Po z wysiłkiem wcisnął w siebie ostatniego pierożka, przez ostatni kwadrans zdołał opróżnić pięć talerzy oraz piętrową salaterkę. Wstał z wygodnego fotela, poklepał się po brzuchu i runął na łóżko. Był idealne – miękkie, lecz nie za bardzo, i na tyle duże, że można było na nim spać choćby i w poprzek. Stos poduszek chciał połknąć Smoczego Wojownika, a on nie miał zamiaru się im opierać. Dobrze wiedział, że odkąd nie chodził już tylko w spodenkach, powinien zdejmować do spania swój mocarny szlafrok, ale było mu tak dobrze, że nie miał ochoty choćby się ruszyć.
Cesarz umie dbać o swoich gości – pomyślał panda. Udostępnił dla Po całe skrzydło Pałacu, nakarmił, zgodził się przydzielić Mei Ling do rady, a także nie pozwolił, by wyczerpani udali się w podróż. Może był odrobinę niepokojący w obyciu, ale w gruncie rzeczy w porządku z niego gość.
Smoczy Wojownik był nawet skłonny zapomnieć o groźbie, jaką cesarz złożył w podziemnej komnacie, przy dziesięciu tysiącach ceramicznych świadków.
Dziesięć tysięcy, dziesięć tysięcy – pomyślał panda. Ostatnio zbyt często słyszał o tej liczbie. Pozwolił, by powieki mu opadły. Wokół panowała doskonała cisza, którą trudno było usłyszeć choćby w Jadeitowym Pałacu. Żadnej służby, niepotrzebnych kroków, czy nawet wiatru. Kto by pomyślał, że w środku największego Chińskiego miasta może być tak spokojnie. Czuł, że za chwilę zaśnie.
Wtedy ktoś przesunął drzwi na taras, na papierze między kratkami widać było cień lamparcicy. Po poruszył się na łóżku, gdy postać weszła do środka, cicha jak mgła.
– Mei Dao? – zapytał zaskoczony Panda. – Co ty tu robisz?
Wielkich oczach kotki widać było niepokój. Zanim się odezwała, spojrzała jeszcze raz za siebie, sprawdzając, czy nikt jej nie śledził.
– Przyszłam cię ostrzec, Smoczy Wojowniku. Moje ciotki są w mieście, nie wydaje mi się, że to przypadek. Możesz być w niebezpieczeństwie.
– Zaraz, zaraz, chcesz mi powiedzieć, że nie jestem bezpieczny w pałacu cesarza? – Po podniósł się niechętnie, zawartość brzucha zabulgotała cicho. – Przepraszam. Chodzi mi o to, że to najpilniej strzeżony pałac wśród pałaców.
– Tak pilnie strzeżony, że przeszłam tu, nie widząc żadnego strażnika.
To był argument trudny do podważenia. Po popatrzył przez otwarte drzwi i rozejrzał się wokół. Zobaczył grupkę żołnierzy prowadzących jakieś duże, drewniane urządzenie na okutych kołach. W ciemności nie mógł dokładnie dostrzec co to było, ale z pewnością ktoś jednak pałacu pilnował.
– A tamci to niby kto? – Wskazał ich palcem.
Mei Dao zmrużyła oczy.
– To nie są cesarscy żołnierze.
Nagle w tamtym miejscu zajaśniało kilkadziesiąt zapalonych lontów. W ich świetle panda rozpoznał hwacha'e, tę samą, którą widział niedawno pod karczmą. Tym razem była wymierzona wprost w niego.
Wystrzeliła pierwsza rakieta, ciągnąc za sobą sznur iskier. Uderzyła w dach, wybuch wstrząsnął skrzydłem budynku, w górę wystrzeliły ceramiczne dachówki i drzazgi. Potem poleciały następne, niczym grad meteorytów.
Po pociągnął Mei Dao i wsunął się pod łóżko. Seria huków była ogłuszająca, lekkie drewniane ściany nie wytrzymały, sufit zwalił się na łóżko wśród eksplozji błysków. Ciężkie łóżko trzasnęło, ale nie złamało się.
Nagle wszystko ucichło.
Po spojrzał na Mei Dao. Ta mimo ścisku i niebezpieczeństwa, uśmiechała się.
– Jest prawie tak samo, jak wtedy, gdy się poznaliśmy.
Panda przekręcił oczami. A to podobno on myślał tylko o jednym. Poczuł swąd dymu, poduszki musiały zająć się ogniem, a wyjście blokował gruby legar. Po chwycił ramę łóżka i z wielkim wysiłkiem przesunął go w bok, tworząc na tyle szerokie przejście, by nawet Smoczy Wojownik mógł się przecisnąć.
Jeszcze nie dawno bogato zdobiony pokój wyparował. Ściany i dach roztrzaskały się i leżały odrzucone na boki, zostawiają jedynie nagą podłogę. Obsługa hwachy zauważyła ich i już ładowała kolejne rakiety.
– Musimy uciekać – krzyknęła Mei Dao i chwyciła go za łapę.
– Nie bez mistrza Shifu.
Kotka skinęła głową.
– Gdzie on jest?
– Za tą machiną.
Ruszył bez słowa w stronę hwachy, Mei Dao zdołała wydusić z siebie jedynie krótki okrzyk protestu. Lont zapłonął na dziesiątkach rakiet, panda zrozumiał, że nie ma szans zdążyć, zanim wystrzelą. Nie zamierzał jednak zejść z linii strzału. Zwolnił i odetchnął. Nie wiedział z kim walczył, ani właściwie dlaczego, ale to oni powinny się teraz obawiać.
Pierwsza rakieta znów wyrwała się przed szereg i wystrzeliła z sykiem niczym kometa. Po wyczekał na odpowiednią chwilę, w porównaniu do kuli armatniej rakieta leciała dość wolno. Wreszcie panda uchylił się, a łapą uderzył w pocisk tak, by poleciał w górę, gdzie wybuch niczym fajerwerk.
Następne dwie rakiety wyleciały naraz. Wszystko działo się niczym zwolnionym tempie, Po nie miał pojęcia czy to przez ogniste ślady rakiet, ale futro na jego łapach miało złotą poświatę. Złapał w locie oba pociski i cisnął nimi z powrotem w stronę hwachy. Wybuch rozsadził machinę i odrzucił zwierzęta, które ją obsługiwały. Pozostałe rakiety wystrzeliły na raz w każdą stronę i zniknęły w seriach błysków oraz eksplozji, jak podczas noworocznych uroczystości.
– Ha, ha! – krzyknął Po. – To było jak uderzenie pioruna. Bang bang i…
– To było niezwykłe – powiedziała Mei Dao. – Ty, to wyglądało jakbyś świecił.
Czyli to nie było tylko złudzenie. Coś się z nim działo, odkąd wrócił ze świata duchów stawał się kimś innym. Tak jak wtedy, gdy pokonał demona z góry demonów. Nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać.
– Musimy iść po Shifu.
Przebiegli obok oszołomionych żołnierzy. Nie mieli cesarskiego uzbrojenia, większość z nich była w zbrojach noszących barwy armii Shena. To znaczyło, że mógł ich wynająć każdy, oddziały pawia zostały co prawda rozwiązane, ale żołnierze nie porzucili swoich zbroi, gdy rozpoczęli życie najemników.
Po wdrapał się na dach kolejnego skrzydła i zdał sobie sprawę, że nie wie, w którą stronę biec. Pałac był ogromny, skrzydeł pełnych pokoi, takich jak to, które przed chwilą wyparowało, była prawie setka.
– Na co czekamy? – zapytała Mei Dao.
– Nie wiem gdzie iść. Wiem, że powinienem wiedzieć, ale…
– Cicho.
– Przepraszam bardzo, ale nie zapominalstwo to nie jest powód, żeby…
Mei Dao przycisnęła mu palec do pyska. Po zrozumiał dopiero po chwili, że słyszy przytłumione odgłosy walki. Pobiegli w tamtą stronę, gdy znaleźli się tuż przy tarasach, ze skrzydła pałacu wyszła wataha wilków.
– Smoczy Wojownik nie może wejść do pałacu! – krzyknął jeden z nich.
– To szkoda, bo właśnie zamierzałem to zrobić – odrzekł panda.
Nie czekał aż ruszą na niego, sam zaatakował jako pierwszy. Walczył jak natchniony, świadomość, że Shifu mógł być w niebezpieczeństwie, dodawała mu determinacji. Tłukł pięściami, nogami i głową bez opamiętania. Pokonał dziesięciu, Mei Dao jedynie dwóch, ostatni wilk ratował się ucieczką do środka pałacu.
Po pobiegł za nim. Niepokoiło go, że nie słyszał już łoskotu walki. Wyszedł na korytarz pełen identycznych drzwi, za każdym z nich mógł być Shifu. Po otwierał jedno po drugim, ale każdy pokój był pusty. To nie mógł być przypadek, że w dwóch skrzydłach pałacu mieszkał jedynie Smoczy Wojownik i mistrz Jadeitowego Pałacu.
Otworzył kolejne drzwi, gdy widok zmroził mu krew w żyłach. Sypialnia Shifu była znacznie większa niż jego, bez problemu mogło się tu zmieścić trzydzieści nosorożców. Na podłodze, meblach a nawet okiennicach leżało dziesiątki wilków. Niektórzy byli nieprzytomni, inni rozmasowywali obite nogi czy ramiona. W rogu pomieszczania stały trzy kocice. Wszystkie były odwrócone plecami do Po i patrzyły na Shifu leżącego bezwładnie na ziemi.
Po poczuł, że się zaraz przewróci. Zakręciło mu się w głowie, nie miał pewności czy to co widzi jest prawdziwe, przez chwilę miał wrażenie, że Shifu wstaje, zaraz potem widział włócznię wystającą z jego ciała.
Su Wu spojrzała na Smoczego Wojownika i uśmiechnęła się szyderczo.
– Nieeeee! – krzyknął Po i ruszył na trzy kocice, ale wtedy do pokoju wdarły się kolejne wilki i zagrodziły mu drogę. Smoczy Wojownik walczy wściekle, by dotrzeć do Shifu. Zobaczył jak trzy kocice owijają go w czarny koc i uciekają z nim przez okno. Wtedy Panda dostał w głowę. Zatoczył się zamroczony, kilka uderzenie spadło na żebra i brzuch, cios mieczem zdołał zatrzymać, chwytając ostrze dwoma łapami tuż nad głową.
Nie mógł się skupić na walce, myślał jedynie o Shifu, o tym czy żyje i co z tego co widział było prawdą. Ktoś pociągnął go za pas szlafroku, Po wyprowadził kopnięcie, gdy zobaczył, że to Mei Dao walczyła u jego boku. Jak długo mu pomagała? Ile widziała?
– Weź się garść bo będzie z nami krucho! – krzyknęła.
– Porwali Shifu – odrzekł Po i ogłuszył wilka, który podszedł zbyt blisko. Mei Dao w tym czasie owinęła ogon wokół szyi innego napastnika i przyciągnęła go wprost na swoją pięść.
– Nie pomożesz mu martwy – rzuciła.
Co w jej słowach przywróciło mu trzeźwość myślenia. Miała rację, musieli uciekać. Wycofali do korytarza, którym przybiegli przed chwilą, pokonując przy okazji dwóch kulawych wilków, którzy chcieli zastawić im drogę. Mei Dao poprowadziła Po na zewnątrz Zakazanego Miasta przez dachy i równo przystrzyżone cesarskie ogrody.
Gdy stanęli na murach, rozległy się dzwony.
– Trochę za późno – powiedziała Mei Dao. – To nie przypadek, Po. Cesarz musiał o tym wiedzieć.
– Nie obchodzi mnie to.
Nie mógł zapomnieć tego co przed chwilą zobaczył. Jego mistrz, Shifu, porwany przez trzy kocice jakby był kawałkiem drewna. Gdy Smoczy Wojownik próbował sobie przypomnieć jakiekolwiek szczegóły, ogarniał go jedynie jeszcze większy lęk.
– Znajdziemy twojego msitrza – powiedziała Mei Dao. – Znam trochę przestępcze środowisko, ktoś na pewno się wygada.
– O to się nie martwię – przyznał Po. – Martwię się, czy Shifu będzie wtedy żył.
Po z wysiłkiem wcisnął w siebie ostatniego pierożka, przez ostatni kwadrans zdołał opróżnić pięć talerzy oraz piętrową salaterkę. Wstał z wygodnego fotela, poklepał się po brzuchu i runął na łóżko. Był idealne – miękkie, lecz nie za bardzo, i na tyle duże, że można było na nim spać choćby i w poprzek. Stos poduszek chciał połknąć Smoczego Wojownika, a on nie miał zamiaru się im opierać. Dobrze wiedział, że odkąd nie chodził już tylko w spodenkach, powinien zdejmować do spania swój mocarny szlafrok, ale było mu tak dobrze, że nie miał ochoty choćby się ruszyć.
Cesarz umie dbać o swoich gości – pomyślał panda. Udostępnił dla Po całe skrzydło Pałacu, nakarmił, zgodził się przydzielić Mei Ling do rady, a także nie pozwolił, by wyczerpani udali się w podróż. Może był odrobinę niepokojący w obyciu, ale w gruncie rzeczy w porządku z niego gość.
Smoczy Wojownik był nawet skłonny zapomnieć o groźbie, jaką cesarz złożył w podziemnej komnacie, przy dziesięciu tysiącach ceramicznych świadków.
Dziesięć tysięcy, dziesięć tysięcy – pomyślał panda. Ostatnio zbyt często słyszał o tej liczbie. Pozwolił, by powieki mu opadły. Wokół panowała doskonała cisza, którą trudno było usłyszeć choćby w Jadeitowym Pałacu. Żadnej służby, niepotrzebnych kroków, czy nawet wiatru. Kto by pomyślał, że w środku największego Chińskiego miasta może być tak spokojnie. Czuł, że za chwilę zaśnie.
Wtedy ktoś przesunął drzwi na taras, na papierze między kratkami widać było cień lamparcicy. Po poruszył się na łóżku, gdy postać weszła do środka, cicha jak mgła.
– Mei Dao? – zapytał zaskoczony Panda. – Co ty tu robisz?
Wielkich oczach kotki widać było niepokój. Zanim się odezwała, spojrzała jeszcze raz za siebie, sprawdzając, czy nikt jej nie śledził.
– Przyszłam cię ostrzec, Smoczy Wojowniku. Moje ciotki są w mieście, nie wydaje mi się, że to przypadek. Możesz być w niebezpieczeństwie.
– Zaraz, zaraz, chcesz mi powiedzieć, że nie jestem bezpieczny w pałacu cesarza? – Po podniósł się niechętnie, zawartość brzucha zabulgotała cicho. – Przepraszam. Chodzi mi o to, że to najpilniej strzeżony pałac wśród pałaców.
– Tak pilnie strzeżony, że przeszłam tu, nie widząc żadnego strażnika.
To był argument trudny do podważenia. Po popatrzył przez otwarte drzwi i rozejrzał się wokół. Zobaczył grupkę żołnierzy prowadzących jakieś duże, drewniane urządzenie na okutych kołach. W ciemności nie mógł dokładnie dostrzec co to było, ale z pewnością ktoś jednak pałacu pilnował.
– A tamci to niby kto? – Wskazał ich palcem.
Mei Dao zmrużyła oczy.
– To nie są cesarscy żołnierze.
Nagle w tamtym miejscu zajaśniało kilkadziesiąt zapalonych lontów. W ich świetle panda rozpoznał hwacha'e, tę samą, którą widział niedawno pod karczmą. Tym razem była wymierzona wprost w niego.
Wystrzeliła pierwsza rakieta, ciągnąc za sobą sznur iskier. Uderzyła w dach, wybuch wstrząsnął skrzydłem budynku, w górę wystrzeliły ceramiczne dachówki i drzazgi. Potem poleciały następne, niczym grad meteorytów.
Po pociągnął Mei Dao i wsunął się pod łóżko. Seria huków była ogłuszająca, lekkie drewniane ściany nie wytrzymały, sufit zwalił się na łóżko wśród eksplozji błysków. Ciężkie łóżko trzasnęło, ale nie złamało się.
Nagle wszystko ucichło.
Po spojrzał na Mei Dao. Ta mimo ścisku i niebezpieczeństwa, uśmiechała się.
– Jest prawie tak samo, jak wtedy, gdy się poznaliśmy.
Panda przekręcił oczami. A to podobno on myślał tylko o jednym. Poczuł swąd dymu, poduszki musiały zająć się ogniem, a wyjście blokował gruby legar. Po chwycił ramę łóżka i z wielkim wysiłkiem przesunął go w bok, tworząc na tyle szerokie przejście, by nawet Smoczy Wojownik mógł się przecisnąć.
Jeszcze nie dawno bogato zdobiony pokój wyparował. Ściany i dach roztrzaskały się i leżały odrzucone na boki, zostawiają jedynie nagą podłogę. Obsługa hwachy zauważyła ich i już ładowała kolejne rakiety.
– Musimy uciekać – krzyknęła Mei Dao i chwyciła go za łapę.
– Nie bez mistrza Shifu.
Kotka skinęła głową.
– Gdzie on jest?
– Za tą machiną.
Ruszył bez słowa w stronę hwachy, Mei Dao zdołała wydusić z siebie jedynie krótki okrzyk protestu. Lont zapłonął na dziesiątkach rakiet, panda zrozumiał, że nie ma szans zdążyć, zanim wystrzelą. Nie zamierzał jednak zejść z linii strzału. Zwolnił i odetchnął. Nie wiedział z kim walczył, ani właściwie dlaczego, ale to oni powinny się teraz obawiać.
Pierwsza rakieta znów wyrwała się przed szereg i wystrzeliła z sykiem niczym kometa. Po wyczekał na odpowiednią chwilę, w porównaniu do kuli armatniej rakieta leciała dość wolno. Wreszcie panda uchylił się, a łapą uderzył w pocisk tak, by poleciał w górę, gdzie wybuch niczym fajerwerk.
Następne dwie rakiety wyleciały naraz. Wszystko działo się niczym zwolnionym tempie, Po nie miał pojęcia czy to przez ogniste ślady rakiet, ale futro na jego łapach miało złotą poświatę. Złapał w locie oba pociski i cisnął nimi z powrotem w stronę hwachy. Wybuch rozsadził machinę i odrzucił zwierzęta, które ją obsługiwały. Pozostałe rakiety wystrzeliły na raz w każdą stronę i zniknęły w seriach błysków oraz eksplozji, jak podczas noworocznych uroczystości.
– Ha, ha! – krzyknął Po. – To było jak uderzenie pioruna. Bang bang i…
– To było niezwykłe – powiedziała Mei Dao. – Ty, to wyglądało jakbyś świecił.
Czyli to nie było tylko złudzenie. Coś się z nim działo, odkąd wrócił ze świata duchów stawał się kimś innym. Tak jak wtedy, gdy pokonał demona z góry demonów. Nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać.
– Musimy iść po Shifu.
Przebiegli obok oszołomionych żołnierzy. Nie mieli cesarskiego uzbrojenia, większość z nich była w zbrojach noszących barwy armii Shena. To znaczyło, że mógł ich wynająć każdy, oddziały pawia zostały co prawda rozwiązane, ale żołnierze nie porzucili swoich zbroi, gdy rozpoczęli życie najemników.
Po wdrapał się na dach kolejnego skrzydła i zdał sobie sprawę, że nie wie, w którą stronę biec. Pałac był ogromny, skrzydeł pełnych pokoi, takich jak to, które przed chwilą wyparowało, była prawie setka.
– Na co czekamy? – zapytała Mei Dao.
– Nie wiem gdzie iść. Wiem, że powinienem wiedzieć, ale…
– Cicho.
– Przepraszam bardzo, ale nie zapominalstwo to nie jest powód, żeby…
Mei Dao przycisnęła mu palec do pyska. Po zrozumiał dopiero po chwili, że słyszy przytłumione odgłosy walki. Pobiegli w tamtą stronę, gdy znaleźli się tuż przy tarasach, ze skrzydła pałacu wyszła wataha wilków.
– Smoczy Wojownik nie może wejść do pałacu! – krzyknął jeden z nich.
– To szkoda, bo właśnie zamierzałem to zrobić – odrzekł panda.
Nie czekał aż ruszą na niego, sam zaatakował jako pierwszy. Walczył jak natchniony, świadomość, że Shifu mógł być w niebezpieczeństwie, dodawała mu determinacji. Tłukł pięściami, nogami i głową bez opamiętania. Pokonał dziesięciu, Mei Dao jedynie dwóch, ostatni wilk ratował się ucieczką do środka pałacu.
Po pobiegł za nim. Niepokoiło go, że nie słyszał już łoskotu walki. Wyszedł na korytarz pełen identycznych drzwi, za każdym z nich mógł być Shifu. Po otwierał jedno po drugim, ale każdy pokój był pusty. To nie mógł być przypadek, że w dwóch skrzydłach pałacu mieszkał jedynie Smoczy Wojownik i mistrz Jadeitowego Pałacu.
Otworzył kolejne drzwi, gdy widok zmroził mu krew w żyłach. Sypialnia Shifu była znacznie większa niż jego, bez problemu mogło się tu zmieścić trzydzieści nosorożców. Na podłodze, meblach a nawet okiennicach leżało dziesiątki wilków. Niektórzy byli nieprzytomni, inni rozmasowywali obite nogi czy ramiona. W rogu pomieszczania stały trzy kocice. Wszystkie były odwrócone plecami do Po i patrzyły na Shifu leżącego bezwładnie na ziemi.
Po poczuł, że się zaraz przewróci. Zakręciło mu się w głowie, nie miał pewności czy to co widzi jest prawdziwe, przez chwilę miał wrażenie, że Shifu wstaje, zaraz potem widział włócznię wystającą z jego ciała.
Su Wu spojrzała na Smoczego Wojownika i uśmiechnęła się szyderczo.
– Nieeeee! – krzyknął Po i ruszył na trzy kocice, ale wtedy do pokoju wdarły się kolejne wilki i zagrodziły mu drogę. Smoczy Wojownik walczy wściekle, by dotrzeć do Shifu. Zobaczył jak trzy kocice owijają go w czarny koc i uciekają z nim przez okno. Wtedy Panda dostał w głowę. Zatoczył się zamroczony, kilka uderzenie spadło na żebra i brzuch, cios mieczem zdołał zatrzymać, chwytając ostrze dwoma łapami tuż nad głową.
Nie mógł się skupić na walce, myślał jedynie o Shifu, o tym czy żyje i co z tego co widział było prawdą. Ktoś pociągnął go za pas szlafroku, Po wyprowadził kopnięcie, gdy zobaczył, że to Mei Dao walczyła u jego boku. Jak długo mu pomagała? Ile widziała?
– Weź się garść bo będzie z nami krucho! – krzyknęła.
– Porwali Shifu – odrzekł Po i ogłuszył wilka, który podszedł zbyt blisko. Mei Dao w tym czasie owinęła ogon wokół szyi innego napastnika i przyciągnęła go wprost na swoją pięść.
– Nie pomożesz mu martwy – rzuciła.
Co w jej słowach przywróciło mu trzeźwość myślenia. Miała rację, musieli uciekać. Wycofali do korytarza, którym przybiegli przed chwilą, pokonując przy okazji dwóch kulawych wilków, którzy chcieli zastawić im drogę. Mei Dao poprowadziła Po na zewnątrz Zakazanego Miasta przez dachy i równo przystrzyżone cesarskie ogrody.
Gdy stanęli na murach, rozległy się dzwony.
– Trochę za późno – powiedziała Mei Dao. – To nie przypadek, Po. Cesarz musiał o tym wiedzieć.
– Nie obchodzi mnie to.
Nie mógł zapomnieć tego co przed chwilą zobaczył. Jego mistrz, Shifu, porwany przez trzy kocice jakby był kawałkiem drewna. Gdy Smoczy Wojownik próbował sobie przypomnieć jakiekolwiek szczegóły, ogarniał go jedynie jeszcze większy lęk.
– Znajdziemy twojego msitrza – powiedziała Mei Dao. – Znam trochę przestępcze środowisko, ktoś na pewno się wygada.
– O to się nie martwię – przyznał Po. – Martwię się, czy Shifu będzie wtedy żył.
