Przed nami naprawdę długi rozdział.
Rozdział dziewiętnasty: Niezwykle burzliwy pierwszy dzień szkoły
Ostatnio odmawianie ludziom stało się stałą częścią mojego życia, pomyślał Harry.
– Nie – powiedział na głos.
Kamelia zmarszczyła brwi i potarła dłonią czoło. Prawdopodobnie kiedyś uda się jej odzyskać owłosienie, które wypaliło Ardesco Snape'a, ale Madam Pomfrey nie udało się go uratować.
– To prawda, nie mielibyśmy zbyt wiele do roboty w szkole – powiedziała – ale naprawdę pocieszyłoby nas, gdyby przynajmniej kilku członków watahy stale znajdowało się w pobliżu naszego alfy. W dodatku...
– Istnieje wiele powodów, przez które wolałbym, żebyście trzymali się z dala od Hogwartu – powiedział Harry. – Większość jest praktyczna. Pojawią się rodzice, którym nie spodoba się wasza obecność w pobliżu ich dzieci. Nie będziecie mieli co tam robić. Nie wiem nawet, gdzie miałbym położyć was tam spać. Wolę też nie ryzykować niebezpiecznych sytuacji, które mogą się pojawić, jeśli ktoś was obrazi w okolicy pełni. – Kamelia zalała się rumieńcem. Harry zacisnął przelotnie dłoń w pięść, żałując, że ani Kamelia, ani Snape nie chcieli mu w ogóle powiedzieć, co ich tak koszmarnie rozwścieczyło. Jak do tej pory Snape po prostu milczał, ilekroć Harry próbował go o to zapytać, a Kamelia odmawiała mu wprost. Przecież nie wyduszę ich z tego na siłę. – W dodatku to, do czego jesteście gotowi posunąć się w mojej obronie, też może okazać się problematyczne.
Kamelia zamrugała.
– Naprawdę?
– Oczywiście że tak – powiedział Harry. – Większość ludzi, którzy mogą mi tam zagrozić, to tylko dzieci, Kamelio. Mogą rzucić się na mnie w nagłym przypływie emocji, albo dlatego, że skrzywdziłem jakiegoś członka ich rodziny, a nie dlatego, że są śmierciożercami. – Rezolutnie nie wspomniał o wszystkich okazjach, kiedy wrogowie na terenie Hogwartu jednak okazali się być śmierciożercami. – To nie oznacza, że powinno naskoczyć na nich warczące stado.
– Potrzebujesz, żeby ktoś cię tam chronił – powiedziała Kamelia.
– I będę to miał – powiedział Harry. – Peter tam będzie. Henrietta Bulstrode, której siła, jak sama wspomniałaś, naprawdę ci zaimponowała, również będzie. McGonagall tam będzie i choć nie może przedkładać mojego bezpieczeństwa nad innych, to nie pozwoli też, żeby ktokolwiek mnie krzywdził dla zabawy. – Niemal powiedział, że Snape też tam będzie, ale nie był pewien, na ile chciał, żeby Snape w ogóle zastanawiał się nad jego bezpieczeństwem. Lepiej, żeby skupił się na własnym leczeniu. – Draco tam będzie, a nikt przecież nie pilnuje mnie równie uważnie co on. Connor też tam będzie. Jest popędliwy, ale znacznie lepiej radzi sobie z pojedynkami, w dodatku to mój brat.
Kamelia chodziła przez chwilę w kółko po pokoju. Harry założył ręce na piersi. Znajdowali się w ogromnym pomieszczeniu, w którym wataha lubiła spać, ponakładana na siebie nawzajem, ale obecnie nikogo poza nimi nie było. Harry podejrzewał, że pozostali chcieli zaoferować im nieco prywatności. Nie powstrzyma ich to, oczywiście, przed wypytywaniem Kamelii o wszystko, jak tylko wyjdzie z pokoju.
– Zabierz choć kilku członków watahy ze sobą – wymamrotała błagalnie Kamelia. – Włącznie ze mną. I Brugmansją. Jest czystokrwistą czarownicą. Może pomóc ci w pertraktacjach z sojusznikami. Zdaje sobie sprawę z niuansów waszego społeczeństwa, których sama nigdy nawet nie zauważę.
Harry wyrzucił z siebie głęboki oddech z nadzieją, że nie zabrzmiało to jak ciężkie westchnienie.
– Przykro mi. Nie. Naprawdę to przemyślałem. Gdyby sytuacja wilkołaków nie była tak delikatna, a ja podejrzewałbym, że w Hogwarcie grozi mi faktyczne niebezpieczeństwo, to wtedy owszem, rozważyłbym to. Ale nie teraz.
Kamelia opadła niespodziewanie na kolano i pochyliła głowę. Harry podskoczył i obejrzał się przez ramię, zastanawiając się, czy do gabinetu nie wszedł ktoś jeszcze, ale drzwi były solidnie zamknięte.
Kamelia zaczęła mówić, kiedy znowu się do niej odwrócił.
– Loki nigdy... nie oddzielał się od nas na tak długi czas, jak ty planujesz. Rozumiał, jak bliski watasze jest alfa i dlaczego tego potrzebujemy. Błagam cię, Dziki, proszę, bądź bardziej podobny do niego pod tym względem.
– Co, mam wam wybrać innego alfę? – zapytał Harry.
Kamelia poderwała głowę, patrząc na niego z przerażeniem.
– Oczywiście że nie! Zostań z nami, albo pozwól nam podążać za sobą, gdziekolwiek byś się nie udał.
– Przykro mi – powiedział miękko Harry. – Jestem skłonny przekazać komuś ten obowiązek, ale nie dopuszczę do tego, żebyście dla mojego dobra pchali się w niebezpieczeństwo, a do tego właśnie doszłoby, gdybyście teraz pojawili się w miejscu publicznym... zwłaszcza jako była wataha Lokiego. – Jego listy i artykuły nie wywołały efektu, na jaki miał nadzieję. W „Proroku" każdego dnia przelewało się od wybuchowych artykułów, raportujących coraz więcej strachu, rozważań, czy wilkołaki nie chcą wymordować całego ministerstwa, czy spekulacji, czy każda niedawno popełniona zbrodnia, nie była czasem dziełem „wilkołaczych anarchistów". Pełnia już minęła, ale histeria wciąż się rozrastała. Harry nie sądził, żeby miało się to zmienić w najbliższym czasie.
– Większość alf by tego nie zrobiło – powiedziała Kamelia, bujając się na piętach i wpatrując w niego.
– Wiem – powiedział Harry. – Dlatego właśnie mogę być dobrym alfą w czasie wakacji, ale w żadnym innym czasie. Powinniśmy jednak omówić to z reszta watahy, Kamelio. Wolałbym, żeby wszyscy podjęli decyzję, czy wciąż chcą mnie jako swojego alfę, czy też żebym wybrał kogoś na moje miejsce.
Kamelia przygryzła wargę i po brodzie pociekła jej kropla krwi.
– Nie ustąpisz, choćbym nie wiem co powiedziała, co? – zapytała.
Harry pokręcił głową.
– Kiedyś tak robiłem – powiedział. – Jeszcze do niedawna miałem to w zwyczaju. Ale w tej chwili to nie tylko jest niemożliwe, bo spoczywa na mnie zbyt wiele sprzecznych ze sobą obietnic, ale jest też uwłaczające. Za kogo ja się niby mam, żeby uważać, że inni nie będą w stanie beze mnie funkcjonować? Za kogo ja się mam, pocieszając innych, kiedy nie wiem nawet, czy oni w ogóle potrzebują pocieszenia? – Spojrzał Kamelii w oczy. – Jeśli ktoś nie chce do mnie przyjść i wyjaśnić, co właściwie mu gnije w duszy, to czemu niby miałbym wychodzić z założenia, że coś w ogóle jest nie tak i jak właściwie należy się z tym uporać?
Kamelia zarumieniła się wściekle.
– Istnieją... – powiedziała wreszcie. – Więzi, którymi moglibyśmy się połączyć. Będą działały nawet między czarodziejem i wilkołakiem. Moglibyśmy przyłączyć cię do umysłu stadnego, Dziki. Wówczas wiedziałbyś bez konieczności rozmowy, co myślimy i czujemy.
– Czytałem o tym – powiedział Harry. I tak było, bo w przeciągu kilku ostatnich dni spędzał każdą wolną chwilę na czytaniu, jak i pracy nad lekiem na likantropię. – Ale to by znaczyło, że zacznę dzielić priorytety watahy, prawda?
– Tak – powiedziała niechętnie Kamelia. – Jej głównym celem jest uspokojenie nowych wilkołaków i sprawienie, by poczuli się jak w domu.
Harry sięgnął w dół i ścisnął jej ramię.
– Przykro mi – powiedział. – Nie mogę. Mogę wam oferować wszystko, co znajduje się w moim zasięgu, ale nie mogę być wyłącznie waszym alfą.
Kamelia wymamrotała coś pod nosem, po czym wstała, przeszła przez pokój i otworzyła drzwi do gabinetu, żeby zawołać resztę watahy. Harry wziął się w garść. Wiedział, kogo wybierze na nowego alfę, jeśli wataha sobie tego zażyczy, ale miał dziwne przeczucie, że tego nie zrobią.
Draco skrzywił się, słysząc dochodzące z korytarza echo głośnego huknięcia zamykanego kufra. Harry spakował się już przedwczoraj, a Draco dzisiaj rano ostrożnie poukładał swoje ubrania i książki. To pozostawiało tylko jednego kandydata, który mógł tak hałasować.
Draco wymknął się przez drzwi do sypialni, którą dzielił z Harrym i ruszył do Pottera. Jego drzwi były uchylone, więc Draco mógł zakraść się do środka, nim brat Harry'ego go zauważył. Kiedy zauważył Dracona kątem oka, wrzasnął z zaskoczenia, potknął się i wylądował ciężko na tyłku.
Draco z trudem powstrzymał się od śmiechu. Już dawno zauważył, że lekki, kpiący uśmiech, wyrażony samymi kącikami ust, jest znacznie bardziej skuteczny.
– Palant – syknął na niego Potter, wstając. – Czego chcesz?
– Wydawało mi się, że przez dom przebiega stado rozwścieczonych hipogryfów, więc przybyłem ratować majątek Harry'ego – powiedział leniwie Draco. Opuścił rękę i położył ją na różdżce. – Ale widzę, że niepotrzebnie. – Spojrzał na kufry Pottera. Jeden był zamknięty, ale tylko ledwo; zaklęcie zamykające lada moment puści. Drugi wciąż był otwarty i mimo, że cała jego zawartość była mocno pomniejszona, to i tak powoli zaczynało się z niego wysypywać. – Doprawdy, Potter, czy ty nie jesteś w stanie pakować się z nieco większą klasą?
Potter zarzucił głową, jakby miał zamiar zacząć się gryźć, zupełnie jak zapchlony kundel. Draco miał nadzieję, że to właśnie okaże się jego formą animagiczną; strasznie by go to ubawiło.
– Czyżbym naruszał twoje wrażliwe zmysły, Malfoy? – zapytał. – Oczywiście, to nic dziwnego, w końcu robię to automatycznie samym faktem, że jestem półkrwi, nie?
Draco poczuł, jak większość rozbawienia momentalnie go opuszcza. Przymrużył oczy. Z irytacją zobaczył, że na ten widok Potter po prostu uśmiechnął się krzywo.
– Zapomniałem, że odraża cię samo przebywanie ze mną pod jednym dachem – zakpił. Draco tego nie skomentował, ale naprawdę wiele go to kosztowało. – Zapomniałem, że nienawidzisz ludzi za to, kim byli ich przodkowie, o ile, oczywiście, nie musisz podciągnąć siebie i własnej rodziny do podobnego standardu. Wówczas po prostu zaczynasz się wypierać, że to całe pierdolenie się po kątach wcale nie miało miejsca. Ale tym razem to już chyba nie wystarczy, nie? Skoro dostało się na pierwsze strony gazet...
– Zamknij się – powiedział Draco, z całych sił powstrzymując się przed rzuceniem klątwy.
Potter wywrócił oczami.
– Obudź się wreszcie, Malfoy. – Zrobił krok w jego stronę. Draco zastanawiał się, czy to właśnie tego rodzaju mieszanka furii i frustracji sprawiła, że Snape przeklął wilkołaczycę. – To naprawdę proste. Nie możesz już dłużej ćwierkać o wyższości czystokrwistych bez wychodzenia na hipokrytę. Czemu tak ciężko ci to zrozumieć? Chyba że wolisz pozostać hipokrytą? A może wolałbyś się wreszcie ocknąć i przyznać to, co wszyscy wiedzieli już od przynajmniej dwóch lat: że kochasz kogoś, kto należy do świata, który cię tak obrzydza, co oznacza, że śpiewanie o wyższości czystokrwistych oznacza przynajmniej lekki konflikt interesów? Ale czy to nowo odkryte dziedzictwo cię nie raduje? Przecież w ten sposób stałeś się bardziej podobny do Harry'ego, a wydawało mi się, że tego właśnie chciałeś.
Draco oddychał nosem, zwalczając w sobie pokusę do wyskoczenia z własnego ciała i przejęcia kontroli nad Potterem. Te słowa tak strasznie go rozpraszały, przywołując wspomnienia z czwartego roku, kiedy był tak zdesperowany, żeby stać się magicznie równy Harry'emu, że był gotów zaryzykować życiem, by zyskać choćby szansę. Miał wrażenie, że jeśli opęta teraz tego durnia, to go poważnie skrzywdzi.
Potter zrobił kolejny krok i nagle podniósł wzrok, patrząc gdzieś ponad Draconem. Draco wiedział, kto stoi w drzwiach jeszcze zanim po pokoju rozniósł się zapach róż. Właściwie, to powietrze pachniało płatkami róż znajdujących się w bulgoczącym kotle. Draco pogratulował sobie zwrócenia uwagi na tę subtelną różnicę. Oznaczała, że Harry nie tylko był zły, ale również niesłychanie zdegustowany.
– Dość tego, Connor – powiedział Harry. – Wystarczy. Na Merlina. Czy ty czasami używasz zmieniacza czasu i zmieniasz się miejscami z sobą z trzeciego roku?
Potter zmarszczył brwi, po czym przełknął ślinę, najwyraźniej zmagając się z własnymi, nieprzyjemnymi wspomnieniami.
– To były tylko wyzwiska – powiedział. – Nie klątwy.
Harry podszedł, stanął obok Dracona i objął go ręką w pasie. Draco nie musiał już nawet niczego mówić. Po prostu podniósł brwi. Potter zarumienił się aż po granicę włosów.
– Niezwykle cięte wyzwiska, których zadaniem było zranić – powiedział Harry. – Wydaje mi się, że starałeś się sprowokować Draco, przepchnąć go przez granicę, zmusić do zaatakowania ciebie. A to przecież głupie, Connor. Może i wkurzyłbym się potem na Draco, ale nie sądzę, żeby okazał się równie uparty co Snape i szybko powiedziałby mi, do czego tak naprawdę doszło.
Zerknął z ukosa na Dracona, żeby otrzymać potwierdzenie, więc Draco szybko pokiwał głową. Harry odetchnął lekko, po czym spojrzał znowu na Pottera z taką irytacją, że Draco aż zachichotał. Potter łypnął na niego. Harry zdawał się w ogóle nie zwrócić uwagi na chichot.
– A wówczas wkurzyłbym się na ciebie. – Głos Harry'ego opadł znacznie. – I tak się składa, że do tego właśnie doszło. Nie powinno dochodzić między wami do tego rodzaju głupoty, nie w chwili, w której dopiero co mieliście przykład Snape'a i Kamelii. Nie macie na to żadnego wytłumaczenia.
– Przepraszam, Harry. – Potter spuścił wzrok, a twarz płonęła mu tak głęboką czerwienią, że Draco niemal żałował, że obok nie stoi Weasley, żeby mógł ich do siebie porównać. Zawsze wydawało mu się, że nikt tak nie rumienił się jak Weasley, ale zaczynał mieć wątpliwości. – Ale to on zaczął. Wszedł do mojego pokoju i zapytał, czemu nie mogę pakować się ciszej, więc odpowiedziałem...
– Słyszałem, co powiedziałeś – przerwał mu Harry. – To nie zmienia faktu, że posunąłeś się za daleko, Connor. W dodatku zrobiłeś to z premedytacją, a nie z niewinnej głupoty. Strasznie mi się to nie podoba. Nie jestem teraz w nastroju do rozmowy z tobą.
– Przepraszam...
– Draco przeproś, nie mnie.
Potter odwrócił wzrok. Draco zerknął na Harry'ego w porę, żeby zobaczyć jak zaciska usta.
– Tak myślałem – powiedział Harry. – W ogóle ci nie zależy, czy go skrzywdzisz, czy nie. – Odetchnął kilka razy. – Zastanawiałem się nad twoimi innymi wybrykami, tamtym wygłupem, czy droczeniem się o Wielką Ujednoliconą Teorię, kiedy została opublikowana. Wydawało mi się, że po prostu próbowałeś mnie rozśmieszyć, albo były to zwyczajnie niewinne, dziecięce błędy. Teraz już nie jestem tego taki pewien.
– Harry, przepraszam, powiedziałem przecież...
– I po raz kolejny przepraszasz nie tę osobę co trzeba. – Harry pokręcił głową, po czym odwrócił się i zwrócił do Dracona, jakby Potter przestał istnieć. – Spakowałeś się już? Wydaje mi się, że powinniśmy zacząć zbierać się na stację za jakieś piętnaście minut. Wiem, że spacer od najbliższego punktu fiuu nie zajmie nam zbyt wiele, ale...
Draco szedł z gracją obok Harry'ego, tym razem powstrzymując się od obejrzenia się na Pottera. To samokontrola pomogła mu w wygraniu tej kłótni. Dlatego też i radość była tym słodsza, kiedy jej nie okazywał.
Harry wcisnął się w swoje szkolne szaty, rad że przynajmniej jazda hogwardzkim ekspresem – pierwsza od pierwszego roku, na jaką miał okazję się załapać – mijała spokojnie. Nie sądził, żeby to miało szansę się utrzymać, kiedy dotrą do szkoły, ale chwile, które mógł po prostu spędzić na rozmowach z Draconem, kiedy nikt nie mógł nagle im przeszkodzić, żądając jego pomocy, albo żeby obrazić jego chłopaka, były bezcenne.
Przełknął swoją złość na Connora. Krzyk nie miał sensu. Nie podziała. Rozwalenie czegoś magią też było nieproduktywne. Na Connor najlepiej działał chłód i milczenie, bo wtedy nie miał się czego uczepić, co mogłoby go utwierdzić w przekonaniu, że to on był w tej sytuacji pokrzywdzony – w dodatku oferowało mu to czas na uspokojenie swojego temperamentu.
Harry wolałby, oczywiście, żeby do tej porannej serii wyzwisk w ogóle nie doszło. Słuchał jej w rosnącym niedowierzaniu; wydawało mu się, że jego brat był nieco bardziej dojrzały. A teraz okazało się, że jednak nie był, co zmusiło Harry'ego do ponownego przemyślenia kilku spraw, które jeszcze do niedawna uważał za niewinne błędy.
Nie był z tego zadowolony.
Zaśmiał się sucho i potrząsnął głową, żeby powstrzymać się przed osunięciem się w ponury nastrój. Jednoczesne życie. Do tego właśnie będzie musiało dojść. Muszę ciągle zmieniać podejście do wszystkiego, bo życie już tak działa, że wszystko wokół będzie się zmieniało. W końcu sam to ciągle powtarzam ludziom. Po prostu tym razem ubodło mnie to nieco bardziej niż zwykle.
Kątem oka zauważył za oknem pełen gracji ruch. Draco wyszedł do łazienki, więc Harry był sam w przedziale. Zmarszczył brwi i obrócił się, przyciskając się do fotela, żeby jak najmniej jego ciała znajdowało się przed samym oknem, po czym wykręcił szyję, żeby ostrożnie wyjrzeć. Stare lekcje zadudniły mu w głowie. Jeśli będziesz stał przed szybą, która się rozbije, to trafią cię odłamki i nie będziesz w stanie walczyć.
Jeśli się naprawdę mocno skupi, to może nawet będzie w stanie udawać, że te myśli nie miały już głosu Lily.
Potężny, prężny kształt śmignął przed oknem, poruszając się z niemożliwą gracją i prędkością, ale nie dało się go z niczym pomylić. Granian, pomyślał Harry. Najzwinniejsze z uskrzydlonych koni i prawdopodobnie też i najpiękniejsze; ten był maści siwej jabłkowitej.
Harry przypomniał sobie symbol, wygrawerowany na drewnianych krążkach, którymi zamachowcy cisnęli w niego i Dracona, więc przygotował Protego, by ochronić się przed odłamkami szkła. Kopyto bez trudu mogłoby rozbić okno.
Ale granian nie wierzgnął w kierunku pociągu. Ponownie go minął, choć ten już mógł być inny. Harry był w stanie tylko zobaczyć odzianego w szaty jeźdźca, ale żadnych detali, bo za szybko się poruszali. W dodatku wyglądało na to, że jeździec ma przesłoniętą twarz kapturem.
Harry przymrużył oczy. Co oni kombinują? Jeśli chcą mnie zaatakować, to nie powinni się tak odsłaniać. Jeśli chcą szpiegować, to przez okno pociągu i tak niewiele zobaczą. Może dotrzymują towarzystwa pociągowi, który lada moment ma zostać zaatakowany? Ale wówczas też nie powinni się tak odsłaniać. Co oni właściwie...
– Harry!
Argutus owinął się wokół jego ramion i głowy niczym ciepła kluska. Harry podniósł rękę, żeby go pogłaskać, i zobaczył jak granian, możliwe że zupełnie inny, trzeci już raz mija jego okno. Nie, zdecydowanie nie szpiegują, nawet nie starają się zwolnić, żeby przyjrzeć uważnie przedziałom.
– Nie teraz, Argutusie. Obserwuję...
– Pojawił się omen!
Harry zerknął w dół na otaczające go lśniące zwoje węża i aż mu dech zaparło. Szare kształty latały nad długim i ciemnym, w którym można było dostrzec cechy charakterystyczne hogwardzkiego ekspresu; wizja wyostrzyła się, kiedy przymrużył oczy. Postacie zdawały się krążyć wokół skulonej sylwetki o platynowo–blond włosach.
A Harry przypomniał sobie nagle kąt, pod jakim zostały rzucone drewniane krążki w czasie ataku w ministerstwie i nagle pojął, co próbuje zrobić Tarcza Graniana.
Monety zostały rzucone z boku. Gdyby naprawdę chcieli mnie skrzywdzić, to powinni byli cisnąć nimi prosto we mnie, albo w Kamelię i Różę, jeśli chcieli skrzywdzić wilkołaki.
Ale oni celowali w Draco. A te popisy za oknem odciągają moją uwagę od tego, co dzieje się na końcu wagonu.
Harry obrócił się i wyrzucił rękę przed siebie. Drzwi do przedziału otworzyły się z trzaskiem, niemal wylatując z zawiasów. Harry zaczął przeciskać się obok uczniów, którzy zaczęli przechodzić między przedziałami w czasie spokojniejszego kawałka drogi, prawdopodobnie szukając miejsca, żeby się przebrać. Czuł, jak łokcie wbijają mu się w żebra, jak następuje na szaty mijających go ludzi, słyszał oburzone piski wokół.
Szlag. Przez nich nie dostanę się do Draco na czas, pomyślał Harry.
Wtedy Argutus uniósł się niespodziewanie nad jego ramieniem i wydał z siebie potężne syknięcie, które aż potoczyło się echem po wagonie. Uczniowie w pobliżu Harry'ego szybko rozstąpili się na boki, starając się najwyraźniej wtopić w ściany korytarza. Harry ruszył pędem na tyły wagonu. Ponad dudnieniem kół i rozlegającym się od czasu do czasu przeraźliwie głośnym gwizdkiem, wydawało mu się, że słyszy również ostre uderzenia podków o metalową nawierzchnię pociągu.
Rosły Gryfon z siódmego roku zastąpił mu drogę, pokazując swoją odznakę prefekta naczelnego. Harry nie miał czasu, żeby się zatrzymać i sprawdzić, kto to właściwie był, tak samo jak nie miał czasu przejmować się wyciągniętą w jego kierunku ręką. Zanurkował pod nią, przetoczył się po podłodze i wylądował zgrabnie na nogach zaraz za nim, po czym wrócił do biegu.
Z boku rozległ się blask o bladej barwie, a zaraz potem usłyszał wykrzyczaną klątwę, po której pojawił się strumień ognia w bardziej normalnych kolorach. Harry obrócił się gwałtownie, buty zaszurały mu o podłogę, kiedy gwałtownie stracił na prędkości, a Argutus zasyczał w proteście, kiedy Harry przywalił mocno ramieniem o ścianę.
Draco klęczał przy pustym przedziale z uniesioną różdżką, trzymaną w dłoni wciąż drżącej od niedawnego wysiłku związanego z wymianą zaklęć. Miał na sobie szkolne szaty, krawat i odznakę prefekta, która przypadła mu w udziale, kiedy Blaise Zabini opuścił w zeszłym roku szkołę. Tuż nad nim, w dachu, widniała dziura, ewidentnie wybita przez kopyto. Draco prawdopodobnie właśnie tam strzelił swoją klątwą. Biorąc pod uwagę zwinność i prędkość granianów, Harry w ogóle nie był zaskoczony, że spudłował.
– Draco!
Obejrzał się i zerknął na Harry'ego, ale w tej samej chwili coś niewielkiego wpadło przez dziurę w dachu i poleciało prosto w niego. Harry zauważył lśnienie szkła i wszystkie jego zmysły zadrżały, wyczuwając magię tego samego rodzaju, jakiej stawił czoła w ministerstwie, kiedy niewymowny cisnął w niego podobną kulą.
Nie miał czasu na podjęcie decyzji. Wyrzucił rękę przed siebie.
– Accio kula! – krzyknął.
Szklany pocisk zmienił tor lotu i śmignął w jego kierunku. Harry uskoczył, nie pozwalając jej wejść w kontakt ze skórą, po czym usłyszał jak rozbija się za nim na ścianie korytarza.
Cokolwiek w niej było, zaczęło na nim osiadać. Harry wykręcił się ponownie, starając upewnić się, że największa ilość trafi jednak jego, a nie Argutusa. Poczuł, jakby coś w rodzaju lepkiego pyłu osiadło mu na twarzy, a w chwilę potem wnętrzności skręciły mu się boleśnie.
Wrażenie robiło się coraz gorsze i Harry poczuł, jak głowa stara mu się zwinąć w kierunku żołądka, jakby był dywanem. Stawił temu czoła własną magią.
I poczuł coś, co było niemożliwe – jego własna magia zaczęła z niego wyciekać. Równie dobrze mógłby próbować łapać wodę.
– Harry!
Draco mógłby krzyczeć po pomoc, albo wołać jego imię z przerażeniem. Harry nie wiedział. Najważniejsze teraz było ustalenie, co mu się właściwie działo, żeby mógł to powstrzymać.
Magia w dalszym ciągu wyciekała z niego, zwijała się w nim nieprzyjemnie. Harry zamknął oczy i skupił się na swojej bliźnie. Nie, Voldemorta nie było w pobliżu, a nie sądził, żeby w Brytanii obecnie znajdował się jakikolwiek inny absorbere. Czyli tu nie chodziło o to.
Złoto przelało mu się pod powiekami, a w uszach zabrzmiała ogłuszająca pieśń feniksa. W głowie momentalnie zaczęło go ćmić od starego bólu.
Sieć feniksa, pomyślał z niedowierzaniem Harry. Nie. Jakim cudem wraca? Nie słyszałem, żeby ktokolwiek wymówił inkantację, ale tłumaczyłoby to, czemu mam coraz mniej magii...
A potem zorientował się, że jego ciało było jakieś dziwne lekkie, podczas gdy lewy nadgarstek miał jakoś dziwnie obciążony. Otworzył oczy i potwierdził swoje wrażenia. Jego kończyny były krótsze i miał...
Miał dwie ręce.
Odmładzają mnie. I jednocześnie wciskają z powrotem pod sieć feniksa.
Pył z kuli!
Z paniką poderwał rękę, żeby otrzeć twarz i poczuł, jak język śmiga mu między palcami, starając się pomóc. Argutus wydał z siebie zaskoczone syknięcie, a ciężar na ramionach Harry'ego raptownie opadł, ale i tak nie przestał zlizywać pyłu.
Draco też coś gdzieś krzyczał i nagle na Harry'ego spadł kubeł wody, zmywając z niego nieco pyłu. Harry splunął, na wypadek gdyby cokolwiek wpadło mu do ust, po czym zaczął z paniką ocierać plecy i ramiona o ścianę korytarza. Nie był w stanie pomóc sobie magią, bo ta ciągle wymykała mu się spod kontroli, przelewając się w nim i odpływając, ilekroć usiłował po nią sięgnąć. Podejrzewał, że wszystkie zmiany, przez jakie przeszła sieć feniksa, kiedy miał jakieś dwanaście czy trzynaście lat, okazały się tak liczne, że teraz magia nie była w stanie dopasować się do żadnej z nich, przez co pozostawała poza jego zasięgiem, póki wszystko się nie uspokoi.
Draco znowu coś krzyknął, a Harry syknął, kiedy nagle cała wilgoć na jego skórze zniknęła – kurz, pot, śliska plama, jaką pozostawił po sobie Argutus. Usta koszmarnie go bolały, bo były wyschnięte na wiór, ale przynajmniej przestał się zmieniać. Odzyskał kontrolę nad własną magią.
Otworzył przepływ zdolności absorbere tak szeroko, jak tylko był w stanie, po czym zaczął ściągać z siebie obcą magię z pyłu, który jeszcze z niego nie opadł. To było naprawdę osobliwe wrażenie, jakby wąż, jako którego zawsze wyobrażał sobie swoją zdolność, wydłużał się w nieskończoność. Magia wlała się w niego, a Harry usłyszał jak kości mu skrzypią, kiedy zaczął wracać do swojego normalnego wzrostu. Sieć feniksa przemknęła mu przed oczami w oszołomionej mieszance światła i pieśni, po czym zniknęła.
Podobnie jak dłoń, która dotykała jego lewego policzka.
Harry skrzywił się, ale nie pozwolił sobie na przerwanie osuszania pyłu z magii, póki nie był pewien, że już nikomu nie zaszkodzi. Dopiero wtedy otworzył oczy i kiwnął do Dracona, oblizując usta, by zachęcić je do produkcji śliny.
– Dobrze pomyślane z tym zaklęciem odwadniającym – mruknął. – Dzięki.
Draco kiwnął głową, po czym obejrzał się na dziurę w suficie.
– Co to właściwie było? – zapytał z oburzeniem. – Czemu nas tak nagle zaatakowali?
Harry potrząsnął głową, niezdolny do dalszego mówienia w tej chwili. Spojrzał na Argutusa. Wąż omenu był mniejszy, ale na szczęście złe przeczucia Harry'ego się nie spełniły, bo nie odmłodniał jakoś strasznie. Z namysłem powąchał językiem powietrze.
– Smakuje jak myszy – wyjaśnił, kiedy zauważył, że Harry mu się przygląda.
Harry parsknął w bezsilnym śmiechu, po czym ponownie przyjrzał się Draconowi.
– A ciebie niczym nie trafili?
– Nie, tylko ciebie. – Draco schował różdżkę, ale kiedy dotknął twarzy Harry'ego, to ręka mu się trzęsła. – Jak mogli zrobić ci coś takiego?
Harry machnął ręką w kierunku ściany przedziału.
– Speculum caelum – wyszeptał, a na jego dłoni pojawiło się niewielkie, przezroczyste lusterko. Harry przyjrzał mu się uważnie. Pokazywało niebo ponad ekspresem i choć było przesłonięte szarymi chmurami, co było normalne o tej porze roku w Szkocji, to nie był w stanie znaleźć nawet śladu po granianach.
– Wydaje mi się, że to ciebie starali się odmłodzić – powiedział. – Ale nie mieli innych broni na podorędziu i nie chcieli atakować całego pociągu. Pewnie dzieci niektórych w nim jadą. Uciekli, jak tylko zorientowali się, że ich atak się nie powiódł.
– Chcesz powiedzieć, że ten atak był wymierzony we mnie?
Harry podniósł wzrok.
– Oczywiście że tak – powiedział. – Podobnie jak atak w ministerstwie. Monety zostały rzucone z twojej strony. Byłem wystarczająco blisko, żeby znaleźć się w polu rażenia, ale to ciebie chcieli dorwać.
Draco zacisnął usta.
– Próbują cię okaleczyć?
– Tak podejrzewam – powiedział Harry – ale gdybanie niewiele nam w tej chwili pomoże. Równie dobrze mogą próbować dorwać w ten sposób twojego ojca, albo po prostu usunąć cię z gry. Jeśli, na przykład, ktoś usłyszał plotki o twojej zdolności do opętywania, to mogą uznać, że pozostawienie cię przy życiu jest zbyt niebezpieczne.
Draco przymrużył oczy.
– Używałem jej na polu bitwy, ale tylko na śmierciożercach – powiedział. – No i powiedziałem o niej Scrimgeourowi.
– Nie przypuszczam, żeby minister komukolwiek o tym powiedział – mruknął Harry. – Ale teraz, kiedy do gry włączyli się niewymowni? Przecież ta kula była jednym z ich artefaktów. Przynajmniej tyle wiemy niemal na pewno. Równie dobrze mogli wyczytać to z z umysłu Scrimgeoura, albo powiedział im, bo wydaje mu się, że może im ufać. – Zawahał się, po czym dodał niechętnie: – Albo wyczuli cię w swoich umysłach tamtego dnia, kiedy odwiedziłem Scrimgeoura z myślodsiewnią i po prostu czekali na odpowiednią chwilę, żeby się zemścić.
– Ale gdyby tylko o to chodziło, to nie byliby odpowiedzialni za pierwszy atak – przypomniał mu Draco.
– Wiem – powiedział Harry. – Ale i tak wydaje mi się, że to oznacza jakiś sojusz między Tarczą Graniana i niewymownymi. Niewymowni przecież zaatakowaliby bardziej bezpośrednio, jak to zrobili w Prasie Menad.
Draco kiwnął głową.
– Czyli nawet, jeśli nie znamy ich zamiarów, to przynajmniej możemy być pewni, że równie mocno chcą dorwać ciebie, co mnie.
– To prawda. – Harry ponownie się mu przyjrzał. Draco pozostał nienaruszony, ale patrzył na niego z takim... Harry rozłożył ręce.
Draco potrząsnął głową, ale podszedł i wtulił się w niego. Argutus zaczął się wiercić i narzekać, że go podduszają. Harry skupił swoją magię na wężu omenu. Nie był w stanie wyczuć żadnych pobocznych efektów pyłu. Argutus po prostu odmłodniał, zrobił się mniejszy, mniej więcej wielkości sprzed ostatniej wylinki. Ale nie wyglądało na to, żeby pył okazał się trujący.
Oczywiście że nie, pomyślał Harry, przypominając sobie fakty, którymi Hornblower podzielił się z Honorią. Starają się schwytać, nie zabić.
Zadygotał gwałtownie i przycisnął mocno Dracona do siebie. Draco się nie poruszył, nie zaprotestował, niczego nie powiedział, ale Harry i tak czuł, jak strasznie jego chłopak był spięty, kiedy wtulił twarz w jego kark.
I skończyło się na tym, że zyskali sobie kolejnego wroga, pomyślał Harry, skupiając się na gniewie, żeby nie pozwolić sobie na przerażenie, jakie czaiło się zaraz za rogiem na myśl o tym, co by się stało, gdyby Draco zginął, albo został porwany.
Harry nie był w stanie powstrzymać się przed patrzeniem co chwila w górę, kiedy wysiadali z powozów przed głównymi wrotami Hogwartu, ale i tak niczego nie zobaczył. Już był wieczór, a chmury pociemniały, wyraźnie zanosiło się na deszcz. Nieszczególnie dobra pogoda na latanie granianami, ale też pociąg nie był jakimś szczególnie dobrym miejscem na atak.
Przeszedł przed powóz i przez chwilę głaskał testrale po nosach. Potężne konie zarzuciły łbami, przyglądając mu się. Muskanie ich futra pozostawiło chłodną wilgoć na palcach Harry'ego, ale w tej chwili mu to nie przeszkadzało. Przynajmniej pomagało mu w uziemieniu się i koiło myśli, które pędziły mu po głowie.
– Muszę spotkać się z dyrektorką jeszcze przed Ceremonią Przydziału – wyjaśnił, kiedy zobaczył, że Draco mu się przygląda. – Powinna dowiedzieć się o ataku na ekspres, a nie sądzę, żeby to mogło zaczekać do jutra.
Draco kiwnął głową.
– Idę z tobą.
Harry odprężył się. Może i to było głupie z jego strony, ale naprawdę nie chciał teraz spuszczać Dracona z oczu.
Wszedł do Hogwartu szybkim, rześkim krokiem, z miejsca kierując się do gabinetu dyrektorki. Draco nie miał problemów z nadążeniem za nim. Ludzie po drodze wołali jego imię, ale tylko machał do nich z roztargnieniem na powitanie. Będzie musiał porozmawiać o wielu sprawach z wieloma różnymi ludźmi, to prawda, ale w tej chwili najważniejsze było poinformowanie o wszystkim McGonagall.
– Harry!
A to był głos Connora, dochodzący gdzieś zza niego. Harry spiął plecy i usłyszał, że Draco wydaje z siebie dźwięk jak tygrys, któremu ktoś przerwał w posiłku. Szedł jednak dalej, licząc w głowie kroki i odsunął się zgrabnie, kiedy Connor spróbował złapać go za ramię.
– Gdzie tak szybko idziesz? – zapytał z oburzeniem Connor, podbiegając, żeby go wyprzedzić. Oczy mu lśniły, a policzki miał zarumienione i to zdecydowanie nie od biegu. – Co się stało w pociągu?
– Zaatakowano nas – powiedział oschle Harry. – Jeśli naprawdę chcesz o wszystkim usłyszeć, to chodź z nami, posłuchasz jak będę mówił o wszystkim McGonagall. W tej chwili naprawdę nie mam czasu się zatrzymywać, a już z całą pewnością nie będę opowiadał tego Merlin wie ile razy. – Usłyszał, że gniewne pomrukiwanie Dracona ustało. I dobrze. Może po prostu ulżyło mu, że nie chcę robić wyjątku dla Connora.
– Chciałem przeprosić – powiedział Connor. – I zobaczyć, czy nic ci nie jest. I Harry...
– Później, Connor. Chodź z nami, albo zostań w tyle. – Harry skręcił gwałtownie w kierunku schodów. Nawet nie obejrzał się, żeby sprawdzić, czy Connor za nimi idzie czy nie. McGonagall mogła już iść po Tiarę Przydziału, a nie chciał jakoś specjalnie opóźnić uczty.
Niemal wpadli na siebie na schodach, które były zaledwie o kilka metrów od jej gabinetu. McGonagall miała na sobie nieco bardziej ozdobne szaty niż w zeszłym roku. Harry zastanawiał się, czy to nie oznacza, że powoli zaczyna dopasowywać się do roli, którą sprawował Dumbledore przed swoim upadkiem, ale odrzucił to od siebie. Najpierw musiał jej o czymś opowiedzieć.
– Harry – powiedziała McGonagall, marszcząc brwi. – Panie Malfoy. Panie Potter. – Z tego ostatniego Harry wywnioskował, że Connor jednak za nimi poszedł. – Coś się stało?
– Pociąg został zaatakowany – powiedział Harry i zobaczył, jak oczy jej ciemnieją. Prawdopodobnie przypomniała sobie, jak w zeszłym roku został zaatakowany klątwą wybebeszającą. – Kilku jeźdźców przyleciało na granianach. Wycięli dziurę w przedziale, w którym Draco się przebierał, po czym rzucili w niego artefaktem. Jestem pewien, że artefakt pochodził z Departamentu Tajemnic. To była niewielka, szklana kula, wypełniona magią czasu, a kiedy ją rozbiłem, wypełniający ją mokry pył przykleił się do mnie, cofając mnie fizycznie mniej więcej do czasów, kiedy miałem dwanaście czy trzynaście lat. Wyrwałem się spod jego działania dzięki pomocy Dracona, ale zanim zdążyliśmy się z tym uporać, graniany już zniknęły. – Miał wrażenie, że z każdym jego słowem twarz dyrektorki robi się coraz poważniejsza, dlatego skończył z: – Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze dojdzie do takiego ataku. Po prostu chciałem panią uprzedzić.
– Słusznie pan zrobił, panie Pott... Harry – powiedziała McGonagall, potrząsając głową. Była jedną z niewielu osób, którym jego brak nazwiska najbardziej przeszkadzał, bo ewidentnie ciężko przychodziło jej pozbycie się nawyku, który pielęgnowała w sobie przez cztery lata jego pobytu w Hogwarcie. – Porozmawiamy o tym po uczcie. I tak chciałam porozmawiać jeszcze o innych sprawach. – Zamilkła na moment, przyglądając mu się uważnie. – Póki co chcę tylko powiedzieć, że podchodzę do pańskiego bezpieczeństwa z równą powagą, co do dowolnego innego ucznia. Nie okażę żadnej litości wrogom, którzy spróbują przybyć tu za panem w ramach zemsty, czy jakiejś politycznej dysputy. Proszę jednak, żeby pan również podjął odpowiednie kroki, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo i nie ruszał się nigdzie bez swoich zaprzysięgłych kompanów i innych ludzi.
Harry przytaknął. Owen i Michael z przyjemnością zaczną nadrabiać zaległości, a on sam nie miał zamiaru załatwiać czegokolwiek bez nich, bo jego bezpieczeństwo oznaczało również bezpieczeństwo Dracona.
– Dziękuję pani.
McGonagall kiwnęła głową, po czym minęła go. Harry miał wrażenie, że nie była równie imponująca co Snape, ale i tak wyglądała jak możnowładczyni.
Kiedy się obrócił, zobaczył że Connor patrzy na niego wielkimi oczami.
– Naprawdę doszło do tego wszystkiego? – zapytał cicho.
– Tak – powiedział Harry. Zastanawiał się, czy nie powinien powstrzymać się przed powiedzeniem czegoś jeszcze – w końcu wciąż był zły na Connora o to, co zaszło rano – ale uznał, że w tym momencie kilka słów może się lepiej sprawdzić od milczenia. – Nie toleruję ataków na Draco – powiedział Connorowi. – Jakichkolwiek.
Connor zarumienił się, zupełnie jak rano, po czym kiwnął głową, schodząc im z drogi. Harry stał jeszcze przez chwilę w bezruchu, ale Connor nie wydusił z siebie żadnych przeprosin, jak wyraźnie wcześniej miał zamiar. Harry syknął przez zęby i ruszył w dół schodów.
Draco przynajmniej powstrzymał się z komentarzem, póki nie oddalili się od Connora, co było nieoczekiwanie uprzejme z jego strony.
– Jestem w stanie się obronić, Harry. Czy to znaczy, że jeśli jeszcze kiedyś mi zagrozi, to mam twoje błogosławieństwo na przeklnięcie go?
Harry zerknął na niego z ukosa.
– Tylko napytasz sobie tu za to biedy – powiedział. – No wiesz, punkty i w ogóle.
– Matka nauczyła mnie, jak to rozpoznawać – powiedział Draco, którego twarz odprężyła się w absurdalnym uśmiechu. – To się nazywa „unikanie odpowiedzi", Harry.
Harry westchnął.
– Jak sam zauważyłeś, potrafisz się obronić – powiedział. – Przyznaję, że motywy Connora nie są tym, za co je miałem. Ale zastanów się też nad konsekwencjami przeklinania kogokolwiek, kto cię zirytuje, Draco. Przecież istnieją bardziej ślizgońskie sposoby na załatwianie takich spraw.
Draco zastanawiał się nad tym, kiedy weszli do Wielkiej Sali i skierowali się do ślizgońskiego stołu; przybyli praktycznie ostatni, ale Millicenta i tak zachowała dla nich miejsca obok siebie. Kiedy siadali, uśmiech na twarzy Dracona powrócił, tym razem krzywy i bezczelny.
– Hmmm – powiedział tylko.
Harry potrząsnął głową i spojrzał na pierwszorocznych, którzy czekali na swoją kolej przed tiarą. Nie był w stanie zaplanować przyszłości, jaka nastąpi między Draconem i Connorem. To byłoby dla nich uwłaczające, przynajmniej równie mocno co sugestia, że Draco nie potrafi sam się obronić. Pozostało mu tylko reagować na sytuacje, do których już dojdzie i upewnić się, że nie skrzywdzą się zanadto.
No i że żaden z nich nie zrobi czegoś sprzecznego z przysięgami sojuszu, przez co musiałbym ich z niego wyrzucić. Connor złożył przysięgę Sojuszu Słońca i Cienia tego samego dnia, kiedy Harry przeniósł go z Lux Aeterny.
– SLYTHERIN! – wrzasnęła tiara. Maleńka, ciemnowłosa dziewczynka ściągnęła ją z głowy, uśmiechając się szeroko, po czym pobiegła do ich stołu.
Harry krzyknął powitania, przyłączając się do braw domowników i postanowił przez chwilę nie myśleć o niczym, poza zgadywaniem, gdzie trafią poszczególni pierwszoroczni.
Minerwa kiwnęła głową, kiedy ostatnia z pierwszorocznych udała się do stołu Ravenclawu, po czym wstała. Przez długą chwilę po prostu przyglądała się wpatrzonym w siebie twarzom, pozwalając sobie zauważyć zaniepokojone miny, jak i te zakłopotane, a nawet chłopczyka o czerwonej twarzy, wyraźnie na skraju łez – pierwszoroczny Gryfon, wyraźnie zszokowany swoim przydziałem, trzeba będzie wspomnieć o nim Peterowi – po czym rozejrzała się po stole prezydialnym. Peter spojrzał na nią ze spokojem. Henrietta Bulstrode uśmiechała się szeroko; często tak miała. Severus siedział w milczeniu obok swojego wieszcza. Miał tak mocno zaciśnięte usta, że były niemal białe. To również ostatnio stawało się normą.
Wreszcie spojrzała na Harry'ego. Miał na twarzy opanowaną maskę i zdawał się czekać na jej przemowę, jak każdy głodny nastolatek, który naprawdę chciałby, żeby uczta już się zaczęła.
Minerwa odetchnęła głęboko.
– Witajcie w nowym roku w Hogwarcie – powiedziała. – Witam naszych nowych uczniów, jak i powracających – oraz naszych nowych profesorów. Peter Pettigrew przejmie posadę Acies Merryweather jako profesora obrony przed mroczną magią, oraz w pełni zajmie się obowiązkami głowy domu Gryffindoru. – Rozległy się uprzejme brawa, głównie ze stołu Gryffindoru; reszta nie miała okazji poznać Petera, który pojawił się w Hogwarcie zaledwie na kilka krótkich tygodni przed bitwą na letnie przesilenie. – Hilda Belluspersona jest naszą nową profesorką transmutacji. – To wywołało więcej oklasków. Minerwa zastanawiała się, czy miało to większy związek z faktem, że Henrietta wyglądała na bardziej przystępną, czy też z tym, że Peter jest po odsiadce w więzieniu.
Oparła dłonie o stół i nachyliła się do przodu. Minęła już łatwa część jej przemowy.
– Wydarzenia z zeszłego roku odsłoniły przed nami kilka prostych prawd – powiedziała. – Mam nadzieję, że weźmiecie je sobie do serc w czasie tego roku.
Podejrzewała, że Albus zebrałby starszych uczniów, żeby powiedzieć im to na osobności – ale z drugiej strony Albus rekrutował starszych uczniów, głównie gryfońskich, na żołnierzy w ostatniej wojnie. Minerwa nie miała zamiaru tego robić i nie miała zamiar dopuścić do sytuacji, w której jej podopieczni mogliby zginąć z powodu braku informacji.
– Znajdujemy się w stanie wojny – powiedziała i usłyszała, jak kilku pierwszorocznych wciąga ze strachem powietrze. – Niektórzy z was już w niej walczyli. Inni są jej ofiarami, albo krewnymi ofiar. Lord Voldemort może zaatakować ponownie. Nasze osłony są potężne, a determinacja, by was ochronić jeszcze potężniejsza, ale nigdy nie wolno nam zapomnieć, że to jest wojna i w każdej chwili może dojść do tragedii. – Powstrzymała się od ponurego uśmiechu, bo nie sądziła, żeby wielu uczniów zdołało go odpowiednio zinterpretować, dlatego zastąpiła go pocieszającym. Alastor Moody spędził większość tego lata w Hogwarcie, ustawiając takie same osłony, jak te, które chroniły najbardziej wrażliwe punkty ministerstwa. Podejrzewała, że jego ciągłe wrzaski o stałej czujności w końcu zagnieździły się jej w głowie.
Oczywiście, miała wszelkie powody, by samej wierzyć w ich niezbędność. Przeżyła wojnę z Grindelwaldem, nawet jeśli po prostu jako uczennica w Hogwarcie, a potem jeszcze Pierwszą Wojnę z Voldemortem. Jeszcze dwie dekady temu szukała u Albusa wsparcia i przywództwa, ale po raz pierwszy wynalazła i zaczęła powtarzać własną maksymę. Lwy nie śpią w czasie zagrożenia.
I jeśli była teraz lwicą, to te wszystkie dzieci były jej lwiątkami. Nie miała zamiaru zamknąć oczu i wystawić je na zagrożenie.
Nawet jeśli tym zagrożeniem mieliby być oni sami.
– A najczęściej do tragedii dochodzi, kiedy uczniowie w Hogwarcie zwracają się przeciw sobie nawzajem – powiedziała Minerwa swoim uczniom, którzy słuchali jej w ciszy tak głębokiej, że jej słowa zdawały się nieść w sobie echo wszystkich innych słów, które chciała w tym momencie powiedzieć. – Zdrajcy miną najpotężniejsze osłony, oszukają najbardziej uważnych opiekunów. Chcę, żebyście zrozumieli jedno – zdrajcy nie mają wątpliwości. Wątpliwości, kwestionowanie i samodzielne myślenie są niezbędne do przeżycia tej wojny. Tchórze często okazują się dobrymi zdrajcami. Uznam za zdrajcę każdego, kto okaże się tak wielkim tchórzem, że spróbuje celowo przekląć innego ucznia, skrzywdzić kogoś w ramach dysputy politycznej, czy wydać Hogwart Voldemortowi i jego sługusom w zamian za obietnice bezpieczeństwa.
Minerwa przechyliła głowę, czując ciężar wbitych w siebie spojrzeń. Nie ugnie się jednak pod tym ciężarem, tak jak zrobiłby to Albus. Wolała upewnić się, że każdy podejmie swoje decyzje, świadom ich konsekwencji.
– Nie poproszę was, żebyście się nie bali – powiedziała. – Proszę jednak, żebyście przychodzili do nas z każdym problemem, który wywołuje u was strach, żebyście rozmawiali ze swoimi kolegami, zamiast wznosić przeciw nim różdżki. Naprawdę wolimy usłyszeć o waszej zgrozie, niż później cierpieć przez nią konsekwencje. Znajdujemy się w stanie wojny i nie możemy sobie pozwolić na wewnętrzne problemy tego typu, choćbyście dążyli do nich z jak najlepszymi intencjami, ponieważ one na dłuższą metę niczego nie rozwiązują.
Proszę bardzo. To powinno wyjaśnić wszystkim, że nie będzie tolerowała ataków na Harry'ego za „wywołanie" tej wojny, czy też sprzeczek między świetlistymi i mrocznymi rodzinami, albo sytuacji, w których uczniowie, którzy boją się wilkołaków, atakują im przychylnych.
Harry może i woli kryć się ze swoją siłą. Ja nie mam takiego zamiaru. Nie dopuszczę do tego, żeby moja szkoła zmieniła się w pobojowisko.
Hermiona zwlekała z opuszczeniem stołu Gryffindoru, nawet kiedy Ron obejrzał się na nią raz czy drugi, wyraźnie oczekując jej pomocy w zaprowadzeniu pierwszorocznych do wieży. Hermiona zaczekała, aż nie zobaczyła, że Zachariasz idzie w jej kierunku, po czym przegoniła Rona gestem dłoni. Zmarszczył brwi, ale odwrócił się do pierwszorocznych – zwłaszcza do małego chłopca, który zaczął płakać, kiedy tiara wrzasnęła jego dom – i zaczął wyjaśniać im trasę.
Zachariasz był coraz bliżej. Hermiona już widziała jego złowróżbnie zmarszczone brwi. Wzięła się w garść. Wiedziała, że dojdzie do czegoś takiego, odkąd Zachariasz odmówił omawiania z nią WUTKaRMu w listach i ignorował wszelkie próby poruszenia tematu. Po zobaczeniu jego miny domyśliła się, że to nie oznaczało niczego dobrego.
Najwyraźniej jednak nie docierało do niego, że nie był w stanie jej zastraszyć.
Zachariasz zatrzymał się, ale dalej miał skrzywioną minę. Blizna w kształcie borsuka, znajdująca się wysoko na jego policzku, którą otrzymał po przyzwaniu ducha Helgi Hufflepuff w czasie Bitwy o Hogwart, teraz sprawiała, że wyglądał znacznie starzej i poważniej, niż go Hermiona pamiętała, zupełnie jakby w jakiś sposób wygładzone zostały typowe dla niego rysy sarkazmu. Mocno też podrósł w czasie tego lata, był już od niej wyższy. Hermiony to nie obchodziło. Czekała.
Przed przyjazdem do Hogwartu kupiła sobie kopię pełnego wydania Wielkiej Ujednoliconej Teorii i pochłonęła ją w przeciągu trzech fascynujących dni. Jeśli to była prawda – a jeszcze nikomu nie udało się jej podważyć – to to znaczyło, że mimo posiadania mugolskich rodziców, należała do świata czarodziejów równie mocno, co każdy czystokrwisty. Wcale nie musiała spuszczać wzroku, czy też przepraszać za nie posiadanie „odpowiedniej krwi", a jej jedynym źródłem satysfakcji nie musiało już być oszukiwanie czystokrwistych nauczonymi zawczasu rytuałami i tańcami, które przekonywały ich, że jednak musiała mieć w sobie odpowiednią krew.
Sama magia zdecydowała, że powinnam jej używać, pomyślała, a serce zabiło jej mocniej z podziwu. Za kogo oni się mają, żeby to podważać?
– Wydaje mi się, że już wiesz, co myślę o Wielkiej Ujednoliconej Teorii – powiedział Zachariasz tym swoim typowym, wywyższającym się tonem.
– Myślisz, że to stek bzdur – powiedział Hermiona.
Zachariasz zamrugał, ale kiwnął szybko z aprobatą.
– Owszem. I chcę z miejsca zaznaczyć, że nie zmieniłem zdania i wciąż chcę się z tobą ożenić jak tylko opuścimy szkołę, Hermiono. – Aż ciężko było jej w tym momencie nie zazgrzytać zębami, kiedy usłyszała jego kojący ton, że jednak do tego dojdzie. Czyli jednak nie zmienił się zanadto. – W tej chwili w mojej rodzinie panuje nastrój anty–mugolacki, ale nie przejmuj się, przejdzie im. Po prostu nie upieraj się przy mojej matce, że w tej teorii jest choć ziarno prawdy i...
– Niby czemu miałabym się przy tym nie upierać? – zapytała Hermiona, nawet nie podnosząc tonu. Jej głos wystarczył, żeby go uciszyć, a nawet zaskoczyć do stopnia, w którym się na nią zagapił. Ciągnęła dalej. – Czytałam te badania, Zachariaszu. Są genialne. Mają znacznie więcej sensu od utrzymywania, że czystokrwiści zawsze tylko żenili się między sobą nawzajem – poza sytuacjami, oczywiście, kiedy nagle rodziły im się charłaki, albo kiedy nagle magia pojawia się w rodzinie, która nigdy nie była magiczna. Mają nawet statystyki, Zachariaszu. Liczba okazji, kiedy w mugolaccy czarodzieje i czarownice okazują się mieć jakiegoś charłacznego przodka, jest praktycznie równa zeru. Czy wiesz, że liczba rodzących się mugolaków wzrosła niepomiernie w czasach, kiedy czystokrwiści zaczęli krzyżować się tak blisko sobą, że mutacja genów wywołana kazirodztwem niemal wybiła całe społeczeństwo? Magia i tak miała zamiar wrócić do świata, nawet jeśli nie mogła tego już robić poprzez rodziny, do których była przyzwyczajona.
Hermiona zdawała sobie sprawę, że podniosła głos. Miała to gdzieś. Odkrycia Thomasa Rhangnary i pozostałych były genialne i jak do tej pory nie spotkała nikogo, kto postawiony przed tak oczywistymi faktami, nie reagowałby płaczem, czy zakrywaniem uszu.
Wyglądało na to, że miało to podobny efekt na Zachariaszu. Zjeżył się niczym kot gotów do ataku. Prychnął.
– To nieprawda – powiedział.
– Oczywiście że tak – powiedziała Hermiona, robiąc krok w jego stronę. – Czy ty w ogóle przeczytałeś te badania?
– Oczywiście że nie. Przecież to...
– Stek bzdur, wiem – powiedziała Hermiona. – Wiem, że tak o tym myślisz. Po prostu próbowałam ustalić, czy to wrażenie pochodzi z bezpośredniego doświadczenia, bo przecież nie da się ustalić, czy coś jest stekiem bzdur, jeśli się nawet tego nie przeczytało.
Twarz Zachariasza zrobiła się tak czerwona, że niemal sina i Hermiona może i zaniepokoiłaby się o jego zdrowie, gdyby nie to, że wiedziała, że nie miał żadnych problemów z krążeniem; sam jej o tym powiedział w zeszłym roku, przechwalając się fizycznym i magicznym zdrowiem swojej rodziny. Powiedział wtedy, że chciał, by wiedziała, że ich dzieci nie będą miały w sobie żadnych skaz.
Poza, najwyraźniej, skazą zrodzenia się z mugolackiej matki, pomyślała Hermiona, patrząc jak Zachariasz stara się z tego wywinąć.
– To znacznie bardziej skomplikowane, oczywiście, od stwierdzenia po prostu, ze czystokrwiści nigdy nie mieli żadnych problemów – powiedział głosem, który brzmiał jak coś nadgniłego, co lada moment się przełamie. – Ale to nie oznacza, że te badania są prawdziwe, Hermiono. Gdyby tak było, to by oznaczało, że stare rodziny tak naprawdę nie są znowu takie ważne...
Hermiona uśmiechnęła się.
I to wystarczyło. Zachariasz drgnął, jakby użądlony.
– Nie możesz tak myśleć – powiedział. – Nie po tym wszystkim, co ci powiedziałem o rodzinie Smithów, o wszystkich dokonaniach moich przodków.
– Nigdy nie imponowała mi twoja krew – powiedział Hermiona. – Nigdy ona. Imponowała mi twoja inteligencja i fakt, ze wyjechałeś na pole bitwy, przekazując swoje ciało duchowi Helgi i nie wiedziałeś nawet, czy zdołasz wrócić, a potem powiedziałeś mi, że mnie kochasz i uważasz, że ja jestem inteligentna. – Zadarła podbródek do góry. – Nigdy nie obchodziło mnie, kim byli twoi rodzice, Zachariaszu i wydawało mi się, że w podobny sposób podchodzisz do moich. Ale się myliłam, prawda?
– To znacznie bardziej skomplikowane – powiedział Zachariasz.
– Oczywiście że jest – powiedziała Hermiona. – I to właśnie jest takie wspaniałe, czy ty tego nie rozumiesz? – Musiała zwalczyć w sobie impuls wyciągnięcia do niego ręki. W czasie kłótni z Zachariaszem nie można było zgadzać się na jakiekolwiek kompromisy, bo zawsze był gotów uznać je za kapitulację. – To oznacza tak wiele różnych spraw, jeśli magia nie podąża za linią krwi, ale między innymi fakt, że sama wybiera sobie użytkowników z różnych środowisk, każdy z nich odmienny i genialny na swój sposób. To wszystko jest znacznie bardziej interesujące i wspaniałe od dreptania za linią krwi ze zwykłego przyzwyczajenia. To niesamowite.
Zachariasz potrząsnął głową, zaciskając mocno usta i wydymając nozdrza, po czym odwrócił się od niej.
Hermiona zdała sobie nagle sprawę z tego, jak wielu ludzi im się przyglądało. Uniosła wysoko głowę, ale i tak zarumieniła się, kiedy zobaczyła, jak Hannie Abbott świeciły oczy, albo że Colin Creevey patrzył na nią w sposób, w jaki zwykle przyglądał się wyłącznie Harry'emu czy Connorowi. Nie pamiętała, kiedy ostatnim razem ludzie podziwiali ją za coś innego niż jej oceny, czy możliwość udzielenia im pomocy przy pracy domowej.
Czyli tak to ma wyglądać, pomyślała. Nie mam najmniejszego zamiaru rezygnować z tych przekonań. Zwłaszcza skoro Zachariasz ma zamiar upierać się, że badania nie są prawdziwe, kiedy ich nawet nie przeczytał.
Draco podejrzewał, że powinien był pomóc innym prefektom Slytherinu w sprowadzeniu pierwszorocznych do lochów, ale przecież było ich naprawdę mnóstwo, no i przecież zejście do lochów znajdowało się niedaleko Wielkiej Sali. Znacznie bardziej wolał dotrzymać Harry'emu towarzystwa podczas jego spotkania z McGonagall, które miało się odbyć zaraz po obiedzie, a kiedy mu o tym wspomniał, Harry kiwnął bez wahania głową.
– O ile dyrektorka nie będzie miała nic naprzeciw – powiedział.
– Nie wyobrażam sobie, czemu by miała – mruknął Draco, nie spuszczając oczu z Harry'ego, kiedy wstali i ponownie ruszyli w kierunku gargulca. Być może tym razem dotrą tam bez przeszkód pod postacią irytującego braciszka Harry'ego. Draco naprawdę by to wolał.
Podczas obiadu zastanawiał się nad zemstą na Potterze – no, obiadu, który jadł z innymi Ślizgonami, podczas gdy Harry jadł posiłek, który zabrał ze sobą z Nadmorskiego Basztańca. (Harry naprawdę posuwał się za daleko w swoim uporze, by żyć bez pomocy skrzatów domowych). McGonagall nawet wspomniała o tym, co zrobi uczniom, którzy przeklinają się na korytarzach, więc klątwy odpadały, ale Harry przecież przypomniał mu, że istnieją bardziej ślizgońskie sposoby załatwiania tego rodzaju spraw. W dodatku Draco musiał przyznać, że doświadczenie z Potterem tego ranka przypomniało mu, jak wiele radości niesie podanie swojej ofierze wystarczająco wiele liny, by ta mogła się potem na niej powiesić.
Obecnie wydawało mu się, że najlepiej wetrze tę sól w rany Pottera po prostu okazując, jaki bliski jest Harry'emu, co stopniowo będzie doprowadzało brata Harry'ego do szewskiej pasji. Czyli na dobrą sprawę skorzysta z tej samej taktyki co Potter rano, ale tym razem to Draco będzie miał nad wszystkim kontrolę.
Będzie musiał bardzo ostrożnie sobie wszystko zaplanować, ponieważ Harry naprawdę byłby zły, gdyby się o czymkolwiek dowiedzieć, a istnieje szansa na to, że Potter doniesie o wszystkim Harry'emu, jeśli czegokolwiek się domyśli. Z drugiej jednak strony, nie mógł być przecież zbyt subtelny, inaczej ten przeklęty Gryfon w ogóle nie zauważy jego starań. Im dłużej Draco się nad tym wszystkim zastanawiał, tym bardziej to wyzwanie wydawało mu się interesujące. Przynajmniej będzie miał się czym zająć, ilekroć nie będzie sypiał z Harrym, uczył się na sprawdziany, pracował nad swoimi kontaktami w ministerstwie, czy starał się ustalić, kto właściwie usiłował go zabić.
Draco zmarszczył lekko brwi, kiedy Harry spotkał dyrektorkę zaraz pod drzwiami do jej gabinetu i nawiązał rozmowę, której Draco nie musiał słuchać, ponieważ zawierała głównie przeprosiny za wpraszanie się o tak późnej porze. Czy naprawdę wierzył, że Tarcza Graniana przybyła po niego przez wzgląd na dar opętania?
Nie, pomyślał. Gdyby niewymowni naprawdę wyczuli mnie tamtego dnia w swoich umysłach, to nie daliby mi wyjść z ministerstwa. Wciąż mi się wydaje, że przede wszystkim starają się skrzywdzić, czy trwale okaleczyć Harry'ego. Merlin jeden wie, że trochę mu odbija, ilekroć wydaje mu się, że znalazłem się w niebezpieczeństwie.
– Panie Malfoy, proszę za nami.
Draco drgnął, poderwał głowę i dopiero wtedy dotarło do niego, że kompletnie umknęło mu, kiedy McGonagall odezwała się do gargulca i otworzyła przejście do ruchomych schodów. Kiwnął szybko głową i wszedł na nie zaraz za nią i Harrym, słysząc jak gargulec chrzęści na kamiennej posadzce za nim, wracając na miejsce.
– Tak po prawdzie, Harry, już wcześniej martwiłam się o twoje bezpieczeństwo w szkole, nawet zanim zaraportowałeś mi o ataku – powiedziała McGonagall.
Draco miał wrażenie, że jeszcze w zeszłym roku Harry zrobiłby coś idiotycznego, jak obstawanie, że Tarczy Graniana chodziło wyłącznie o Dracona, a nie jego. Teraz po prostu pokiwał z rezygnacją głową. Może przypomniał sobie, że też ucierpiał w czasie ataku, pomyślał Draco. Obserwowanie jak Harry raptownie maleje i traci całą swoją magiczną potęgę było pieruńsko przerażające.
Zobaczenie, jak jego lewa dłoń pojawia się i ponownie znika, było... bolesne. Draco potrząsnął głową, żeby pozbyć się tego rodzaju myśli, po czym skupił się na rozmowie przed sobą.
– Nie wiem, co jeszcze można zrobić w tej sprawie, Madam – powiedział Harry, poprawiając okulary na nosie. – Mamy osłony. Mamy moją magię. Mamy Owena i Michaela, którzy zaprzysięgli się mnie. Mamy Petera, panią Bulstrode i Draco. – Uśmiechnął się do Dracona, którzy odpowiedział uśmiechem. – Ale jeśli moi wrogowie będą wystarczająco długo planowali, to pominą wszystkie te zabezpieczenia.
W międzyczasie dotarli do gabinetu, a McGonagall minęła ich i usiadła za biurkiem, kiwając głową.
– Zdaję sobie z tego sprawę, Harry. Ale istnieje kilka sposobów, o których chciałam z tobą porozmawiać. Po pierwsze, skontaktowała się ze mną pani Gloryflower. Chce podarować Hogwartowi sztuczne zwierzęta, które będą pilnowały uczniów. Pomogą każdemu, kto znajdzie się w niebezpieczeństwie, oczywiście, ale skupią się przede wszystkim na tobie.
– Jakiego rodzaju zwierzęta? – zapytał Harry, kiedy zajmowali z Draconem stojące przed biurkiem McGonagall fotele.
McGonagall sięgnęła za siebie. Draconowi zaimponowało, że gabinet wyglądał zupełnie inaczej niż w zeszłym roku, kiedy wciąż poniewierały się w nim stare artefakty Dumbledore'a, jak i jego zaległa robota papierkowa. Wyglądało na to, że McGonagall wreszcie wyrzuciła wszystkie artefakty, a na ich miejscach pod ścianami pojawiły się poustawiane rządkiem, wypełnione książkami regały. Tiara Przydziału trafiła na najwyższą półkę, wyraźnie honorowe miejsce. Bogato zdobiony miecz, który Draco pamiętał z Komnaty Tajemnic, wisiał w szklanej gablocie na ścianie za biurkiem. Żerdź, którą kiedyś zajmował feniks, Fawkes, stała w kącie, jako cicha cześć wobec ptaka, który poświęcił życie ostatniego zimowego przesilenia. Draco powstrzymał się przed zajrzeniem pod biurko w ramach sprawdzenia, czy może nie znajdzie się tam koci koszyk z kłębkiem wełny. Ogólnie rzecz biorąc nawet jego matka mogłaby teraz określić ten gabinet słowem "elegancki".
– Motyle – odparła McGonagall, obracając się i wyciągając przed siebie dłoń.
Harry roześmiał się z radością. Draco momentalnie skupił się na źródle jego rozbawienia i zobaczył, że rzeczony motyl był srebrny, a po skrzydłach pięły mu się delikatne, niebiesko–zielone wzory z turmaliny. Wzniósł się z gracją w powietrze, po czym podleciał go Harry'ego i zawisł przed nim.
– Będą latały po całej szkole – powiedziała McGonagall – i informowały każdego nauczyciela o dowolnym zaobserwowanym zagrożeniu. Pani Gloryflower powiedziała, że są też w stanie skrzywdzić tych, którzy krzywdzą innych, jeśli uznają, że nie zdołają sprowadzić pomocy na czas. – Zabrała motyla z powrotem i dotknęła jego skrzydeł. Kiedy ponownie wyciągnęła do nich rękę, Draco zobaczył cienkie ostrza, które powysuwały się spod turmaliny. Zamrugał i zrobił ponowną wycenę motyla, który siedział na dłoni McGonagall. Wygląda na to, że jeśli świetliste rodziny naprawdę się postarają, to jednak są w stanie stworzyć parszywie niebezpieczne przedmioty.
– I nie da się ich oszukać, by zaatakowały kogoś niewinnego? – zapytał Harry.
McGonagall pokręciła głową.
– W dodatku to nie wszystko – powiedziała. – Pani Gloryflower wspomniała, że napisałeś do niej kiedyś, jeszcze przed bitwą na letnie przesilenie i zapytałeś, czy nie miałaby jakichś pomysłów na to, w jaki sposób mógłbyś okazać się bardziej świetlisty i mniej mroczny w oczach swoich świetlistych sojuszników.
Harry odetchnął i kiwnął głową.
– To prawda. Rozumiem, że przyszło jej coś do głowy?
– Ma młodą kuzynkę, która obecnie przechodzi trening poza Hogwartem i chce zostać wiedźmą wojenną – powiedziała ostrożnie McGonagall. – Zgodziłam się na przyjęcie jej do naszej szkoły. Trafi do szóstego rocznika, zupełnie jak ty. Nazywa się Syrinx. Pani Gloryflower zapytała, czy byłbyś łaskaw przyjąć ją jako swoją zaprzysięgłą kompankę w ten sam sposób, w jaki przyjąłeś bliźniaków Rosier–Henlin.
Draco skrzywił się. Niemal zapomniał o bliźniakach, mimo że Harry ciągle o nich wspominał. Nie podobało mu się, że będą się co chwila kręcili wokół Harry'ego, a teraz jeszcze ma dołączyć do nich jakaś obca baba. Przynajmniej bliźniaki byli od nich o rok starsi, a Syrinx była dziewczyną, co oznaczało, że żadne z nich nie miało szans na wylądowaniu z nimi w pokoju.
Draco uśmiechnął się. Miał pewne plany pod względem tego pokoju, z którego na przestrzeni lat poznikali Vince, Greg i Blaise, pozostawiając Harry'ego i Dracona samych.
– Oczywiście, jeśli tylko sama tego chce. – Głos Harry'ego był zrezygnowany, ale nie naburmuszony. – Czy to wszystko, Madam?
– Nie. Zwykle oferuję ci również pewną swobodę ruchów – powiedziała McGonagall. Draco spojrzał na nią i zdał sobie nagle sprawę, że miała lekko przymknięte oczy, przez co jeszcze bardziej niż zazwyczaj przypominała kota przyczajonego przy mysiej dziurze. – Na przykład na zorganizowanie spotkania ze swoimi sojusznikami na terenie szkoły, czy też na kilkudniowy wyjazd, jak to miało miejsce ostatniej wiosny, kiedy organizowałeś spotkanie sojuszników poza szkołą, mimo że to oznaczało kilka dni nieobecności w czasie zajęć.
Harry kiwnął głową.
– Zdaję sobie z tego sprawę, Madam.
– Mam zamiar dalej udzielać ci tej swobody – powiedziała McGonagall. – Ale musisz pamiętać, Harry, że wciąż jesteś moim uczniem, przez co obowiązują cię szkolne zasady, zwłaszcza te, o których wspomniałam w czasie uczty. Bądź aktywny w czasie zajęć. Broń się w miarę potrzeby, ale wolałabym, żebyś nikogo nie atakował, a już na pewno żeby nie doszło do klątw.
Draco otworzył usta, żeby zaprotestować. A co, jeśli jacyś uczniowie okażą się prawdziwym zagrożeniem dla Harry'ego, jak to miało miejsce w zeszłym roku w przypadku Krukonów, i będą ciągle wszystko wywracali do góry nogami, przez co będzie wyglądało, jakby to Harry ich prześladował?
Zauważył jednak, że na twarzy Harry'ego pojawił się szczery podziw i szacunek.
– Dziękuję, Madam – powiedział, pochylając głowę. – Dobrze wiedzieć, że Hogwart ma tym razem dyrektorkę, której bardziej zależy na bezpieczeństwie uczniów, niż na własnym wizerunku. Nigdy by do tego nie doszło za czasów Dumbledore'a. Bez obaw. Nie będę miał żadnych problemów z opanowaniem się.
McGonagall kiwnęła głową, a w jej oczach pojawił się surowy blask. Draco zastanawiał się, czy sama nie podejrzewała, że Harry przecież nikogo nie spróbuje zaatakować i raczej nie potrzebował nawet tego rodzaju ostrzeżenia, ale i tak postanowiła go przetestować.
Musiał wydać z siebie jakiś niezadowolony dźwięk, ponieważ dyrektorka nagle spojrzała na niego. Draco zadarł podbródek, mimo że teraz już czuł się wyjątkowo nieprzyjemnie. Cieszył się tylko, że nie będzie musiał zadawać się z tą kobietą w czasie lekcji owutemów z transmutacji.
– Panie Malfoy – powiedziała chłodno McGonagall. – Nie jestem do końca przekonana, czy mogę panu ufać, ale przez wzgląd na pańskie okoliczności, pan również znajduje się w grupie, która może sprawić znacznie więcej kłopotów od przeciętnego ucznia. Oczekuję, że pan również będzie przestrzegał zasad, o których wspomniałam w czasie uczty.
Draco pochylił sztywno głowę.
– Oczywiście, pani dyrektor – powiedział. Przecież to nie tak, że pozwolę ci się na czymkolwiek przyłapać, ty wyliniały dachowcu.
McGonagall przyglądała mu się tak długo, że zaczął się zastanawiać, czy czasem nie trenowała legilimencji w wolnym czasie, ale wreszcie przytaknęła.
– Dobrze. – Momentalnie wróciła wzrokiem do Harry'ego. – Myślę, że możecie już udać się do lochów, Harry.
– Dziękuję, Madam – powiedział Harry, wstając. – Osobiście rozmówię się z panią Gloryflower i podziękuję jej za motyle, jak i za obecność Syrinx. Cieszę się, że pani się na nie zgodziła.
Draco utrzymywał swoją twarz obojętną, kiedy wychodzili z gabinetu. Zastanawiał się, czy Harry zagada do niego o ataku, albo o rozmowie z McGonagall, czy też pożegnalnych słów, ale Harry zapytał, pozornie bez kontekstu:
– Wszystko w porządku, Draco?
– Czemu miałoby nie być? – Draco zmarszczył brwi. Dałem coś po sobie okazać? Naprawdę nie chciałem.
Harry obrócił się do niego na ruchomych schodach, złapał go za ramię i spojrzał mu w oczy.
– Bo wyglądałeś niekomfortowo, kiedy McGonagall wspomniała o Syrinx Gloryflower. Chciałem się upewnić, że nie będzie przeszkadzała ci jej obecność.
Draco poczuł, jak lekki uśmiech szarpie kąciki jego ust. Przecież nie mógł mieć za złe, że Harry zwrócił uwagę na coś takiego, nawet jeśli to potwierdzało jego przypuszczenia, że powinien bardziej uważać na własną mimikę. Nachylił się do Harry'ego i pocałował go. Harry przyjął pocałunek, zręcznie przenosząc dłoń z ramienia Dracona na jego kark, ale odsunął się w chwilę później i spojrzał na niego z powagą.
– Przeżyję – powiedział Draco. – A jeśli podejdziesz do niej z niczym więcej jak chłodnym dystansem, to nawet nie będę miał powodów do zazdrości.
Harry uśmiechnął się.
– Przecież i tak nie ma szans na to, żeby rozwinęło się między nami cokolwiek więcej od przyjaźni – powiedział. – Niby czemu miałoby, skoro już mam osobę, którą naprawdę pożądam? – Ponownie pocałował Dracona.
Draco odpuścił sobie na chwilę myśli o zemście.
– Jeśli chodzi o naszą sypialnię – zaczął.
– Co z... – Nagle Harry załapał i spojrzał na niego z szeroko otwartymi oczami. – Moglibyśmy transmutować łóżka – powiedział niemal bezgłośnie. – Przecież nie będzie tam nikogo poza nami.
– Właśnie – powiedział Draco. – Mam mnóstwo planów na to, jak skorzystać z tej prywatności. Znalazłem też nowe sposoby na zamknięcie drzwi, żeby nikt nie mógł nam przeszkodzić.
Harry starał się zachować śmiertelną powagę, ale wrażenie rujnował nieco uśmiech, który usiłował za wszelką cenę wpełznąć mu na usta.
– Skorzystamy z tej prywatności, żeby wreszcie pouczyć się w spokoju, prawda? – zapytał. – No i będziemy mogli porozmawiać o planach bitew bez obaw, że ktoś nas podsłucha...
– Ty chuju – mruknął Draco i ponownie go pocałował, naprawdę rad, że do czasu, kiedy pojawią się w lochach, pierwszoroczni już zostaną zagonieni do swoich sypialni. Był zdeterminowany, by nawet Millicencie nie pozwolić na powstrzymanie ich przed dotarciem do sypialni swoją paplaniną.
Connor przywalił w poduszkę.
Następnie uznał, że to mu nie wystarczy, więc wyciągnął różdżkę i wycelował nią w poduszkę.
– Concutio! – krzyknął.
Poduszka rozpadła się w strzępy piór i materiału. Connor stał, dysząc i przyglądając się jak wszystko opada powoli mu na łóżka. Od czasu do czasu zarzucał głową, odrzucając grzywkę z oczu.
Czemu Harry'emu wydawało się, że próbowałem skłonić Malfoya do przeklnięcia mnie? zawyły jego myśli po raz tysięczny. Przecież nawet, gdyby do tego doszło, to bym się obronił.
Nie powiedziałeś mu o tym, zauważyły jego myśli, również po raz tysięczny. Nawet nie spróbowałeś wyprzeć się czegokolwiek, o co cię oskarżył.
– Bo to nie powinno być konieczne – burknął Connor, opadając ciężko na łóżko, przez co pióra poderwały się wokół niego i znowu zaczęły opadać. – Niby czemu miałoby? Przecież to były tylko wyzwiska, to nie moja wina, że Malfoy tak źle na nie zareagował. No i Harry stanął po mojej stronie, kiedy teoria wyszła. Malfoy to zwykły chuj.
– Z tym się zgodzę, stary.
Connor przewrócił się i patrzył, jak Ron podchodzi do swojego łóżka, przeciągając się i ziewając.
– Bo jest – powiedział ochoczo Ronowi. – Przez niego wdaję się w kłótnie z własnym bratem.
Ron zerknął na niego z zaciekawieniem i zaczął nawet otwierać usta, ale szybko je zamknął i pokręcił głową.
– No co? – zapytał wyzywająco Connor.
Ron przyglądał mu się przez dłuższą chwilę. Connor skrzywił się. Nie znosił, kiedy Ron tak wyglądał. Zawsze miał dokładnie taką minę, kiedy grał w szachy, tuż przed wykonaniem ostatniego ruchu. I zawsze wygrywał. Connorowi jeszcze nigdy nie udało się wygrać z Ronem w szachy i nie znał nikogo, kto by zdołał.
– No bo widzisz, to jest tak – powiedział wreszcie Ron. – Bracia się kłócą. Bez przerwy. Ginny, bliźniaki i ja, wszyscy kłóciliśmy się z Percym, kiedy dowiedzieliśmy się, że wcale nie chce przyjąć pozycji, którą tata załatwił mu w ministerstwie. No i zawsze kłócę się z bliźniakami, ilekroć wywiną mi jakiś numer. A mama mówiła mi, że Bill z Charliem strasznie pożarli się podczas pierwszego roku Charliego w Hogwarcie, bo Billemu nie podobało się, że w szkole pojawił się ktoś, kto ma takie samo nazwisko. No i pewnego razu Fred nakichał tacie do talerza i Charliemu się za to oberwało, więc Charlie wyciągnął Freda na dwór i...
– O co ci chodzi? – zapytał ze złością Connor, w pełni świadom, że brzmi na nabzdyczonego, ale kompletnie się tym nie przejmując.
Ron wzruszył ramionami.
– Zawsze się godziliśmy – powiedział. – Zwykle nawet nie chcieliśmy i czasem zajmowało nam to całe miesiące, ale prędzej czy później po prostu jakoś do tego dochodziło. Ale zwykle załatwialiśmy to albo przez wyjaśnienie sobie wszystkiego – Ginny podłapała to od mamy, jest pod tym względem naprawdę przerażająca – albo zgadzając się więcej o tym nie wspominać. Ale ty i Harry, wy po prostu nie chcecie odpuścić, a ty nawet nie próbujesz porozmawiać z nim o tym, że Malfoy był dla ciebie chujem. No i powiedziałeś, że on z kolei nie rozmawia z tobą o tym wygłupie, ale to przecież wcale nie znaczy, że go to nie zabolało. No i pewnie wychodzi z założenia, że powiedziałbyś mu, gdyby jego chłopak naprawdę ci przeszkadzał. – Ron skrzywił się, jakby wgryzł się w kwaśne jabłko. – No to idź, Connor, porozmawiaj z nim. Jeśli tego nie zrobisz, to pewnie dojdzie do wniosku, że wcale nie czujesz się winny, co tylko zacietrzewi was obu, bo ty z kolei zaczniesz się na niego złościć, że nie zauważa, że jest ci przykro i nie stara się niczego z tym zrobić i tak to będzie się tylko pogarszało między wami.
Zamilkł na dłuższą chwilę, przygryzając wargę. Connor czekał.
– I wiesz co, stary? – Ron przechylił głowę, przyglądając mu się. – Naprawdę zachowujesz się pod tym względem jak gówniarz, wiesz? Nawet jeśli tylko trochę. Nawet jeśli Malfoy jest chujem i na niego nie zasługuje, to i tak jest chłopakiem Harry'ego i kłótnie o niego będą krzywdziły Harry'ego. To zupełnie, jakby Harry ciągle naskakiwał na Parvati. Prędzej czy później będziecie musieli się pogodzić.
Connorowi opadła szczęka.
– Ron... – spróbował powiedzieć, ale Ron zaczął przekopywać się przez swój kufer i kompletnie go zignorował.
Connor opadł z powrotem na to, co kiedyś było jego poduszką i zagapił się na sufit, zastanawiając się nad tym wszystkim. A co, jeśli Ron ma rację? Wychodził z założenia, że Harry już dawno zauważył, że Malfoy czasami zachowuje się niedorzecznie i zgodził się na tamten figiel, bo też uważał, że Malfoya trzeba nieco ustawić do pionu. W ogóle nie przyszło mu do głowy, że może Harry po prostu próbował w ten sposób zrównoważyć w swoim życiu swojego brata i chłopaka.
Nie tylko chłopaka. Narzeczonego. Partnera. Co oznacza, że Malfoy raczej nigdzie się nie wybiera.
Connor zadrżał i objął się rękami. Wreszcie wstał, potrząsnął głową i ruszył do drzwi sypialni. Nie chciał teraz o tym myśleć.
Pójdzie znaleźć Parvati. Przy niej zawsze czuł się lepiej.
Czuł wzrok, jaki Ron wbił mu w plecy, ale olał go. Przecież Ron też może się mylić, zupełnie jak Harry.
