27. PLAN

– Kim była ta ruda kobieta z Zakazanego Lasu?

Leżeli w Pokoju Życzeń, gotowi do snu, po trzech godzinach ćwiczeń zaklęć pod okiem Lupina.

– Niestety nie wiem, nie znam jej – odpowiedział Draco z żalem. Opierał brodę na łokciach, leżąc na brzuchu. – Jak się w ogóle domyśliłeś, że coś się dzieje?

– Samo do mnie przyszło. – Harry uśmiechnął się, trzymając ręce za głową. Draco zaczął jeździć palcem po jego klatce piersiowej oraz brzuchu. – Zaczęło mnie zastanawiać, co mi nie pasowało, gdy centaury nas pojmały. Wtedy sobie przypomniałem, że przecież wśród centaurów nie ma samic. A przynajmniej nie w Zakazanym Lesie. Doszło do mnie, że musiała użyć jakiegoś potężnego zaklęcia, żeby ich omamić. Do tego ktoś musiał wprowadzić tu tego wilkołaka, prawda?

– To ma sens – przyznał Draco.

– Mam nadzieję, że tak było, bo innych pomysłów nie mam – zażartował.

Zapadła cisza. Harry patrzył na Draco, który z zainteresowaniem badał każdy kawałek jego odsłoniętej skóry. Ich spojrzenia się skrzyżowały. Harry nagle poczuł, że ma w gardle sucho, a oddychanie stanowiło problem. To coś, co było w oczach Draco... przyciągało go i zabijało, powoli odcinając od rzeczywistości.

Nie wiedzieć kiedy przysunęli się do siebie. A potem były już tylko usta i ręce, język i ciało. Harry gorączkowo ocierał się, jęczał, przyciągał, obejmował, drapał, wbijał, sapał. A Draco oddawał mu to wszystko z nawiązką, pragnąc równie mocno.

Rozbierali się wzajemnie ze spodenek, chcąc już spełnić potrzeby i pragnienia. Z mgłą wojny wiszącą nad ich głowami, nie myśleli, żeby czekać na lepszy dzień, lepszy moment – jutro mogło nigdy nie nadejść. Któryś z nich mógł umrzeć. Nie było czasu na przejmowanie się jakąkolwiek przyziemną sprawą. Liczyło się tylko to, żeby zapewnić drugą stronę o uczuciu, jednocześnie spełniając własne potrzeby.

Harry zajęczał głośno, zaciskając powieki, gdy Draco wziął jego penis w usta. To było coś zupełnie nowego, całkowicie odmiennego od robienia sobie dobrze ręką czy zaklęć wszelkiej maści (których nauczył się z gazety, jaką kiedyś zwędził Seamusowi). A najpiękniejsze w tym wszystkim było to, że uczucie było cholernie przyjemne.

– Podoba ci się? – spytał Draco, kręcąc językiem kółka na czubku przyrodzenia Harry'ego.

– Mhm! – wydusił z siebie cokolwiek, byle tylko Draco nie przestawał.

I nie przestał. Zajmował się nim z najwyższą uwagą, starannością i życzliwością, na jaką go tylko było stać. Chciał nie tylko sprawić ogrom przyjemności Harry'emu, chociaż to było jego głównym celem, ale także w niewerbalny sposób pokazać, że uwielbiał go całego. Jako jego. I nie obchodziło go, czy był Wybrańcem, czy najgorszą łamagą na świecie.

W słowach nie był tak dobry jak w czynach.

Harry już odlatywał gdzieś hen, hen daleko, do krainy marzeń, snów, pragnień. Cokolwiek Draco z nim robił, Merlinie, trzymaj go tam! Niech tylko nie przestaje! Przecież...! Ach, był cholernie blisko.

Właśnie wtedy Draco przestał. Odpowiedział mu zawiedziony jęk.

– Poczekaj – zamruczał, sięgając po różdżkę. Wymamrotał zaklęcia, po czym pocałował Harry'ego. Różdżka znów poszła w zapomnienie. – Chcesz się ze mną kochać?

– Merlinie, tak! Zrób to! – załkał, wyginając się tak, byle tylko ciągle ocierać o Draco.

O tak, idealnie. Draco nie potrzebował dalszych zapewnień. Niewiele myśląc, złapał swój penis, a potem delikatnie wszedł w Harry'ego. Co prawda rzucił zaklęcia nawilżające, rozluźniające i zabezpieczające przed chorobami, Harry mógł jednak czuć zwyczajny dyskomfort w pierwszym momencie.

– Och, Draco... – Przyciągnął go do pocałunku. – Pragnę cię tak bardzo... Kocham cię.

– Ja ciebie też kocham, Harry.


W Wielkiej Sali zawrzało, gdy Harry do niej wkroczył. Szepty, wytykanie palcami, pochyleni ku sobie ludzie zezujący w jego stronę to wystarczające oznaki tego, co stanowiło temat ich rozmów. On i Draco.

Wyszli osobno. Harry uznał, że pójdzie przodem, podczas gdy Draco wolał pójść do kuchni po cokolwiek do jedzenia – jak powiedział, nie miał siły na walkę ze stadem rozwścieczonych sklątek tylnowybuchowych.

Zrozumiałe.

Przełknąwszy gulę, ignorował kolejny raz w swoim życiu wszystkich, po czym usiadł sam na krańcu stołu Gryffindoru. Kątem oka widział, że Hermiona, Ron i Ginny wpatrują się w niego. Tylko ta pierwsza z czymś w rodzaju rozczarowania i niepokoju, a rodzeństwo tak, jakby był wyjątkowo obrzydliwą kupą smoczego łajna.

Przykro mu było. Tyle lat się przyjaźnili, a wszystko poszło w zapomnienie tylko i wyłącznie przez fakt, że Harry pokochał Ślizgona. Wroga. Draco.

Nie potrafili zrozumieć, że Draco wcale nie był złym człowiekiem. Nie chciał uczestniczyć w tym bagnie, nie chciał służyć Voldemortowi, nie chciał być kolejnym pionkiem w grze. Tak samo jak Harry nie potrafił znieść myśli, że Dumbledore bawił się nim niczym marionetką. Byli różni, a jednocześnie tak podobni. Chyba właśnie te podobieństwa tak mocno zbliżyły ich do siebie w tak krótkim czasie.

Po nadejściu poczty chwycił egzemplarz Proroka.

ZAMACH NA MINISTERSTWO MAGII!

W nocy z niedzieli na poniedziałek miał miejsce atak na Ministerstwo Magii w Londynie. Grupa Śmierciożerców szturmem zajęła budynek, biorąc zakładników, którzy się poddali. Ci, którzy wykazali jakikolwiek opór, byli torturowani, a potem zabijani przez popleczników Sami-Wiecie-Kogo.

Nasz reporter, który przesłuchał zbiegłych ze zdarzenia świadków mówi, że to pokaz siły ze strony Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Opóźnił on tym atakiem plany oraz podpisanie przez Rufusa Scrimgeura dokumentu, przez który miał zostać nowym Ministrem Magii.

Krążą pogłoski z niepewnego źródła, że następnym celem ataku ma być Szkoła Magii i Czarodziejstwa pod dyrektywą Albusa Dumbledore'a. Czy Sami-Wiecie-Kto odważy się zaatakować szkołę, w której wciąż przebywa jedyny czarodziej, jakiego się obawiał?

Westchnął, przecierając twarz. Cały apetyt z niego uleciał, żołądek zawiązał się w supeł. Czy właśnie dostał do rąk potwierdzenie swoich obaw? Czy mieli aż tak mało czasu, żeby działać? Popatrzył na stół kadry nauczycielskiej. Żaden z nich nie wyglądał na zaniepokojonego. Nawet Dumbledore wesoło rozmawiał z McGonagall, której kąciki ust uniosły się w wątłym uśmiechu.

Mogło zdarzyć się cokolwiek?

Wtedy zauważył, że wśród nauczycieli nie ma Snape'a. To go mocno zaniepokoiło. Wiedział, że nieobecność Mistrza Eliksirów może oznaczać tylko jedno: wezwanie. Harry błagał w duchu Merlina, żeby mężczyzna wykazał się rozsądkiem i nie zaatakował Nagini. Potrzebowali go. Musiał żyć, inaczej ich szanse na pokonanie Voldemorta, oszukanie Dumbledora i wygraną znacznie malały.

Teraz jednak powinien pójść do Remusa. Tylko skąd wziąć czas? Remus zapewne miał zajęcia, a Harry powinien iść na Transmutację. Musiał go złapać później, chociaż liczyła się każda minuta.

Miał nadzieję, że Draco już jakimś cudem przeczytał artykuł i wyciągnął odpowiednie wnioski.

Napił się soku dyniowego, rzucił ostatnie spojrzenie na gazetę, a potem wstał od stołu, narzucając torbę na ramię. Nagle szepty, uprzednio dość drażniące, wydały się mu niczym w porównaniu z Voldemortem dyszącym w kark.

Wyszedł samotnie z Wielkiej Sali.


Nie potrafił się skupić, zajęty układaniem planu. Chciał go po lekcjach przedstawić Lupinowi, Snape'owi oraz Draco. Musiał wiedzieć, co myślą. Trzeba było działać. Teraz, gdy tylko Nagini dzieliła ich od pokonania Voldemorta, wiele rzeczy mogło pójść nie tak.

Po pierwsze, ściągnięcie Voldemorta na Grimmauld Place wymagało poświęcenia. Potrzebowali przynęty tak dobrej, że to aż niemożliwe. I jednocześnie musieli najpierw rzucić zaklęcie poświęcenia życia, a dopiero potem zgładzić Voldemorta. Tylko przed tym jeszcze trzeba zabić Nagini. Harry wiedział, iż najlepszym strzałem byłoby zwabienie go i zabicie węża na miejscu – wtedy, i tylko wtedy, Snape miał szansę na przeżycie.

Po drugie, wciąż zostawała kwestia Dumbledore'a. Starzec miał plan, asa w rękawie, o którym nie wiedzieli. Nikt w Zakonie nie wiedział, jakie tajemnice skrywał, gdyż Dumbledore przestał mówić o wszystkim. Nie, żeby kiedykolwiek robił inaczej. Harry skrycie liczył na to, że po śmierci Voldemorta ta kwestia sama się rozwiąże.

Po trzecie, wbrew prośbie Syriusza, musiał poinformować Draco i Snape'a o jego istnieniu. Najlepiej by było, żeby we czterech znaleźli się na Grimmauld Place jeszcze przed planowanym pokonaniem Voldemorta, co dałoby im czas do rozmowy. Wtedy też Harry mógłby pokazać im księgi, które znalazł w piwnicy domu Blacków.

Po czwarte, Voldemort na pewno przybędzie ze swoimi Śmierciożercami. Harry chciałby wierzyć, że tak nie będzie, lecz Voldemort był zbyt wielkim paranoikiem, aby pojawić się wyłącznie w towarzystwie Nagini. Poza tym lubił mieć widownię. Dlatego także im przydałyby się posiłki. Może warto byłoby wkręcić Zakon? Tylko jak sprawdzić, kto jest lojalny wobec niego, a kto wobec Dumbledore'a? A może podać im tylko czas?

Po piąte, państwo Malfoy. Jeśli tylko Voldemort zechce, bardzo łatwo będzie mógł skrzywdzić Draco. Powodów z pewnością miał wiele: usunięcie Mrocznego Znaku, odcięcie się od niego, zawarcie przyjaźni czy sojuszu z Harrym. Pozostawało mieć nadzieję, że Snape'owi uda się porozmawiać z Lucjuszem i Narcyzą, nakłonić ich do zmiany miejsca zamieszkania.

Och, tak, całkiem sporo problemów. A ile przy tym niewiadomych! Harry'ego bolała od tego wszystkiego głowa. Nie miał w ogóle sił, podczas gdy powinien jeszcze wygospodarować trochę czasu na nadrobienie nauki oraz napisanie prac domowych.

I niech mu ktoś powie, że bycie Wybrańcem jest wspaniałe.

– Co byście zrobili na moim miejscu...? – wyszeptał w przestrzeń Harry.

Chciałby, żeby rodzice żyli i mu pomagali. Chociaż, gdyby żyli, zapewne nie byłby pieprzonym Wybrańcem i nie miałby pieprzonego Voldemorta na karku. Takie życie, bez czarnoksiężnika, wydało się Harry'emu jakoś o wiele łatwiejsze.

Pewnie takie by było.

Na razie jednak musiał wrócić do rzeczywistości. Jak pozbędzie się Voldemorta, z pewnością będzie lepiej. Najpierw czekała go oczywiście jeszcze niecała godzina z Transmutacją, potem Zaklęcia, a po nich będzie mógł udać się do Remusa i podzielić się z nim wszystkim, co wymyślił.


– Czytałeś artykuł w Proroku?

– Tak. – Remus przekrzywił głowę. – Nie mamy za wiele czasu.

– No nie.

– Czym chciałeś się ze mną podzielić?

– Wymyśliłem plan. Chciałem, żebyś powiedział, co o nim sądzisz – przyznał Harry.

Siedzieli we dwóch w prywatnych komnatach Lupina. Skrzaty domowe przyniosły im lunch, żeby mogli zjeść w spokoju, gdy wszyscy inni ucztowali w Wielkiej Sali.

– Nie możemy zacząć działać do czasu, aż Snape nie namówi rodziców Draco do ukrycia się w twoim domu – zaczął, jednocześnie jedząc sałatkę. – To naraziłoby i ich, i Draco na zbyt wielkie niebezpieczeństwo. Nie mogę tak ryzykować.

Remus skinął głową.

– To zrozumiałe, mów dalej.

Harry przełknął.

– Zacząłem się zatem zastanawiać nad tym, co już ci mówiłem. I jak sprowadzenie Voldemorta w pobliże Grimmauld Place wydaje się być całkiem proste, tak wątpię, żeby przybył sam. Potrzebujemy posiłków. Myślałem więc, żeby dać członkom Zakonu znać, gdzie i kiedy coś się święci, ale jednocześnie nie mówić zbyt dużo. Oni mogliby się wtedy pojawić w roli wsparcia, a my mielibyśmy plecy. To też ułatwiłoby zbliżenie się do Nagini bez głupiego ryzykowania życia Snape'a. Wtedy zabić ją może ktokolwiek. Byle tylko Voldemort skupił się na mnie. – Upił łyk herbaty. – Ważne jest, żeby go nie zabić przed zaklęciem zamieniającym jego życie za Syriusza.

Remus przemyślał wszystko, co miał mu do powiedzenia Harry, a potem posłał chłopcu uśmiech.

– Jak mówiłem, rodzice byliby z ciebie cholernie dumni.

– A, jeszcze jedna rzecz! – przypomniał sobie. – Uznałem, że Snape i Draco powinni wiedzieć o Syriuszu.

– Nie powiedziałeś mu? – zdziwił się Remus, odchylając nieco do tyłu.

– No... nie. – Harry podrapał się po głowie z zakłopotaniem. Też czasem sobie to wyrzucał, bo nie lubił mieć tajemnic przed Draco. – Syriusz mnie prosił, więc uszanowałem jego prośbę. Ale teraz uważam, że akurat oni powinni wiedzieć.

– To bardzo dojrzałe z twojej strony – mruknął Remus. – I tak, zgadzam się z tobą. Też uważam, że Severus oraz Draco powinni wiedzieć o Syriuszu.

Harry uśmiechnął się. Cieszył się, że Remus popierał jego zdanie. Z pewnością, gdy przemyśli wszystko, co usłyszał, wpadnie na coś jeszcze, co mogliby poprawić lub zrobić lepiej, ale dokładnie o to Harry'emu chodziło. Chciał, żeby mężczyzna dodał coś od siebie. Wszystko przez doświadczenie, którego Harry'emu tak bardzo brakowało.

– Jest jeszcze jedna kwestia, którą chcę poruszyć – przyznał po chwili milczenia.

– Jaka?

– Wolałbym to już zostawić do czasu, aż przybędziemy na Grimmauld Place. Teraz muszę porozmawiać z Syriuszem, żeby go wtajemniczyć w nasz plan. Wolę nie robić mu niespodzianki ze Snape'em i Draco w roli głównej.

– Jeśli chcesz, możesz zrobić to teraz za pomocą mojego kominka – zaoferował się Remus, nie dopytując, co jeszcze chodziło Harry'emu po głowie.

– Dzięki.

Wstał od stołu, po czym podszedł do rzeczonego kominka. Wziął garść proszku Fiuu, rzucił w beztrosko palące się polana, a potem powiedział wyraźnie:

– Grimmauld Place 12!

Wszedł w zielone płomienie, aby zaraz wylądować niezgrabnie w domu chrzestnego.

– Syriusz? – zawołał, rozglądając się po salonie.

Duch Syriusza przeniknął przez ścianę od strony kuchni. Wyraźnie zainteresował się wizytą chrześniaka w trakcie dnia zajęć.

– Harry! Co się stało?

Harry właściwie nie wiedział, jak zacząć. Zdawał sobie sprawę, że jego i Snape'a łączyła nieciekawa przeszłość. Nawet za życia, gdy Zakon spotykał się w tym domu, Syriusz i Snape skakali sobie często do gardeł. Nie pozabijali się chyba tylko przez obecność innych członków organizacji.

– Mam pewien plan, jak pokonać Voldemorta – zaczął ostrożnie.

– To świetnie! – dał upust radości, lecz zaraz uniósł brew. – Czemu ze mną o tym rozmawiasz? W moim stanie raczej nie mogę ci pomóc – zauważył, czekając na puentę.

Harry pokiwał głową. Szykował się już na najgorsze. Starał się jednak mówić cicho, żeby nie rozdrażnić ducha. Nie chciał słuchać krzyków Syriusza.

– Chcę pojawić się tu w najbliższym czasie z Remusem i... Draco oraz Snape'em.

Co?!

– Syriuszu, to ważne! – wyrzucił z rozpaczą, widząc coraz większą złość na twarzy chrzestnego. – Oni naprawdę nam pomagają! Są po naszej stronie, przecież wiesz!

– I dlatego znów mam oglądać twarz Smarkerusa?

– Syriuszu, proszę cię. Naprawdę. Najpierw przychodzę do ciebie, żeby się zapytać, ale... To ważne. Żeby wiedzieli. Proszę, zrozum. – Harry wziął głęboki oddech. – Oni muszą wiedzieć o twojej obecności. Mam plan i bez nich się nie uda. Nie mogę ufać nikomu. Ron i Hermiona odwrócili się ode mnie, a Dumbledore wpakował mnie w to całe bagno.

Syriusz nie wyglądał na kogoś, kto dał się przekonać. Szczerze powiedziawszy, Harry miał wrażenie, że gdyby tylko mógł, mężczyzna już dawno by go przeklął.