A/N: Zapraszam na ostatni rozdział.
Wieczorami zazwyczaj było cicho; milkły szybkie, marszowe kroki, a w gabinecie nie wydawano już rozkazów. Jedni oficerowie wracali do kwater poza Ożarowem, a inni zaszywali się w swoich pokojach na miejscu, by odpocząć po całym dniu rozmów i narad.
Po kolacji cichła jadalnia, a rozmowy, spokojniejsze i bardziej prywatne, przenosiły się do sypialni albo do przestronnego salonu, gdzie zadowolony z otrzymanych od samego najwyższego wodza pochwał generał częstował hojnie winem. Nawet stąd, z piętra, jego uszy wychwytywały słabo słyszalny brzdęk kieliszków podczas kolejnych toastów. Sztab świętował od kilku dni; oni również raz czy dwa spędzili wieczór z oficerami, ale nie pozwalali sobie na utratę czujności, ledwie mocząc usta w alkoholu.
Za oknem park tonął w złocie; oparłszy się o parapet, przyglądał się koronom drzew. Część listowia zdążyła już opaść; pokrywała alejki parku niczym drogocenny dywan, który z każdym dniem października stawał się coraz grubszy.
Żaden z żołnierzy nie zaprzątał sobie głowy dbaniem o tereny zielone, nikt też nie wydał takowego rozkazu – ale tym razem wyszło to parkowi na dobre. Warstwa kruszcu pokryła wszystko – opadła na zaniedbane alejki, osnuła sobą nieprzystrzyżone krzewy, ubrała drzewa w piękną barwę...
Tylko na moment, pomyślał. Zaraz gałęzie będą już puste, czarne i nagie, a kobierzec, który teraz tak ślicznie wygląda, zacznie gnić.
Tak samo jak to państwo.
– Pozłacane gówno – mruknął do siebie. – Jak te liście. W którym momencie... W którym momencie to zaczęło iść tak bardzo nie tak?
Złota polska jesień… Uniósł oczy i przyjrzał się parkowi, uznając, że ta pora roku miała swój urok. Nic dziwnego, że Polen tak lubił ten krajobraz; ulotny, nietrwały, w dziwny sposób kruchy, tak odmienny od stałości nieskończonych jezior, odwiecznych i niezmiennych, a jednak równie piękny. Wrażliwiec, prychnął.
Zobaczymy, Polen. Jeszcze parę miesięcy, nie zdążą nas dopaść przed zimą. Zobaczymy, co z nami zrobią, jak zwycięzcy pokroją mapę, czy... czy wydarzą się rzeczy, których się boję.
Chłodny powiew nieprzyjemnie muskał jego odsłonięte ramiona; jeszcze chwilę znosił tę niedogodność, czekając, aż wiatr wygoni z łazienki zaduch i nieprzyjemny zapach wilgoci.
Mogłem na to wpaść chwilę wcześniej, pomyślał jeszcze, zerkając na żeliwną wannę wypełnioną gorącą wodą. Rozsądny człowiek najpierw wywietrzyłby łazienkę, a potem się rozebrał.
Uśmiechnął się pod nosem. Od pewnego czasu rozsądek niekoniecznie szedł z nim ramię w ramię; rozsądny człowiek zdecydowanie bardziej pilnowałby swoich tajemnic… i nie wplątywał się w ten dziwaczny związek.
Zerknął w lustro; po sińcach, których się nabawił w Szwajcarii na własne życzenie, dawno już zniknął ślad. Jakoś udało mu się ukryć ślady przed Ludwigiem…
Skończyły się tajemnice, stwierdził stanowczo i zamknął okno, uznając, że znalazł kompromis między świeżym powietrzem a temperaturą w środku. Zbliżył się do lustra i przeczesał włosy palcami, z zadowoleniem odkrywając, że farby już prawie na nich nie ma.
No w końcu. Jeszcze parę dni i może w końcu będzie wyglądał normalnie... Nie miał zamiaru ukrywać w taki sposób swojej tożsamości już ani razu – z powrotem do zwykłego wyglądu było zdecydowanie zbyt dużo roboty. Nierzucanie się w oczy przez kilka dni nie było warte tygodni spędzonych na ciągłym myciu głowy, by czerń łaskawie się zmyła.
Spojrzał jeszcze raz w okno, nasłuchując, ale poza świstem wiatru i lekkim drżeniem niedomkniętej okiennicy nie usłyszał nic. Walki w Warszawie ustały na dobre.
Führer pewnie jest z nas zadowolony, pomyślał i skrzywił się. Woda w wannie była gorąca, uspokajała spięte ramiona i kark. Odchylił głowę do tyłu i westchnął. Ciało zatopił w wodzie, umysł we własnych myślach; sami nic nie zrobiliśmy; udawaliśmy, że stoimy przy von Zelewskim, że doradzamy i podsuwamy pomysły, podczas gdy rzadko się wtrącaliśmy...
Kilka sugestii, i to zupełnie odbiegających zapewne od wyobrażeń wodza... Jeńcy, względnie dobre warunki – skrzywił się, wiedząc, że nie zostały spełnione, co za banda pozbawionych honoru gnid.
Miejmy nadzieję, że to wystarczy; że Hitler uzna, że wywiązaliśmy się ze swoich obowiązków i bez podejrzeń powita nas w Berlinie... Byle potem trzymać się z dala od Himmlera...
Berlin. Kiedy w ogóle przeprowadziłem się tam na dobre?, spytał sam siebie Gilbert, ale potem porzucił przypominanie sobie dokładnych dat. W Berlinie był Ludwig; tyle wystarczyło, by z czasem porzucił swoje gniazdko w Königsbergu i na stałe osiadł w stolicy.
Pomyśleć, stwierdził lekko, że ostatnimi czasy częściej bywałem tam, niż na własnych ziemiach. Albo ziemiach, które zająłem, uznałem za swoje i nazwałem się ich imieniem, ale kto by sięgał tak daleko w przeszłość...
Stąd, spod Warszawy, było już blisko; jeszcze trochę na północ i są; widział mury Königsbergu, alejki Allensteinu, zaułki Insterburga... Gdzieś tam są też te jeziora, które Feliks tak lubi; Mauersee, Löwentinsee, Spirdingsee... Dawno mnie tam nie było, stwierdził zamyślony, muskając dłonią taflę wody w wannie. Chciałbym tam pojechać. Ziemia wołała.
Ludwig nalegał na powrót do Berlina i Gilbert doskonale to rozumiał, bo te przeklęte sobaki, Armia Czerwona, są już o krok, ale... no właśnie. Wypuścił z płuc powietrze; wroga armia była coraz bliżej i niepokój, który męczył go od dłuższego czasu, czekał już tylko na wieść o przekroczeniu granicy, by eksplodować.
Nie, warknął do siebie. Już raz wpadłeś w lęk, który wykluczył cię z gry na długie tygodnie. Nie możesz sobie na to znowu pozwolić. Ludwig jest bezpieczny, a Polen... a Polen da sobie radę, jest silniejszy niż wygląda. Wszyscy trzej dacie sobie radę. A ludzie... Zacisnął wargi. I tak nic z tym nie zrobisz. Nie masz takiej mocy.
Gdy wrócił do pokoju, uprzednio pobieżnie wytarłszy włosy i ubrawszy cywilne ubranie – mundur znosił wiele, ale i jego trzeba było od czasu do czasu uprać – natknął się na Ludwiga zaglądającego pod łóżko.
– Nic tam nie ma – odezwał się Prusy. – Na pewno – dodał, widząc jak Ludwig zerka na niego nieprzekonany.
Sprawdzanie zakamarków stało się jego codziennym rytuałem od dnia spotkania z Polską, kiedy to odnaleźli pod łóżkiem podsłuch, przez który Meier poznał ich plany. To, że nie wiedzieli o wrogu w pobliżu, nie znaczyło, że go nie było – a Ludwig wolał dmuchać na zimne.
Gilbert dotąd nie mógł uwierzyć, że tak łatwo dali się podejść; nocami rozmawiali przecież o tysiącach spraw. Dobrze, że szpieg już gryzł glebę; informacje, które posiadł, nigdy nie powinny były wypłynąć dalej.
Szanse, że ktoś umieściłby kolejny podsłuch, zwłaszcza teraz, gdy starali się mieć na oku drzwi do pokoju, były niewielkie, ale dla spokoju ducha... Wypracowali sobie względnie bezpieczną pozycję i Prusy miał nadzieję, że utrzymają się na niej przez aż do końca wojny.
– Dobrze – Niemcy usiadł sztywno na łóżku i położył dłonie na swoich kolanach. – Gilbert... Mam do ciebie pytanie.
– Tak? – Prusy osunął się na swoje łóżko i przeczesał włosy; na palcach zostały mu krople wody. Przyniesionym ze sobą ręcznikiem zaczął wycierać głowę. Gdy dotarł do niego poważny ton Niemiec, spojrzał spod splątanych kosmyków na brata i zmarszczył lekko brwi. – O co chodzi, Bruderherz?
Ludwig milczał przez chwilę; zamyślony przyglądał się bratu, aż w końcu otworzył usta, pozwalając wymknąć się dręczącej go kwestii.
– Twoje ziemie – powiedział cicho, mając nadzieję, że to wystarczy.
– Od dłuższego czasu nie są tylko moje – sprostował Gilbert spokojnie. – Są częścią Rzeszy. Częścią ciebie. Ale nieco wcześniej... – zawiesił znacząco głos.
Ludwig skinął głową, domyślając się niewypowiedzianych słów. Jak zwykle, pomyślał, wszystko sprowadza się do ciebie, Polen. Nie ucieknę od twojej obecności.
– Jesteście ze sobą związani bardziej, niż kiedykolwiek chciałem przyznać – wyszeptał niechętnie. – Od dawna wiedziałem, że polski rząd chce Prus Wschodnich z powrotem – dodał głośniej i przyjrzał się bacznie bratu. – To nie była żadna tajemnica. Ale dopiero niedawno skojarzyłem to z wami dwoma. Z waszą... nienawiścią – Słowo nie zabrzmiało pewnie w jego ustach, ale Ludwig znał już jego prawdziwe znaczenie, wiedział, że jest czymś zupełnie innym od nienawiści, której sam się nauczył. – O to też mu chodzi, prawda?
– Pytasz, czy Polen chce nie tylko mnie, ale i moich terenów? – Gilbert, nieco rozbawiony, uniósł brew. – Nie, wierzę, że to też było poza – dodał ciszej i poważniej, gdy Ludwig nie odwzajemnił uśmiechu, napięty niczym struna czekając, czy Prusy potwierdzi jego słowa. – Chociaż z pewnością by się z tego ucieszył – dodał po chwili Prusy, obserwując, jak brat czyha na każde padające z jego ust zdanie. – A w takiej sytuacji miał przynajmniej przykrywkę, by jechać na północ…
– …i spotykać się tam z tobą – dokończył cicho Niemcy. Zacisnął wargi w wąską linię.
Nie chcę, by ktokolwiek mi cię odebrał, pomyślał gorzko. Myślałem... byłem taki naiwny, sądziłem, że osądzą nas razem... Nie wiem, co będzie z nami. Nie wiem, co się wydarzy, nie wiem. Wiem, że popełniłem błędy, ale dzięki tobie zawróciłem z tej ścieżki, zszedłem z ambony bezlitosnego myśliwego w głęboki, niebezpieczny las.
Poprowadziła mnie północ na kompasie; północ, którą w końcu zobaczyłem taką, jaka jest naprawdę, zamiast odwracać wzrok i udawać ślepotę.
Stała, dla której zrobiłbym wszystko i która zrobiłaby wszystko dla mnie. Igła kompasu skierowana na wschód, zapatrzona w zieleń, która jaśniała ogniem i sprytem, która rozpalała płomienie w szkarłatnych oczach i wyginała blade wargi w uśmiechu, dodawała sprężystości krokom i wesołości głosowi.
Jego stała napotkała swoją własną stałą i jaśniała radością niczym słońce.
Może to przywilej młodości, patrzeć w czerni i bieli na różnobarwny świat, ale Ludwig już nie chciał udawać przed samym sobą, że kolory nie istnieją.
– Bruderherz... – zaczął Prusy miękko; Niemcy przerwał mu szarpnięciem głowy.
– Jeśli to sprawia, że jesteś taki radosny... – powiedział bardzo cicho, unosząc oczy. Błękit błyszczał ciepłem, kojarzył się z przyjemnie trzaskającym ogniskiem, nie zaś z taflą lodu. – To wszystko jest w porządku. Nigdy już... nigdy już nie uznam tego za... za złe. To to prawo... ten przepis, ten paragraf... nigdy nie powinien ci zagrozić... Jeśli tylko jesteś w ten sposób szczęśliwy… Z nim…
Oczy Gilberta pojaśniały; nagle roześmiał się szczerze i pochylił do przodu, łapiąc brata za ramiona i przyciągając do siebie. Na moment zamknął Ludwiga w swoich objęciach.
– Dziękuję – wyszeptał w jasne włosy, czując, jak uścisk zostaje odwzajemniony. – Dziękuję, że to zrozumiałeś.
Kilkusetletnia historia Warszawy właśnie się skończyła.
Krył się w jej cieniach, błąkał niczym duch po opustoszałych placach, gdy tylko zmierzch osiadał na szczytach zrujnowanych kamienic i na pokrytym gruzem bruku. Muskał dłonią zimne mury, patrzył przed siebie i pozwalał sobie na ciche, ostatnie łzy. Chodził i wspominał wydarzenia i ludzkie losy; władców i zwykłych ludzi, dni wielkiej chwały i dni nędzy. Chciał spamiętać wszystko, a chłód bijący od kamieni przenosił wspomnienia między wiekami.
Bolało; bolało tym bólem, który uświadamiał Feliksowi coraz dobitniej, że obietnice są łamane; w powietrzu wciąż unosiła się śmierć. Wciągał jej zapach w płuca, świadom już, że nadzieja była ulotna; nikt nie będzie dotrzymywał warunków kapitulacji.
Byliśmy głupi, pomyślał gorzko, oparty o jakąś ceglaną ścianę. A raczej; mieliśmy ostatek nadziei, że po tej drugiej stronie barykady znajdą się honorowi ludzie. Ale... ale jaki zwycięzca, przekonany o swojej wyższości, zawracałby sobie głowę spełnianiem obietnic, gdy mógł ich po prostu zmiażdżyć? Ten teatrzyk, te wielogodzinne obrady przy stole, jakby rozmawiali równy z równym... Uprzejmości, pochlebstwa... i mord.
– Jak zwykle... – wyszeptał gorzko Feliks, pocierając twarz; pod palcami czuł wilgoć, rozmazującą brud po jego skórze. Oczy go piekły; z niewyspania, z unoszącego się w powietrzu pyłu albo z soli, która drażniła jego policzki. – Wiecie, że... nikt nie jest już po naszej stronie. Nikt nam nie pomoże.
W milczących korytarzach stolicy wyczuwał jeszcze życie; znajdywał jednostki, które uparcie nie wyszły z piwnic, które zostały same w opustoszałym mieście. Przez ostatnie dni błąkał się między nimi, a podwarszawskimi wsiami, przemykając między posterunkami wroga.
Nikogo nie wolno było wpuszczać do Warszawy, ale Feliks znał przecież drogi i zaułki, kanały i skróty, potrafił skradać się niezauważony albo udawać tego, kim nie jest, tylko po to, by pod kurtką przemycić chleb albo konserwę.
Ale to długo nie potrwa, wiedział o tym. Już październik, zaraz przyjdzie zima i nikt nie przetrwa już tam sam, a kto wie, co Niemcy zrobią teraz z truchłem miasta. Wiedział, że jego pomoc długo nie potrwa, że ocaleńcy za moment zostaną wywleczeni ze swych kryjówek; musiał podjąć swoje własne decyzje i odejść.
Ciało volksdeutscha, tego, który dał schronienie dzieciom Borkowskich, odnalazł właściwie przypadkiem; jedyne, co mógł dlań zrobić, to pochylić głowę nad jego poderżniętym gardłem i narzucić na nieruchome ciało podarte prześcieradło. Dzieci, miał nadzieję, spotkał lepszy los na wsi; zamierzał jeszcze tam zajrzeć, upewnić się, że nikt nie wyrządza sierotom krzywdy.
Stolica. Jego stolica. Jedno z miejsc, które kochał najbardziej, a które teraz opłakiwał jak utraconego przyjaciela.
Musiał stąd odejść i podjął decyzję; lada dzień ruszy na południe, do Lublina, znajdzie jakiś środek transportu albo pójdzie na piechotę – kostka zdążyła się już wygoić – zobaczy, co dokładniej się dzieje, co wymyśliło PKWN – musiał w końcu się tym zająć, musiał spotkać się z tymi ludźmi, porozmawiać, pokłócić, może kogoś zwyzywać. Skoro powstanie upadło...
Polska przymknął oczy i stwierdził z bólem, że oto chyba się nie wymknie – czerwony cień, wiszący nad nim od paru miesięcy, nagle wzmocnił się i otoczył szkarłatem, zacieśniając swoje pułapki.
Może jednak uda mu się coś ugrać...? Przestań się nad sobą użalać, powtórzył sobie w myślach nakaz Gilberta, i zacisnął zęby. Przez pięć lat ci się udawało, to tutaj, w Warszawie, załamałeś się całkowicie; teraz otrząśnij się i znów rób swoje.
Walcz, ratuj ten kraj, może jeszcze jest jakaś szansa na to, że to twoje sponiewierane truchło, które nazywasz Polską, nie wpadnie w łapy Rosji, która już dawno pokazała, czego chce. Musiał działać sam – bo na pomoc nie liczył. Sojusznicy pokazali już dwukrotnie, jak niewiele dla nich znaczył.
Z wolna krystalizowała się przed nim kolejna misja; zaplątać się znów w politykę, a jeśli to okaże się poza jego możliwościami, nieść pomoc cywilom, tak jak to robił przez ostatnie pięć lat.
Miał nadzieję, że do końca tej wojny – i podczas tego, co nastąpi potem – również pozostanie silny.
Ale...
– Chcę cię zobaczyć jeszcze raz, moja północy – wyszeptał, nie wiedząc jeszcze, jak prorocze są te słowa.
W kieszeni ciążyły mu kompas i pusta zapalniczka. I równie puste opakowanie po papierosach.
– Sprytnie z waszej strony – odezwał się cicho Ludwig, gdy spacerowali ozłoconym parkiem.
Prusy ściskał w dłoni kawałek papieru, który rano, ukradkiem, wcisnął mu w dłonie żołnierz, mamrocząc coś o tajemniczych mężczyznach pojawiających się na skraju posiadłości bladym świtem. – Wygląda na to, że twoje znajomości wśród szeregowych przynoszą korzyści...
– Och, mogłem raz czy dwa wspomnieć Bielerowi o tym, że w okolicy może kręcić się taki jeden chłystek – Prusy, rozbawiony, rozwinął po raz kolejny wiadomość. Papier był wilgotny i poszarpany, ale słowa, zapisane znajomym pismem, wciąż były doskonale widoczne. – I, jeśli natknie się na niego na swojej warcie, to niech najpierw pyta, a potem strzela... A najlepiej, żeby nie strzelał, bo się wkurwię. Jakoś tak to ująłem.
Niemcy posłał kolejne spojrzenie widocznym w oddali granicom parku, oddzielonym od nieużytków niewysokim parkanem.
– Nie boisz się, że się wygada? – spytał. – Sam mówiłeś, że to straszna papla.
– Myślę, że ma wystarczająco dużo oleju w głowie, by nie chwalić się na lewo i prawo tym, że zamiast odstraszać tutejszych, dostarcza od nich wiadomości – prychnął Prusy. – A nawet jeśli kocha plotki, to znam jedną taką o tym, jak pod Stalingradem szczał po nogach ze strachu i wyzywał rząd od diabłów... Akurat ta plotka może się nie spodobać ani jemu, ani jego kumplom z oddziału, a tym bardziej dowódcy. Dzięki – dodał jeszcze do brata, widząc, że ten unosi kącik ust w lekkim rozbawieniu. – Co tak właściwie powiedziałeś temu dupkowi...?
– Że nie ma sensu utrzymywać podwójnej straży wokół dworku – Ludwig zerknął na okna gabinetu generała. – Nie po rozbrojeniu ban... powstańców. Ludzie są potrzebni teraz gdzie indziej. Przyznał mi rację, wspominał coś o przegrupowaniu oddziałów. Tylko dlatego Łukasiewicz podszedł tak blisko, prawda?
– Polen, wbrew pozorom, czasami potrafi ocenić ryzyko – odparł Prusy. Musnął palcami wiadomość, jakby papier mógł powiedzieć mu coś więcej niż słowa, jakby Gilbert mógł innymi zmysłami odczytać drugie znaczenie wiadomości. Nad rzeką. Wtedy. Weź papierosy. Mało subtelnie, Polen.
– Trzeba wysłać wiadomość do führera – odezwał się Ludwig po długiej chwili. – Musi się niecierpliwić. Nie możemy dłużej zwlekać, Bruderherz. Wiem, że chcesz jeszcze przez chwilę tu zostać... Ale musimy się zameldować. Inaczej nabierze podejrzeń, a na razie nam wierzy.
– Wiem – Prusy zacisnął zęby i schował świstek do kieszeni. – Przekonasz von Zelewskiego, by udostępnił nam gabinet dziś wieczorem? Chcę mieć to za sobą. On też za moment wyjeżdża do Budapesztu. Potem... potem spotkamy się z Feliksem – dodał ciszej. – Póki jeszcze jest w okolicy.
– Zaraz porozmawiam z generałem – Ludwig spokojnie skinął głową. Zacisnął zęby, a potem westchnął ciężko. Niech was cholera, pomyślał.
Wiedz, że robię to tylko dla ciebie. Wszystko, co zrobiłem od końcówki czerwca, było dla ciebie, braciszku. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i podał ją bratu.
Gilbert wyciągnął dwa papierosy z paczki, a resztę schował za pazuchę. Potem wsunął dłoń do kieszeni spodni, ale natknął się jedynie na pustkę.
– Ciągle zapominam, że ten drań zwinął mi zapalniczkę – roześmiał się w głos, podając jednego papierosa bratu. – Czekaj, zaraz zgarnę ogień od któregoś z chłopców – dodał i ruszył sprężystym krokiem do dworku. Niemcy podążył za nim, ściskając w palcach bibułkę. – Swoją drogą, ty też zacząłeś przeze mnie palić? – spytał Gilbert, odwracając się przez ramię i unosząc zawadiacko brew.
Może i jesteśmy bardziej do siebie podobni, niż bym chciał, Łukasiewicz, przemknęło Ludwigowi przez głowę, bo jak do tej pory jedynie z rzadka popalał, tak teraz coraz częściej sięgał po używkę. Zapach papierosów jednoznacznie już kojarzył mu się z postacią Gilberta, z ostoją, do której zawsze mógł się udać, niezależnie od tego, co zrobił.
– Może – odparł spokojnie, nie zdradzając swoich myśli. – Zaczekaj jeszcze.
– Hmm? – Prusy zatrzymał się w pół kroku.
– Nie zdradziłeś mu naszego szyfru, prawda? – Niemcy przyjrzał się bratu. Ten pokręcił głową z uśmiechem na ustach.
– Ten szyfr jest nasz – powiedział dobitnie. – Tylko nasz. Szachownica i hasło. Ty też nikomu ich nie przekazałeś, nie? Kölzow go nie poznał...?
Ludwig pokręcił głową; chociaż Kölzow był wyraźnie zaciekawiony treścią telegramów, które wysyłał, nie dopytywał o nią, a Niemcy nie dostrzegł żadnych oznak tego, że szpieg chociażby spróbował samemu je analizować.
– To dobrze – mruknął Prusy, wydając się być myślami daleko. Zmarszczył lekko brwi. – Właśnie, jeśli o tym mowa... Masz jeszcze ten drugi...?
– Mam – Ludwig zerknął na swoją nogę, tam, gdzie miał przyczepiony rulonik z adresami i innymi przydatnymi informacjami. Właściwie go nie zdejmował; przywiązany ciasno do łydki już dawno stał się częścią jego codziennego ubioru. – Dać ci go?
– Nie, zostaw sobie – Gilbert przetoczył w palcach papierosa. – Tobie się przyda bardziej niż mi. Kto wie, co ta banda wymyśli. Lepiej, żebyś miał te adresy pod ręką. Mała szansa, że znajdę się w najbliższym czasie gdzieś w południowych albo zachodnich Niemczech.
Ludwigowi nie spodobał się jego ton.
– Nie mów tak – powiedział, ledwie poruszając wargami. Obok nich przeszedł wartownik, który skinął im z szacunkiem. – Jeśli chodzi o Warszawę, Himmler wydał rozkaz całkowitego zburzenia miasta. Z kolei na Węgrzech nasza armia dostała polecenie, aby przeprowadzić... – dodał głośniej i odczekał, aż żołnierz znajdzie się poza zasięgiem głosu i gdy tylko to zrobił, porzucił natychmiast myśl o próbie przytrzymania przy Rzeszy ostatniego pozostałego jej sojusznika. – Gilbert... Wrócimy do Berlina. Do domu. Razem.
– Na razie – Prusy westchnął. – Polen ma rację, braciszku. Będą chcieli zaprowadzić w Niemczech porządek, a nas dwóch razem to dla nich zagrożenie. Miej te adresy – dodał, widząc, że Ludwig otwiera usta, by zaoponować. – Ja nauczyłem się już ich na pamięć, na wszelki wypadek. Szyfru też nie zapominaj, to będzie nasza droga komunikacji, gdyby się okazało, że zostaniemy odseparowani. Jakoś damy sobie radę. Obiecuję.
– Widzę, że już to dokładnie przemyślałeś – Niemcy zgniótł w palcach papierosa, rozsypując po ziemi i swoich butach tytoń.
– Jesteś zły?
– Nie – odparł szczerze.
Nie na ciebie. Nigdy nie na ciebie.
Dokonałem wyboru, pomyślał, widząc jak Gilbert szeroko się uśmiecha, a potem odwraca. Idąc w stronę dworku, Prusy wyciągnął ramiona w górę i przeciągnął się; gdzieś na skórze jego szyi mignęło srebro delikatnego łańcuszka, zawsze skrytego pod kołnierzem munduru.
Ludwig pozwolił sobie na uniesienie kącika warg.
– Będziesz musiał wymyślić sobie inny pseudonim. Ten jest już w twoich aktach.
– No niestety – Prusy spojrzał w górę, w zasnute szarością chmur niebo i lekko się skrzywił. – Ale imię „Gabriel" zawsze mi się podobało. „Wojownik boży". Całkiem trafne. Chociaż podobno to, co wyczyniałem pod tym imieniem w Eldorado, mogłoby się Bogu nie spodobać – dodał jeszcze z rozbawieniem.
– A „Paccard"? – dopytał z zaciekawieniem Ludwig.
– Znalazłem to nazwisko w jakimś sprośnym pisemku i mi się spodobało – odparł Prusy z rozbrajającym uśmiechem. Ludwig zaśmiał się pod nosem, przypominając sobie stos magazynów znaleziony w skrytce w sypialni.
Dokonałem wyboru między bratem, a ideą, uściślił, z wolna ruszając za Gilbertem w stronę dworku. I wybrałem słusznie. Cokolwiek się nie stanie, gdzie nie poniesie nas los – będę szedł tą właśnie ścieżką. Będę szedł z otwartymi oczyma przez pogorzelisko własnych czynów, czekając, aż ono wygaśnie na dobre. W tym kraju... i we mnie.
– Armia Czerwona wkroczyła dzisiaj do Rygi – oznajmił von Zelewski w drzwiach gabinetu, podczas gdy Ludwig dotykał już palcami tarczy telefonu, gotów do wykonania najważniejszego tego dnia telefonu.
Potem wyszedł bez słowa, by spakować swoje rzeczy, a oni dwaj w milczeniu słuchali pełnych zadowolenia i dumy słów führera, spoglądając po sobie ponad dębowym biurkiem.
– Doskonale się spisaliście. Wracajcie tak szybko, jak będzie to możliwe.
Kalendarz wskazywał trzynasty dzień października. Gra wciąż trwała.
W czasie tej piekielnej wojny – ba, w ciągu tego całego stulecia – los sprzyjał mu rzadko; Feliks częściej rzucał w niego obelgami, niż dziękował za pomyślność.
W świecie, który podawał mord i ból na tysiąckroć sposobów, Feliks Łukasiewicz nauczył się traktować niedolę jak starego znajomego, żyć i walczyć mimo wrzasków, rozlegających się niczym odległe echa w jego głowie, mimo przeraźliwych ukłuć śmierci w sercu, niczym znieczulony uśmiechać się do tych, którzy pozostawali przy życiu.
Znów wkraczał na tę ścieżkę; ścieżkę trwania i działania obok życia. Każdy z ich rodzaju musiał się tego nauczyć; zapamiętać, że ludzkie życia się kończą i będą kończyć, że czas – nieskończona ilość ludzkich istnień – płynie i przepływa dalej, jakby był rzeką, a oni głazami na jej dnie, niewzruszonymi jej zwinnym nurtem. Mogli głaskać taflę tej wody, czuć stawiający opór nurt pod palcami, ale nie mogli ruszyć dalej, tam, gdzie Styks przelewał się poza krawędź doczesnego świata, w nieznaną nikomu otchłań.
Chciałbym kiedyś umrzeć, powiedział kiedyś, raz, może dwa, zniechęcony i zasmucony tym, co widział wokoło. Nie był w stanie; musiał więc podnieść głowę i znów się zakotwiczyć, wczepić w dno pazurami, odnaleźć swoje stałe miejsce i być tym, kim przyszło mu być, porzucić tę głupią myśl, zastój, który nie mógł niczego zmienić.
Znów oddychać, znów działać, znów kombinować i nie popadać w marazm. Wojna za moment się skończy, powiedział sam sobie, w myślach widząc mapę Europy i próbując ze strzępków informacji, jakie posiadał, utkać nań flagi; falowały, powiększały się albo kurczyły z dnia na dzień, gdy kolejne oddziały alianckie wyrywały z rąk Rzeszy połacie terenu.
Jeszcze parę miesięcy; mrozy zatrzymają ofensywę, a Niemcy będą bronić się do ostatnich sił.
Polska uniósł głowę znad swoich kolan i spojrzał przed siebie. Stąd, z pokrytego wysokimi zaroślami brzegu, widział jedynie wyspy na Wiśle. Zmierzch kładł się cieniem po spokojnie płynącej tafli i odbijał wąski łuk księżyca przechodzącego w ostatnią kwadrę; nie dawał zbyt wiele światła, większość gwiazd kryła się za zasłoną chmur, a Feliksa od najbliższej wsi dzieliło kilkaset metrów cichych, czarnych łąk. Wtedy też była ostatnia kwadra, pomyślał. Chyba; tamta noc też była taka ciemna…
Było już późno; w połowie października noc zapadała bardzo szybko, ale był pewien, że bliżej było do północy niż zachodu słońca. Było też zimno; otulił się płaszczem i zasznurował mocniej buty. Gwoździe w podeszwie wpadały w rozmokłą po deszczu ziemię, na której przykucał. Trzewiki; na zimę przydałoby się coś wyższego i cieplejszego, pomyślał przelotnie. Może jakieś jeszcze znajdę…
Panowała cisza, jedynie od czasu do czasu słyszał trzaski w zaroślach i tętent racic – sarny. Niekiedy w wodzie rzuciła się ryba, a on wówczas podnosił głowę i przyglądał się ciemnej tafli, szukając na wodzie rozchodzących się kół.
Ciekawe, pomyślał. Ciekawe, jak to będzie, gdy to wszystko się skończy i my, nasz gatunek, któregoś dnia się spotka. Ciekawe, kto komu nie będzie w stanie spojrzeć w oczy. Ciekawe, jak... jak to się skończy.
Gdzieś daleko zawarkotał silnik samochodu; odruchowo się spiął, chociaż spodziewał się, że prędzej czy później go usłyszy. Wstał i obrzucił wzrokiem połać terenu za sobą; gdzieś między krzewami i niskimi drzewami, ogołoconymi już przez jesień z liści, błysnęły reflektory.
Wziął głęboki oddech, orientując się, że serce bije mu niezwykle szybko. Przyszedł. Wiadomość dotarła, chociaż po przekazaniu jej zaczął się obawiać, że była zbyt ogólna, że Prusy nie odnajdzie tego miejsca, niskiego brzegu, spory kawałek od północnych granic miasta.
To oni, prawda? Beilschmidtowie. Przez ostatnie dni Feliks ukrywał się starannie, nie wchodził nikomu w drogę i uważał bardzo, by przemknąć tutaj niezauważony; nikt nie miał go szukać, dla dowództwa i dla wrogów rozpłynął się w powietrzu.
Zaszeleściły trawy, zachlupotały kałuże pod wysokimi butami.
– Przyszedłeś – powiedział cicho Feliks, wpatrując się w zbliżającą się do niego sylwetkę. Niemalże białe włosy jaśniały w ciemnościach, ale to nie one powiedziały mu o tym, kto się zbliżał; Polska najpierw rozpoznał znajomy krok i obrys ramion okrytych mundurem. Uśmiechnął się; co zaczęło się w październiku... w październiku dalej będzie trwać.
– Miałbym przegapić rocznicę? – Gilbert uniósł brew, a potem rozejrzał się dookoła; na rzece odbiły się gwiazdy, gdy wiatr rozgonił na moment chmury. – Romantyczna miejscówka. Wziąłbym wino, ale ta banda idiotów urządziła imprezę pożegnalną i wychlała wszystko.
Polska uśmiechnął się słabo.
– Gdzie twój brat...?
Prusy szarpnięciem głowy wskazał samochód; gdy Feliks się przyjrzał, był w stanie w złotym świetle odpalonych reflektorów odnaleźć ciemny zarys postawnego mężczyzny. Na pewno byli zbyt daleko, by Ludwig mógł słyszeć ich rozmowę; prawdopodobnie w ciemności nawet ich nie widział.
– Nie może na nas patrzeć? – spytał ironicznie, ale skłamałby, gdyby powiedział, że nie było mu to na rękę.
– Raz mi powiedział, żebyśmy nie pokazywali mu się razem na oczy – odparł lekko Gilbert, wzruszając ramionami, a w jego oczach zabłysło rozbawienie. – Ale to było jakiś czas temu. Dzisiaj po prostu kazał mi się dobrze bawić.
– Nie ufam mu – odparł szeptem Feliks, odwracając wzrok od Ludwiga i znów spoglądając na Wisłę.
– Wiem – Gilbert stanął obok niego i wyciągnął coś z kieszeni. Feliks poczekał, aż z suchym trzaskiem oświetli ich tańczący płomień zapalniczki. – Mam nadzieję, że tej już mi nie zwiniesz.
– Benzyna w tamtej skończyła po dwóch dniach – odparł Feliks, przyjmując odpalonego papierosa. Zerknął na paczuszkę i uniósł zdumiony brew. – Juno? Skąd to wygrzebałeś? Myślałem, że już dawno ich nie ma.
– Mam chody u chłopaków – Gilbert zaciągnął się dymem. – Poprosiłem, to wyciągnęli z kryjówek.
Obaj patrzyli na rzekę; cichą, pustą. Barki, pomyślał przelotnie Feliks. Kiedyś ciągnęły tędy barki, tratwy, statki... na północ. Wszystko wiązało się z północą.
– Ewakuujecie już ludzi? – spytał po długiej chwili, strącając popiół; szarość umknęła w dół i osiadła na sztywnych źdźbłach wyschłych traw. – Zaraz będzie zima i...
– Nikomu się do tego nie śpieszy – odparł cicho Gilbert. – Komuś się wydaje... że umocnienia wystarczą. Że fortyfikacje ich zatrzymają, że wystarczy zwołać chłopców pod broń. Ale ja wiem... Polen, ja wiem, że tak nie będzie. Rozumiesz, prawda?
Feliks drgnął. Rozumiał; i te słowa, i ten ton.
– Przecież Rosjanie chcą zemsty na Niemcach – wyszeptał.
– A w Prusach Wschodnich mieszkają nie tylko Niemcy – odparł spokojnie Gilbert, ale w jego głosie zabrzmiała nieprzyjemna nuta bezsilności. – Myślisz, że ktokolwiek będzie pytał cywili o narodowość? Gdy wejdzie tam wściekła ruska armia...? A zresztą... jaka to różnica... cywil to cywil.
Feliks przymknął oczy; te sanitariuszki powieszone na pasach transmisyjnych, te dziewczyny w Zieleniaku... Te zabite, zagłodzone dzieci, katowani na przesłuchaniach mężczyźni... A teraz role się odwrócą.
– I nazwą to sprawiedliwością – szepnął.
– Uważasz, że to sprawiedliwe? – Gilbert zamaszystym ruchem, jakby był to kamień, rzucił papierosem w wodę. Ten, zbyt lekki, opadł niedaleko brzegu i lekko jedynie podrygiwał, trącany maleńką falą. – Sprawiedliwa zemsta...?
– Zemsta – powiedział wolno Polska. – Jest wtedy, kiedy zabijasz człowieka, który wyrządził ci krzywdę. Kiedy z nim walczysz. Nie wtedy, kiedy podpalasz czyjś dom i w środku nocy wywlekasz z niego osoby, które nigdy nie miały broni w ręku... które nie potrafią się przed tobą obronić.
Prusy skinął głową; wyciągnął kolejnego papierosa z paczki i podsunął Polsce. Feliks zmiażdżył pod butem swój niedopałek, upewniając się, że żar zniknął na dobre.
Stali w milczeniu, razem, obok siebie.
– Spotkamy się po wojnie? – spytał cicho Feliks, gdy skończyły się im papierosy i gdy dym wypełnił w pełni ich płuca.
– Na pewno.
Polska uniósł głowę i postąpił dwa kroki ku Gilbertowi.
Chciałbym, byś był znowu blisko. Chciałbym móc cię spotykać tak po prostu, bez granic, bez rządów, bez wojsk, bez polityki i tkanych latami podstępnych planów. Bez bólu i cierpienia, bez konieczności ukrywania tego, co między nami wybuchło nagle, jak młoda gwiazda. Bez konieczności wysyłania sobie tajnych wiadomości, bez toczącej się dookoła okrutnej wojny, bez zobowiązań wobec rządów. W mieście, za dnia, nie wśród wiślanych szuwarów, mrocznych zakamarków stolic czy bezludnych pojezierzy, bez nieludzkich paragrafów wiszących nam nad głowami.
Wspomniał zwierciadła na ścianach i smak francuskiego wina. Wspomniał ciemną noc pełną zapachu dymu trzaskających ognisk, odbijających się w tafli wody. Wspomniał każdy pojedynek nad brzegami jezior i każdy pocałunek, skradziony z warg pokrytych potem po odbytej potyczce. Wspomniał głośne berlińskie Eldorado i wymiętą, lichą pościel w jednym z pokoi na jego piętrze, skotłowaną po walce, w której nie było przegranych, szepty w ciemnościach, w chwilach bezbronności, na którą tak rzadko mogli sobie pozwolić.
I zapach tych przeklętych papierosów, którym już przesiąkły jego ubrania i usta dotykające ust.
– K... Nienawidzę cię – wyszeptał, bo nawet teraz prawdziwe imię tego, co ich połączyło, nie było w stanie przejść mu przez gardło. Nie teraz. Nie tutaj. Kiedyś. Zmieszany na moment odwrócił wzrok, ale zaraz wrócił spojrzeniem ku Gilbertowi.
Z bliska widział uśmiech, który zagościł na tych wargach, uśmiech, który rozjarzył przygaszone niepokojem oczy, zmieniając je w najczystsze szkarłatne bursztyny. Nagle zauważył też srebro; leżało lekko na mundurze, zaraz obok krzyża żelaznego, a Feliks niemal odczuł jego chłód na własnej skórze. Uśmiechnął się.
– To było cholernie głupie, wiesz? – zapytał, przyglądając się łańcuszkowi. Wspomnienie tamtej chwili, gdy Gilbert z zaskoczenia zarzucił mu żmijkę na szyję i wbrew jego woli zawlókł na bal koronacyjny, teraz przynosiło na jego usta uśmiech rozbawienia. – Ciągle go nosisz...?
– Głupie, nie głupie – Gilbert wzruszył ramionami, a jego oczy zabłysły filuternie. – Liczył się efekt. Jeden łańcuszek, jeden wieczór i osiemdziesiąt trzy lata wzajemnego utrudniania sobie życia.
– Dupek – wyszeptał Feliks ciepło, cofając się o krok. Stała. Północ. Jego.
Jeszcze chwilę stali, patrząc na siebie; potem reflektory auta posłały mu nim dwa szybkie, niecierpliwie mrugnięcia.
– Ja ciebie też, Polen – odparł Gilbert po polsku, a potem odwrócił się, by odejść. Przeszedł kilka kroków, nim się zatrzymał i obejrzał. – Przyjdą lepsze czasy dla tej naszej nienawiści. Do zobaczenia.
Trzy dni.
Tyle Ludwig cieszył się radością w oczach brata; chociaż Armia Czerwona krążyła już pod granicą, niedawne spotkanie uczyniło krok Gilberta jeszcze bardziej sprężystym, a jego samego bardziej zadowolonym.
Uśmiechał się też często, a ta ekscytacja zaczęło z wolna udzielać się powściągliwym Niemcom; może jednak; gdy to wszystko się skończy... Gilbert chciał pojechać do Królewca, zobaczyć, jak bardzo miasto ucierpiało w czasie nalotów, a to przypomniało Ludwigowi ich wspólne wycieczki sprzed lat, gdy Prusy zabierał go z Berlina.
Dobrze by było do tego wrócić, pomyślał przelotnie. To był tak przyjemnie spędzony wspólny czas... Może po wojnie, gdy wszystko się uspokoi, może gdy znów będą przy sobie – Łukasiewicz i Gilbert mieli cholerną rację z tym rozdzieleniem ich, Ludwig w końcu też zdał sobie z tego sprawę – ale przecież to nie potrwa długo. Przeczekają, aż sytuacja ucichnie i świat znormalnieje...
– Von dem Bach jeszcze nie wyjechał? – spytał, odkładając kopię raportu na pościel. Dochodziło południe; słabe promienie słońca przemykały między chmurami i odbijały się w filiżance wypełnionej czarną kawą, którą trzymał ostrożnie w dłoni, uważając, by nie rozlać jej na dokumenty. – Czeka na nas...? Bo jest spakowany już od paru dni.
– Pewnie myśli, że jeśli nas zostawi samych, to coś przeskrobiemy – prychnął Gilbert. Oparty o ścianę, półleżał na swoim łóżku, bawiąc się zapalniczką; nieustające pstrykanie było uciążliwe przez pierwszych kilka minut, potem Ludwig przestał zwracać na nie uwagę. – Wyjedzie pewnie wtedy, co my.
– Albo dostał rozkaz osobistego przypilnowania, byśmy ruszyli w drogę do Berlina – zasugerował Ludwig, zerkając jeszcze raz na dokumenty. Pucz na Węgrzech, walki nad Narwą... Armia Czerwona w Belgradzie... Amerykanie już pod Akwizgranem...
Zero dobrych wieści z frontów, a komunikaty Wehrmachtu jak zwykle pełne wzniosłych słów, nadziei i szans na wygraną. Gdyby nie miał dostępu do najwyższych warstw armii i rządu, pewnie wierzyłby tej pięknej szopce, której jednak przeczyły fotografie w gazetach; przeniósł wzrok na wydanie dziennika i zmarszczył brwi.
Zbombardowane miasta. Wyłaniający się spomiędzy gruzów strach... Wszyscy zdolni do walki mężczyźni od szesnastego do sześćdziesiątego roku życia wzywani pod broń, by bronić ojczyzny... Zacisnął mocniej palce na porcelanie.
– Do końca października – powiedział wolno, wstając z łóżka. Podszedł do okna i odłożył filiżankę na drewniany parapet. Gdzieś za nim skrzypnęły sprężyny materaca, więc Prusy pewnie też podniósł się z miejsca. – Tylko jeszcze tydzień możemy tu zostać, a to i tak bardzo długo. Dłużej nie, bo znowu wynajdą na nas haki, znowu zaczną węszyć. Powstanie wygasło dwa tygodnie temu, to wystarczająco czasu, by zakończyć wszystkie sprawy tutaj... Nie wiem, jak inaczej moglibyśmy usprawiedliwić naszą przeciągającą się nieobecność. Myślałeś o tym?
Odpowiedziała mu cisza i nagle Niemcy trafiło przeczucie, że coś jest nie tak.
– Gilbert?
Ludwig obrócił się ku bratu i nagle słowa zamarły mu na ustach, bo... bo Prusy, bledszy od śniegu, stał nieruchomo pośrodku pokoju, z szeroko otwartymi oczami, oczami jak świeża krew, wpatrzonymi gdzieś w przestrzeń i z uchylonymi ustami, którymi zaczął poruszać powoli, bezgłośnie, jakby w modlitwie.
– Co... co się stało? – wyszeptał Niemcy, przerażony tym bezruchem, bladością i bólem, który zawirował za barwą tęczówek i nieskończoną czernią nagle rozszerzonych źrenic. Radość i beztroska uciekły, ustępując miejsca temu przerażającemu zastojowi.
– Zaczęło się – wyszeptał bezbarwnym tonem Gilbert, przyglądając się bratu smutno. Jedną z dłoni zacisnął na koszuli w okolicach serca. Przez jego twarz przebiegł grymas bólu. – Nie czujesz...?
Ludwig pokonał dzielącą ich odległość dwoma susami. Oparł dłonie na zesztywniałych ramionach brata i pochylił się, by zajrzeć mu w oczy, zrozumieć, co się dzieje.
– Nie rozumiem – powiedział, zdając sobie sprawę, że głos mu drży. Serce, z jakiegoś niewiadomego powodu, nagle zaczęło obijać mu się o żebra, uderzenie za uderzeniem. – Nie rozumiem, Gilbert. Co się dzieje?
– Słuchaj.
Więc słuchał; chociaż na zewnątrz jedynie świszczał jesienny wiatr i skrzypiały gałęzie dworkowego parku, a w powietrzu rozchodziły się tylko odległe, spokojne głosy patrolujących teren żołnierzy, w końcu to usłyszał.
Z wolna, jakby zbliżały się do niego piekielne tabuny, zaczął odróżniać ludzkie głosy; głosy, których wcale nie było w tej okolicy. Wyczuwał drżenie ziemi pod wojskowymi butami, chociaż drewniana podłoga dworku trwała nieruchomo. Echo odbijało kroki od betonowych ścian... Gdzie to jest? Umysł podsunął mu wizję schronu.
Słyszał terkot karabinów i jęki, krzyki zabijanych. Kobiecy wrzask wdarł się do jego głowy i chociaż patrzył przed siebie, w pobladłą twarz brata, widział, jak ta, która go z siebie wydała, pada z przestrzeloną czaszką w złoto-szkarłatną trawę. W nozdrzach miał zapach krwi.
– Słyszę – wyszeptał i zdał sobie sprawę, że to słowo wcale nie było odpowiednie. Słyszał, widział, czuł całym sobą ten ból. I, czego był już całkowicie pewny, Gilbert w jego ramionach również cierpiał. Tym razem to Ludwig zainicjował uścisk; silny, mocny, rozpaczliwy.
– Moi ludzie – wyszeptał Prusy gorzko. – Nasi ludzie. Twoi ludzie.
Gdy dochodziło do zamachów na führera, słyszał huki bomb; gdy doszło do krwawej pomsty po Wolfsschanze, wyczuwał, jak po bruku leje się krew spiskowców, a w szwajcarskiej enklawie odczuł rozpacz matki; ale dopiero teraz Ludwig poczuł całym sobą ból mordowanych cywili i stał teraz na drżących nagle nogach, oniemiały i wstrząśnięty, świadom każdego wrzasku we własnej głowie, każdego padającego ciała, przeszytego serią z karabinu. I on też poruszył wargami, nieświadomy, że te słowa wymykają się spomiędzy nich pierwszy raz.
– Ja... Moi ludzie...
Nagle zrozumiał, dlaczego Feliks Łukasiewicz tak bardzo go nienawidził.
Ostatniego dnia października, gdy dworek był już niemal pusty, Erich von dem Bach kręcił się po gabinecie, upewniając się, że w żadnym kącie nie zawieruszył się jakiś raport albo pióro. Szuflady dębowego biurka były puste, a na blacie widać było już jedynie odblask zapalonej lampy.
Już dwa tygodnie temu powinien być na Węgrzech... Cholerni Beilschmidtowie, że też nie kwapią się do wyjazdu... Jakkolwiek wódz nie był z niego dumny, tak von dem Bach wolał nie opuszczać posterunku, nim nie upewni się, że ta dwójka wróciła już do Berlina.
Poprawił okulary na nosie i już ruszał w kierunku drzwi, by pójść do pokoju braci i zasugerować im pośpiech – Preußen na pewno coś kombinował, jak zwykle, ale generałowi wydawało się dotąd, że Deutschland jest rozsądniejszy – gdy te otworzyły się nagle i uderzyły o ścianę.
Bibeloty na regałach zadrżały, strącając z siebie kurz; von Zelewski posłał ostre spojrzenie mężczyźnie, który wtargnął do środka, już otwierając usta, by go zdyscyplinować, gdy coś w jego spojrzeniu – płonącym jak rozżarzone węgle – kazało mu zamilknąć. Cofnął się jedynie i zasiadł za biurkiem, woląc mieć je pomiędzy sobą a wyraźnie wściekłym Gilbertem Beilschmidtem.
– Co stało się w Nemmersdorf, do kurwy nędzy?! – warknął Prusy, odpychając krzesło przed biurkiem na bok i opierając się rękoma o blat. Pochylił się, piorunując generała wzrokiem.
– Przeczytasz o tym w dzisiejszej gazecie – odparł sucho von dem Bach, mrużąc oczy. Do gabinetu, trzymając w dłoniach najnowszy numer Völkischer Beobachter, wsunął się Ludwig i bez słowa, z poważną twarzą, zamknął za sobą drzwi.
– W gazecie – wypluł Prusy wściekle. – W gazecie mogę przeczytać sobie wynaturzone fantazje Goebbelsa, a nie prawdę! Myślisz, że jestem na tyle głupi, by wierzyć w to, co piszemy w gazetach?
– Herr Deutschland, proszę – von dem Bach zmierzył Gilberta spojrzeniem pełnym niechęci. Ten niemalże drżał z gniewu. – Opanuj swojego brata. Takie zachowanie nie przystoi niem...
– Pierdol się – przerwał mu Gilbert. – Masz się dowiedzieć, co dokładnie tam się stało!
Wieści rozniosły się lotem błyskawicy; wszyscy dookoła szeptali już o opisanym w gazecie okrucieństwie i fotografiach przedstawiających bestialsko potraktowane ofiary. Oni też przyglądali się okaleczonym, pohańbionym ciałom w milczeniu; kroplą, która przepełniła czarę i spowodowała, że Prusy zerwał się z miejsca i wpadł tutaj, było jedno ze zdjęć.
Ludwig rzucił na blat dziennik. Z papieru patrzyły na nich martwe oczy młodej dziewczyny, o ciele odartym z ubrań i piersią pokrytą powodzią ciemnej krwi z powodu głębokich ran na piersiach. Leżała w trawach, gdzieś przy drodze; obok niej zaś martwe kilkuletnie dziecko.
– Generale – odezwał się spokojnie Niemcy, ale w jego głosie zabrzmiała ostrzegawcza nuta. – To dla nas szczególnie ważna sprawa. Wolałbym, żebyś współpracował.
Gilbert posłał bratu krótkie spojrzenie, a potem wyprostował się i odetchnął. Zacisnął mocno szczęki i sycząc coś pod nosem, cofnął nieco. Ludwig położył dłoń na jego ramieniu, dając oparcie, ale jednocześnie przytrzymując przy sobie.
– Czego ode mnie chcecie? – Von dem Bach posłał im zimne spojrzenie. Ani razu nie spojrzał na gazetę. – Od paru dni jest o tym głośno.
– Słuchaj, Zelewski – Generałowi nie umknął zgubiony przedrostek; zmrużył oczy, ale Gilbert nie zamierzał dopuścić go do słowa. – Mieliśmy umowę! Swoją część wypełniliśmy, więc może byś teraz ruszył swoją zakłamaną dupę i...
– Informowałem cię o tym, co wiem – Generał nie poruszył się ani o milimetr. – O Volkssturmie i o decyzjach Kocha. Czego jeszcze ty ode mnie chcesz?
– Żebyś dowiedział się prawdy – syknął Gilbert. – Mam trzeci raz powtórzyć, by dotarło do tego twojego zakłamanego łba?
– Swoje zrobiłem – Generał wyprostował się na krześle i posłał Prusom pogardliwe spojrzenie. – Dostawałeś informacje.
– Parę informacji i fotek stawiasz na równi z życiem rodziny? – zapytał nagle Gilbert. Jego oczy zabłysły niebezpiecznie; Ludwig wzmocnił uścisk na ramieniu brata, ale ten nie ruszył się z miejsca. – Pamiętaj, że to my załatwiliśmy im schronienie. I wiemy, gdzie są.
– Myślisz, że szantaż emocjonalny na mnie zadziała? – Von dem Bach uniósł brew. – Nie, Beilschmidt, nie wystraszysz mnie tak. Gdybym teraz wyzwał cię na pojedynek na śmierć i życie, zabiłbyś mnie bez skrupułów – dodał spokojniej. – Walkę masz we krwi. Ale nie zleciłbyś morderstwa kobiet i dzieci.
– I tym się różnimy – szepnął Gilbert, zaciskając szczęki. – Erich... Erich, proszę.
– Generale... – odezwał się cicho Ludwig; von dem Bach zerknął na niego, a potem ciężko westchnął.
– Wyruszajcie do Berlina – nakazał chłodno. – Ja muszę być lada dzień w Bukareszcie. Jeśli się czegoś dowiem, wyślę wam telegram – dorzucił, wstając od biurka. Minął ich w drodze do drzwi. – Herr Deutschland – Skinął Ludwigowi głową. – Powodzenia. Ludzie będą walczyć do ostatniej kropli krwi – dodał, ni to pocieszająco, ni to zapewniająco, i wyszedł.
Ludwig tylko pokręcił głową. Gdzieś daleko, z dala od siebie i swojego umysłu, wyczuwał nie wolę walki, a paraliżujący, ogromny strach.
– Kurwa mać – zaklął Gilbert, gdy zostali sami. Odwrócił się od biurka i fotograficznej relacji. – I co... i co teraz?
Niemcy milczał przez chwilę; potem przyciągnął brata do siebie i zamknął w uścisku. Trwali tak długo; odezwał się dopiero po wielu minutach.
– Teraz – powiedział cicho. – Będziemy silni. Cokolwiek... cokolwiek się z nami nie stanie. Gdziekolwiek nie będziemy. Teraz będzie źle, ale przyjdą lepsze czasy. Ja... ja uporządkuję ten kraj... zacznę naprawiać błędy... To potrwa lata... A ty... A ty może w końcu mu to powiesz. Kiedyś.
Prusy milczał przez długą chwilę, a potem cicho się roześmiał; jego ramiona, od paru dni spięte i związane strachem, nieco się rozluźniły.
– Niech on nazwie to pierwszy.
I tak październik roku czterdziestego czwartego dobiegł końca. Nim upłynęło pół roku, wydarzyło się wiele; krew splamiła śnieg po raz kolejny, gdy przez świat przetoczyła się ślepa machina zemsty, nie pytając nikogo o przynależności posoki, którą przelewała; zapadły wyroki i atrament zasechł na mapach, nakreśliwszy granice nowego świata.
Karabiny umilkły, oddając pola łkaniom i szeptom; lustrzana sala królewieckiego zamku wkrótce rozpadła się w szkło i pył, a wsie położone nad taflami nieskończonych jezior nazwano na nowo polskim językiem, zamknąwszy je za nieprzeniknioną barierą żelaznej kurtyny.
Podjęto decyzje za tych, którzy powinni to uczynić, rozstawiając od nowa pionki na szachownicy, rozdzielonej strzeżoną granicą. Dwa laufry znalazły się po przeciwnych stronach, a biały skoczek stanął u boku jednego z nich. Bliskość ustąpiła miejsca rozpaczliwej tęsknocie, a tęsknota – bliskości.
W nowym świecie tylko jedna rzecz wciąż trwała nietknięta wojenną zawieruchą – żyła w ramionach, obejmujących się wzajemnie tęskliwie, w ustach, szepczących słowa o nienawiści, która wcale nie była nienawiścią, i w oczach czekających nadziei na lepszy czas, w szkarłacie i zieleni.
Ta rzecz, której nigdy nie nazwali prawdziwym jej imieniem, nie mogła przestać trwać.
Nie mogła się zmienić.
Była stałą.
Koniec.
Poprzez dym i poprzez popiół
Ciągną zdobywcy Europy,
Ciężarówki wiozą łup:
Odkurzacze, wino, buty,
Graty, obrazy i ciuchy,
Bluzki, garnki, broszki, dzwonki
I maszyny z obcą czcionką,
Ser, kiełbasę i słoninę,
Wszystko, co się dało wynieść,
I widelce i firanki,
Łyżki, spinki, szklanki, klamki
(...)
Höringstrasse zweiundzwanzig.
Tu już byli. Przed kwadransem
Jęk za ściany – matka płacze,
Córeczka na materacu,
Jeszcze dziecko. I już trup.
Jasna sprawa, proste słowa:
Nie zapomnieć, nie darować!
Ząb za ząb i krew za krew.
Z dziecka – babę, babie – śmierć.
Na twarzy matki krew. I szloch.
Prosi: tote mich, Soldat!
(...)
Nic nie zdoła nas powstrzymać–
Do Olsztyna! Do Olsztyna!
Od godziny już jest nasz
Zdobyty przez czołgi z marszu.
(...)
Miasto czeka. Jeszcze całe,
Nietknięte jeszcze pożarem,
Czeka w strachu na swój los.
Domy ciemne. Niemcy w trwodze
Nasłuchują kroków, stukań:
Pójdą dalej? Wejdą tutaj?
Rośnie strach i rośnie łuna,
Noc jak dzień...
(...)
Ostry dzwonek. Łomot w drzwi.
Jakiś brzęk – to szyba pękła.
Potem tupot, za kimś biegną
I kobiecy krzyk po chwili:
Jestem Polką, a nie Niemką!
A im i tak wszystko jedno,
Jest okazja – to korzystaj.
Frajer traci, mądry zyska.
Tak to jest. Więc czemu serce
Ściska się i boli?
(Pruskie noce – Aleksander Sołżenicyn)
Zbrodnia w Nemmersdorf – mord cywilnej ludności niemieckiej we wsi Nemmersdorf w Prusach Wschodnich (obecnie Majakowskoje w obwodzie kaliningradzkim) dokonany przez żołnierzy Armii Czerwonej 21 października 1944. Dokładna liczba ofiar jest przedmiotem sporów – według nowszych ustaleń wynosi 24-26 osób, głównie kobiet i dzieci. Z polecenia Goebbelsa mord wykorzystano w nazistowskiej propagandzie – zawyżono znacznie liczbę ofiar, a kilka dni później Niemcy obiegły fotografie sprofanowanych zwłok.
Celem propagandy było wzmocnienie chęci walki i oporu wojska – wśród cywili zapanował natomiast olbrzymie przerażenie: dochodziło do zbiorowych samobójstw całych rodzin, mordowania własnych dzieci (w myśl: lepiej jest umrzeć teraz niż wpaść w łapy bezlitosnych czerwonoarmistów) oraz panicznej ucieczki tysięcy ludzi przed Armią Czerwoną zimą 1944/45.
Nie był to strach nieuzasadniony – do uciekających przez zamarznięty Zalew Wiślany cywilów niemieckich z Prus Wschodnich strzelano z samolotów, a wiele osób utonęło lub zginęło z powodu ostrych mrozów, a w niejednym „wyzwalanym" mieście dochodziło do okrutnych zbrodni.
Droga Armii Czerwonej do Berlina to droga krwi, mordów, grabieży, podpaleń, masowych gwałtów i okrucieństw popełnionych na ludności cywilnej, o których przez lata milczano, gdyż „historię piszą zwycięzcy". Ofiarą zbrodni padali nie tylko Niemcy – również uwolnieni z obozów koncentracyjnych więźniowie równej narodowości czy przymusowi robotnicy.
Cytowany utwór to fragment „Pruskich nocy", części „Dorożeńki" – autobiografii oficera AC, który za krytykę działań czerwonoarmistów został zesłany do łagru. Tam powstały „Pruskie noce" – spisywane na świstkach papieru, które autor niszczył, gdy tylko nauczył się kolejnego fragmentu na pamięć – świadectwo tamtych wydarzeń.
Prusy Wschodnie po wojnie zostały podzielone między Polskę a ZSSR. Niewielki fragment – Okręg Kłajpedy, od dawna będący przedmiotem sporów – przeszedł ostatecznie pod litewskie zwierzchnictwo. W Prusach Wschodnich, liczących przed wojną ok. 2,5 mln ludzi, żyło około 400 tys. Polaków oraz kilkanaście tys. Litwinów.
Gdybyście się kiedyś zastanawiali, dlaczego w kanonie Gilbert mówi o Iwanie „gdyby mnie dotknął, zacząłbym pluć krwią", to zasadniczo macie odpowiedź.
Konigsberg – Królewiec, Allenstein – Olsztyn, Insterburg – obecnie Czerniachowsk, też Wystruć, Mauersee, Löwentinsee, Spirdingsee – Mamry, Niegocin, Śniardwy.
PKWN – Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego – samozwańczy, marionetkowy, tymczasowy organ władzy wykonawczej w Rzeczypospolitej Polskiej, działający od 21 lipca do 31 grudnia 1944, na obszarze zajmowanym przez Armię Czerwoną. PKWN składający się z komunistów polskich i ich formalnie niekomunistyczne marionetki polityczne, został powołany w Moskwie i był sterowany politycznie przez Józefa Stalina.
Koniec. Koniec Paragrafu. Dla mnie też to brzmi dziwnie.
Ta historia zajęła mi dwa i pół roku. Chwilami miałam jej już dość, chwilami chciałam ją rzucić i zacząć od nowa, ale tak czy siak jestem dumna z siebie, że doprowadziłam ją do końca. Sto tysięcy słów z hakiem - może niewiele, ale to pierwsza tak długa rzecz, którą napisałam w życiu. Paragraf był moją wielką improwizacją – w większości – i chwilami modliłam się, by wszystkie wątki mi się ze sobą splatały. Jest też pierwszym moim fikiem, który stał się zauważalnie rozpoznawalny i do którego zaczęłam robić porządny research. Dziękuję wam to za to, że byliście – szczególne podziękowania dla komentujących, bo takiego wsparcia potrzebuję najbardziej. Jeśli nie komentowaliście – też dzięki za gwiazdki/favy/kudosy i wyświetlenia, ale z przyjemnością przyjmę też kilka słów, tak na koniec. Tak w ogóle, jesteście wielcy 3
Co robić, jak żyć – czyli „Kai, a co dalej z PrusPolem?"
Nie, już ich nie ship… nie no, oczywiście, że będzie. Szykuje się kolejny wielorozdziałowiec, również w realiach historycznych, ale już human AU (chwilowo muszę odpocząć od rozterek personifikacji). Dramaty na pewno jakieś będą, ale planuję, by nowa opowieść była bardziej okruchami życia, niż lejącym się litrami angstem. Zostaniemy w mazurskich klimatach (ale dajcie mi chwilę na research i dopracowanie fabuły).
W międzyczasie na pewno możecie spodziewać się pruspolowych one-shotów, kolejnych rozdziałów Polowania na łabędzia (no, to akurat nie PrusPol) i komedii.
Dzięki i na razie!
