Albus siedział przy barze gospody ,,Pod Świńskim Łbem", a obok stała opróżniona do połowy butelka rumu. Czarodziej zupełnie bezwiednie okręcał kosmyk srebrnych włosów wokół palców, od czasu do czasu jedynie wzdychając ciężko.
Wszystko się sypało.
Nie kontrolował już sytuacji w Hogwarcie – kolejne dekrety zalewały jego biurko, a on nie mógł zrobić absolutnie nic, by zablokować ich wejście w życie. Umbridge powoli, krok za krokiem pozbawiała go realnej władzy, Prorok Codzienny pozbawiał go szacunku i reputacji, plotki o jego rzekomym szaleństwie odsuwały od niego niegdyś drogich mu ludzi. Nauczyciele już nie przychodzili do niego po rady, uczniowie rzucali mu nieprzychylne spojrzenia – wiedzieli, jak bardzo jest bezsilny.
Zacisnął pięść. Tak, chodziło o bezradność – nie udało mu się osiągnąć trwałego porozumienia z olbrzymami, nie udało mu się powiększyć szeregów Zakonu, nie udało mu się ochronić Hogwartu przez okropną różową wiedźmą i nie udało mu się powstrzymać ucieczki najgroźniejszych śmierciożerców z Azkabanu.
Nie był w stanie już chronić nikogo, a Voldemort zadbał o to, by swoją niemoc Albus odczuwał z pełną świadomością.
Bariery ochronne, wiekowe czary, potężne zaklęcia – to wszystko było niczym dla Voldemorta. Gdyby zechciał… mógłby….
Albus przymknął oczy. Tak bardzo się martwił. Przed wszystkimi mogła udawać twardą, niewzruszoną – przed Umbridge, przed uczniami, nawet przed Zakonem. Ale on doskonale widział, jak tamto spotkanie nią wstrząsnęło.
Voldemort osiągnął swój cel – zastraszył Minerwę McGonagall.
- Straszysz mi stałą klientelę. – warknął Aberforth, nerwowo wycierając brudną szklankę. Albus podskoczył, przypominając sobie o tym, gdzie się znajduje.
- Mam sobie iść? – spytał, spokojnie patrząc w oczy brata – tak podobne do jego własnych.
- Przenieś się na górę – nie musisz dawać im kolejnego dowodu na to, że oszalałeś. – mruknął mag, jego głos zabrzmiał zaskakująco miękko. Albus posłusznie powlókł się po schodach do prywatnych pokoi brata, jednocześnie zastanawiając się, od kiedy to Aberforth dba o to, jak postrzegają Albusa.
Gdy wszedł do salonu brata poczuł się jednak jeszcze gorzej – jak zwykle nie mógł znieść spokojnego spojrzenia portretu Ariany. Zmusił się jednak, by podejść do ram obrazu. Ariana patrzyła na niego smutno, mrugając w regularnych odstępach czasu.
- Powinieneś być w zamku. – Albus nie był pewien ile czasu tkwił przed portretem, aż zjawił się Aberforth.
- Po co? I tak nie powstrzymałbym Voldemorta, gdyby zdecydował się zaatakować. – odpowiedział Albus, rozkładając ręce.
- Tak, ale uczniowie tego nie wiedzą. Myślisz, że nie zorientowali się, że ta pupilka ministra raczej nie ochroni ich przed śmierciożercami? Z tobą czują się bezpieczniej, jakkolwiek absurdalne to jest w rzeczywistości. – rzucił Aberforth.
Albus pokręcił głową – chciałby, by ludzie czuli się z nim bezpieczni. Chciałby, by Minerwa nie rozglądała się nerwowo przed każdym załomem korytarza, by nie sięgała po różdżkę przy każdym głośniejszym dźwięku. Chciałby zatrzymać zaczątki terroru i strachu, które już uwidaczniały się w ich społeczności.
Spojrzał znów na portret siostry. Ariana lekko odwróciła głowę, jakby z poczuciem winy, jakby obwiniała się, że nie potrafi mu pomóc. A wtedy pewien błysk na płótnie przykuł jego uwagę.
- Aberforth. Te kolczyki. – Albus ze zdumieniem patrzył na jasnoniebieskie kolczyki zwisające z uszu Ariany. Ten wzór zapamiętał bardzo dokładnie.
- Ariana znalazła je w rzeczach mamy po… bardzo je lubiła, nie rozstawała się z nimi. Wiedziałbyś, gdybyś poświęcał jej więcej czasu. Opowiadała o nich różne historie – że podobno Merlin stworzył je dla Nimue, że Gryffindor podarował je Rowenie zanim ona poparła Salazara, a potem z poczucia winy oddała je jego potomkom…
Albus ze świstem wciągnął powietrze. Jeśli kamienie w kolczykach rzeczywiście były starsze od założycieli Hogwartu, jeśli naprawdę zostały stworzone przez samego Merlina, to musiały być naprawdę potężnymi artefaktami starożytnej magii. A jeśli Rowena rzeczywiście dostała je od beznadziejnie zakochanego w niej Godryka… to mogła potem mieć wyrzuty sumienia… ale nie potrafiła zrezygnować z mocy kamieni… więc oddała potomkom Godryka tylko jeden… drugi oddając swoim dzieciom.
- Czy … pochowaliśmy Arianę z nimi? – spytał cicho Albus. Aberforth nietypowo uciekł wzrokiem i pokręcił głową.
- Myślałem… że jeśli kiedyś będę chciał się ożenić… planowałem zrobić z nich pierścionek zaręczynowy… - wydukał wreszcie Aberforth.
Albus uciekł wzrokiem. Tak, po śmierci Ariany każdy z nich inaczej wyobrażał sobie swoją przyszłość.
Młodszy brat Albusa podszedł do niepozornej komody i z jednej z szuflad wyciągnął małe pudełko, które podał Albusowi. Dyrektor ostrożnie otworzył pudełeczko. Jego oczy zalśniły na widok pary kolczyków – jednego, który mienił się nawet w ciemnym salonie i drugiego, matowego, leżącego w cieniu tego pierwszego.
- Zabierz je. Daj Minerwie. Mnie się raczej do niczego nie przydadzą. – burknął Aberforth, odwracając się od Albusa.
- Minerwie? - odruchowo zapytał Albus.
- Powinna dostać wszystkie diamenty świata za wytrzymywanie z tobą. – rzucił Aberforth i zniknął za drzwiami.
Albus uniósł brwi – już miał iść za bratem, gdy coś zastukało w okno. Zmarszczył czoło, rozpoznając sowę Minerwy. Szybko otworzył okno i pochwycił list.
,,Harry znów dzielił sen z Voldemortem. Upiera się, że to poważne. M."
Nie tracąc czasu, Albus teleportował się pod bramy Hogwartu. Zastanawiało go, czemu to Minerwa się z nim skontaktowała w tej sprawie, a nie Severus. Przyspieszył kroku, gdy zobaczył światło palące się w oknach jego gabinetu. Sprawa musiała być ważna, skoro Minerwa zabrała Pottera do gabinetu dyrektora. Lecz co chłopak mógł zobaczyć tym razem?
Na szczęście było już na tyle późno, że korytarze były puste i nikt nie zauważył biegnącego z rozwianą brodą dyrektora. Gdy wreszcie Albus dotarł do chimery broniącej dostępu do jego biura, był nieźle zdyszany. W myślach podziękował założycielom za ruchome schody do swojej wieży.
Bezceremonialnie pchnął drzwi. Na jego widok Potter, blady i spocony, zerwał się z jednej z sof. Severus, również dziwnie pobladły, lekko odetchnął. Zaś Minerwa, stojąca na środku gabinetu, tylko posłała mu zniecierpliwione spojrzenie.
- Co się wydarzyło, Severusie? – Albus celowo zwrócił się do nauczyciela eliksirów. To oczywiście zirytowało zarówno Minerwę, jak i Harry'ego, łatwo można było to wyczytać z ich oczu.
- Dzisiaj jak zwykle miałem lekcje oklumencji z Potterem. Jego wysiłki oczywiście były bardzo marne – bardzo szybko odkryłem coś, co niekoniecznie pasowało do jego umysłu. Jak się okazało, Potter śnił sen Czarnego Pana. Nie widziałem całości, bo potem pojawiła się profesor McGonagall… - Severus urwał, rzucając zaniepokojone spojrzenie na Minerwę, jakby obawiał się, że zaraz będzie spalony na popiół.
- Profesorze, ja nie wiedziałem, że to sen Voldemorta! To nie była taka wizja jak wcześniej… i dopiero teraz rozumiem co to oznacza. Musimy ją ratować! – wykrzyknął Harry.
- Ją? – Minerwa na głos wypowiedziała pytanie, które pojawiło się natychmiast w umyśle Albusa. Sam dyrektor zupełnie zignorował Harry'ego i znów zapytał nauczyciela eliksirów.
- Co widziałeś, Severusie?
- Ja… - Snape wzdrygnął się – Nie jestem pewien. To nie były obrazy, raczej myśli…
- Może pozwól Potterowi zrelacjonować to, co zobaczył. – warknęła Minerwa, gdy Severus urwał, nie znajdując słów. Albus nie spojrzał na Harry'ego, ale pokiwał głową. Chłopak nabrał powietrza i zaczął mówić gorączkowo.
- Najpierw usłyszałem jego głos: ,,Tyle mocy… Magia… której nie odkryto, która nie ma granic… Muszę ją mieć. Musi być moja. Moja. Taka potężna… zniewalająca…" – Harry tak dobrze naśladował chłodny głos Voldemorta, że Albus poczuł zimny dreszcz przebiegający po plecach.
- Na początku myślałem, że chodzi mu o jakąś broń. Ale potem zobaczyłem… ,,alabastrową skórę jej pleców – tak jedwabistą, tak miękką. Najczystszą, najpotężniejszą krew, pulsującą powoli w żyłach pod skórą jej szyi… czarne jak węgiel włosy, lśniące w blasku księżyca… taka potężna… muszę ją mieć… muszę ją posiąść… '' – Harry, urwał, na jego twarzy malowała się czysta odraza.
Albus nadal nie patrzył na niego. Patrzył na Minerwę. Widział jak zaciska dłonie na różdżce, jak zamyka oczy, jak jej twarz robi się zielonkawa z obrzydzenia. Mimo wszystko jednak panowała nad sobą. Albus zaś musiał bardzo się wysilać, by nie podbiec do niej, by jej nie objąć.
- Profesorze? Ta kobieta musi być w śmiertelnym niebezpieczeństwie, skoro Voldemort tak bardzo … jej pragnie. – Harry przerwał ciszę.
- Widziałeś jej twarz? Słyszałeś jej imię? – zapytał ostro Albus, nie spuszczając wzroku z Minerwy.
- Nie, ale…
- Wobec tego kogo chcesz ostrzec? Ile jest czarownic o czarnych włosach? Poza tym, chłopcze, nie sądzę, by w Voldemorcie zostało coś tak ludzkiego jak pożądanie. Być może chciał, żebyś to zobaczył… może liczył, że cię przerazi, może chciał, byś pragnął pomóc tej kobiecie. Ona równie dobrze może być jedynie wyobrażeniem… jakimś chorym ideałem czarownicy utworzonym przez umysł Voldemorta. – Albus mówił szybko, ale dobitnie. Miał w pamięci, jak często ostatnio Minerwa traciła kontrolę. A to, co Harry właśnie opowiedział… to wytrąciło z równowagi nawet jego. Chłopcem należało się zająć później, nie on był teraz priorytetem, teraz najważniejsze było zatrzymanie jej strachu. Jej, Minerwy, która nie była niczyją własnością.
- Ale to było zbyt prawdziwe! Ja widziałem jej skórę, prawie czułem jaka jest w dotyku! Jeśli ta czarownica istnieje… jeśli Voldemort ją dopadnie… - Harry przerwał, zbyt przerażony by na głos wypowiedzieć swoje obawy. Myśl o tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby Voldemort urzeczywistnił swój sen, była najgorszym koszmarem Albusa, była jego boginem.
- Potter, dyrektor chciał powiedzieć, że nie chronisz swojego umysłu, nie przykładasz się do oklumencji, a Czarny Pan może wysyłać ci wizje, jakie zapragnie. Jako mistrz magii umysłu może je tak preparować, byś nie miał wątpliwości, że mogłyby być nieprawdą. – odezwał się ostro Severus.
- Ale… - Harry odruchowo odwrócił się do Minerwy. Albus wstrzymał oddech.
- Profesor Snape ma rację, Harry. – rzekła cicho Minerwa. Skąd ona brała siłę, by chronić tego chłopca, by nie poddać się przerażeniu, które na pewno musiała odczuwać?
Nawet Albus dostrzegł poczucie zawodu i zdrady w zielonych oczach Pottera. Gryfon spodziewał się, że opiekunka jego domu go poprze, bo znał ją lepiej niż dyrektora, który niespodziewanie w tym roku postanowił go ignorować. Nie pierwszy raz Albus zastanawiał się, czy dobrze postępuje względem Harry'ego. Teraz jednak, odepchnął od siebie te wątpliwości –bardziej martwił się stanem Minerwy.
- Czyli nie zamierzacie nic z tym zrobić? – Harry omiótł ich wszystkich wściekłym spojrzeniem. Gdy nie doczekał się odpowiedzi, prychnął ze złością i ruszył do drzwi. Tak jak należało się spodziewać po wzburzonym nastolatku, targanym poczuciem zdrady i niezrozumienia ze strony dorosłych, którzy przecież powinni go wspierać.
- W takim razie nie zabieram już cennego czasu. Do widzenia. – chłopak wybiegł z gabinetu, trzaskając drzwiami. Gdyby tylko mógł zabrać ze sobą lęk, który tu przywiódł, opowiadając swój sen!
- Dyrektorze… - zaczął nieśmiało Severus.
- Wyjdź proszę, Severusie. – Albus nie przejmował się tym, jak twardo brzmi jego głos.
Gdy tylko za nauczycielem eliksirów zamknęły się drzwi, Minerwa rzuciła się do drzwi prywatnych pokoi Albusa. Zanim mag zdołał zareagować, usłyszał trzaśnięcie drzwi od swojej łazienki.
Nie powinien odczuwać zdumienia – sam też miał mdłości, gdy wyobraźnia podsuwała mu obraz ilustrujący słowa Harry'ego. Taktownie odczekał kwadrans, delikatnie gładząc szkarłatne pióra Fawkesa. Portrety na ścianach obserwowały go spod półprzymkniętych powiek, ale nie komentowały niczego, za co był wdzięczny. Wreszcie z cichym westchnieniem wspiął się po schodach do swojego prywatnego apartamentu. Ostrożnie podszedł do drzwi łazienki i zapytał:
- Minerwo?
Drzwi lekko się uchyliły. Minerwa stanęła w nich, w nietypowej dla niej zgarbionej postawie z założonymi rękami. Jej twarz była mokra, ale nie od łez, raczej od wody, jakby dopiero ochlapała sobie twarz. Stłumił odruch złapania ją za ramiona, by się wyprostowała, by znów ujrzał w niej tą nieustraszoną wiedźmę, nie drżącą przed nikim. Powstrzymał się od otarcia jej twarzy – chyba nie zniósłby, gdyby się wzdrygnęła na jego dotyk. Czuł się tak bezradny, gdy spuściła wzrok – chyba wiedziała, że on zrobi wszystko, by okropne pragnienie Voldemorta nigdy się nie spełniło, prawda?
- Przepraszam. – mruknęła, wymijając go. Albus odruchowo sięgnął po jej rękę, ale powstrzymała go delikatna bariera. Za co ona przepraszała? Przecież to on tego nie przewidział! Owszem, bał się, że Voldemort wykorzysta łączące go z Harry'm połączenie, ale nie przypuszczał, że użyje go do zastraszania Minerwy. Zawiódł ją i teraz nawet nie umiał jej zapewnić, że nie ma się czego obawiać, bo przecież sam się bał. O nią.
- Nie sądzisz, że powinniśmy porozmawiać? – zapytał miękko Albus, gdy odwróciła się do niego.
- O czym? – spytała ostro, mrużąc oczy.
- O wizji Harry'ego? O tym jak się czujesz, o tym jak to na ciebie wpłynęło? – Albus widział zaskoczenie na jej twarzy – nie spodziewała się takiej bezpośredniości z jego strony. Ale rozpaczliwie chciał z nią porozmawiać, nie chciał, by mierzyła się z tym sama.
- Jak mam się czuć? Nie jestem już tą dziewczyną, której pragnie Tom. – rzuciła defensywnie, wysuwając nieco podbródek. Nie, nie była. Lecz to wszystko, co przeszła… czyniło ją tylko jeszcze bardziej atrakcyjną dla każdego, kto cenił piękno mocy.
- Nie, ale to nie zmienia faktu, że… - zaczął niezdarnie Albus. A ona, zupełnie jakby przeczytała jego myśli:
- Że co? Że nadal mam moc, której może pragnąć najgorszy potwór z możliwych, nawet jeśli uroda dawno przeminęła? Że lepiej byłoby, gdybym była martwa i nikt nie musiał się martwić co się stanie, jak Voldemort mnie dopadnie i zmusi do rzeczy, o których nawet boimy się pomyśleć? – Minerwa podniosła głos – Albus miał paskudne wrażenie, że wypowiedzenie na głos tych słów przyniosło jej ogromną ulgę. Ale dla niego, te słowa były bolesne, raniące, bo przecież częściowo prawdziwe. I okłamywał ją:
- Przecież wiesz, że to nieprawda. I rozumiem, że jesteś zła i przerażona… - Albus znów nie zdołał dokończyć swojej wypowiedzi…
- Rozumiesz? Doprawdy? – prychnęła.
- Tak, moja droga. Mojej mocy też pożądał najgorszy czarnoksiężnik swojego pokolenia. Tylko że ja, w przeciwieństwie do ciebie, nie byłem w stanie go odepchnąć, naiwnie wierzyłem, że on mnie naprawdę kocha. – tym razem to Albus poczuł ulgę. Dawno nie rozliczał się z demonami przeszłości w postaci urodziwych blondwłosych magów. I liczył, że ona zrozumie, że on ma jakieś pojęcie o tym, co ona może teraz przechodzić.
- Bo kochał. – Minerwa powiedziała to jakby mechanicznie, a potem przytknęła dłoń do ust, pojmując, że powiedziała za dużo. Była jednak pewność w tych dwóch słowach.
- Słucham? – Albus obrzucił ją uważnym spojrzeniem.
- Grindelwald kochał cię na swój sposób. Od rozstania z tobą nie miał nikogo innego. – zdradziła Minerwa. Albus jednak znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że to jedynie część prawdy.
- Skąd wiesz?
Milczała, uciekając wzrokiem. Albus jednak dojrzał echo bólu w jej szmaragdowych oczach. Zimny dreszcz przebiegł przez jego ciało, gdy wyciągnął wnioski.
- Coś jednak wydarzyło się w Nurmengardzie, prawda? – drążył dalej Albus. Ten jej ból… przerażał go równie mocno co chore sny Voldemorta.
- Co miało się wydarzyć?! Wtargnął do mojego umysłu! Myślisz że szukał tam wojennych planów, tajnych informacji? Nie, jego interesowały wyłącznie wspomnienia związane z tobą! – Minerwa wypluwała z siebie słowa, jakby były zatrute jadem. I były, przynajmniej tak odczuwał to Albus.
Oczywiście wiedział, że tamto opanowanie umysłu Minerwy przez Gellerta musiało być dla niej dużo bardziej traumatycznym przeżyciem niż można by wywnioskować z jej słów podczas przesłuchania. Nie spodziewał się jednak, że Gellert może szukać w jej umyśle wspomnień związanych z nim. Niewątpliwie miała ich wiele, bardziej lub mniej istotnych… łącznie z …
Albus przymknął oczy. Wyobraził sobie szok Gellerta, gdy czarnoksiężnik natrafił na tamto wspomnienie.
- Czy… jak zareagował? - zapytał Albus, zanim przemyślał to pytanie.
- Nie chcę do tego wracać. Mam dość wspomnień magów dobierających się do mnie, do mojego umysłu. – ucięła rozmowę Minerwa. Odwróciła się, nie widział już jej twarzy.
- Oczywiście. Gdybyś czegoś potrzebowała, albo chciała porozmawiać… - Albus nie do końca był pewien, na ile on sam wpisuje się na listę magów dobierających się do Minerwy- ale tamten wieczór… tamten pocałunek... odepchnął od siebie tą myśl. Co mógł dla niej zrobić, jak miał jej zadośćuczynić to wszystko, co musiała przejść, gdy Gellert wpadł w gniew wywołany zazdrością?
- Albusie? - zawahała się, z ręką na klamce drzwi.
- Tak, moja droga? - obserwował jak okręca się, ale nie unosi głowy, wpatrując się w swoje dłonie. Nerwowo zginała i rozprostowywała palce.
- Wmówiłam sobie, że to było prawdziwe. On próbował zmusić mnie do uwierzenia, że to nie miało znaczenia, że to nawet się nie wydarzyło, że oszalałam...ale jego gniew był prawdziwy, nie umiał nad nim zapanować. Nie byłby tak wściekły, gdyby nie wierzył, że to było coś więcej, że może... przepraszam, wybacz. - niechybnie wybiegłaby z gabinetu, ale Albus już był przy niej.
- Minerwo, spójrz na mnie, proszę. - nie wiedział, czy mógłby ująć jej podbródek, by zerknęła na niego, by nie uciekała wzrokiem, w nieudanej próbie ukrycia przed nim strachu i bólu.
Jej oczy błyszczały nienaturalnie, gdy spojrzała mu w twarz. To wciąż była Minerwa, która nienawidziła okazywać słabości, która już obwiniała się o to, że dała się ponieść emocjom, że dała się przestraszyć Voldemortowi. Minerwa, dzielna Minerwa, która była gotowa przepraszać za swoje uczucia, wciąż nie rozumiejąc, że to jej serce jest jej największą siłą, że jej zdolność do odczuwania i dawania miłości jest tym, co czyni ją tak potężną.
- To było prawdziwe. Szczere i cudowne. I egoistycznie cieszę się, obecnie, że mam to wspomnienie, chociaż kiedyś sugerowałem, że lepiej byłoby, gdyby ono nie istniało. Przykro mi jedynie, że musiałaś przez nie cierpieć. - teraz już musiała widzieć, że i jego oczy są mokre od łez, których nie mógłby pokazać nikomu poza nią.
Umiała doceniać dar dzielonego smutku. Zrobiła krok do przodu, objęła go. Otoczył ją ramionami - wydawała mu się jednocześnie krucha i mocna. Położyła swoją głowę na jego ramieniu, gdy on dłońmi kreślił uspokajające okręgi na jej plecach. Nie pierwszy raz Albus zastanawiał się, jak to możliwe, by ktoś tak idealnie pasował do jego objęć, by ktoś prostym gestem mógł dać mu tak wiele nadziei.
- Dziękuję ci. - usłyszał jej szept, tuż przy uchu. Nie wiedział, czy ona dziękuje mu za to, że wtedy wyciągnął ją z Nurmengardu, czy za to, że teraz był gotów ją wysłuchać. Chciałby, by było możliwe, że dziękowała mu za tamto wspomnienie. Za tamten wykradziony sobie nawzajem pocałunek. Albo raczej, za ofiarowany z pełną miłością moment przejścia na drugą stronę, poza granicę tego, co wypadało, co było właściwe z racjonalnego punktu widzenia.
Gdyby mógł, nie wypuściłby jej; gdyby sytuacja im na to pozwoliła, trzymałby ją w ramionach długie minuty. Zastanawiał się, czy widziała żal na jego twarzy, gdy cofała się, gdy oboje zmusili się do opuszczenia rąk, do wprowadzenia dystansu.
- Muszę iść. - powiedziała, prawdopodobnie dlatego, by łatwiej było im obojgu zapomnieć o tym krótkim momencie słabości, o pocieszeniu, jakim mogli się dzielić, o niebezpieczeństwie przekroczenia granic, na które teraz już nie mogli sobie pozwolić.
I wyszła, zanim zdążył odpowiedzieć, zanim jego postanowienie niezatrzymywania jej prysło jak bańka mydlana. Bo gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, gdy został sam, jedynie z zapachem konwalii unoszącym się w powietrzu, już tęsknił za jej obecnością. Złote iskierki uciekły z jego rąk, gdy mentalnie skarcił się za te niewłaściwe uczucia - wsunął dłonie w kieszenie, ale wtedy w jednej z nich wyczuł prostopadłościenny kształt pudełka z kolczykami Roweny.
Nie mógł mieć pewności, do czego Voldemortowi były przedmioty związane z założycielami Hogwartu, ale Albus podejrzewał, że mają one w jakiś pokrętny sposób związek z tym dziennikiem, poprzez który czarnoksiężnik opętał Ginewrę Weasley. Dziennik, będący zaledwie swoistym miejscem do przechowywania, nie mógł się równać z tak potężnymi artefaktami, jak diadem czy kolczyki Roweny, jak czarka Helgi czy miecz Godryka. A że każde działanie Toma wiązało się ze śmiercią...
- Tylko on będzie chciał, by jej śmierć nie była jedynie ciosem dla nas. Będzie chciał się przez to wzmocnić. Pożąda jej mocy, bo wierzy, że ona zapewni mu... nieśmiertelność? - Albus zapytał raczej sam siebie - portrety nie mogły mieć pojęcia, o czym mówił.
Tylko Fawkes potaknął, smutnym, melodyjnym, ptasim krzykiem.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Minerwa McGonagall stała zszokowana w przejściu do dziedzińca wejściowego. Wokół gromadzili się uczniowie – najpierw zaciekawieni, ale potem przerażeni, czasem wręcz zniesmaczeni.
W centrum zbiegowiska stały dwie, zupełnie różne kobiety.
Sybilla Trelawney trzęsła się, w jednej ręce ściskając różdżkę, w drugiej pustą butelkę sherry. Jej włosy były w nieładzie, jej okulary przekrzywione, a chusty ciągnęły się za nią po ziemi. Kobieta drżała i jęczała, przez moment będąc jedynym źródłem dźwięku. Obok niej leżały przewrócone dwa podróżne kufry.
Naprzeciw niej stała wielce zadowolona z siebie, ubrana w paskudny różowy sweterek, Umbridge. Na jej ropuszej twarzy malował się pełen satysfakcji uśmieszek. Minerwa miała ochotę zedrzeć ten uśmiech z twarzy wiedźmy.
- N-nie możesz! Nie możesz mnie zwolnić! Jestem tu od szesnastu lat! Hogwart to mój dooomm! – krzyczała Sybilla.
Minerwa nigdy nie przepadała za melodramatyczną koleżanką, a jej przedmiot uważała tylko i wyłącznie za źródło problemów swoich, Albusa i Harry'ego. A jednak teraz, gdy Trelawney była tak upokarzana, pozbawiana tego, czym Hogwart powinien być – azylem, bezpieczną przystanią – Minerwa poczuła równoczesny napływ gniewu i gryfońskiej odwagi.
Delikatnie przepchnęła się przez stojących przed nią uczniów, jednocześnie widząc skupione oczy Harry'ego po drugiej stronie dziedzińca. Z majestatycznym szelestem szat przecięła dziedziniec i podeszła do Sybilli. Jednym ramieniem otoczyła zapłakaną kobietę, a drugą ręką wyciągnęła z kieszeni kraciastą chustkę do nosa.
- Chciałabyś coś powiedzieć, Minerwo? – zaszczebiotała Umbridge. Minerwa powstrzymała język – dla tej żałosnej kreatury nie była Minerwą – była lady McGonagall. Obrzuciwszy wyniosłym spojrzeniem zgromadzony tłum, odpowiedziała:
- Jest wiele rzeczy, które chciałabym teraz powiedzieć!
Nie zwracając uwagi na Umbridge, Minerwa poklepała Sybillę po plecach i rzekła:
- Spokojnie Sybillo. Nie martw się, nie będziesz musiała opuszczać Hogwartu. – Minerwa powiedziała te słowa z niezachwianą wiarą - to Sybilla wygłosiła przepowiednię, której tak desperacko pragnie Voldemort. Z chwilą postawienia stopy poza ochroną Hogwartu wróżbitka znalazłaby się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Minerwa wiedziała, że nie można do tego dopuścić, choćby sama straciła posadę.
- Och, a kto daje ci prawo do takiego twierdzenia, profesor McGonagall? – Umbridge uniosła podbródek, ale i tak była niższa od Minerwy.
- Ja.
Minerwa przesunęła się nieco w lewo, choć natychmiast rozpoznała głos Albusa. Dyrektor stał w wejściu, jego sylwetka promieniowała mocą, a na jego twarzy malowało się nieukrywane niezadowolenie.
Na jeden krótki moment jego pozbawione migotania oczy spoczęły na Minerwie. Nie była pewna, ale chyba dostrzegła w nich dumę. Pozwoliła sobie na niedosłyszalne westchnienie ulgi. Albus nie pozwoli wyrzucić Trelawney. Albus wszystko naprawi.
Minerwa tylko w połowie słuchała złośliwego głosu Umbridge, która machała kolejnym dekretem ministra przed twarzą Albusa. Nadal otaczała ramieniem płaczącą Sybillę, nie zważając na mokre plamy na swojej szacie i na niedowierzanie uczniów.
- Jako Wielki Inkwizytor ma pani pełne prawo odwoływać moich nauczycieli. Nie ma pani jednakże władzy, by odsyłać ich z zamku. – Minerwa wyłapała mocną nutę w głosie Albusa. Było coś wzruszającego w sposobie, w jaki wymawiał ,,moich nauczycieli" . W końcu do czasu pojawienia się Umbridge, oni, profesorowie Hogwartu, tworzyli swoistą rodzinę – pełną indywidualności, ale zawsze jednoczącą się w obliczu zagrożenia, wspierającą się nawzajem, skupioną na przekazywaniu magicznej wiedzy.
- Profesor McGonagall, proszę zaprowadzić Sybillę z powrotem do jej wieży. – Albus zerknął przelotnie na Minerwę, zupełnie ignorując mściwą złość malującą się na twarzy Umbridge.
- Oczywiście. Chodź, Sybillo. – Minerwa pokierowała roztrzęsioną Trelawney do drzwi. Z wdzięcznością uśmiechnęła się, widząc jak Pomona chwyta nauczycielkę wróżbiarstwa za drugie ramię, a Filius lewituje jej kufry.
Przeprowadzenie zapłakanej Trelawney przez labirynt zamkowych korytarzy i odeskortowanie jej do jej wieży było dość czasochłonnym zadaniem. Szczególnym problemem była drabina prowadząca do klasy Sybilli, ale Minerwa ostatecznie nieco popchnęła koleżankę za pomocą magii.
Na górze jak zwykle Minerwie natychmiast zrobiło się duszno – wszędzie unosiły się opary tego okropnego kadzidła. Filius postawił kufry pod ścianą, wymamrotał kilka obelg na temat Umbridge i wycofał się. Pomona obrzuciła współczującym spojrzeniem Sybillę, skuloną na jednym z foteli.
- Może powinnam zawołać Poppy? – zapytała nauczycielka zielarstwa.
- Nie ma potrzeby, poradzimy sobie z tym. – Minerwa posłała Pomonie sugestywne spojrzenie, jednocześnie ukrywając za plecami znalezioną przed chwilą butelkę sherry. Pomona nie wyglądała na przekonaną, ale posłusznie wyszła, zostawiając Minerwę samą z Sybillą.
- I co? Teraz wyprawisz mi kazanie, że tak naprawdę nie jestem godna zamieszkania w zamku, po tej scenie jaką urządziłam? Że przynoszę Hogwartowi tylko wstyd? Że Dumbledore ma za miękkie serce, trzymając mnie tu, bezużyteczną, starą oszustkę! – Sybilla wbiła w Minerwę rozbiegane spojrzenie swoich zapuchniętych oczu.
Minerwa wzięła głęboki oddech – już wiedziała, że nie może dać ponieść się emocjom. Ostrożnie podeszła do Trelawney i ukucnęła, by ich oczy były na takim samym poziomie.
- Naprawdę uważasz, że tak właśnie myślę, Sybillo? – Minerwa ostrożnie położyła dłoń na drżącej ręce Sybilli, kurczowo ściskającej chustkę w szkocką kratę.
- Nie zatrudniłabyś mnie, gdyby to zależało do ciebie. – mruknęła jasnowidzka, próbując uciec wzrokiem.
- Nie, ale tylko dlatego, że uważam, iż wróżbiarstwo nie powinno być obowiązkowym przedmiotem. Prawda jest taka, Sybillo, że już dawno uznałam cię za nieodłączną część Hogwartu, za część rodziny, którą wszyscy tutaj tworzymy. Możemy się różnić, możemy nie przepadać za swoim towarzystwem, ale tworzymy jedność. I wierz mi, nie pozwoliłabym na wyrzucenie cię z zamku. – choć Minerwie z trudem przychodziło sformułowanie tych zdań, to czuła ulgę, że z kimś się nimi podzieliła. Trelawney jedynie wpatrywała się w nią szeroko otwartymi oczami.
- Rodzina? – nauczycielka wróżbiarstwa wyszeptała, a z jej oczu popłynęły kolejne łzy.
Minerwa uśmiechnęła się pokrzepiająco, wkładając w to wiele wysiłku. Gdzieś z tyłu głowy miała słowa przepowiedni wygłoszonych przez Sybillę : tej o Harrym i tej skierowanej do niej i Albusa.
Zaraz jednak musiała skupić się na chwili obecnej, bo zupełnie nieoczekiwanie Sybilla przechyliła się do przodu i mocno objęła Minerwę, szlochając w ramię nauczycielki transmutacji.
- Cii, już dobrze. – Minerwa niezdarnie klepała Sybillę po plecach, jednocześnie marszcząc nos - wyczuwając ostry aromat sherry.
Gdyby ktoś pokazał jej tę scenę jeszcze kilka miesięcy temu, Minerwa uznałaby to za urojenia chorego umysłu. Ale Umbridge… nawet nie miała pojęcia, z jaką siłą zadarła. Pełna nowych sił i determinacji Minerwa uspokajająco pocieszała zapłakaną Sybillę, jednocześnie już obmyślając zemstę na Wielkiej Inkwizytorce.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Minerwa zapukała, tak jak zwykle, gdy spodziewała się znaleźć tam kogoś poza dyrektorem. Tym razem jednak powitał ją zupełnie inny widok, niż mogłaby się spodziewać.
W gabinecie Albusa, zazwyczaj pustym, jakby domyślnie przystosowanym do spotkań jeden na jeden, swoistych audiencji, teraz było pełno ludzi. Przy drzwiach stał Kingsley i Dawlish, zaś przed biurkiem Albusa nerwowo krążył minister, Korneliusz Knot. Gdzieś z lewej dostrzegła też rudego Percy'ego Weasley. Jednak skupiła wzrok na Albusie.
Przeniósł spojrzenie ze swoich splecionych palców, na nią. Choć jego oblicze było zupełnie spokojne, Minerwa natychmiast zrozumiała, że coś bardzo go trapi. Przeraziło ją to – sytuacja musiała być poważna.
- Co się stało? – zapytała władczo, podchodząc do ministra. Z zadowoleniem odnotowała, że na swoich obcasach góruje nawet nad jego śmiesznym melonikiem.
- Okazuje się, że Hogwart nie jest wolny od rażących nieprawidłowości. Właśnie czekamy na Do… Wielkiego Inkwizytora, która potwierdzi to, co niestety podejrzewałem od dawna. – odparł Knot, wyraźnie zadowolony z siebie.
Minerwa prychnęła, a potem wyminęła Knota z wyniosłą miną i stanęła obok krzesła Albusa, po jego prawej stronie, gotowa kłócić się o autonomię Hogwartu do upadłego. Otuchy dodały jej przyjazne uśmiechy byłych dyrektorów, kiwających z uznaniem na jej subtelną deklarację lojalności.
Wtem drzwi gabinetu otworzyły się bez pukania, a Minerwa poczuła natychmiastowe napięcie mięśni, gdy do środka weszła Umbridge, prowadząc ze sobą Harry'ego Pottera. Minerwie wystarczyło jedno spojrzenie, by dostrzec potężne poczucie winy w zielonych oczach syna Jamesa i Lily. Co oczywiście tylko spotęgowało jej własny niepokój.
- Zmierzał z powrotem do wieży Gryffindoru. Chłopak Malfoy'a przyparł go do muru. – oświadczyła triumfalnym głosem Umbridge. Minerwa zacisnęła mocniej usta – gdyby nie była w drugiej części zamku, tyko w okolicach swojego gabinetu, może mogłaby jakoś pomóc Harry'emu, ukryć go jakoś… cokolwiek.
- Ach tak? Muszę pamiętać, żeby wspomnieć o tym Lucjuszowi… No cóż Potter, spodziewam się, że wiesz, dlaczego tu jesteś? – Knot zwrócił się do chłopca, w momencie gdy Minerwa w myślach przeklinała cały ród Malfoy'ów.
Harry nabrał powietrza, a zaraz potem Minerwa zobaczyła jak Albus niedostrzegalnie potrząsa swoją srebrną głową. Chłopak zmienił zdanie i odparł.
- Taa. Nie.
- Co proszę? – spytał Knot.
- Nie. – powtórzył stanowczo Harry. Minerwa tym razem dokładnie widziała jak Albus subtelnie kiwa głową. Nie miała pojęcia co do planów przyjaciela, ale musiała wierzyć, że zrobi wszystko by wyciągnąć Pottera z jakichkolwiek kłopotów, w które ten się wplątał.
- Więc nie masz pojęcia, dlaczego profesor Umbridge przyprowadziła cię do tego gabinetu? Nie jesteś świadom, że naruszyłeś jakieś szkolne reguły? – Knot z niedowierzaniem zmarszczył brwi.
- Szkolne reguły? Nie. – Harry dalej kłamał – Minerwa wyczuwała to każdą cząstką swojego belferskiego zmysłu.
- A może jakieś ministerialne dekrety? – Knot chyba powoli tracił cierpliwość.
- Nic, czego byłbym świadom. – Harry tym razem nasycił swój głos przesadną uprzejmością.
- Więc to dla ciebie nowość, że w szkole została odkryta nielegalna grupa uczniowska? – Knot z wściekłości aż zniżył głos. Minerwa miała ochotę pokręcić głową - nielegalna organizacja? Czy to dlatego powstały te dekrety, tak nagle?
- Tak, zgadza się.
- Myślę, ministrze, że osiągniemy jakiś postęp, gdy przyprowadzę naszego informatora. – wtrąciła się Dolores. Minerwa miała ogromną ochotę rozerwać jej paskudne różowe szaty na strzępy.
- Tak, tak, właśnie. Nie ma jak to dobry świadek, prawda, Dumbledore? – Knot odwrócił się w ich stronę. Minerwa jedynie zmrużyła nieprzyjaźnie oczy, zaś Albus odparł spokojnie:
- Dokładnie tak jak mówisz, Korneliuszu.
Zaraz potem Umbridge wyszła, a w gabinecie zapanowała niezręczna cisza. Minerwa wyciszyła swoje emocje, oddychając nieco głębiej – Albus potrzebował jej rozsądku, nie temperamentu.
Gdy zaś Umbridge wróciła, Minerwa z niedowierzaniem spojrzała na kędzierzawe włosy Merriety Edgecombe – większość twarzy dziewczyna ukrywała w dłoniach. To była dobra, posłuszna uczennica – nie wybitna, niewyróżniająca się niczym. Minerwa uczyła jeszcze jej matkę, która teraz pracowała w ministerstwie. To tłumaczyłoby nieco dlaczego akurat panna Edgecombe okazała się być…
Minerwa wstrzymała oddech, gdy po zachęcających słowach ministra Merrieta uniosła głowę, ukazując twarz- pokrytą ogromnymi krostami, układającymi się w słowo – DONOSICIEL.
Oczywiście nie można było mieć wątpliwości, że tego typu sprytne zaklęcie musiało być pomysłem Hermiony Granger. Co jednak robił Potter i jego przyjaciele, skoro używali aż takich środków ostrożności?
- Och, dobrze, głupia dziewczyno, ja mu powiem. – rzekła Umbridge, gdy panna Edgecombe odmówiła składania wyjaśnień i z powrotem ukryła twarz. Minerwę zaświerzbiła ręka – takie zwracanie się do uczennicy było niedopuszczalne!
Umbridge tymczasem opowiedziała o tym, jak Merrieta przyszła do niej i doniosła jej o tajnym spotkaniu, odbywającym się w sekretnym miejscu, znanym jako Pokój Życzeń. Minerwa słuchała uważnie - nazwa tego pokoju ją zaskoczyła, choć z drugiej strony już dawno pogodziła się z tym, że nie odkryje wszystkich tajemnic Hogwartu. Z dumą odnotowała, że Umbridge nie ma pojęcia jak pozbyć się szpetnych pryszczy z twarzy Merriety.
- Niech pan sobie przypomni, Ministrze, że przysłałam panu doniesienie w październiku, na temat tego, że Potter spotkał się z wieloma uczniami w gospodzie Świński Łeb w Hogsmeade… - ciągnęła dalej Umbridge.
- Jaki masz na to dowód? – wtrąciła Minerwa. Jeśli Umbridge nie dysponowała świadkiem, może Aberforth mógłby pomóc…
- Mam zeznanie Willy'ego Widdershinsa, Minerwo, który, jak się złożyło, był w tej gospodzie w tym czasie. Był mocno obandażowany, to prawda, ale słuch miał całkiem nienaruszony. Usłyszał każde słowo, które wypowiedział Potter i pośpieszył prosto do szkoły, by mi o tym donieść…
- Ach, to dlatego nie został skazany za te wybuchające toalety! Cóż za interesujący obraz pracy naszego wymiaru sprawiedliwości! – Minerwa już nie mogła powstrzymać swojej złośliwości – gdy w grę wchodziła tak jawna niesprawiedliwość… z trudem hamowała swój szkocki temperament.
- Rażąca korupcja! Za moich czasów ministerstwo nie wchodziło w układy z drobnymi kryminalistami, o nie! – wykrzyknął portret Fortescue, popierając Minerwę. Posłała mu ciepłe spojrzenie, choć Albus łagodnie go upomniał:
- Dziękuję, Fortescue, wystarczy.
Umbridge mówiła dalej, ale w pewnym momencie Albus delikatnie jej przerwał. Minerwa z zmarszczonym czołem słuchała, jak Knot obraża jej przyjaciela, a ten lizusowaty Weasley chichoce w tle. Jednocześnie nie pojmowała stoickiego spokoju Albusa. Wszystko wyjaśniło się, gdy Albus zauważył, że gdy spotkanie w Hogsemade się odbyło, dekret ministerstwa nie wszedł jeszcze w życie. Minerwa z podziwem spojrzała na dyrektora, zła, że sama na to nie wpadła. Zaraz jednak jej analityczny umysł wyłapał słaby punkt tego planu…
Co zaskakujące, Umbridge chyba też o tym pomyślała. Jednak w czasie gdy mówiła, Minerwa zauważyła, jak Kingsley wyciąga dyskretnie różdżkę, i rzuca niewerbalne zaklęcie na pannę Edgecombe. Minerwa ufała Kingsley'owi, w końcu był członkiem Zakonu, choć drgnęła, gdy zaklęcie trafiło w nieświadomą dziewczynę. Rozpoznała jednak klątwę modyfikującą pamięć – co jak co, ale to zaklęcie znała wyjątkowo dobrze.
Było to zaklęcie rychło w czas, bo chwilę później uwaga wszystkich ponownie skupiła się na Merriecie. Minerwa jedynie błagała w myślach niebiosa, by czar Kingsley'a był precyzyjny.
- Po prostu przytaknij lub potrząśnij głową, moja droga. – zwróciła się Umbridge do wystraszonej Krukonki.
Ku uldze Minerwy i zdumieniu większości, Merrieta pokręciła głową.
- Co chcesz powiedzieć, kręcąc głową, moja droga? – w tonie Umbridge rozbrzmiewała panika, choć wiedźma ukrywała ją pod warstwą fałszywej słodyczy.
- To chyba oczywiste. Że w ciągu ostatnich sześciu miesięcy nie było żadnych tajnych spotkań. Mam rację, panno Edgecombe? – rzekła Minerwa. Nie widziała, jaki Albus ma plan, ale zamierzała mu pomagać, na ile tylko pozwolą możliwości.
- Ale przecież dziś wieczorem było spotkanie! Było takie spotkanie, Edgecombe, sama mi o tym mówiłaś, w Pokoju Życzeń! I Potter je zorganizował… CZEMU KRĘCISZ GŁOWĄ, DZIEWCZYNO! – ryknęła Umbridge.
- No cóż, zwykle kiedy ktoś kręci głową, oznacza to ,,nie". Tak więc, jeśli panna Edgecombe nie używa jakiegoś nieznanego języka migowego… - mówiła chłodno Minerwa, cedząc słowa.
Dolores nie wytrzymała. Złapała Mariettę, obróciła ją twarzą do siebie i zaczęła nią gwałtownie potrząsać. Albus zerwał się z miejsca, podnosząc różdżkę. Minerwa zamarła, odruchowo zaciskając dłoń w pięść.
- Nie mogę pozwolić, byś maltretowała moich uczniów, Dolores. – oświadczył Albus – w jego głosie Minerwa natychmiast wyczuła gniew. Umbridge odskoczyła od uczennicy. Zaraz jednak odzyskała rezon i opowiedziała o tym, jak dzisiaj przyłapała grupę uczniów w owym Pokoju Życzeń. A potem wyciągnęła w kieszeni jakiś kawałek pergaminu.
- Kiedy tylko zobaczyłam na liście nazwisko Pottera, wiedziałam, z czym mamy do czynienia.
- Wspaniale, Dolores. I… niech to piorun. – Knot otworzył szeroko oczy, patrząc na kartkę.
- Sam zobacz jak się nazwali. Gwardia Dumbledore'a. – minister oddał listę Albusowi.
Minerwa najpierw poczuła dumę z odwagi i pomysłowości swoich uczniów. A potem…
- A więc wydało się. Czy chciałbyś, Korneliuszu, żebym złożył ci zeznanie na piśmie, czy wystarczy oświadczenie złożone wobec tych świadków? – powiedział Albus.
Kingsley spojrzał na Minerwę. Odpowiedziała jedynie przerażoną miną. Jeśli jej słuch nie mylił, jeśli dobrze rozumiała działania Albusa…
- Oświadczenie? Jakie… - Knot rozumował jednak wolniej.
- Gwardia Dumbledore'a, Korneliuszu. Nie gwardia Pottera.
Minerwa rozpaczliwie pragnęła, by Albus spojrzał na nią, by upewnił ją, że to nie dzieje się naprawdę, że on właśnie nie zamierza… że to jest tylko zły sen… że nie ryzykowałby tak wiele…
Ale Albus patrzył na Knota, a każde jego słowo tylko go pogrążało. Minerwa ostatkiem sił zmuszała się do nieruchomej postawy. Nie powinna się wtrącać. Powinna czujnie obserwować to wszystko…
- A więc spiskowałeś przeciwko mnie! – ryknął minister.
- Zgadza się. – wesoły ton Albusa przyprawiał Minerwę o mdłości.
- NIE! – krzyknął Harry.
Minerwa odruchowo posłała mu groźne spojrzenie – dlaczego on nie ufał w to, że Albus zrobi wszystko co konieczne, by to wszystko rozwiązać?
Dumbledore spokojnie zalecił Harry'emu milczenie, a potem dalej brnął w bagno, jakim było przyznawanie się do tworzenia tajnej armii, destabilizacji pozycji ministra. Oczywiście Knot był zachwycony. Wysłał Weasley'a z rozkazem wydrukowania notatek z tego spotkania w Proroku Codziennym.
- Teraz odprowadzą cię do ministerstwa, tam zostaniesz formalnie oskarżony i wysłany do Azkabanu, gdzie będziesz czekał na proces! – oznajmił triumfalnie minister. Minerwa poczuła jak krew odpływa z jej twarzy. To nie działo się naprawdę…
- Ach tak… Tak, myślę, że możemy natrafić na małą przeszkodę. – powiedział łagodnie dyrektor.
Minerwa stała jak wryta, gdy Albus wielce uprzejmym tonem poinformował ministra, że nie zamierza dobrowolnie oddać się w ręce władz. Ze zgrozą obserwowała Dawlisha, który niezbyt udolnie usiłował wyciągnąć różdżkę. Albus też to zauważył i tym samym łagodnym tonem ostrzegł aurora.
- A więc zamierzasz w pojedynkę pokonać Dawlisha, Shacklebolta, Dolores i mnie, Dumbledore? – Knot odzyskał panowanie nad sobą.
- Na brodę Merlina, nie! Nie, chyba że mnie do tego zmusicie. – Albus uśmiechnął się.
To było zbyt wiele.
- I nie będzie działał w pojedynkę! – Minerwa błyskawicznie wyciągnęła różdżkę – szmaragdy zamigotały w świetle.
- Będzie, Minerwo! Hogwart cię potrzebuje! – tym razem ton Albusa był ostry, rozkazujący. Nadal jednak na nią nie patrzył.
- Dość tych bzdur! Brać go! – rzekł Knot.
Minerwa zareagowała instynktownie, gdy Albus strzelił srebrnym promieniem z różdżki. Przeskoczyła biurko w półludzkiej, półkociej formie i pociągnęła Pottera i pannę Edgecombe na ziemię, zasłaniając ich własnym ciałem. W uszach jej dzwoniło od huku, wszędzie wirowały też drobiny pyłu.
Potter obejrzał się na nią z niedowierzaniem. Minerwa żałowała, że nie ma na nosie okularów – przez ten okropny pył widziała jedynie zmierzającą ku nim wysoką postać…
- Nic wam się nie stało? – z ulgą rozpoznała głos Albusa.
- W porządku. – Minerwa zmusiła obolałe ciało do przyjęcia pozycji stojącej, odruchowo pociągając za sobą dwójkę uczniów. Kątem oka widziała nieprzytomnych Knota, Umbridge, Dawlisha i ..
- Niestety, musiałem też ugodzić Kingsley'a, żeby nie budzić podejrzeń. Szybko działał i to bez namysłu, modyfikując pamięć panny Edgecombe, gdy wszyscy patrzyli w inną stronę… podziękuj mu ode mnie, Minerwo, dobrze? No, ale zaraz się obudzą i najlepiej będzie, żeby nie dowiedzieli się, że mieliśmy czas na porozumienie się… musisz zachowywać się tak, jakby dopiero co zostali powaleni na ziemię, nie będą pamiętać…
- Dokąd się wybierasz, Dumbledore? Na Grimmauld Place? – wyszeptała Minerwa, boleśnie świadoma obecności dwójki uczniów. Przecież nie mógł jej tu tak zostawić… nie teraz, nie z tą różową ropuchą… nie samej.
- Och nie. Nie zamierzam się ukrywać. Knot wkrótce pożałuje, że chciał usunąć mnie z Hogwartu, obiecuję ci to… - odpowiedział Albus, tym razem patrząc jej prosto w oczy.
Minerwa od razu wyczuła, jak jego umysł naciska delikatnie na jej bariery. Opuściła je częściowo, przestając słuchać słów skierowanych do Harry'ego.
- Moja droga…
- Albus! Nie możesz tak po prostu odejść! A co z Voldemortem, co z ministerstwem? Hogwart bez ciebie nie jest już bezpieczny!
- Nie mogę wciągać was w konflikt z ministerstwem. Będziecie musieli jakoś to znieść. Wiem, to trudne…
- Trudne? Ta różowa ropucha torturuje moich uczniów!
- Dlatego ty musisz tu zostać. Pod żadnym pozorem nie wolno ci opuszczać Hogwartu, bo uczniowie muszą mieć tu kogoś, komu mogą zaufać, kto ich obroni w kluczowym momencie…
- Albus…
- Przepraszam. Wynagrodzę ci to, obiecuję, Minnie. Ale najważniejsze jest, byś została w Hogwarcie.
- Wkrótce zrozumiesz… - wyszeptał Albus, zrywając ich myślowy kontakt. Minerwa wróciła do rzeczywistości w momencie, w którym jej przyjaciel złapał za złoty ogon feniksa i zniknął w wybuchu ognia.
- Gdzie on jest? Gdzie on jest?! – ryknął Knot, podnosząc się z podłogi.
Zaraz potem reszta też się ocknęła. Umbridge, Dawlish i Shacklebolt (zupełnie niewzruszony), popędzili na schody. Knot jedynie zawahał się, a potem zabrał się za otrzepywanie szat z pyłu. Wreszcie zapadło niezręczne milczenie.
- No Minerwo, obawiam się, że to już koniec twojego przyjaciela Dumbledore'a. – powiedział w końcu Knot, mściwie.
- Tak sądzisz? – Minerwa nie ukrywała pogardy, nie wypuszczając różdżki z dłoni. Knot podwójnie nie miał racji – po pierwsze, Albus pokazał mu, kto tak naprawdę jest silniejszy, a po drugie, dyrektor był dla niej kimś więcej niż przyjacielem.
- Lepiej zaprowadź tych dwoje do łóżek. – rzucił minister, wskazując na dwójkę uczniów. Minerwa zacisnęła zęby – jej własny konflikt z ministrem raczej nie był częścią planu Albusa. Skierowała Harry'ego i Mariettę do drzwi.
Była jednak dumna z domieszki krwi Blacków w swojej krwi, gdy usłyszała głos Finesasa Nigellusa:
- Wie pan, panie ministrze, w wielu sprawach nie zgadzam się z Dumbledore'em… ale nie zaprzeczy pan, że ma klasę…
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Minerwa w milczeniu szła pustymi już korytarzami z dwójką uczniów. W pewnym momencie Potter chyba zorientował się, gdzie ich prowadziła.
- Pani profesor, mi nic nie jest, nie musimy iść do skrzydła szpitalnego.
- Tobie nie, ale myślę że pannę Ergecombe powinna obejrzeć pani Pomfrey. – rzuciła Minerwa, otwierając drzwi skrzydła szpitalnego.
- Profesor McGongall? – Poppy wyłoniła się ze swojego gabinetu.
Minerwa wzięła głęboki oddech i pokrótce wyjaśniła przyjaciółce, co zaszło. Poppy była w ciężkim szoku, ale odruchowo zaczęła szeptać nad Mariettą diagnostyczne zaklęcia.
- Teraz ty przejmujesz obowiązki Albusa? – spytała szeptem pielęgniarka, przywołując z gabinetu maść na pryszcze spowodowane zaklęciem panny Granger.
- Zamek pozostaje związany z nim i ze mną, ale minister zapewne mianuje dyrektorem Umbridge. Pewnie zrobi to bez udziału Rady Nadzorczej, zatem będzie ona dyrektorem tylko z nazwy. – odpowiedziała Minerwa, krzywiąc się.
- Och Merlinie. – Poppy pokręciła głową.
- Co z nią? – Minerwa wskazała podbródkiem na Meriettę.
- Pryszcze znikną po tygodniu, ale jeśli chodzi o zaklęcie Kingsley'a, to nie wiem, jakie poczyniło szkody. Nie jestem w stanie jej pomóc. – Poppy rozłożyła ręce.
- Pani profesor? Co się ze mną dzieje? Ja pamiętam, że czegoś nie pamiętam… mam mętlik w głowie… pani profesor, niech mi pani pomoże! – Marietta spojrzała płaczliwie na Minerwę.
- Minerwo? – Poppy rzuciła szybkie spojrzenie na stojącego cicho Harry'ego.
- Panno Edgecombe. Pomogę ci, ale musisz pozwolić mi rzucić na siebie pewien czar. Pod jego wpływem usłyszysz mnie, ale nie tak jak teraz, tylko trochę inaczej. Wtedy pokażesz mi to, co cię niepokoi, dobrze? – mówiła łagodnie Minerwa.
- Czy to będzie bolało ? – Marietta zadrżała lekko.
- Nie, ale nie będzie najprzyjemniejsze. – odpowiedziała szczerze nauczycielka.
- Dobrze. Jestem gotowa. – dziewczyna podniosła na Minerwę ufne spojrzenie.
Czarownica ostrożnie skierowała różdżkę na dziewczynę i mruknęła:
- Legilimens!
Zdążyła jeszcze zarejestrować szok na twarzy Pottera, a potem zanurzyła się w otwarty umysł Krukonki. Dziewczyna jej nie wyczuwała, nadal skupiając się jedynie na fizycznym wytężaniu słuchu. Minerwa bardzo ostrożnie zdjęła swoje pierwsze bariery – wciąż miała w pamięci słowa Albusa o niebezpieczeństwie kontaktu z jej umysłem.
- Marietto, słyszysz mnie?
- Na Merlina, pani profesor, słyszę panią w swojej głowie! – na powierzchni umysłu dziewczyny pojawiła się ta myśl.
- Pokaż mi. – zarządziła Minerwa.
Uczennica posłusznie przywołała obraz białych plam w swojej pamięci. Minerwa przez chwilę zastanawiała się, czy wspomnienie Albusa z pewnej nocy w Niemczech również jest taką białą plamą. Zaraz jednak zabrała się do naprawy tego, co niepotrzebnie wymazało zaklęcie aurora. Skończyła po pięciu minutach i wycofała się z umysłu dziewczyny.
Gdy Minerwa otworzyła oczy, zobaczyła bladą twarz Poppy i poszarzałą twarz Pottera. Marietta odzyskała poczucie rzeczywistości później – wróciły jednak wspomnienia przywrócone przez Minerwę. Odruchowo uczennica sięgnęła dłonią do twarzy, a gdy wyczuła krosty pod palcami, wybuchła płaczem.
- Niech zostanie tu kilka dni. – powiedziała Minerwa do Poppy, ignorując łzy dziewczyny – nie wymazała jej wspomnień o donosie – ostatecznie panna Edgecombe zdradziła zaufanie ,,Gwardii Dumbledore'a."
- Panie Potter. – Minerwa wskazała Harry'emu wyjście.
Chłopak czym prędzej pozwolił się wyprowadzić ze skrzydła szpitalnego – podobnie jak Minerwa, zapewne nie cierpiał tego miejsca. W milczeniu szli w stronę wieży Gryffindoru. Minerwa rozmyślała o Albusie – dopiero teraz docierało do niej, że oto wydarzył się jeden z najgorszych scenariuszy – Dumbledore był zmuszony opuścić Hogwart, ona została sama z tym wszystkim, zupełnie niewtajemniczona w większość jego planów. Natychmiast przypomniała sobie drugi rok Pottera, gdy Malfoy zastraszył Radę Nadzorczą i usunął Albusa ze stanowiska – wtedy Ginewra Weasley o mały włos nie zginęła. Czy w tym roku też miało dojść do czegoś strasznego?
Minerwa automatycznie zatrzymała się przed drzwiami swojego gabinetu.
- Trafisz sam do wieży Gryffindoru, Potter? – zapytała, nie patrząc w oczy chłopaka.
- Pani umie posługiwać się legilimencją. – stwierdził Harry z zaskakującą bezpośredniością , ignorując jej pytanie.
Szybko otworzyła drzwi gabinetu i wepchnęła go do środka. Idąc w stronę biurka, pouczyła go:
- Choć prawo mówi wyraźnie, że legilimencja jest przestępstwem jedynie w przypadku braku zgody obojga osób, to w obecnej sytuacji, mogłabym pożegnać się z pracą, gdyby ministerstwo się o tym dowiedziało.
Rozglądając się czujnie, Minerwa pchnęła drzwi do swojego salonu i zaprosiła gestem Harry'ego do środka. Wszedł, a na widok wszechobecnych szkarłatno-złotych akcentów uśmiechnął się szeroko.
- Napijesz się czegoś, Potter? – Minerwa przywołała talerz z piernikowymi traszkami.
- Eee, ma pani może gorącą czekoladę, pani profesor? – Harry błądził wzrokiem po regałach pełnych książek. Minerwa poczuła lekkie ukłucie na jego słowa – miała gorącą czekoladę, w końcu to był ulubiony napój dyrektora. Albus zajadał się czekoladą w nieprzyzwoicie dużych ilościach.
- Proszę. – Minerwa wręczyła chłopcu kubek, sobie zaś zaparzyła dużą filiżankę melisy.
- Pani profesor, skoro pani umie legilimencję, i to w takim stopniu, by manipulować wspomnieniami Marietty, dlaczego to pani nie uczy mnie oklumencji? Dlaczego to musi być Snape? – wypalił Harry.
Minerwa już żałowała swojej pomocy udzielonej Krukonce. Przecież właśnie tego pytania się obawiała. Przecież sama zadawała je sobie każdego dnia. Dlaczego Albus jej nie ufał, by mogła pomóc Potterowi bronić się przed wizjami Voldemorta?
- Profesor Snape ma na tym polu zdolności porównywalne z moimi, Potter. – odpowiedziała, patrząc na okno.
- Ale to nie jest odpowiedź na moje pytanie, madam. – zauważył cicho Gryfon. Minerwa wbiła w niego niewzruszone spojrzenie.
- Dyrektor nie chciał, bym to ja uczyła cię oklumencji, Harry. – odpowiedziała, tym razem wprost i szczerze. Na twarzy Harry'ego pojawił się rumieniec, a potem złość.
- Ach tak. – rzucił jedynie, odkładając kubek z czekoladą. Minerwa westchnęła.
- Potter, dyrektor pragnie twojego dobra. – z chwilą gdy wypowiedziała te słowa, sama przestała w nie wierzyć. Bo nawet jeśli Albus dbał o Harry'ego, czy o nią, czy o Hogwart – to wciąż układał swoje tajne plany pod ,,większe dobro" .
- Jasne. – podsumował Potter, krzywiąc się.
Zapadło niezręczne milczenie. Wreszcie Harry zapytał:
- Czy to profesor Dumbledore nauczył panią legilimencji, madam? Czy wszyscy w Zakonie ją umieją? – tym razem w jego głosie Minerwa rozpoznała dużą dozę ciekawości.
- Jako dziecko używałam legilimencji nieświadomie. Potem mój ojciec nauczył mnie czym jest ta sztuka i jak jest niebezpieczna. Gdy przybyłam do Hogwartu umiałam już osłaniać swój umysł przed profesorem Dumbledore. W Zakonie tylko ja, dyrektor i profesor Snape sprawnie posługujemy się legilimencją, zaś aurorzy mają jedynie opanowane podstawy oklumencji. – wyjaśniła Minerwa.
- Gdy przybyła pani do Hogwartu nauczać, tak? – spytał Harry. Minerwa roześmiała się.
- Nie, Potter. Gdy przybyłam do Hogwartu mając dziesięć lat. Wtedy to profesor Dumbedore był nauczycielem transmutacji.
- Mając dziesięć lat osłaniała pani umysł przed profesorem Dumbledore? – Harry z niedowierzaniem uniósł brwi.
-Zawsze miałam predyspozycje do magii umysłu, a mój ojciec bardzo dobrze mnie nauczył. – Minerwa poczuła przypływ melancholii na wspomnienie cierpliwych instrukcji ojca, jego kojącego głosu, radości, jaką dawały jej jego pochwały.
- To nieprawdopodobne. Szkoda, że to nie pani uczy mnie oklumencji. Może wtedy umiałbym osłaniać swój umysł. – rzekł Harry.
- Potter, nie możesz pozwolić, by twoja niechęć do osoby profesora Snape'a wpłynęła na twoją oklumencję. To bardzo ważne, by Voldemort nie miał dostępu do twojego umysłu. - Minerwa powoli obracała w palcach różdżkę.
- Ja wiem, pani profesor… ale to trudne. A teraz… jeśli ma pani rację i Umbridge zostanie dyrektorem… - Harry pokręcił głową.
- Hogwart przetrwał dużo gorsze okoliczności. Damy sobie radę i z różową ropuchą . – odpowiedziała Minerwa, choć głos nieco jej zadrżał. Czy sama wierzyła w te słowa? Była gotowa bronić do upadłego swoich uczniów, ale czy bez Albusa miała dość sił by wstawać każdego dnia, by nauczać, by znosić upokorzenia?
Harry przez chwilę patrzył na Minerwę ze zdumieniem, a potem zachichotał. Wciąż zaśmiewając się, odłożył pusty już kubek i rzekł:
- Chyba powinienem wrócić do wieży. Ale dziękuję.
- Gdyby Umbridge posunęła się za daleko… albo gdybyś miał jakiś problem, Potter, nie wahaj się prosić o pomoc. – Minerwa spojrzała na niego z powagą.
- Tak jest. Cieszę się, że pani nie uciekła z dyrektorem, pani profesor. – wyznał Potter.
Minerwa uniosła brwi, a Potter zarumienił się głęboko, gdy zdał sobie sprawę, jak zabrzmiały jego słowa. Czarownica machnęła ręką, lekko unosząc kąciki ust – to ją rozbawiło, bo James Potter też czasami mówił rzeczy, które mogły brzmieć dwuznacznie. Harry skłonił się i wyszedł.
Minerwa zgasiła ogień w kominku i udała się do swojej sypialni, rozmyślając nad tym, że jakaś część jej desperacko chciała uciec z Albusem, Po prostu, by czuć się bezpiecznie, by przestać znosić panoszenie Umbridge po zamku, by nie martwić się o uczniów. To jednak było samolubne i niewłaściwe.
Powinna myśleć, że Albus zachował się odpowiednio, że nie mógł zostać w zamku, że lepiej iż wziął na siebie ciężar odpowiedzialności za ,,Gwardię". Przecież nie mogli dopuścić by wyrzucono Pottera ze szkoły, a ministerstwo już od dawna ograniczało autonomię Hogwartu. Teraz, poza szkołą, Albus będzie mógł skupić się na Zakonie, na sposobie pokonania Voldemorta. Logiczne, że ona musiała zostać w zamku – ktoś musiał chronić uczniów, ktoś musiał być tutaj, służyć radą i wsparciem w razie potrzeby.
Ale takie rozsądne myślenie wcale nie zmniejszało jej strachu i niepewności. I choć Minerwa McGongall nigdy nie przyznałaby tego głośno, tęskniła za świadomością, że gdzieś w tym samym zamku jest mag o migoczących, błękitnych oczach.
