Minerwa splotła swoje srebrne włosy w prosty warkocz, a następnie zdjęła swój szlafrok w szkocką kratę i przewiesiła go przez oparcie krzesła, stojącego przed toaletką. Pozostała ubrana w prostą, białą koszulę nocną, z długimi, szerokimi rękawami, sięgającą w pół uda, której jedynym dekoracyjnym elementem był geometryczny wzorek wyszyty bordową nitką wokół dekoltu. Była druga w nocy – standardowa pora, o której kładła się spać, o której rozpoczynała techniki relaksacyjne mające pozwolić jej chociaż trochę się wyspać.

To nie był dobry dzień. Jak mógłby taki być, skoro musiała użerać się z Umbridge, na każdym kroku podkreślającą degradację Albusa i puszącą się swoim nowym stanowiskiem? Minerwa z westchnieniem wspięła się na swoje niezapraszające łóżko. Odłożyła różdżkę na szafkę, na której leżały już jej okulary. Pomyślała, że chociaż większość swojego już dość długiego życia spędziła sama, to dawno nie czuła się tak dziwnie samotna jak teraz. I to wszystko tylko dlatego, że Albusa nie było!

Położyła się płasko na plecach, próbując pogodzić się z myślą, że jutro, tak jak dziś, on nie przyjdzie po nią, by razem mogli zejść na śniadanie do Wielkiej Sali. Syknęła – doprawdy, jak miała się wyciszyć i uspokoić, gdy jedyne o czym mogła myśleć, to migotanie w jego oczach?

I wtedy wydarzyło się coś zgoła nieoczekiwanego. Minerwa odruchowo odrzuciła kołdrę i porwała różdżkę, gdy rozległ się głośny, charakterystyczny trzask. Otworzyła szeroko oczy ze zdumienia, gdy zorientowała się, iż celuje różdżką w Fawkesa. Feniks rzucił jej dymisjonujące spojrzenie. Kiedy opuściła różdżkę, przysiadł na łóżku.

- Fawkes? Albus potrzebuje pomocy? – naraz przeraziła się, że feniks nie pojawiłby się tu, gdyby Albusowi nie groziło niebezpieczeństwo.

Szkarłatno-złoty ptak odpowiedział wysokim trelem. Minerwa podkurczyła nogi i szybko przesunęła się do ptaka, uciszając go:

- Cii, jeśli ktoś cię tu usłyszy, pomyśli, że ukrywam Albusa! – czarownica ostrożnie wyciągnęła dłoń do magicznego stworzenia. Owszem, Fawkes zawsze wydawał się ją lubić, a ona traktowała go z nieodmiennym szacunkiem – teraz szukała w jego oczach potwierdzenia, że Albus może jej potrzebować.

Lecz obsydianowe oczy feniksa nie niosły żadnej odpowiedzi. Minerwa położyła rękę na jego skrzydle, chcąc go pogłaskać i uspokoić. Krzyknęła, gdy poczuła szarpnięcie typowe dla teleportacji. Odruchowo zamknęła oczy.

- Minerwa?

Otworzyła oczy, wciąż mocno ściskając różdżkę.

- Lumos.

Blask jej różdżki rozświetlił twarz czarodzieja, w którego łóżku się znalazła.

- Albus! – odetchnęła z ulgą. A potem dotarło do niej…

Albus Dumbledore musiał już spać – teraz przecierał oczy, okryty kolorową kołdrą, leżąc w wielkim, solidnym łóżku. Ona sama siedziała tuż obok – wciąż w koszuli nocnej!

- Moja droga… - gdy jego spojrzenie przesunęło się po jej sylwetce, odruchowo złożyła defensywnie dłonie na piersi – w jednej ręce wciąż trzymała świecącą różdżkę.

- Myślałam, że coś ci grozi! Fawkes pojawił się nagle i bałam się, że potrzebujesz pomocy! Dotknęłam go i przeniósł mnie tutaj. – zaczęła się tłumaczyć, zawstydzona, że zdradziecki rumieniec musiał zagościć na jej twarzy.

- Naprawdę? To dziwne, jak widzisz, nic mi nie jest. Faktycznie, śni… myślałem o tobie i wcześniej mówiłem mu, że ciekaw jestem, jak sobie radzisz z Umbridge, ale musiał sam przejąć inicjatywę… to do niego niepodobne. – Albus lekko uniósł się, co tylko podsyciło zawstydzenie Minerwy. Rozejrzała się, szukając czegokolwiek, czym mogłaby się trochę lepiej okryć. W tej perspektywie mógł widzieć jej prawie całe, blade nogi.

- Gdzie my w ogóle jesteśmy? Gdzie się ukrywasz? – spytała, nie mogąc znieść ciszy. I jeszcze to, jak na nią patrzył… jakby nie do końca wierzył w to, co widzi.

- W Irlandii. To był dom mojej ciotki Honorii, ministerstwo nie wie, że zostawiła mi go i chociaż jest w kiepskim stanie, to przecież wiele mi nie trzeba. – odpowiedział czarodziej. Minerwa chciała się uśmiechnąć, ale niezbyt jej to wyszło.

- Ale to nieważne, na Merlina, ty drżysz, Minnie! – miała ochotę potrząsnąć głową, ale musiał widzieć gęsią skórkę na jej nogach. Na moment zobaczyła jak się waha, ale ostatecznie sięgnął po swoją różdżkę i machnął nią – z ciemnego kąta pomieszczenia przyfrunął do niej puchaty, czerwony szlafrok.

- Proszę. Może pójdziemy do kuchni, tam jest piec, byłoby ci cieplej i zrobiłbym ci herbaty. Opowiesz mi co słychać w Hogwarcie. – zasugerował czarodziej.

Minerwa z ulgą założyła jego za duży szlafrok i zeskoczyła z łóżka. Szlafrok był rozkosznie ciepły, pachniał nim i sięgał jej w pół łydki. Albus zabrał jedną z poduszek i transmutował ją w parę miękkich kapci. Czarownicy trudno było powstrzymać chichot – bo gdy odrzucił kołdrę, okazało się, że miał na sobie niesamowicie kolorową piżamę w tęczowe pasy.

- Kuchnia jest po prawej. – wymamrotał czarodziej. Minerwa uznała, że subtelny rumieniec na jego policzkach jest ujmujący.

Miał rację, w kuchni było dużo cieplej. Minerwa usiadła na prostym taborecie, rozglądając się z ciekawością. Było oczywiste, że ten dom wymagał remontu, ale jednocześnie świetnie się nadawał na kryjówkę dla maga, który nie chciał być wyśledzony przez aurorów albo śmierciożerców.

- Proszę bardzo. – Albus podał jej filiżankę z herbatą i usiadł obok, z kubkiem gorącej czekolady.

- Masz kontakt z Zakonem? – Minerwa postanowiła poprowadzić tę rozmowę na bezpiecznym gruncie.

- Dostaję regularnie raporty, posyłam Alastorowi rozkazy dotyczące ochrony przepowiedni, a Severus informuje mnie o sytuacji w Hogwarcie. Nie chciałem ryzykować – jesteś bacznie obserwowana, Minnie. – powiedział ze smutkiem.

- Tak, Umbridge śledzi mnie na każdym kroku, mam nawet okropne wrażenie, że specjalnie zarządza szlabany dla Gwardii Dumbledore'a w godzinach, w których prowadzę lekcje – ma pewność, że jej nie przyłapię na krzywdzeniu uczniów i ma mnóstwo czasu na śledzenie mnie po zajęciach. Jeszcze trochę, a w Hogwarcie nie będzie już można nawet rozmawiać! – na myśl o różowej landrynie znajomy gniew zawrzał w Minerwie. Przez dobrą godzinę narzekała na nią Albusowi, który z godną podziwu cierpliwością wysłuchiwał jej żali, oferując wsparcie i pociechę płynącą ze swoich mądrych słów. Lecz w pewnym momencie powiedział coś, co zmroziło czarownicę:

- Obawiam się, że ona mogłaby posunąć się dalej, gdyby ciebie nie było w zamku. – stwierdził Albus. Minerwa zaniepokoiła się:

- Co masz na myśli? Ona już ich torturuje krwawym piórem, do czego byłaby zdolna? Do Cruciatusa? – zacisnęła dłoń w pięść.

- Nie wiem, moja droga. Dlatego tak istotne jest, byś była w Hogwarcie, bo gdyby, odpukać, Umbridge posunęła się za daleko, będziesz pierwszą osobą, do której uczniowie zwrócą się po pomoc. – wyjaśnił, delikatnie łapiąc za jej dłoń. Jego palce były dużo cieplejsze niż jej.

- Tak, masz rację… ale zaraz, na Merlina, co jeśli oni teraz potrzebują mojej pomocy? Co jeśli będą mnie szukać, a mnie nie będzie w wieży Gryffindoru? – Minerwa na moment dała porwać się panice.

- Spokojnie, Min, jest środek nocy i wątpię, by byli w kłopotach akurat teraz. Oczywiście przepraszam za Fawkesa, za wyrwanie cię ze snu i przestraszenie. Chodź, spróbujmy go przekonać, by zabrał cię z powrotem do zamku. – uścisnął lekko jej dłoń. Spojrzała na niego – tak naprawdę nie chciała wracać do szkoły, nie bez niego. Ostatecznie jednak podniosła się i poszła za nim, z powrotem do sypialni. Fawkes siedział na balustradzie łóżka.

- Fawkes, przyjacielu, zachowałeś się bardzo nieładnie, zabierając Minerwę z Hogwartu. Chciałbym, byś teraz przeniósł ją z powrotem, by mogła się wyspać przed kolejnym dniem stawiania oporu Umbridge. – czarodziej zwrócił się do ptaka.

Minerwa sięgnęła dłonią do feniksa, ale ten odskoczył, strosząc nieco pióra.

- Fawkes, co ty wyprawiasz? – Albus zmarszczył brwi, szybko robiąc kilka kroków w stronę magicznego stworzenia, ale ono z wdziękiem uniknęło go i zniknęło z trzaskiem.

- Fawkes! – zawołała Minerwa z frustracją, ale oto jedyny bezpieczny środek transportu bezpośrednio do jej sypialni się ulotnił. Teleportacja wprost do swojego apartamentu wymagała nagięcia zaklęć antyteleportacyjnych – Minerwa byłaby zmuszona do wysiłku, na który z pewnością nie czuła się gotowa.

- Przepraszam cię, Minerwo… - zaczął Albus, podchodząc do niej.

- Nie mam siły, by teleportować się setki kilometrów, ponad morzem i w miejsce, które z definicji jest nienanoszalne. – ukryła twarz w dłoniach. Nienawidziła przyznawać się do słabości, ale prawda była taka, że jej siły nie były takie jak kiedyś, a ostatnie lata bardzo je nadwątliły.

- Nie martw się, teleportuję cię do Hogwartu. – dotknął jej ramienia. Troska w jego oczach tylko podsyciła jej poczucie winy.

- A co jeśli cię odkryją? Nie mogłabym cię tak narażać… - zaprotestowała. Zamilkła, gdy położył palec na jej ustach.

- Zaproponowałbym ci zostanie tutaj, ale wiem, że nie będziesz w stanie zasnąć, zamartwiając się o uczniów. I choć samolubnie cieszę się ogromnie, mogąc cię zobaczyć, to mój feniks zupełnie nieodpowiedzialnie wyrwał cię ze snu i przeraził, więc chociaż mogę zaoszczędzić ci tej skomplikowanej teleportacji. – było coś w jego głosie… jakaś nostalgia, która całkowicie zmartwiła Minerwę – przecież znała go tak długo – od razu wyczuła swoisty żal, promieniujący z niego, skrywany przez czysto przyjacielską troskę.

- Nie możemy sobie pozwolić na rozszczepienie, więc lepiej złap się mnie mocno. – zasugerował czarodziej, zabierając rękę z jej twarzy.

Minerwa wiedziała, że spodziewał się, iż chwyci go za ramię, jak wymagały grzecznościowe reguły teleportacji łącznej. Ale przecież zaraz po tym, jak pojawią się w jej sypialni, on znów zniknie, zostawiając ją samą, z całą magiczną szkołą do nadzorowania. I czy ktokolwiek wiedział na jak długo? Nie, tego krótkiego momentu nie mogła sobie odmówić. Podeszła i przytuliła go mocno, obejmując go rękoma w pasie. Położyła głowę na jego piersi, napawając się tym, że odruchowo przycisnął ją do siebie mocniej, kładąc dłonie na jej plecach.

I zniknęli oboje, by pojawić się w jej sypialni.

Oderwanie się od niego, zrobienie tego kroku w tył było takie trudne…

- Galopujące gargulce, z tobą nawet teleportacja jest niesamowita. – mruknęła, zanim ugryzła się w język. Zerknęła na niego – uniósł pytająco brwi. Przecież nie mogła mu powiedzieć o tych motylach, trzepoczących jej w brzuchu?

- Zakładam, że mógłbyś przenieść nas na koniec świata bez najmniejszego wysiłku. – dodała, cofając się o jeszcze jeden bolesny krok.

- Czasem chciałem. Naiwnie wierząc, że daleko stąd bylibyśmy spokojniejsi, szczęśliwsi. – uśmiechnął się smutno. Przekrzywiła głowę, splatając ręce – to jej przypomniało, że wciąż ma na sobie jego szlafrok.

- Powinnam ci go oddać. – sięgnęła do paska, którym szlafrok był przewiązany w pasie.

- Możesz go zatrzy… - Albus urwał, gdy rozchyliła poły szlafroka, a potem wyjęła najpierw jedną, potem drugą rękę z rękawów. Westchnął, gdy zrzuciła go z ramion, magią bez użycia różdżki składając ładnie.

Było coś poza tym, co zawsze widziała w jego migoczących oczach, gdy patrzył na nią. Teraz… sposób, w jaki wodził wzrokiem po całej jej sylwetce… To było prawie, prawie to, co wtedy…

Odwróciła głowę, oddając mu szlafrok. Nie chciała, by widział jak błyszczą jej oczy.

- Dziękuję. – powiedzieli jednocześnie. Uśmiechnął się delikatnie, gdy usiadła na łóżku, odłożyła różdżkę i owinęła się kołdrą dużo zimniejszą niż jego promieniujące ciepłem objęcia. Zastanawiała się, czy bezszelestnie zniknie, czy jeszcze coś powie, czy… wstrzymała oddech, gdy podszedł i pocałował ją w policzek.

- Och, zostań ze mną. – wyszeptała, patrząc wprost w jego oczy.

Zawahał się z zaskoczeniem. Wciąż walczył ze sobą. Z tą szlachetną częścią jego duszy, która pewnie wołała, iż dzieli ich zbyt wiele, iż to byłoby nieodpowiednie, iż to zmieni wszystko. Przecież jej rozsądny umysł alarmował ją dokładnie o tym samym. A jednak… ona już nie miała więcej odwagi. Nie miała odwagi błagać go, by jej nie zostawiał.

On miał jednak odwagę, by powiedzieć:

- Kocham cię, najdroższa Minerwo. – było tyle prawdy, tyle uczucia, tyle miłości w jego miękkim szepcie.

Tak miękkim jak jego usta, do których sięgnęła, unosząc się na łokciach. Usta, całujące ją tak namiętnie. Jego dłonie odsunęły kołdrę, a potem ujęły jej szyję, w miarę jak ich pocałunek nabierał pasji. Złapała za materiał jego piżamy, przyciągając go do siebie, a potem szybko rozpinając guziki. Naturalnie wślizgnął się do jej łóżka, jego wargi już pieściły jej obojczyk, jego palce już przesuwały się po jej udach, by natrafić na rąbek koszuli nocnej.

- Albusie. – jęknęła, pragnąc go popędzić, pragnąc by zdjął z niej ten materiał, by nie ustawał, by się nie zatrzymywał, by nie myślał o konsekwencjach.

Lecz wtedy on złapał ją za ramiona i oderwał swoje usta od jej ramienia, by spojrzeć na nią z krzywym uśmiechem.

- Tym razem konsekwencji nie będzie, bo to tylko sen, Minerwo. – migotanie momentalnie zgasło w jego oczach, wraz z zalewającą jej ciało zimną paniką.

Spadali. Lecieli w dół, zimne powietrze smagało ich po twarzach. Trzymała go mocno, ale i tak wyślizgiwał się z jej dłoni. Krzyczała, wołała, by jej nie puszczał, by zatrzymał ich upadek, ale jego oblicze było porażająco smutne.

Ściskała jego dłoń, ale on zdawał się ciążyć bardziej, spadać szybciej. Płakała, gdy już stykały się tylko ich palce.

- ALBUS! – wrzasnęła, gdy wypuścił jej dłoń i poszybował w dół, dużo szybciej niż ona.

W przepaść. W rozpadlinę, na dnie której już widziała zarysy rozkładających się ciał. Ich odór zaatakował jej nozdrza, nie była w stanie oddychać. Na moment uderzyła w nią absurdalna myśl, że tym razem przynajmniej lecą tam oboje.

I nagle czyjeś ręce pochwyciły ją, uściskiem mocnym, żelaznym. Minerwa zdołała obrócić się w powietrzu – i krzyczała, widząc swoją własną, woskową, pozbawioną emocji twarz. Ograbiona z uczuć Minerwa zatrzymała jej upadek i zaczęła ją ciągnąć w górę, jednocześnie szepcząc zjadliwie do zupełnie przerażonej, prawdziwej Minerwy:

- Myślałaś, że możesz go mieć, bez stanięcia twarzą w twarz z prawdą, że jesteś potworem, który zataił masowe ludobójstwo, który odebrał mu wspomnienia?

- TO TYLKO SEN! – odpowiedziała, wkładając w to całą swoją siłę.

Minerwa obudziła się, zlana potem, dysząc ciężko. Odruchowo odrzuciła kołdrę i porwała różdżkę.

Była czwarta rano i siedziała sama w swojej sypialni w wieży Gryffindoru. Zadrżała, gdy uświadomiła sobie, że oto jej zdradziecka podświadomość dołączyła do klątwy Grindelwalda w wysiłku pozbawienia jej snu. Albo klątwa wreszcie dotarła do tego nienaruszalnego rezerwuaru pozytywnych uczuć, scentrowanych wokół Albusa i zatruła je, jak zatruwa się studnie wroga.

Doprawdy, jak miała to przetrwać, najbliższe dni i noce, bez pewności, że Albus jest cały i zdrowy? Potrząsnęła głową. Pomyślała, że racją jest, iż najgorsze demony kryją się w nas samych. I że przeświadczenie, że można je zwalczyć, jest kłamstwem. Bo przecież walczyła z tym już tyle lat. A to nadal wracało, coraz silniejsze, coraz bardziej okrutne, coraz bardziej wyczerpujące.

Jak długo miała jeszcze walczyć?

Do momentu, aż Hogwart przestanie jej potrzebować.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

- Rolando, powiedz wprost czego potrzebujesz, a nie od pół godziny narzekasz na drużynę Slytherinu! – Minerwa straciła cierpliwość.

Zważywszy na to, że Umbridge na dobre rozpanoszyła się w szkole, sam pobyt Rolandy w salonie Minerwy był niebezpiecznie bliski łamania ministerialnych dekretów. Z drugiej jednak strony, było to jedno z niewielu miejsc w zamku, do którego Umbridge jeszcze nie odważyła się wtargnąć. Po tym, jak gargulec odmówił jej dostępu do gabinetu dyrektora, Umbridge zarządziła przeszukania w chatce Hagrida i w pokoju nauczycielskim, jakby spodziewała się znaleźć tam kryjówkę Albusa. Minerwa nie musiała uciekać się do legilimencji, by wiedzieć, że Umbridge podejrzewa ją, Minerwę, o ukrywanie dyrektora. A jednak Dolores musiała jakimś cudem rozumieć, że nauczycielka transmutacji nie jest czarownicą, z którą można zadzierać. Choć czasem wpadała do gabinetu Minerwy, nigdy jeszcze nie przekroczyła progu jej prywatnych komnat.

Rolanda Hooch tymczasem przyszła z przyjacielską wizytą. Zważywszy na żarliwość jej narzekań na drużynę Ślizgonów, naprawdę czegoś bardzo potrzebowała od Minerwy.

- No dobrze, ale obiecaj, że wysłuchasz mnie do końca. – lekko żółte oczy Rolandy rozbłysły z ożywieniem.

- Dobrze. Mów. – Minerwa machnęła ręką.

- Obie wiemy, że nienawidzisz naszej nowej pani dyrektor. Pomyślałam… że może… mogłybyśmy wrócić do starych dobrych czasów, gdy ty i ja zamieniałyśmy życie nauczycieli w piekło. – wypaliła Rolanda, z entuzjazmem na twarzy.

Minerwa z oburzeniem pokręciła głową. Tak, miały mnóstwo zabawy, łamiąc wszystkie punkty regulaminu, ale to nie było właściwie. Nadal miała w pamięci ten zawód, rozczarowanie w oczach Albusa, gdy zrozumiał, że to ona jest tajemniczą wybawicielką Rolandy ze wszelkich opresji.

- Minnie, pomyśl o tym. Umbridge jest zbyt głupia, by się zorientować, z której strony zostanie zaatakowana, a nie możemy patrzeć z założonymi rękami, jak niszczy ducha Hogwartu. – Rolanda zmieniła ton na błagalny.

- Ro, nie mogę ryzykować wyrzucenia z Hogwartu. A Umbridge i tak pewnie szuka pretekstu, by się mnie pozbyć. –odpowiedziała smutno Minerwa. Ile razy ugryzła się język, przypominając sobie słowa Albusa: ,, Ale najważniejsze jest, byś została w Hogwarcie."

- Zrobimy to tak, że nawet nie pomyśli, iż mogłabyś mieć coś z tym wspólnego. Minnie, proszę cię, potrzebujemy twojej pomocy.

- Potrzebujecie? – Minerwa zmarszczyła brwi. Rolanda zmieszała się, aż w końcu wyznała:

- Zgodziłam się pomóc bliźniakom Weasley w uprzykrzeniu jej dyrektorowania.

- Rolando! – Minerwa zacisnęła dłonie mocniej na różdżce.

- Nic ich od tego nie odwiedzie, a z naszą pomocą mieliby większe szanse. Nie mogłam się nie zgodzić, Minnie, zrozum…

- Nie powstrzymam Umbridge przed wyrzuceniem ich ze szkoły! A do tego niechybnie dojdzie, jeśli spróbują czegoś radykalnego. – Minerwa instynktownie pragnęła chronić swoich uczniów, swoje lwiątka.

- Minerwo. Im nie zależy na skończeniu Hogwartu. – poważnym tonem rzekła Rolanda. Nauczycielka transmutacji jedynie otworzyła usta, zszokowana.

- Chcą otworzyć swój własny biznes, zdali SUMY i w ramach ostatniego, najwspanialszego żartu chcą dopiec Umbridge. – wyjaśniła instruktorka latania.

- Chcą odejść? Ale… przecież poza Hogwartem nie będą bezpieczni… nie, kiedy ich rodzina jest tak blisko związana z Potterem i Albusem! A Molly? Czy ona wie? – Minerwa ciągle nie dowierzała.

- To bliźniacy. Nie boją się, jak prawdziwi Gryfoni. I nie chcą przysparzać więcej zmartwień matce. – mruknęła Rolanda, jakby to wszystko wyjaśniało.

- A ja? Każdego dnia patrzę na dłonie moich uczniów i każdego dnia widzę coraz więcej blizn po krwawym piórze! Każdego dnia drżę o ich bezpieczeństwo, ale wiem, że poza Hogwartem będą jeszcze bardziej zagrożeni! Ro, ja nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś im się stało! – Minerwa potarła skroń, próbując odpędzić wizję groty, która już formowała się w jej umyśle. Rolanda lekko ścisnęła jej ramię.

- Wiem, że się o nich martwisz. Ale to już nie są dzieci, Minerwo. Podjęli decyzję, a my teraz możemy jedynie im pomóc, albo odwrócić się od nich plecami.

Minerwa przez chwilę rozważała słowa przyjaciółki. Znała dwójkę identycznych rudzielców od dawna, pamiętała ich jeszcze jako kilkuletnich urwisów, tak podobnych do Prewettów, braci Molly. Choć wiele z jej siwych włosów było ich sprawką, Minerwa polubiła ich już w pierwszym roku ich nauki.

- Pomogę im. – postanowiła, znów przywracając na twarz dumną maskę.

- I to jest Minnie, jaką pamiętam. – oświadczyła z dumą Rolanda.

- Czy sprecyzowali, jakiej pomocy oczekują? – spytała Minerwa.

- Planują coś naprawdę… wybuchowego. Jednak nie mają mocy i zaklęć by wykonać niektóre punkty planu. – zaczęła Rolanda, a potem wyjaśniła, co wymyślili Weasley'owie.

Kilka godzin później Minerwa siedziała w pustej klasie transmutacji ze złośliwym uśmiechem na twarzy i zawzięcie zaczarowywała kolejne fajerwerki. Wkładała w to całą swoją wiedzę i chęci, oraz sporą część mocy. Była prawie pewna, że Umbridge nie będzie w stanie przełamać jej zaklęć. Była też równie mocno przekonana, że postępuje słusznie.

Gdzieś głęboko w środku, nadal miała w sobie tą cząstkę energicznej, żywiołowej dziewczyny, nieustannie testującej wszelkie możliwe granice: magii, prawa, sił.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Kilka dni później wspomnienie szalonych fajerwerków i ucieczki Freda i George'a Weasley nadal wywoływało uśmiech na jej twarzy. Minerwa nie mogła zamarzyć o większym ciosie dla Umbridge, a kartkę z podziękowaniami od bliźniaków, która przyszła dzień po ich odlocie, Minerwa umieściła w specjalnej ramce i wysłała do rezydencji.

Dzisiaj jednak miała wrażenie, że tamta radość była chwilowa. Dostała wiadomość od Syriusza – w Kwaterze Głównej miało odbyć się zebranie całego Zakonu. To była jedyna informacja. Minerwa nie wiedziała, czy na Grimmauld Place znajdzie Albusa, czy ktoś zniknął, czy nastąpił jakiś przełom, kompletnie nie wiedziała, czego się spodziewać. Dodatkowo nie czuła się dobrze, zostawiając Hogwart jedynie pod opieką Filiusa i Pomony – oni byli satelitami Zakonu, nie bezpośrednimi członkami. Zastanawiała się, czy nie powinna zostać, ale z drugiej strony była prawą ręką Albusa.

Kilka godzin, obiecała sobie, otulając się szczelniej płaszczem za bramą Hogwartu. Była doskonale świadoma kryjących się w mroku czujnych oczu, obserwujących ją. Dlatego zanim teleportowała się do Londynu, odwiedziła kilka miejsc w całej Wielkiej Brytanii, jako konieczny środek bezpieczeństwa.

Gdy już pojawiła się przed nią zaczarowana kamienica Blacków, Minerwa wyprostowała swój kapelusz wiedźmy i wzięła głęboki oddech. Otworzyła drzwi i weszła do środka.

- Minerwo.

Jej serce zalała taka ulga, że aż zatrzymała się wpół kroku. Na środku korytarza stał uśmiechnięty Albus Dumbledore, z migoczącymi błękitnie oczami i błyszczącymi złotymi szatami, dziwnie kontrastującymi z jego srebrną brodą i włosami. Widząc za nim tłum członków Zakonu, Minerwa podeszła do niego i podała mu dłoń, którą on ucałował, a potem przyjacielsko cmoknął ją w oba policzki. Z trudem powstrzymywała się, by nie zarzucić mu ramion na szyję i cieszyć się jego obecnością, wdychać ten znajomy czekoladowo-cytrynowy zapach…

- Cieszę się, widząc cię w dobrym zdrowiu, dyrektorze. – rzekła, mrugając do niego.

- Zapraszamy, przybyłaś ostatnia. – Albus delikatnie ujął ją za rękę i zaprowadził do kuchni, w której już zgromadziło się mnóstwo magów. Byli tu aurorzy, z Moodym na czele, kilkoro starych przyjaciół Albusa, Poppy i Severus, Syriusz i Lupin oraz połowa familii Weasley'ów. Minerwa ledwie powstrzymała chichot widząc szerokie uśmiechy Freda i George'a.

Albus szarmancko odsunął dla niej krzesło po swojej prawej stronie, a gdy usiedli, zapadła cisza.

- Witam wszystkich. Dzisiejsze zebranie będzie poświęcone omówieniu bieżących spraw, zaplanowaniu dalszych działań i oficjalnemu przyjęciu w poczet Zakonu Freda i George'a Weasley'ów. – zarządził Albus.

Minerwa na chwilę się zawahała, ale potem zaczęła klaskać z innymi. Widziała dumę Artura, ale dostrzegała też niepokój Molly – postanowiła, że po tym wszystkim znajdzie chwilę, by porozmawiać z swoją dawną uczennicą.

Zebranie trwało może z godzinę. Minerwa niewiele mówiła, jako że oprócz propagandy ministerstwa była odcięta od większości informacji, ale chłonęła wszystkie ważne wiadomości. Jednocześnie kątem oka obserwowała Albusa, który nadawał ton dyskusji, równocześnie rysując coś w swoim notesie, ułożonym w ten sposób, że nie widziała, co dokładnie zapisywał. Wydawało jej się, że na twarzy przyjaciela przybyło zmarszczek, a w jego głosie słyszała zmęczenie. To tylko oczywiście spotęgowało jej niepokój. Albus musiał być silny, to na nim opierał się Zakon. Miała nadzieję, że reszta nie zauważyła tego wyczerpania na twarzy dyrektora Hogwartu. Ale w końcu ona zawsze była przewrażliwiona gdy chodziło o niego.

- Zaraz zrobię kolację! I niech nikt nie próbuje się wykręcać, wszyscy jesteście zaproszeni. – oświadczyła Molly, gdy oficjalne zebranie dobiegło końca. Część rzuciła się do pomocy, Minerwa zaś odwróciła się do Albusa.

- Mieszkasz u Aberfortha? – spytała bezpośrednio.

- Jestem w ciągłej podróży, moja droga. A chciałabyś, żebym mu coś przekazał? – odpowiedział Albus. Aberforth był jednym z niewielu nieobecnych.

- Nie, ale wolałabym wiedzieć, gdzie mogę szukać ciebie w razie potrzeby. – zniżyła głos Minerwa, patrząc mu prosto w oczy.

- Ja zawsze jestem z tobą, moja droga. – mrugnął do niej Albus, a potem głośno zwrócił się do Freda.

- Panie Weasley, dodawanie jednej z waszych Bombonierek Lesera do talerza pana Fletchera nie jest dobrym pomysłem.

Minerwa pokręciła głową, ale potem zachichotała, przypominając sobie wielkiego fajerwerkowego smoka, goniącego zdezorientowaną Dolores.

- Co cię tak bawi, Minerwo? – zapytał Lupin, stawiając przed nią talerz z zupą.

- Żałuj, że nie widziałeś ucieczki bliźniaków z Hogwartu, Remusie. Umbridge była zupełnie bezradna. – odpowiedziała Minerwa.

- Och, ale nasz mały projekt nie byłby w połowie takim sukcesem, gdyby pani nam nie pomogła, pani profesor! – George z szelmowskim uśmiechem postawił przed nią szklankę kompotu.

- Minerwo, wiedziałaś o tym co oni zamierzają? – ostry ton Molly przeciął kuchnię. Wszyscy wyczekująco spojrzeli na Minerwę, która nagle poczuła się niezręcznie.

- Uznałam, że skoro i tak nie wybiję im tego z głowy, mogę przynajmniej trochę im pomóc, Molly. – odparła łagodnie Minerwa. Molly zacisnęła usta i bez przekonania pokiwała głową.

- Mamo, daj spokój. Profesor McGonagall nie dałaby zrobić nam krzywdy. To dzięki niej przeszliśmy do historii jako największe urwisy w Hogwarcie! – krzyknął Fred. Minerwa lekko uniosła kąciki ust – czuła dumę, że bliźniacy doceniają jej pomoc.

- O nie! Humcwoci robili kawały, o których wam dwóm się nawet nie śniło! – rzucił Syriusz z wyższością.

- Nie ma mowy! – odkrzyknęli jednocześnie bliźniacy.

- Ale to prawda. Niektórym z waszych kawałów, niestety brakuje polotu. – dodał Remus z przekonaniem.

- Nasze są dużo lepsze! – bronił się zaciekle Fred

- Huncwoci są legendą! Nikt tak nie zalazł za skórę nauczycielom, jak my! – rzucił Syriusz.

- Pfff, imiona Weasley'ów będą wypisane w sercach przyszłych pokoleń figlarzy! – prychnął George.

- Jesteśmy naj… - zaczął Syriusz, ale wtedy ktoś mu przerwał:

- Przepraszam, ale wszyscy się mylicie.

Wszystkie głowy odwróciły się do Albusa, który uśmiechał się delikatnie. Minerwa zmarszczyła brwi. Zarówno Huncwoci jak i bliźniacy przysporzyli jej więcej siwych włosów i nerwów niż mogłaby zliczyć – nie pamiętała większych rozrabiaków.

- Nikt z was nie osiągnął takiego geniuszu w sprawianiu kłopotów jak pewien duet ukrywający się pod pseudonimem Xiomara. – rzucił Dumbledore.

Minerwa poczuła zdradziecki rumieniec rozlewający się po twarzy. Na szczęście uwaga wszystkich skupiona była nadal na Albusie.

- Och, słyszałem o nich. Okryte legendą, z tego względu, że nigdy nie zostały przyłapane na gorącym uczynku. – odezwał się Remus. Moody i Poppy wymienili znaczące spojrzenia.

- One? To były dziewczyny? – spytał George, zaciekawiony.

- Podobno jedna z nich, inicjatorka szalonych kawałów, była Gryfonką. Druga , zawsze wyciągająca pierwszą z kłopotów musiała być Krukonką, bo była bardzo sprytna. – ciągnął dalej Remus.

- Nie wiedziałem, że miałeś okazję uczyć Xiomarę. – Syriusz zwrócił się do Albusa. Dyrektor jedynie zachichotał i odpowiedział:

- Remus ma rację, ale jedna rzecz się nie zgadza – obie były w moim domu. I sprawdziłem – udało im się dokonać niemożliwego – złamały każdy punkt regulaminu szkoły, a nie zostały wyrzucone. – zdradził Albus. Minerwa nerwowo obracała różdżkę w dłoniach … nie, przecież nie on nie może zdradzić tej tajemnicy.

- Niemożliwe!

- Moje idolki!

- Przecież to niesamowite! –zaczęli wykrzykiwać bliźniacy.

- Każdą zasadę? Wątpię. – Syriusz uniósł sceptycznie brwi, a potem machnął różdżką, przywołując jakąś grubą książkę. Minerwa szybko rozpoznała ,,Historię Hogwartu" i poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Rzuciła ostre, belferskie spojrzenie Albusowi, ale ten ją zignorował, z niewinną miną przyglądając się, jak Syriusz przewraca strony w poszukiwaniu regulaminu szkoły.

- Czy zniszczyły któregoś z ,,kamiennych obrońców szkoły" ? – spytał Syriusz. Minerwa skrzywiła się, przypominając sobie o posągach rycerzy, które nadal drżały, gdy Rolanda przechodziła obok.

- Tak. I to wszystkie. Biedne posągi były tak zastraszone, że nie chciały zdradzić, kto tak je pokiereszował. – odpowiedział Albus.

- Czy włamały się do wszystkich pokojów wspólnych?

- W każdym znaleziono gryfoński szalik i kartkę z pozdrowieniami od Xiomary.

- Zeszły na dno jeziora?

- W hallu znaleziono kawałek macki olbrzymiej kałamarnicy, a trytony ogłosiły stan otwartej wrogości na ponad pięć lat.

- Pomalowały cały zamek na inny kolor?

- Przez tydzień szukaliśmy przeciwzaklęcia.

- Chciałbym je poznać. – rozmarzył się Fred.

- Znasz je. – odpowiedział wesoło Albus. Oko Moody'iego zaczęło obracać się na wszystkie strony, Poppy zakryła usta dłonią. Minerwa poczuła jak krew zupełnie odpływa z jej twarzy.

Zostawił ją z różową ropuchą. Samą. A teraz jak gdyby nigdy nic zrównuje z ziemią jej nauczycielski autorytet!

- Znam? Kim one są? – Fred z zaciekawieniem rozejrzał się.

- Może będzie dla ciebie podpowiedzią informacja, że Xiomara to drugie imię Rolandy Hooch. – rzucił Albus.

- PANI HOOCH?! – George otworzył usta ze zdumienia. Zakon na chwilę zamarł, a potem poszczególni jego członkowie zaczęli kiwać głowami – w końcu to było takie oczywiste.

- Ale jak udało jej się unikać konsekwencji? – zapytała Molly, tym razem bardziej zaciekawiona niż oburzona.

- A to zasługa drugiej części duetu. Co najzabawniejsze, osoba, która złamała tyle reguł, była stawiana wszystkim za wzór jako prefekt. – zachichotał Albus i tym razem odwrócił się do Minerwy.

Minerwa zbyt długo uczyła się kontrolować swoje emocje, by teraz dać po sobie poznać, jak upokorzona się czuje. Jej twarz pozostawała niewzruszona, gdy Syriusz wykrzyknął:

- Niemożliwe!

Żaden mięsień na jej twarzy nie drgnął, gdy Tonks zawołała:

- Fantastyczne!

- Pani profesor… - Fred i George jednocześnie wykonali najgłębsze ukłony przed Minerwą. Cała sala rozbrzmiała wesołym śmiechem, gdy do wszystkich dotarło, kto złamał te wszystkie szkolne reguły.

Minerwa jednak nadal siedziała nieruchomo. Bariera, jaka dzieliła ją od zgromadzonych wkoło ludzi, nie przepuszczała nic. Sama Minerwa czuła jedynie gorzkie poczucie dziecinnej zdrady. Bo przecież chodziło tylko o żarty, o nic więcej… ale z drugiej strony… poświęciła tyle czasu na budowę swojego surowego, poważnego wizerunku… a Albus nawet nie zapytał jej, czy ma ochotę ujawniać informację o swoich szkolnych latach.

Albus. Czy to dlatego, że on tak ją ignorował sprawiało, że ta błaha z pozoru rzecz tak ją zabolała?

A potem pełen wesołości głos Fletchera wzniósł się ponad ogólny śmiech:

- Chyba jednak się pomyliłeś, Dumbledore, bo jednym z punktów regulaminu jest zakaz wszelkich bliższych relacji –uczeń- nauczyciel!

Zapadła cisza jak makiem zasiał. Minerwa nadal ani drgnęła, z kolei kątem oka dostrzegała, że Albus pokrył się takim rumieńcem, jakiego jeszcze u niego nie widziała. Członkowie Zakonu błądzili wzrokiem pomiędzy nimi, szukając potwierdzenia, lub czekając na zaprzeczenie. Ostatecznie odezwał się Moody:

- To była Rolanda. Podpuściłem ją, że nie pocałuje namiętnie naszego nauczyciela transmutacji. A ona zawsze podejmowała wyzwanie.

- A więc to twoja sprawka! Moody, przez tydzień bałem się wyjść ze swoich komnat, wierząc, że ona znów mnie gdzieś osaczy! – rzucił już żartobliwie Dumbledore, choć jego głos zadrżał lekko.

Obecni roześmiali się. Minerwa dalej siedziała z obojętną miną i różdżką w jednej ręce. Poppy co chwila rzucała na nią niespokojne spojrzenia, a jednak reszta Zakonu jakby nie zwracała uwagi na jej obojętność. Wreszcie Fred zwrócił się bezpośrednio do niej:

- Pani profesor, jest pani naszą bohaterką. To znaczy zawsze bardzo panią szanowaliśmy, ale teraz… jest pani najbardziej niesamowitą wiedźmą na świecie!

Minerwa doświadczyła bardzo dziwnego uczucia. Złość, niedowierzanie, wzruszenie oraz zmęczenie – mieszanka tego wszystkiego sprawiła, że nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Otworzyła usta, a potem je zamknęła. Potem westchnęła i przymknęła oczy. Wyczuła Albusa, odruchowo wyciągającego do niej dłoń.

Odepchnęła go. Magia działała bez zarzutu.

Lecz jej emocje… jej odczucia…

- Minerwo? – Albus zapytał cicho, a jego ton był … pusty. Obojętny.

Wreszcie Minerwa znalazła siłę, by się odezwać. Znalazła ją w wspomnieniu poważnego czarodzieja o zielonych oczach, mówiącego do niej z pietyzmem o konieczności zachowania kontroli.

- Pół roku, Fred. Większość naszych psot wydarzyła się w ciągu pierwszego semestru mojego czwartego roku nauki w Hogwarcie. A potem Grindelwald zamordował mi rodziców. A potem ja musiałam mordować. Zastanawiałeś się kiedyś, ilu ludzi każdy a nas ma na sumieniu? I na kogo byś postawił, że zabił najwięcej? – Minerwa mówiła cicho, groźnie. Wszyscy patrzyli na nią ze strachem.

- Pani profesor… - zaczął drżącym głosem George, ponieważ Fred zaniemówił.

- Na kogo byś postawił? Na Dumbledore'a? Na Moody'iego? Pewnie nigdy nie pomyślałbyś, że surowa McGonagall mogłaby kogoś zabić, tak jak nie pomyślałeś, że mogłaby kiedykolwiek rozmyślnie złamać szkolny regulamin. A jednak. Zabiłam dziesiątki, Weasley. Czarownice i czarodzieje padali z mojej różdżki, martwi. I myślisz, że żałuję, że teraz postąpiłabym inaczej? Nie. Zabiłabym ich znów, zabiłabym ich więcej, bez mrugnięcia okiem. A wiesz dlaczego? Dlatego byś ty mógł w spokoju chodzić do Hogwartu i robić swoje kawały! – Minerwa wstała, a jej różdżka zalśniła lekko, gdy się wyprostowała. Wiedziała, że robi imponujące wrażenie – widziała lęk i niedowierzanie na twarzach zgromadzonych.

- Fred i George, profesor McGonagall chciała wam przez to powiedzieć, jako nowym członkom Zakonu, że to jest wojna i tu nie ma miejsca na żarty. Wojna zmienia ludzi, czasem ujawniając w nich cechy, o których nigdy byście ich nie podejrzewali. – odezwał się Albus.

- Och, tak, właśnie to miałam na myśli. – rzuciła Minerwa zjadliwie. Potem machnięciem różdżki przywołała swój płaszcz i ruszyła do wyjścia. Nie obchodziły jej pełne strachu spojrzenia, jakie wymieniła Poppy z Alastorem, zdumienie na twarzach reszty Zakonu, niezrozumienie na buziach bliźniaków. Nie zwróciła uwagi na to, że Albus również wstaje i idzie za nią.

Dogonił ją w korytarzu.

- Minerwo… - złapał ją za ramię i obrócił twarzą do siebie. Pozwoliła mu na to. Chciała, by widział gniew w jej oczach.

- Rozumiem, że możesz być na mnie zła, ale to przedstawienie było niepotrzebne. – rzekł Albus.

- Zła? Na ciebie? Za cóż to? Za zrównanie z ziemią autorytetu, nad którym ciężko pracowałam latami? Za przypomnienie mi o wojnie, która kosztowała mnie zdrowie i spokój umysłu? Za uświadomienie mi, jak głupią i naiwną nastolatką byłam w ich wieku? – coraz bardziej podnosiła głos, a jej słowa były ledwie zrozumiałe z powodu twardego, szkockiego akcentu.

- Nie chciałem… - defensywny ton tylko jeszcze bardziej ją rozwścieczył.

- Nie, ty zawsze…

- PARSZYWI GŁUPCY, BEZCZESZCZĄCY DOM MOICH PRZODKÓW! Ty rozhisteryzowana szlamo, która straciłaś prawo do nazywania się krewną Blacków! Ty arogancka wiedźmo, która pohańbiłaś swą reputację, oddając się temu wielbicielowi mugolaków, Dumbledore'owi! – piskliwe wrzaski Walburgi Black wzniosły się nawet ponad kłótnię Albusa i Minerwy. Członkowie Zakonu wybiegli z kuchni, zmuszając Minerwę i Albusa do cofnięcia się w stronę frontowych drzwi. Albus gwałtownie machnął różdżką, portret Walburgi dosięgło potężne zaklęcie, wypalając dziurę tuż przy namalowanej głowie czarownicy. Syriusz z Remusem zasunęli zasłony, ale byli bladzi – każdy chyba wyczuwał zdenerwowanie Albusa, bo mag już nie ukrywał swojej aury, pulsującej groźnie.

- Powinnaś się uspokoić i wrócić do Hogwartu. Jest kluczowe, by jedno z nas było w zamku. – czarodziej mocno zaciskał palce na różdżce. Minerwa zastanawiała się, jak daleko byłby w stanie się posunąć, by działała zgodnie z jego machinacjami.

- Jakieś jeszcze rozkazy, dyrektorze? – spytała lodowatym tonem. Widziała zatroskane spojrzenie Molly, która popychała bliźniaków z powrotem do kuchni.

- To nie jest łatwa sytuacja dla nas wszystkich, chciałbym, żebyś o tym pamiętała. I nie było moją intencją przypominanie ci o wojnie, ani o niczym, co uważasz za bolesne wspomnienia. – odpowiedział, jego oczy nie migotały. Miała ochotę wybuchnąć histerycznym śmiechem. Bolesne wspomnienia?

- Gdyby dobre intencje usprawiedliwiały twoje działania, to nie czułbyś się winny planując, jak mnie wyeliminować, zanim zaszkodzę twoim planom, prawda? Wiesz co, może zabij mnie teraz, od razu, w końcu od zawsze moim największym marzeniem było umrzeć przed tobą! Grindelwald prawie je spełnił, pamiętasz? – okrutnie zaatakowała. Nie wiedziała skąd znalazła w sobie tyle głupoty, by to powiedzieć, ale z drugiej strony, czuła się jakby… jakby on odtrącał ją na nowo, tylko że teraz za pocieszenie nie miała pewności, że robi to dla niej, dla jej dobra i przyszłości. Teraz nadrzędnym celem było większe dobro i to ją równocześnie złościło i przerażało.

- Nie wiesz o czym mówisz. – zrobił trzy kroki do przodu, zmuszając ją do oparcia się plecami o drzwi. Patrzył na nią z taką intensywnością, że aż bała się odetchnąć. Na ile on panował nad sobą? Zraniła go tak okrutnie… lecz jej własny gniew nie minął, jakaś wściekła część jej chciała jeszcze przekręcić wbity sztylet, zobaczyć, do czego gotów byłby się posunąć, maksymalnie zdenerwowany.

- Albusie, nie wybaczyłbyś sobie, gdybyś ją skrzywdził. – ktoś położył dłoń na ramieniu czarodzieja. Minerwa otworzyła szerzej oczy, uświadamiając sobie, że to Severus Snape, który musiał przebywać w którymś z salonów, przygotowując eliksiry dla Zakonu. Teraz zaś ten dzielny mężczyzna usiłował uratować ich wszystkich. I musiał mieć rację, bo w oczach Albusa błysnęło coś na kształt przerażenia. Cofnął się o krok.

- Profesor McGonagall, najlepiej będzie, jak wróci pani do Hogwartu. – Severus sprytnie ustawił się tuż obok Albusa i Minerwa zrozumiała, że nauczyciel eliksirów byłby gotów wpaść pomiędzy nich, gdyby nie zdołali powstrzymać swoich nerwów na wodzy.

Minerwa użyła magii, by otworzyć drzwi znajdujące się za jej plecami. Nie spuszczała oczu z Albusa. Doprawdy, miała wrażenie że oboje są jak dzikie zwierzęta, balansujące na krawędzi swoich instynktów, gotowe rzucić się na siebie, rozszarpać jedno drugie. Trudno było jej ruszyć się z miejsca. Severus chyba uznał, że pora przejąć inicjatywę. Pchnął lekko Albusa w środka korytarza, rzucając znaczące spojrzenie Alastorowi, a sam ujął łokieć Minerwy i pociągnął ją na ulicę, mamrocząc uspokajająco:

- Już, musisz na nowo zbudować kontrolę…

- On już by nie żył, gdybym się nie kontrolowała! – zawołała Minerwa. Zdążyła zobaczyć ból na obliczu Albusa, ale potem Severus zatrzasnął za nimi drzwi, a numer trzynasty zniknął.

- Wy dwoje jesteście naprawdę niemożliwi. – mruknął Severus, odprowadzając ją do zapuszczonego parku, skąd mogła się teleportować. Nie skomentowała – za kogo on się uważał, by się wtrącać?

Teleportując się do Hogwartu, pomyślała, że już przestała być pewna, czy kocha czy nienawidzi Albusa Dumbledore. W końcu, jak on mógł tak ją potraktować?! Jak…. Jak…

Ale z drugiej strony… okłamała go, wręcz zdradziła go i oszukiwała każdego dnia.

Okradła go ze wspomnień. Miała ochotę wybuchnąć śmiechem. Ukradła wspomnienia wielkiego Albusa Dumbledore. Wspomnienia nic nie warte.

Pustka powróciła, znajoma i nadal powodująca ból.

oooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo

Hej? Mam nadzieję, że nie przestaniecie czytać po tym okrutnym ,,to tylko sen". A że jeszcze doprawiłam to kłótnią... nie wiem, czy stwierdzenie, że nie może być ciągle miło i romantycznie jest dobrym usprawiedliwieniem. Na swoją obronę powiem, że zarówno Minerwa i Albus już żałują ostrych słów, które padły, a ich nerwy były nadszarpnięte już od dłuższego czasu - przymusowa rozłąka też nie pomaga w zwalczaniu strachu i zmartwienia. Wiecie, że kocham Wasze reviews, ostatnio mam wrażenie że chyba tylko one i moja chęć podzielenia się w Wami tą historią sprawiają, że widzę jeszcze jakiś sens w tym wszystkim wokół.

Dziękuję tym wszystkim, którzy czytają, którzy komentują, którzy kilkoma słowami dają mi wenę i inspirację - bo czasem, kiedy człowiek ma ochotę porzucić to, gdy to już przestaje być wystarczającą ucieczką, następuje uzmysłowienie sobie : ,,Jak mogłabym im to zrobić? Zostawić bez zakończenia?" Nie mogłabym, nie kiedy przyjęliście mnie i tą historię z tyloma miłymi słowami, z entuzjazmem i oczekiwaniami co do kolejnych rozdziałów.

greenispretty - rozdział z urodzinami to moja romantyczna perełka w morzu dramatu i tragedii. Cieszę się, że ci się podobał. Przyznam, chichotałam w duchu, jak pisałaś o świętach bez Albusa, o starciu z Voldemortem w ministerstwie, bo już wiedziałam, że kolejny rozdział będzie zaskoczeniem. Miło mi, że tak ładnie określasz ostatnie rozdziały - bo kiedy te lata temu zaczynałam rozmyślać nad tą historią, to były pierwsze sceny, które koniecznie chciałam napisać. Z tym Obliviate to wiadomo, że byśmy chcieli, żeby Minerwa cofnęła jego skutki u Albusa... ale to jest coś, co wydaje mi się, że on sam musi sobie przypomnieć, odnaleźć w swoim sercu to wspomnienie, skoro zostało ono wymazane z jego umysłu... (ekhm słowa Theresy powrócą w kolejnej części). Co do tego, gdzie ukrywa się Albus... to jego tajemnica, ale ja zawsze zakładałam, że nie spędził tego całego czasu w jednym miejscu. I nie, Min nie pojawi się w ministerstwie - nie mogłabym zrezygnować ze sceny z oszałamiaczami, to ma za duży potencjał.

Minerwa - ja myślę, że cudowne jest to, że widzimy tą historię zupełnie inaczej, a twoje pomysły były tak intrygujące, że gdybyś kiedyś napisała coś zgodnie ze swoją wizją, to ja na pewno chętnie przeczytam! Relacje międzyludzkie to coś, co jest tu podstawą, szczególnie w tomie opartym dość mocno na kanonie, ale nie mogłam się powstrzymać przed dodaniem jakiejś akcji - bez tego byłoby nudno.

zxc - słodkie one-shoty niekoniecznie są moją bajką, póki co bardziej uwielbiam dramat, ale nie wykluczam, że jak już zakończę wszystkie projekty, na które mam pomysły, to się ,,przebranżowię" bo chyba nie najgorzej mi idzie z tym romantyzmem ;)

SchaMG - very special, indeed. I'm glad you liked it.

Kitiaa - ach, nawet nie wiesz jak śmiałam się sama do siebie czytając twoje ,,niekrótkie" przemyślenia - bo mogłabym się pod nimi całkowicie podpisać - też miałam ogromne wątpliwości, czy ten fragment będzie pasował do całości, ale ostatecznie uznałam, że Min zasługuje na trochę słodyczy w tej swojej egzystencji pełnej bólu. I tak, perspektywa Albusa ma te wszystkie zalety, które wymieniłaś i zgadzam się, że on myśli bardziej do przodu, usiłuje wpłynąć na przyszłość, jednocześnie fatalistycznie wierząc w bzdury jasnowidzów (które akurat w tej historii nie zawsze się sprawdzają, a zawsze namieszają). Poppy i Alastor - to było jeszcze trudniejsze do napisania w kolejnych tomach, ale to ważny wątek. Oklumencja - zgadzam się w stu procentach - Snape to fascynujący charakter, ale nie dałabym mu dyplomu dla najlepszego nauczyciela, z kolei Min zupełnie się nie nadaje do rozwijania umiejętności Harry'ego w kwestii magii umysłu. Zawsze uważałam, że tu tkwił błąd Albusa, że powinien sam się tym zająć, a nie dystansować się od wszystkiego. ,,Bojowy tryb nadopiekuńczości" - genialne określenie, ale obawiam się, na przykładzie powyższego rozdziału, że tutaj te emocje wymykają się spod kontroli, by psuć tą relację, która jest dla niego najważniejsza. Kolczyki miały zaintrygować, ale na moment zapomnimy o nich, by przypomnieć sobie w kolejnym tomie. Charakterek Harry'ego ujawni się jeszcze w starciu z ropuchą w kolejnym rozdziale - a dla odmiany Min opanuje swój temperament, nie mogąc sobie wybaczyć tego, jak tutaj potraktowała Albusa.

Lirthea - świetnie, że podobały ci się ostatnie rozdziały. Chyba rozumiem o co ci chodzi z tym, że kanon tutaj trochę ogranicza, ale jednocześnie z nim łatwiej mi się pisze, bo pewne ramy zdarzeń są ustalone, a wplatanie w to swoich elementów, jak rozmowa na poziomie umysłu przed ucieczką Albusa albo dialog z Harry'm sprawia dużo frajdy. W rozdziale powyżej może trochę mnie poniosło, ale chciałam, żeby oni rozstali się w gniewie przed... wydarzeniami z kolejnego rozdziału.

Avenity - tak! twoje przypuszczenia tutaj są słuszne i właśnie z myślą o tym zostały wprowadzone kolczyki Roweny. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego Tom po prostu nie tworzył większej liczby horkruksów po tym, jak zorientował się o zniszczeniu dziennika. Tutaj jednak, trzeba pamiętać, że by kolczyki miały pełnię mocy swojego dziedzictwa, muszą być dwa oryginalne, by składały się w broszkę, a na razie jeden prawdziwy ma Tom, a drugi Albus. Wojna nie powracała w rozmowach wcześniej, bo to dla nich obojga wciąż wyjątkowo bolesny temat, a Albus starał się uszanować pragnienie Minerwy, by tamte wydarzenia zostawić za sobą.

Elena - twój komentarz był chyba tym, czego potrzebowałam, a jak jeszcze mówisz, że będzie ich więcej, to pozostaje mi się tylko cieszyć. I to ja dziękuję za tak piękne słowa - cudownie, że wciąż czytasz. Koszmar groty nigdy nie opuścił Minerwy, a bez Albusa uderza w nią z wyjątkową siłą. Zależało mi, żeby starcie w mauzoleum poruszało, z wielu powodów - po pierwsze dlatego, że gdy tylko zaczęłam wyobrażać sobie rezydencję i ród McGonagallów, grobowiec ten miał uosabiać całe magiczne dziedzictwo Minerwy, po drugie ta atmosfera majestatu śmierci zawsze mnie fascynowała i inspirowała, po trzecie pozwoliło to na wplecenie motywu z początku drugiego tomu, po czwarte mamy znów podkreślone jak istotna była Theresa w życiu Minerwy, po piąte skrzaty domowe, poświęcające się na rzecz ostatniej przedstawicielki rodu, o który dbały od pokoleń, po szóste można było tutaj dołączyć motyw kolczyków Roweny, po siódme płonące drzewa, które sadzone przy narodzinach kolejnych McGonagallów uświadamiają Minerwie, że jest ostatnia, że to całe dziedzictwo umrze wraz z nią, po ósme motyw zastraszenia Minerwy, przerażenia Albusa... dopracowywanie tej sceny to była czysta przyjemność. Cierpiąca Minerwa i cierpiący Albus - pięknie to podsumowałaś, naprawdę, nic dodać, nic ująć. A Aberforth... to złożona postać i wielokrotnie niedoceniana, szczególnie przez samego Albusa. Jeszcze raz dziękuję ci za ten komentarz - bo piszę i tworzę dalej, obecnie mam już ponad 200 tys. słów alternatywnej wersji tej historii, więc też trzeba będzie ją rozbić na kilka części, a do tego jeszcze zrobienie sequelu... jeśli nie utonę gdzieś po drodze w swoich wątpliwościach, to może uda mi się to skończyć i opublikować.

Pozdrawiam Was wszystkich, mam nadzieję, że nie gniewacie się za ten rozdział, ale postaram się, by Minnie zrehabilitowała się w kolejnym. Będzie lepiej.

Wasza wdzięczna Emeraldina