wreszcie jedno skrzydło bramy otworzyło się. Albus wszedł do środka i zaczął pomagać jej przy ponownym pieczętowaniu zaklęć ochronnych. Gdy się z tym uporali, Minerwa poprowadziła go ku rezydencji.
Na holu stary skrzat domowy odebrał ich płaszcze. Zdjęli buty – skrzat przyniósł Albusowi miękkie kapcie, Minerwa jednak lubiła chodzić boso po miękkich dywanach i skrzypiących podłogowych deskach rezydencji. Czarownica zaprosiła Albusa do biblioteki, gdzie kazała przynieść herbaty dla siebie i gorącej czekolady dla dyrektora. Dumbledore nie odzywał się, ale posłusznie szedł za nią i w końcu usiadł przy kominku w bibliotece, naprzeciw niej.
- Chciałem osobiście wręczyć ci gwiazdkowy prezent. – rzekł wreszcie. Wyciągnął z kieszeni małe pudełko, a potem stuknięciem różdżki powiększył je.
- Dziękuję. – mruknęła, odbierając sporą paczkę. Szybko rozerwała papier i otworzyła karton. Korzenny zapach uderzył w jej nozdrza. Uśmiechnęła się na widok trzydziestocentymetrowej choinki w całości zbudowanej z pierników.
Machnięciem różdżki przywołała swój prezent dla Albusa. Podała mu go, mówiąc po prostu:
- Wesołych świąt, Albusie.
Na twarzy maga pojawiło się rozbawienie, gdy wyjął ze swojej paczki choinkę składającą się z cytrynowych dropsów.
- I znów zwyciężyłaś w konkursie na najbardziej trafiony prezent. – powiedział, z zadowoleniem odrywając jeden z dropsów z samej góry i z rozmarzeniem wkładając go sobie do ust.
- Cieszę się, że ci się podoba. – odpowiedziała sztywno.
Na moment zaległa cisza, aż Albus zapytał:
- Czy znałaś może niejakiego Jonathana Reida?
Minerwa, zaskoczona, automatycznie pokiwała głową.
- To przyjaciel rodziny, uzdrowiciel. Był asystentem przy moich narodzinach i leczył też moją babkę… do końca. – odpowiedziała szczerze. – Dlaczego pytasz?
- Wczoraj znaleziono go martwego. Przykro mi. – Albus wyciągnął z kieszeni kawałek papieru i podał jej. Minerwa, zszokowana, ujęła świstek, będący wycinkiem z Proroka Codziennego. Reid był poczciwym staruszkiem… o ogromnej wiedzy medycznej. Szkolił Poppy przed wojną z Grindelwaldem. Minerwa znała go od dziecka. Wiadomość o jego śmierci była jednak niespodziewana – Reid był niewiele starszy od Albusa.
Szybko przebiegła wzrokiem notkę o śmierci uzdrowiciela.
- Przedawkował eliksiry wspomagające pamięć?! – wykrzyknęła zdumiona.
- Co o tym sądzisz? – spytał Albus.
- To niemożliwe. Reid nigdy nie miał problemów z pamięcią. – oświadczyła Minerwa z mocą.
- Miałaś z nim ostatnio kontakt? Może podupadł na zdrowiu… - zasugerował Albus, ale ona gwałtownie pokręciła głową.
- To był jeden z lepszych uzdrowicieli, na pewno najlepszy w Szkocji. Tacy ludzie nie przedawkowują leków, Albusie!
- Zatem słusznie podejrzewałem, że ta sprawa jest jakaś dziwna. – czarodziej zamyślił się.
Przez chwilę milczeli, każde pogrążone we własnych myślach. W końcu Albus uniósł głowę i spojrzał jej prosto w oczy. Ona jak zwykle jak zahipnotyzowana wpatrywała się w taniec ogników na brzegach jego błękitnych tęczówek.
- Och, dlaczego coraz częściej się kłócimy, Minerwo? – spytał z westchnieniem. Nie była zaskoczona – wiedziała, że prędzej czy później ten temat się pojawi. Nie odpowiedziała, choć dziwnie znajome poczucie winy pojawiło się prawie natychmiast.
- Nie lubię tego. Tego, kiedy się na mnie złościsz. – dodał, z prawie dziecięcą szczerością.
- Ja też nie lubię, kiedy ignorujesz moje rady. – odpowiedziała zachrypniętym głosem – jej złość na niego już zdążyła wyparować. To migotanie…
- Nie ignoruję. Wręcz przeciwnie, bardzo je sobie cenię.
Minerwa zacisnęła usta. A zaraz potem poczuła silne szarpnięcie w skroni. Jej ciało jednocześnie próbowało zerwać się na nogi i skulić w kulkę, znieruchomiała więc, wygięta pod dziwnym kątem.
- Co się dzieje?! Minerwo! - Albus wstał i odruchowo wyciągnął do niej dłoń.
Minerwa spojrzała na niego rozszerzonymi z przerażenia oczami. To uczucie… było nie do pomylenia z żadnym innym.
- Ktoś włamał się na teren posiadłości. – rzekła, gorączkowo skupiając się na odczuwanej wyrwie w setkach potężnych ochronnych zaklęć.
- Ale jak… kto… gdzie? – Albus rozejrzał się, różdżka już znalazła się w jego dłoni.
- W mauzoleum. – Minerwie wreszcie udało się namierzyć źródło alarmowego promieniowania.
- Hogwart. – wyszeptał Albus i podbiegł do drzwi. Nie zastanawiając się, Minerwa porwała swoją różdżkę i pobiegła za nim. Żadne z nich nie kłopotało się z butami i płaszczami. Wybiegli z rezydencji tak jak stali – w przypadku Minerwy boso - na świeży śnieg. Czarownica nie czuła jednak zimna.
Adrenalina szumiała jej w głowie, gdy długimi susami biegła za Albusem, gdy jej umysł gorączkowo analizował stan zniszczeń w ochronnej warstwie. Jeśli się nie myliła, to tylko jedna osoba mogła z taką łatwością włamać się do rodzinnego gniazda McGonagallów. Jeśli zaś to podejrzenie miało okazać się prawdą, to w niebezpieczeństwie nie były jedynie doczesne szczątki wielkich magów pochowanych w mauzoleum – znacznie poważniejszym problemem był tajny tunel Roweny łączący to miejsce z Hogwartem.
Przyspieszyła. Serce biło jej szaleńczo, gdy zza drzew wyłoniła się gotycka sylwetka mauzoleum. Wtem nagle Albus się zatrzymał, także prawie na niego wpadła.
Z rodzinnego grobowca Minerwy wyłoniła się pojedyncza ludzka postać.
Dzieliło ich kilkadziesiąt metrów, ale widziała go bardzo dokładnie.
Ubrany był w długą, prostą w kroju, czarną szatę, uwydatniającą niezdrowy, blady odcień jego skóry. Był całkowicie łysy – piękne czarne loki gdzieś zniknęły. Jego nos spłaszczył się, przypominając wąskie szparki węża. A jego oczy, niegdyś obsydianowe, teraz lśniły czerwienią.
Oto miała przed sobą Lorda Voldemorta – bo z tego Toma Riddle, którego kiedyś znała, nic już nie zostało.
Trzymając w dłoni różdżkę, zrobiła kilka kroków do przodu, wychodząc przed Albusa.
Ona, córa McGonagallów, potomkini Roweny Ravenclaw, zamierzała bronić swojego dziedzictwa, choćby miała zginąć.
Krótki ruch nadgarstkiem. Związanie części własnej mocy z luźnymi końcami sieci mającej chronić rezydencję. Śpiew magii w każdej komórce jej ciała. Z jej różdżki pomknął oślepiająco niebieski błysk. Voldemort otworzył szerzej oczy, gdy czar uderzył w wytworzoną przez niego tarczę. Minerwa zwiększyła natężenie magii. Voldemort skupił się, transmutując jej magię – wyczuwała to, ale nie mogła zareagować.
Różdżka w jej dłoni przegrzewała się. Metal tworzący rączkę uplastyczniał się, ale Minerwa praktycznie nie odnotowywała oparzeń na swoich dłoniach. Dopiero syk i okropny zapach palonego ciała odwrócił jej uwagę od utrzymywania zaklęcia.
- Przerwij to. Nie chciałbym zniszczyć tak cennych dłoni, milady. – zimny, nienawistny ton Voldemorta zmusił Albusa do działania. Dyrektor zaatakował czarnoksiężnika, Minerwa widziała to kątem oka. Lecz nie przewidziała, że Albus jednym szybkim ruchem popchnie ją, zaburzając koncentrację, pozwalając by zaklęcie Voldemorta trafiło ją, by jej różdżka poszybowała daleko, poza zasięg jej koncentracji, czyniąc ją bezbronną.
- Ukryj się za mną. On nie spodziewał się nas tutaj dziś. A na pewno nie nas obojga. – powiedział cicho Albus, odbijając kolejną wiązankę zaklęć, kierowaną równocześnie na nich dwoje. Minerwa była absolutnie zszokowana i przerażona, ale wykonała polecenie, schowała się za plecami Albusa.
To był naprawdę widowiskowy pojedynek. Minerwa, mimo całej swojej wiedzy na temat bitewnych zaklęć, nie wszystkie rozpoznawała. I po raz pierwszy zrozumiała też, dlaczego mawiano, że Dumbledore jest jedynym czarodziejem, którego Voldemort się boi.
Bo strach można było dostrzec nawet w tych płonących szkarłatem tęczówkach. Tak, Albus miał rację, bez względu na cel włamania się do mauzoleum, Voldemort nie spodziewał się ich tutaj, a na pewno nie razem. Słowa, które wysyczał do Albusa zdawały się to potwierdzać:
- Zdobędę ją! Myślisz, że możesz ją mieć wiecznie? NIE! Ona będzie moja! – deszcz sztyletów pomknął w ich stronę, ale Albus transmutował je w stalowego smoka, który skąpał Voldemorta w strumieniu srebrnego ognia.
Minerwa położyła delikatnie jedną dłoń na ramieniu Albusa. Żałowała, że nie widzi jego twarzy, ale mogła wyczuć niepokój.
- On się boi. Wie, że jesteś potężniejszy. Wie, że nigdy nie będzie miał tego… co mamy my. – wyszeptała do Albusa, posyłając mu nieco swojej mocy. To było niewiele, ale co mogła jeszcze zrobić?
I wtedy coś przyszło jej do głowy. Rozejrzała się, ale nie znalazła nic, czego mogłaby użyć. Sweter Molly, chociaż chronił ją przed zimnem, nie miał żadnych kieszeni. Ale miały je szaty Albusa.
- Min? – jedno ciche pytanie, nie odrywające go ani odrobinę od szaleńczej wymiany zaklęciowych ciosów.
- Zaufaj mi. – mruknęła, obejmując go od tyłu, przesuwając dłońmi po jego ciele, w poszukiwaniu kieszeni. Przez myśl jej przeszło, że gdyby nie okoliczności, delektowałaby się tą bliskością.
W lewej kieszeni jego szat znalazła galeona i funta. Na moment obracała monety w swoich przypalonych dłoniach, usiłując wymyślić, jak posłużyć się nimi w jak najlepszy sposób. Krzyknęła, gdy kolejne zaklęcie Voldemorta przedarło się przez tarczę Albusa i otarło jego ramię. Sam Voldemort zaśmiał się triumfalnie, widząc krew rozlewającą się na szacie dyrektora Hogwartu. Gniew napełnił Minerwę. Oczywiście, Albus był tak potężny, że samoleczenie u niego następowało bardzo szybko, lecz sam fakt… próby zranienia człowieka, który znaczył dla niej tak wiele…
Cisnęła monety w stronę Voldemorta, zbierając całą swoją magię i władzę nad posiadłością.
Czarnoksiężnik wyszczerzył zęby – widział jak monety w locie transmutują się w dwa sztylety. To było imponujące użycie magii bez różdżki, ale spodziewał się, że wystarczy machnąć dłonią, by zmienić lot sztyletu. I rzeczywiście, sztylety skręciły na dwie różne strony, omijając Voldemorta. Lecz wtedy rozległ się charakterystyczny trzask teleportacji.
- ZA MCGONAGALLÓW! – wrzasnął Wrzos, szef skrzatów domowych opiekujących się posiadłością. Odwrócił na moment uwagę Voldemorta. Czarnoksiężnik był zmuszony odepchnąć lecącego z prawej ze sztyletem skrzata za pomocą zaklęcia ze swej różdżki. To pozwoliło Albusowi rozsypać permanentną tarczę wroga z lewej strony.
- Incendio! – dzielny skrzat nawet nie krzyczał, gdy otoczyły go płomienie. Gardłowy wrzask wydobył się za to z ust skrzatki, która szybowała ku Voldemortowi z lewej.
Nie zdążył zareagować dostatecznie szybko.
- Lawenda! – zawołała Minerwa – Lawenda jako jedyna skrzatka w rezydencji była tu jeszcze za czasów jej rodziców.
- Reducto! – to zaklęcie było tak silne, że ciało skrzatki po prostu rozsypało się w czarny proszek. A jednak zdążyła wbić sztylet w udo Voldemorta.
Albus chciał wykorzystać ten cios, lecz Voldemort prędko odzyskał rezon i zaatakował wściekle. Minerwa, czując dziwny ucisk w klatce piersiowej w związku ze śmiercią dwóch najwierniejszych skrzatów domowych, sięgnęła do drugiej kieszeni przyjaciela.
Westchnęła, wyczuwając pomniejszony, aksamitny woreczek.
- Dasz radę to zrobić? – spytał Albus, transmutując nasłane przez Voldemorta krwiożercze nietoperze w kolorowe motyle.
- To jest coś, w czym jestem najlepsza. – odpowiedziała. Magia, której chciała użyć, nawet z różdżką wykraczała poza kompetencje czarodzieja, który OWUTEMY zdał na Wybitny. Lecz ona nie była zwykłą czarownicą. Była arcymistrzynią transmutacji.
Wyrzuciła w powietrze zawartość niewielkiego woreczka. Miniaturowe białe figury szachowe błyskawicznie zaczęły rosnąć, aż osiągnęły wielkość dorosłego człowieka. Minerwa zaczęła mamrotać zaklęcia, jedno za drugim, stojąc za Albusem, ale wznosząc dłonie ponad jego ramionami.
Biały szachowy król osłaniał ich przed zaklęciami Voldemorta.
Gońce wyminęły czarnoksiężnika, by ustawić się na wejściu do mauzoleum.
Konie zaszarżowały, ich kamienne ciała nic sobie nie robiły z defensywnych zaklęć Voldemorta.
Wieże zaatakowały z obu stron, nie pozwalając mu uciec w bok.
Biała królowa, której czarna korona lśniła jak wykonana z bloku obsydianu, uniosła miecz.
Minerwa wnosiła głos, na wpół śpiewając, na wpół krzycząc. Czar za czarem, zaklęcie za zaklęciem, klątwa przeciw klątwie.
Brzdęk tłuczonego szkła, gdy osłabiona zaklęciem Albusa tarcza Voldemorta rozsypała się pod naporem kamiennego miecza.
Jedno zaklęcie, które rozbiło w pył wieżę i pomknęło w lewo, przybierając na sile z każdym pokonanym metrem.
Trzask potężnej teleportacji, gdy Voldemort zniknął, zanim białe ostrze zatonęło w jego piersi.
Szachowe figury zniknęły, kiedy szok z powodu haniebnej ucieczki czarnoksiężnika zdekoncentrował Minerwę.
- Expecto Patronum! – wykrzyknął Albus. Odwróciła się do niego – w porę by zobaczyć srebrnego feniksa ulatującego w górę. Jednak zaraz potem wydała z siebie okrzyk rozpaczy.
Aleja potężnych lip i dębów, z których każde symbolizowało narodziny McGonagalla, teraz płonęła, niczym ognisty szpaler prowadzący wprost do piekła. Płomienie strzelały w górę, trawiąc dęby upamiętniające jej męskich przodków oraz lipy, będące pamiątkami narodzin cór szkockiego klanu.
Minerwa, nie zważając na płomienie, pobiegła w kierunku, w którym wydawało jej się, że poszybowała jej różdżka, krzycząc:
- Accio różdżka! Accio różdżka!
Jęknęła z ulgą, gdy znajomy kawałek drewna, okuty w srebro i ozdobiony szmaragdami wylądował wreszcie u jej stóp. Czarownica uniosła zimną już różdżkę i ryknęła:
- AGUAMENTI! - z jej różdżki wystrzelił strumień wody, ale to niewiele pomogło. Minerwa poczuła złość, bezsilność i rozpacz.
- Minerwo! Idź, wpuść członków Zakonu! – Albus wyminął ją i zaczął gasić pożar.
Czarownica zawahała się. Voldemort był w mauzoleum. Jeśli odkrył przejście, to Hogwart był zagrożony. Za nią płonęły ogromne drzewa. Ochrona posiadłości była w rozsypce, zaraz mogą zjawić się tu śmierciożercy. Minerwa znieruchomiała – kompletnie nie wiedziała co robić.
- Minerwo! – Albus odwrócił się do niej z zniecierpliwieniem, jednocześnie nie przestając wyczarowywać wody ze swojej różdżki.
Drgnęła i mechanicznie ruszyła płonącym szpalerem do bramy głównej. Wszędzie panował chaos – topiący się śnieg, szalejące płomienie, strzelające iskry. Zniszczone poczucie bezpieczeństwa. Strach, zupełnie niegodny opiekunki domu lwa.
Nogi same ją niosły, a stałe tarcze ochronne nie pozwalałby, by zraniły ją spadające płonące konary. Gdy dotarła do bramy, przed żelaznymi kratami zgromadził się już spory tłum magów.
- Minerwo! Co się stało?! – dosłyszała głos Poppy – kolejny znak, że zaklęcia ochronne częściowo upadły.
Nauczycielka transmutacji uniosła obie dłonie i zaczęła powoli intonować zaklęcia zdejmujące bariery. Widziała niepokój i przerażenie na twarzach członków Zakonu. Wiedziała, że musi wyglądać żałośnie, na tle płonącego szpaleru drzew. Ale nie obchodziło jej to.
Najgorsze było to, że Voldemort przełamał setki zaklęć, nałożonych przez pokolenia najpotężniejszych magów swoich generacji. I miała wrażenie, że zrobił to z łatwością, że te wszystkie czary ochronne znaczyły dla niego tyle co nic. A skoro rezydencja była tak łatwa do wtargnięcia, to czy Hogwart był nadal bezpieczny?
Zgrzyt. Brama zaczęła otwierać się powoli. Minerwa nie czekała. Odwróciła się i ruszyła z powrotem ku mauzoleum. Członkowie Zakonu dogonili ją dopiero w połowie drogi, wykrzykując pytania, domagając się rozkazów. Lupin nawet odważył się pociągnąć ją za rękaw. Lecz ona ignorowała ich. Brnęła uparcie w milczeniu przez błotnistą breję, krzywiąc się, gdy nastąpiła na rozżarzony kawałek drewna.
Albus niestrudzenie gasił szalejące interno. Gdy członkowie Zakonu go zobaczyli, pobiegli do niego. Minerwa nie musiała słyszeć jego słów, by wiedzieć, że połowę magów Dumbledore wysyła do Hogwartu, a drugiej połowie każe dogaszać płomienie.
Wyminęła go bez słowa. Szła powoli, ale nie zatrzymując się. Szmaragdowe oczy utkwiła w gotyckim budynku rodzinnego grobowca. Była już kilkanaście metrów od wejścia, gdy czyjeś ręce chwyciły ją za ramiona.
- Zwariowałaś?! Przecież on mógł zostawić tu pułapkę! – Albus zatrzymał ją fizyczną siłą. Minerwa odepchnęła go magią.
- Mógł odkryć tunel do Hogwartu! Trzeba się upewnić, czy zamek jest bezpieczny! – wrzasnęła, pozwalając, by ogarnęły ją spazmy złości, gniewu, strachu i obrzydzenia. Dopiero docierało do niej, że oto przed chwilą stała twarzą w twarz z Voldemortem.
- W takim razie ja wejdę pierwszy. – rzekł Albus ostrym tonem.
Minerwa miała ochotę wrzeszczeć, by zszedł jej z drogi, że w końcu to był jej dom, to był jej obowiązek, ale nie miała już sił.
Albus, z różdżką w pogotowiu, ruszył ku mauzoleum. Minerwa, nie oglądając się na zdezorientowanych członków Zakonu, ruszyła za nim.
Gdy tylko weszli do środka, Minerwa wydała z siebie zduszony okrzyk. Wszystko oprócz jednej rzeczy było na swoim miejscu.
Ogromna, ważąca kilkaset kilogramów, płyta sarkofagowa z zielonego marmuru leżała roztrzaskana na setki kawałków na wejściu do grobowca.
Jeden z grobowców był otwarty. Minerwa podeszła do niego, nie zważając na ostre odłamki zielonej skały raniące jej stopy.
Doskonale rozpoznała prostą, czarną, wiktoriańską suknię, okrywającą wychudzone, doskonale zmumifikowane ciało. Jednak twarz nieboszczki była zasłonięta przez zielony, aksamitny szalik.
Minerwa przymknęła oczy. Wspomnienie pojawiło się natychmiast. Wirujące płatki śniegu i śmiech uczniów wracających do domu na święta. Powóz z emblematem McGonagallów, stojący dumnie przed frontowymi drzwiami Hogwartu. Mały chłopiec obserwujący krzątaninę z dystansem i udawaną obojętnością.
,, To prezent ode mnie, panie Riddle. Wesołych świąt."
,, Czyli zlitowałaś się nad nim?"
,, Nie, Minerwo. Powiedzmy że to była krótka obustronna fascynacja. Poza tym nie wierzę, by pan Riddle był kimś, kto przyjąłby czyjąś litość."
Nie, Riddle nie chciał, by się nad nim litowano. Wtedy, gdy dostał ten szalik, nie wiedział, że dokładnie takie same McGonagallowie rozdają mugolskim dzieciom w szkockich wioskach należących do ich włości.
Kobieta, która podarowała mu go z czystej fascynacji, nie mogła podejrzewać, że dziesięciolecia później ten doskonale wychowany chłopiec zbezcześci jej grób, że ciśnie jej ten szalik w martwą, zasuszoną przez czas twarz.
Minerwa instynktownie sięgnęła po szalik. Albus jednak zareagował błyskawicznie, chwytając ją za rękę.
- Może być zaklęty. – mruknął ostrzegawczo. Pokiwała głową, pozwalając by wykonał nad szalikiem kilkanaście skomplikowanych zaklęć swoją długą różdżką. Wreszcie odezwał się:
- Nie jest wcale zaczarowany. Ale jak mniemam, ma jakieś znaczenie symboliczne?
Minerwa przełknęła ślinę i zrelacjonowała pierwsze spotkanie swojej babki z młodym Tomem Riddle.
- Zatem to tylko kolejny element mający cię przerazić. – uznał Albus, gdy skończyła mówić. Minerwa zacisnęła pięść. Na Merlina, tylko!? Przecież właśnie stali nad otwartym grobem jej babki!
Albus chyba nie zauważył jej oburzenia, bo za pomocą różdżki uniósł szalik i schował go ostrożnie do wyczarowanej torby. Minerwa westchnęła.
Twarz jej babki pozostawała dokładnie taka jak wtedy, gdy lady Theresa McGonagall zamykała oczy po raz ostatni. Minerwa czuła się dziwnie, patrząc na martwe ciało kobiety, którą kochała tak bardzo. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, że magia unosząca się w mauzoleum może zapobiegać rozkładowi ciał. Zawsze zakładała, że gdyby otworzyła którykolwiek z sarkofagów, znalazłaby jedynie kości. Teraz, patrząc na pergaminową skórę na policzku babki, Minerwa czuła się zupełnie zagubiona, samotna i przerażona.
Albus tymczasem pochylił się nad grobowcem i zajrzał za lewe ramię mumii.
- Co ty wyprawiasz? – warknęła oburzona Minerwa.
- Voldemort musiał chcieć czegoś więcej niż twojego strachu. Powiedz mi, czy pochowałaś babkę z dwoma kolczykami? – Albus wskazał ręką na głowę nieboszczki.
Minerwa zmarszczyła brwi. W jednym uchu jej babki nadal tkwił kolczyk z błękitnym kamieniem. Drugie ucho zaś było naderwane…
Żółć podeszła nauczycielce do gardła, gdy uświadomiła sobie, co zrobił Voldemort.
- Minerwo, te kolczyki. Co wiesz na ich temat? – Albus delikatnie dotknął jej łokcia.
- Ja… plotki… legendy… - Minerwa kręciła głową, patrząc na spokojne oblicze Theresy.
Albus lekko odsunął Minerwę, chyba zdając sobie sprawę, że niewiele z niej wydobędzie. Machnął różdżką, a kawałki marmuru z podłogi uniosły się w górę i powoli, element po elemencie, zaczęły składać się z powrotem w płytę. Gdy gotowa płyta, choć poprzecinana siatką pęknięć, ale scalona, unosiła się w powietrzu, dyrektor spojrzał pytająco na Minerwę. Pokiwała głową – jeden ruch różdżką i płyta nasunęła się na sarkofag, zamykając znów ciało lady Theresy McGonagall przed światem.
Gdy zgrzyt marmuru o marmur był już tylko echem, do mauzoleum wpadł zdyszany Alastor.
- Na Merlina, czy my w końcu się dowiemy o co chodzi? – ofuknął ich zdenerwowany auror.
Albus jedną ręką otoczył Minerwę, która była zbyt otępiała by zaprotestować, a drugą wypchnął Alastora z mauzoleum. Przed grobowcem zgromadzili się członkowie Zakonu. Na ich twarzach można było dostrzec setki niewypowiedzianych pytań. Za nimi Minerwa widziała dymiące kikuty niegdyś pięknych drzew.
- Lord Voldemort przełamał wszystkie zaklęcia chroniące posiadłość i włamał się do grobowca rodziny profesor McGonagall. Po krótkiej wymianie ognia teleportował się. Istnieje ryzyko, że odkrył istnienie tajnego tunelu łączącego posiadłość z Hogwartem, dlatego musimy nie tylko odbudować bariery otaczające rezydencję, ale również wzmocnić ochronę Hogwartu. Moody, obejmujesz dowodzenie tutaj. Zacznijcie od standardowych zaklęć. Potem zajmiemy się tymi bardziej skomplikowanymi. – zarządził Albus. Minerwa obserwowała jak członkowie Zakonu bledną na wzmiankę o Voldemorcie. Widziała jak z strachem oglądają się, jakby oczekiwali, że wróg czai się w którymś z zasypanych śniegiem krzewów. Moody jednak nie okazał niepokoju. Przesunął jedynie spojrzeniem od Minerwy do Albusa i spytał:
- A co z wami? Będziecie go szukać? Zabrał coś z rezydencji?
Minerwa zorientowała się, że drży z zimna, dopiero gdy Albus dyskretnie rzucił na nią ogrzewający czar bez użycia różdżki. Nie potrafiła odpowiedzieć na pytania Alastora. Mogła jedynie stać i patrzeć rozbieganym wzrokiem na zgromadzonych przed nią ludzi, desperacko potrzebujących pociechy, której nie mogła im dać.
- Najważniejsze jest bezpieczeństwo Hogwartu. – uciął Albus.
Minerwa pozwoliła, by poprowadził ją w stronę rezydencji. Mechanicznie stawiała kroki, skupiona jedynie na jego ramieniu, otaczającym jej talię. Nie czuła bólu w przemarzniętych i krwawiących stopach ani w oparzonych dłoniach, nie czuła magicznego wyczerpania. Szok nadal nie minął.
Albus nie odzywał się, ale gdy weszli do rezydencji, pstryknął palcami, przywołując jednego ze skrzatów.
- Znajdź jakieś ciepłe szaty dla milady. I bandaże oraz gorącą herbatę. – Albus z troską popatrzył na krwawe plamy na podłodze, jakie zostawiały stopy Minerwy. Ona sama pokuśtykała do salonu. Odetchnęła cicho gdy opadła na jedną z kanap.
Albus uparł się, by przebrała się w suche szaty i taktownie wyszedł, podczas gdy ona z ulgą zrzuciła mokrą tartanową spódnicę i lekko nadpalony sweter. Jednak miękki materiał jej ciemnych, nauczycielskich szat wcale nie zmniejszył poczucia zagrożenia, które cały czas wisiało nad nią.
Czuła się zupełnie zakłopotana, gdy Albus wróciwszy, odesłał skrzata i sam zaczął opatrywać jej stopy i ręce. Z drugiej jednak strony jego pewne, ciepłe dłonie dziwnie dodawały jej otuchy.
- Jak bardzo czujesz się wyczerpana? – spytał cicho dyrektor, gdy już był dostatecznie zadowolony z bandaży na jej stopach i dłoniach.
- Nie bardzo. To nie był zbyt mocny atak. – odpowiedziała. Fizycznie, niewiele odczuwała. O wiele gorzej czuła się emocjonalnie.
- Opowiesz mi o tych kolczykach, moja droga? – Albus ostrożnie usiadł obok i spokojnie spojrzał jej w oczy. Westchnęła. Ale zaczęła mówić.
- Pamiętasz, że Rowena Ravenclaw miała dwójkę dzieci. Starszy syn był pierwszym McGonagallem, jego ojcem był Salazar Slytherin. A młodsza córka zmarła bezpotomnie, jej ojcem był mugol. Na pewno słyszałeś też o diademie Roweny, który według legendy zaginął z ową córką. Mało kto jednak wie, że diadem był częścią zestawu biżuterii - w jego skład wchodziła też broszka. Rowena pragnęła, by broszkę otrzymała jej synowa, ale wcześniej przerobiła ją na kolczyki. Było to łatwe, bo broszka składała się z dwóch identycznych, rzadkich, jasnych szafirów. Kolczyki były przekazywane z pokolenia na pokolenie, ale w pewnym momencie jedna z moich praprapraprababek zorientowała się, że kolczyki nie składają się w broszkę. Po badaniach okazało się, że jeden jest wczesnośredniowieczną podróbką, a zdobi go ciemny akwamaryn, a nie jasny szafir. Niestety, Voldemort zabrał oryginał. – zakończyła Minerwa, krzywiąc się na wspomnienie naderwanego ucha babki.
- Ale skąd wiedział o tym? Skąd wiedział, że twoja babka została w nich pochowana? – wymamrotał Albus, marszcząc brwi.
Minerwa zamyśliła się. To było dobre pytanie. W końcu decyzję o założeniu babce tych rodowych kolczyków jako jedynej biżuterii było zupełnie spontaniczną decyzją Minerwy tuż przed pogrzebem…
- Reid. – wyszeptała, otwierając szeroko oczy. Albus spojrzał na nią pytająco:
- Reid pomagał mi przygotować ciało do pochówku. Voldemort musiał go zamordować, jak już uzyskał od niego informację o kolczykach. – wyjaśniła Minerwa. A potem dotarło do niej coś jeszcze.
- Świstoklik uzdrowicielski. – westchnęła.
- Co? – Albus przekrzywił głowę.
- Rody czystej krwi wręczały swoim uzdrowicielom świstoklik, który byłby w stanie przenieść ich do siedziby rodu w razie potrzeby. Moja babka musiała podarować Reid'owi taki świstoklik. To potężny przedmiot, bo ma w sobie zakodowane zaklęcie teleportacyjne zdolne przełamać bariery. Voldemort jest sprytny, pewnie zmodyfikował świstoklik, a przełamanie moich własnych barier rzuconych po śmierci babki nie mogło stanowić dla niego większego problemu. – opowiadała.
- Przynajmniej wiemy, jak i po co się tu dostał. Niepokoją mnie te kolczyki. Wiedziałem je już kiedyś. – Albus z wysiłkiem potarł skroń.
- Naprawdę? Ani ja, ani babcia nie przepadałyśmy za nimi – nie pasowały do niczego za bardzo. Moja matka lubiła je nosić. – Minerwa nie mogła uwierzyć, że Voldemort fatygował się z złamaniem całej ich obrony, tylko po to, by zdobyć jeden kolczyk.
- Hmmm. Na pewno są znajome. – Albus myślał intensywnie.
- Ale Albusie, po co mu one? Dlaczego tak mu na nich zależy? – spytała.
- Voldemort pożąda wszystkiego, co ma jakiś związek z założycielami Hogwartu. – wyjaśnił Albus, patrząc na nią z powagą.
Minerwa poczuła zimny dreszcz przebiegający po plecach. Pożąda wszystkiego, co ma związek z założycielami Hogwartu.
Ona, jako potomkini zarówno Roweny Ravenclaw, jak i Salazara Slytherina, na pewno wpisywała się w tę kategorię.
