Potter się spóźniał. Minerwa jednak z całej siły stłumiła rodzącą się irytację. Nie ważne, jak okropnie się czuła, jak bolała ją szczęka od nieustannego zaciskania zębów, jak szczypały ją przedramiona poorane krwawymi ranami, które sama zadawała sobie przez ostatnie noce. Nie ważne jak wycieńczone było jej ciało, jak udręczony był jej umysł, jak napięte były jej nerwy.

Musiała tu być, dla nich. Dla uczniów. Dla Pottera. Nie ze względu na rozkazy Albusa. Teraz jego władza nad nią wydawała jej się już zupełnie nieistotna.

Nic nie mogło usunąć jej z Hogwartu. Ani ministerstwo, ani Albus Dumbledore. Odpowiadała jedynie przed uczniami, których poprzysięgła chronić.

Dlatego z lodowatą obojętnością ignorowała siedzącą w kącie Dolores Umbridge. Ignorowała jej irytujące pióro i notatnik, ignorowała jej wściekle różowe szaty ze śmiesznym kołnierzem z falbanek, ignorowała jej złośliwy uśmiech. Była ponad tym.

I wtedy drzwi się otworzyły i do jej gabinetu wpadł zasapany Harry Potter.

- Przepraszam, pani profesor. Zapomniałem… - zaczął się tłumaczyć, zamykając za sobą drzwi.

- Nie szkodzi. – odpowiedziała pogodnie Minerwa, choć w tym czasie Umbridge w kącie pociągnęła nosem. Gdy Potter zauważył Wielką Inkwizytorkę, zacisnął dłonie w pięści.

- Usiądź, Potter. – rzuciła Minerwa, a potem zaczęła przerzucać broszurki i ulotki zaścielające biurko. Sama była zaskoczona,tym jak trzęsły się jej dłonie. Wmówiła sobie, iż to irracjonalny strach przed tym, że Potter mógłby dostrzec przesiąkające krwią bandaże skryte pod czarnymi, grubymi rękawami szaty.

Zbierając cały swój spokój, Minerwa łagodnie zapytała Harry'ego o jego plany. Była ich bardzo ciekawa- gdyby nie różowa ropucha, zaprosiłaby go do swojego salonu i poczęstowała herbatą, słuchając tego, jak ten wyjątkowy chłopiec wyobraża sobie swoją przyszłość.

Ale wtedy pewnie powiedziałby jej, że jego jedynym planem jest zabicie Voldemorta.

A ona, znając przepowiednię, nie mogłaby mu zaprzeczyć.

- No więc… myślałem… że może będę aurorem. – wymamrotał Harry.

Czas dla Minerwy jakby się zatrzymał. Początkowo poczuła dodatkowy ból – przecież to była ostatnia rzecz, której by pragnęła dla któregokolwiek z uczniów, a już szczególnie dla Harry'ego. Praca w ciągłym stresie, zbyt niebezpieczna… nawet gdyby Voldemort upadł, to nie była przyjemna i spokojna robota. Wyczerpujące szkolenie, przysięgi na wierność, mordowanie…

A potem przypomniała sobie piętnastoletnią dziewczynę, która marzyła tylko o tym.

Wspomniała potężnego maga.. który choć nienawidził jej decyzji, nie przeszkodził jej… do czasu…

- Do tego są potrzebne najwyższe oceny. – zaczęła, ignorując ból w sercu. Wyciągnęła czarną broszurkę z Biura Aurorów, dalej mówiąc o karierze aurora. Postanowiła na razie nie zdradzać Potterowi, że sama kiedyś należała do szeregów tego elitarnego grona. Zastanawiała się, ile Umbridge wie o jej życiu przed Hogwartem – ale nie mogła wiedzieć więcej niż było w jej oficjalnych, nieutajnionych aktach. A tam było niewiele, w końcu Minerwa sama o to zadbała.

Z stoicyzmem opisywała Potterowi przedmioty, do których powinien się przyłożyć, ignorując kaszlnięcia Dolores. W pewnym momencie jednak szkocki temperament wziął w górę:

- Może dać ci cukierek od kaszlu, Dolores? – zapytała z udawaną uprzejmością, nawet nie patrząc na Umbridge.

- Och nie, dziękuję bardzo. Zastanawiam się tylko, czy mogłabym się na chwileczkę wtrącić, Minerwo.. – zaśmiała się wiedźma.

- Chyba już to zrobiłaś. – wycedziła Minerwa przez mocno zaciśnięte zęby.

- Właśnie się zastanawiam, czy pan Potter ma odpowiedni temperament na aurora. – zapiała słodko Umbridge.

- Naprawdę? – prychnęła wyniośle Minerwa i ciągnęła dalej przerwany wątek, jednocześnie z ironią myśląc, że skoro przyjęli ją, z jej legendarnym już wtedy temperamentem, to Potter dostanie się spokojnie. - …zwłaszcza profesor Lupin uważał, że… CZY JESTEŚ NAPRAWDĘ PEWNA, DOLORES, ŻE NIE CHCESZ CUKIERKA OD KASZLU? – Minerwa podniosła głos do tego stopnia, że jej słowa zawibrowały w powietrzu.

- Och nie, nie trzeba, Minerwo. Ale pomyślałam sobie, że chyba nie masz przed sobą ostatnich stopni Harry'ego z obrony przed czarną magią. Jestem pewna, że przesłałam ci notkę z tymi stopniami… - odezwała się przymilnie Dolores.

- Myślisz o tym? – Minerwa wyciągnęła z akt Pottera różowy arkusik, zerknęła na niego z niesmakiem i włożyła z powrotem do teczki.

- Tak, więc jak mówiłam, Potter, profesor Lupin uważał, że masz wybitne uzdolnienia w tym zakresie, co jest szczególnie ważne dla aurora…

- Zrozumiałaś moją notkę, Minerwo? – tym razem Umbridge przerwała jej bezpośrednio, co tylko bardziej zdenerwowało Minerwę.

- Oczywiście. – ostatkiem woli powstrzymywała swoją moc.

- Więc jestem trochę zdezorientowana… Obawiam się, że nie bardzo rozumiem jak możesz dawać panu Potterowi fałszywą nadzieję, że…

- Fałszywą nadzieję? – powtórzyła Minerwa, nadal nie patrząc na Umbridge. - Otrzymał wysokie oceny ze wszystkich sprawdzianów z obrony przed czarną magią.

- Naprawdę mi przykro, Minerwo, ale jeśli przeczytasz uważnie moją notkę, to zrozumiesz, że Harry ma żałosne wyniki na moich lekcjach…

Tym razem Minerwa przechyliła się w bok, by spojrzeć tej żałosnej czarownicy prosto w oczy.

- Powinnam wyrazić się jaśniej. Otrzymał wysokie oceny ze wszystkich sprawdzianów z obrony przed czarną magią przeprowadzonych przez kompetentnego nauczyciela.

Poczuła lekkie zadowolenie, gdy ten kretyński uśmiech zniknął z twarzy Umbridge. Nieprawowita dyrektorka zaczęła zaciekle skrobać piórem w swoim notesie. Minerwa wróciła do rozmowy z Potterem. A jednak, Dolores nie zamierzała dawać za wygraną – nieustannie przerywała Minerwie. Starsza czarownica próbowała to ignorować, ale potem…

- …a to oznacza, że ten chłopiec ma taką samą szansę zostać aurorem, jak Dumbledore wrócić do tej szkoły.

- To znaczy, że ma dużą szansę. – oświadczyła z mocą Minerwa. I co zaskakujące, gorąco wierzyła w te słowa, bez względu na swoje ostatnie starcie z Albusem. Ostatecznie, nie można było tak łatwo pogrążyć lojalności budowanej przez dekady. Minerwa właśnie zdała sobie z tego sprawę.

- Potter jest notowany. – powiedziała głośno Umbridge.

- Potter został oczyszczony ze wszystkich zarzutów. – głos Minerwy był bardziej donośny – jak zwykle, gdy zabierała się do obrony jednego ze swoich lwiątek.

Umbridge wstała, ale to nie dało żadnego efektu, ze względu na jej mało imponujący wzrost.

- Potter nie ma najmniejszych szans, by kiedykolwiek zostać aurorem! – wrzasnęła marionetka ministra.

Minerwa również się podniosła, a potem wyprostowała się na pełną wysokość, spotęgowaną przez jej kapelusz czarownicy i wysoko uniesioną głowę.

- Potter. Osobiście pomogę ci zostać aurorem, nawet jeśli to będzie ostatnia rzecz, jaką zrobię! Nawet jeśli będę musiała ćwiczyć z tobą nocami, zrobię wszystko, byś osiągnął wymagane rezultaty! – krzyknęła Minerwa. Harry patrzył na nią z mieszaniną podziwu i wdzięczności oraz… troski, jeśli się nie myliła.

- Minister magii nigdy nie zatrudni Harry'ego Pottera! – wrzasnęła Umbridge.

- Kiedy Potter będzie gotowy do pracy, może już będziemy mieli nowego ministra magii! – Minerwa pozwoliła, by ogarnęła ją furia.

- Aha! – Umbridge wycelowała swój gruby paluch w nauczycielkę transmutacji.- Tak! Tak, tak, tak, oczywiście! I tego właśnie pragniesz, tak, Minerwo McGonagall? Chcesz, żeby Korneliusza Knota zastąpił Albus Dumbledore! Myślisz, że zajmiesz moje miejsce, że zostaniesz starszym podsekretarzem ministra i przyszłą dyrektorką szkoły!

Minerwa otworzyła szerzej oczy – nie obchodziło jej, że jej źrenice muszą lśnić magią gotującą się w jej ciele, w jej umyśle. Nie musiała czytać umysłu Umbridge, by wiedzieć, że różowa ropucha jest o krok od oskarżenia jej o coś… o bycie….

- Bredzisz. – rzuciła z najwyższą pogardą. – Potter, na tym koniec naszej konsultacji na temat twojej przyszłości. – Minerwa postanowiła, że najważniejsze to odciągnąć Harry'ego od tego, by nie dosięgły go konsekwencje jej wybuchu. Lecz on wciąż siedział nieruchomo, bledszy niż zazwyczaj. I wtedy Umbridge zaszczebiotała słodko:

- Ale przecież ty nie musisz być dyrektorką by spać w dyrektorskim łóżku, prawda, Minerwo?

Czy były jeszcze jakieś uświęcone granice uprzejmości? Bo granice kontroli… te Minerwa przesuwała coraz dalej, nie zważając na wymagany przy tym wysiłek. Jej ojciec, lord Robert McGonagall przestrzegał ją przed tym. ,,Będą cię nazywać wiedźmą, dziwadłem, najgorszymi możliwymi sformułowaniami. Będą atakować twój honor i twoją godność. Nie możesz pozwolić by to pozbawiało cię kontroli. Kontrola. Bez względu na to, co o tobie powiedzą."

- Co dokładnie sugerujesz, Dolores? – jej głos był niewiele głośniejszy od szeptu. Wibrował jednak magią i twardym, szkockim akcentem. Niósł w sobie jej dziedzictwo.

- Cóż, zawsze mnie zastanawiało, jak tak młoda i niedoświadczona osoba została z miejsca nauczycielką transmutacji, opiekunką Gryffindoru i zastępcą dyrektora w drugiej po ministerstwie najważniejszej magicznej instytucji na Wyspach. – Dolores przekrzywiła głowę, by ukazać Minerwie swój fałszywy uśmieszek.

- To proste, profesor McGonagall była najbardziej kompetentną kandydatką na te stanowiska! – zawołał Harry, przekręcając krzesło – teraz siedział bokiem i do Minerwy, i do Dolores – nie miał różowej ropuchy za plecami.

- Najbardziej kompetentną w zaspokajaniu swojego przełożonego?

Harry zareagował najszybciej – zerwał się z krzesła i potraktowałby Umbridge jakimś paskudnym urokiem, ale Minerwa niewerbalnie przywołała jego różdżkę, rozbrajając go. Sama różowa ropucha cofnęła się o kilka kroków, patrząc nieufnie na teraz już dwie różdżki w dłoniach Minerwy.

- Zaatakujesz mnie, Minerwo McGonagall? – Umbridge bała się, to było oczywiste.

- Nie, ale sugeruję, byś opuściła mój gabinet. Nie mamy sobie już nic więcej do powiedzenia. Co jednak zostało powiedziane, nie zostanie zapomniane, Dolores. – Minerwa wciąż utrzymywała kontrolę. Przecież swój honor pochowała już dawno, już zdążyła go opłakać.

Umbridge nie odważyła się odwrócić. Wycofała się, nie spuszczając oczu z różdżek w dłoniach Minerwy. Na progu warknęła jedynie:

- Twoje panowanie w Hogwarcie się skończyło, kochanico Dumbledore'a!

Harry podniósł zaciśnięte pięści i byłby zaatakował Umbridge, ale Minerwa znów była szybsza:

- Impedimenta. – ruchy chłopaka zostały spowolnione, co pozwoliło uciec Umbridge. Wybiegła z gabinetu, zostawiając po sobie jedynie mdły zapach przegniłych kwiatów.

Minerwa odczekała jeszcze dobrą minutę, a potem zakończyła zaklęcie spowalniające ruchy Harry'ego.

- Podła ministerialna lafirynda! – zawołał Gryfon, trzęsąc się gniewu. Minerwa minęła go obojętnie, udając się do swojego salonu.

- Zabiłbym ją! Udusił gołymi rękami, albo potraktował Cruciatusem! – denerwował się Harry, ale podążył za nią – wciąż ściskała w dłoni jego różdżkę.

- Miałeś kontrolować swój temperament. – rzuciła Minerwa, przywołując puszkę pełną piernikowych traszek. Harry posłusznie wziął jedną, ale zaprotestował gwałtownie:

- Przecież to co ona mówiła… te wierutne kłamstwa, ta niewybaczalna potwarz, jak pani była w stanie kontrolować swój temperament? – podziw mieszał się w jego głosie ze szczerym zdumieniem. Co miała mu odpowiedzieć? Że już nie miała sił by reagować na każdą obrazę? Że poprzysięgła tkwić w Hogwarcie, bez względu na wszystko?

- Myślisz, że pierwszy raz spotkałam się z tego typu zarzutami, Potter? – odpowiedziała impulsywnie, zaraz żałując swych słów, bo Harry zmarszczył czoło i obrzucił ją uważnym spojrzeniem.

- Im częściej powtarza się kłamstwa, ludzie zaczynają w nie wierzyć! Jak ona śmiała? Gdyby Dumbledore był tutaj, nie pozwoliłby… - zaczął od nowa chłopak, a Minerwa wiedziała, że jego frustracja wynika tylko częściowo z dzisiejszych kłamstw Umbridge – ten gniew nawarstwiał się w nim już cały rok, odkąd ministerstwo usilnie starało się oczernić go w oczach całej magicznej społeczności.

- Potter, Dumbledore'a tu nie ma! – Minerwa podniosła głos, jej ręce zadrżały. Harry spojrzał jej prosto w oczy i obydwoje już wiedzieli, że ich twarze odbijają te same emocje – zagubienie, ból porzucenia, strach przed zdradą i przekonanie o niesprawiedliwości losu. Rozumieli się.

- Powinien tu być. Przy Hogwarcie. Przy pani. Przy mnie. – wyszeptał chłopak, odwracając twarz. Zdążyła jednak zobaczyć lśniące bardziej oczy. Westchnęła, podniosła się i usiadła na kanapie obok niego. Uradowało ją, że nie wzdrygnął się, gdy położyła dłoń na jego ramieniu.

- Harry, znam dyrektora od dobrych kilku dekad. Wiem, że kiedy skupia się na dobrze ogółu, zasadniczo zapomina o uczuciach jednostek. Taki już jest – wierzy, że jego szlachetne motywacje usprawiedliwiają te drobne w jego opinii nieporozumienia. – Minerwa pragnęła brzmieć racjonalnie, rozsądnie. Lecz w środku miała ochotę polemizować ze własnymi słowami, buntować się przeciwko usprawiedliwianiu Albusa, zupełnie tak jak Harry:

- Ale jak porzucenie Hogwartu może służyć dobru ogółu? Przecież bez niego jesteśmy słabi jak nigdy, przecież nie zostawił nam nic, co mogłoby nam pomóc, nie wyjaśnił… - Harry spojrzał na nią, udręczony swoim niezrozumieniem oczekiwań Dumbledore'a względem swojej osoby. Minerwa, która żyła z tym od tak dawna, uśmiechnęła się współczująco.

- Albus nie porzuciłby nas, gdyby w nas nie wierzył. Ufa, że poskromimy swoje temperamenty, że zachowamy spokój i rozsądek. Że wzniesiemy się ponad nasze emocje, że choćby ciebie nazywali jego marionetką, a mnie jego kochanicą, będziemy trwali, nieugięci, dla Hogwartu i tych, na których nam zależy. – wyjaśniła czarownica, nagle czerpiąc dumę z tego, że bez względu na to, jak bardzo Albus ją zranił, jak czuła się porzucona, wciąż jest gotowa podążać drogą wytyczaną przez niego. Skąd to się brało? Miała ochotę zachichotać, bo odpowiedź była tyle katastrofalna, co śmieszna, tyle bolesna, co prawdziwa – z miłości.

- To akurat byłaby prawda. – mruknął Harry. Minerwa uniosła brwi. Gryfon nagle zrobił się zupełnie czerwony i szybko sprostował:

- Miałem na myśli to, że często czuję się jak jego marionetka. Nie że pani… Umbridge zasługuje na najgorsze klątwy za obrażanie pani. – Harry pokiwał głową z wdzięcznością, kiedy oddała mu jego różdżkę.

- Najgorsze klątwy… - powtórzyła Minerwa. Nagle zrobiło jej się zimno. Nie, tego nie życzyłaby najgorszemu wrogowi…

- Pani profesor? – Harry przyglądał się z niepokojem jak jej dłoń bezwładnie opada z jego ramienia.

- Potter, musisz być ostrożny. Nie ulegać swojemu temperamentowi i nie pakować się w kłopoty, nawet jeśli twoje intencje byłyby tak szlachetne jak dzisiaj. – Minerwa powróciła do swojego belferskiego tonu. Musiała wziąć się w garść.

- Postaram się, pani profesor, ale jeśli ona jeszcze raz ….

- Wtedy sama sobie z nią poradzę. Potrafię o siebie zadbać, Potter. – zamieniła traszkę w swojej dłoni w porcelanową figurkę różowej ropuchy i zgniotła ją w palcach. Harry pokiwał głową z uznaniem.

- Doceniam twoją postawę, Harry, ona sprawi, że będziesz wyśmienitym aurorem. Ale musisz pracować nad swoją kontrolą i opanowaniem. I nad eliksirami, bo profesor Snape nie przyjmie cię w przyszłym roku, jeśli nie zdasz dobrze SUMÓW. – starała się, by jej ton był lekki, by chłopak nie wyłapał tej melancholii w jej głosie, związanej ze wspomnieniem sprzed tylu lat, gdy ona sama była na jego miejscu – chętna do udziału w wojnie, która miała ją zniszczyć.

- Dziękuję, pani profesor. – Harry uśmiechnął się – Minerwa poczuła wzruszenie, bo jego wdzięczność przypominała jej Lily i Jamesa.

- Pamiętaj, kontrola. – Minerwa machnęła ręką, otwierając drzwi. Harry skłonił się i wybiegł, pewnie by opowiedzieć Hermionie i Ronowi o swoich poradach zawodowych.

Minerwa zaś wzięła głęboki oddech i czym prędzej otoczyła się dodatkową tarczą. Od teraz była w otwartym konflikcie z pupilką Knota . Od teraz była wrogiem ministerstwa. I była tu sama. Bez Albusa, który przecież zawsze sprawiał, że czuła się pewniejsza, potężniejsza, szczęśliwsza. Harry poruszył tą strunę, której nawet ostatnia kłótnia z Albusem nie zdołała zerwać – strunę odpowiedzialną za piękną melodię. Chłopak miał rację, że Albus powinien tu być, przy niej.

Przy niej, blisko. Przy niej, u jej boku.

A może to ona powinna być przy nim? Przy nim, dla niego, przez niego i wobec niego? Nie, on nakazał jej zostać. Bo cokolwiek miało się wydarzyć, musiała być w Hogwarcie.

Kochanka Dumbledore'a. Ukryła twarz w dłoniach. Dlaczego to tak bolało? Bo tak bardzo pragnęła, by było prawdą?

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa z westchnieniem spojrzała na swoje przedramiona, poznaczone na przemian bliznami i krwawiącymi szramami – coraz częściej zaklęcia zasklepiające rany nie działały – bo raniła się zbyt często – praktycznie każdej nocy. Wilgotną szmatką otarła świeżą krew – biała tkanina błyskawicznie zabarwiła się na czerwono. Czarownica przepłukała ją zimną wodą i powiesiła do wyschnięcia. Postanowiła ubrać czarne szaty z grubymi, długimi rękawami – chociaż podejrzewała, że i tak będzie musiała się przebrać, gdy krew zacznie przesiąkać przez materiał.

Ale z drugiej strony, była niedziela i Minerwa nie musiała się pokazywać – wystarczy, że przyjdzie na któryś z posiłków by zachować pozory. Postanowiła wykluczyć śniadanie – na tą chwilę kompletnie nie miała apetytu.

Powinna sprawdzić, czy Gryfoni przygotowują się do egzaminów, czy pakują się w kłopoty. Zamknęła oczy i zmieniła się w swą kocią formę. Przysiadła, zerknąwszy na swe przednie łapki – ciemna, zastygająca krew zlepiała szare futerko, zwracając uwagę. Nauczycielka skupiła się – denerwowało ją, że to, co kiedyś przychodziło jej naturalnie, teraz wymagało maksymalnego skupienia i wysiłku. Ostatecznie jednak udało się – gdy podeszła do lustra stojącego w rogu jej sypialni widziała zupełnie czarną kotkę o intensywnie zielonych oczach. Rany na jej przednich łapach nie były już tak widoczne, chociaż w kompletnie kocim odruchu Minerwa wylizała je porządnie. Krew była słono-gorzka – ten drugi smak warunkowany był miksturami uzupełniającymi krew na bazie piołunu, jakie ostatnio zażywała.

Zajrzała do pokoju wspólnego – większość Gryfonów zabrała się za odrabianie prac domowych po śniadaniu, albo za naukę do SUMÓW bądź OWUTEMÓW. Minerwa nie znalazła tu jednak tych, których miała nadzieję zobaczyć – Pottera, Weasley'a i Granger. Wmawiając sobie, że nie wpakowaliby się w żadne kłopoty, zabrała się za poszukiwania.

Dwie godziny obchodziła cały zamek. A ich nigdzie nie było. Ani na błoniach, ani w Wielkiej Sali, ani na Wieży Astronomicznej, ani nawet w lochach. Mogli być w tym całym Pokoju Życzeń, ale po tym, jak Umbridge ich tam przyłapała, pewnie uważali to miejsce za mało bezpieczne. Może wybrali się gdzieś z Hagridem? Żeby zobaczyć jego chatkę, powinna wspiąć się na Wieżę Północną, w której mieszkała Trelawney.

Wspominając dziwną przepowiednię wygłoszoną przez wróżbitkę na początku tego roku, Minerwa pięła się w górę, sycząc, gdy za wiele ciężaru przekładała na zranione, przednie łapy. I nagle wyczuła znajome zapachy i usłyszała dobrze znane głosy:

- To sowa Freda!

Złote Trio siedziało w szerokim wykuszu okna piętro pod drabiną prowadzącą do klasy Sybilli. Hermiona zeskoczyła z parapetu, by Harry mógł otworzyć okno i odebrać list od niespokojnej sowy.

- Jest zaadresowany do mnie! – zauważył zdumiony Harry. Ronald zmarszczył brwi i wzruszył ramionami. Hermiona dostrzegła Minerwę:

- A tobie co się stało, kochana? Chodź, kici, kici. – dziewczyna usiadła obok Ronalda, rozkładając dłonie w zapraszającym geście.

Minerwa sama nie wiedziała, gdzie był w tym momencie jej rozsądek, ale wskoczyła na parapet i usiadła z godnością między Harry'm a Hermioną. Dziewczyna zaczęła delikatnie głaskać jej grzbiet. Drugą dłonią uniosła jedną z jej przednich łap. Zmarszczyła czoło – musiała dostrzec rany, lepkie od zastygającej krwi. Wyciągnęła z kieszeni chusteczkę i zaczęła je wycierać ostrożnie. Minerwa zamruczała cicho.

- I co napisali? – Ronald był wyraźnie zainteresowany treścią listu bliźniaków – Minerwa z dołu widziała ich znajome, zamaszyste podpisy.

- Zostali członkami Zakonu Feniksa. – oznajmił Harry, Minerwie wydawało się, że słyszy w jego głosie nutkę zazdrości.

- I napisali o tym tobie? – Hermiona uniosła brwi.

- Podobno nastroje nie są najlepsze. Ludzie martwią się o Hogwart. – Harry oparł plecy o gruby zamkowy mur. Jego dłoń z czułością pogładziła drewnianą okiennicę – można było łatwo zrozumieć, że Hogwart znaczy dla tego chłopca więcej niż dla innych uczniów.

- Wcale mnie to nie dziwi. Bez Dumbledore'a, z Umbridge pełniącą dyrektorskie obowiązki, szkoła jest bardzo narażona na atak śmierciożerców. – zauważyła rozsądnie Hermiona.

- Ale gdyby coś się działo, Dumbledore by wrócił. Nie porzuciłby nas, bo zabrali mu stanowisko. – Ronald rozłożył ręce. Harry potrząsnął głową.

- Dziwne.

- Co dziwne? Napisali coś jeszcze? – Ronald niecierpliwie się wychylił, ale tym sposobem zderzył się głową z Hermioną. Obydwoje zarumienili się mocno, mamrocząc szybkie przeprosiny. Minerwa zamiauczała ze zdumieniem. Ron i Hermiona? To było interesujące.

- Napisali, że powinniśmy zaopiekować się McGonagall.

Dłoń Hermiony na głowie Minerwy znieruchomiała, a Ron roześmiał się:

- My mamy opiekować się McGonagall? To ona opiekuje się nami, dzielnie stawiając opór Umbridge! – jego słowa sprawiły, że Minerwa sięgnęła łapką do pyszczka – czyżby jej kocie oczy robiły się zbyt wilgotne?

- Podobno pokłóciła się z Dumbledore'm. I to tak, że Snape musiał ją wyprowadzić, a Dumbledore wyniósł się i od tamtej pory go nie widzieli. – Harry oddał list przyjacielowi.

- Ale przecież McGonagall zachowywała się ostatnio zupełnie normalnie. – zauważyła Hermiona, na nowo głaszcząc Minerwę za kocim uchem.

- Nie do końca. Musiało ją wtedy mocno ponieść, dlatego była tak spokojna, kiedy Umbridge oskarżyła ją o romans z dyrektorem. – Harry zamyślił się.

- CO? – Ronald otworzył szeroko oczy, wyraźnie oburzony, Hermiona zakryła dłonią usta.

- Na moich poradach zawodowych. Umbridge posunęła się do tego, że zasugerowała, iż McGonagall swoje stanowisko zawdzięcza romansowaniu z Dumbledore'm. Chciałem potraktować tą różową ropuchę jakimś urokiem, ale McGonagall mnie rozbroiła. – zrelacjonował Harry.

- Różowa łajdaczka! Żałosna, głupia zdzira! Hermiono, uwarzmy Wywar Żywej Śmierci i dodajmy go jej do kolacji. Dla tej tępej wywłoki nawet Cruciatus to za mało! – Ron zacisnął dłonie w pięści. Hermiona położyła mu dłoń na ramieniu. Sama Minerwa wodziła zdumionym spojrzeniem pomiędzy trójką Gryfonów, kompletnie wzruszona ich gotowością do obrony jej honoru.

- To samo myślałem, a McGonagall tylko kazała mi trzymać nerwy na wodzy. Dziwne, że bliźniacy wspominają o jej kłótni z Dumbledore'm, bo gdy zarzuciłem, że porzucił nas i szkołę, broniła go. – odpowiedział Harry.

- Ale ty nie myślisz chyba, że … coś jest na rzeczy?! Że Dumbledore i McGonagall… - Ron zaczerwienił się.

- Nie. – wtrąciła stanowczo Hermiona. Chłopcy spojrzeli na nią pytająco.

- Już od dawna się zastanawiam, co warunkuje ich wzajemną lojalność, ale nie mają romansu. W końcu, za każdym razem, gdy coś się dzieje w środku nocy, McGonagall jest w swoich apartamentach, pod naszym pokojem wspólnym. Tak było, gdy miałeś wizję ataku na ojca Rona, prawda Harry? – zauważyła bystro Hermiona. Minerwa dziękowała niebiosom, że koty nie mogą się rumienić. Czuła się okropnie, podsłuchując ich rozmowę, ale teraz nie mogła po prostu uciec.

- Masz rację. I chociaż wielokrotnie na mapie o późnej porze widziałem ją w gabinecie albo salonie Dumbledore'a, to jest raczej spowodowane ich współpracą w kierowaniu szkołą i Zakonem. Nigdy natomiast nie widziałem jej w jego sypialni. – Harry odwrócił głowę, czerwony na twarzy.

Minerwa zmrużyła oczy. O jakiej mapie on mówił? I na Merlina, czy oni naprawdę musieli debatować nad tym, co łączy ją z Albusem? I czy inni uczniowie też się nad tym zastanawiali? Ach, w takich momentach żałowała, że legilimencja była czarną magią, lecz z drugiej strony, lepiej że nie wiedziała. W końcu teraz czuła się jednoznacznie fatalnie.

- Cóż bez względu na to, czy ich kiedyś łączyło coś więcej, niedobrze, że się pokłócili. Natomiast bliźniacy mają rację, powinniśmy mieć oko na McGonagall, bo Umbridge zrobi wszystko, by ją usunąć. I Ron, bez względu na fakt, że McGonagall jest najpotężniejszą czarownicą swojej generacji, ma naprawdę wiele na głowie i nie może być zupełnie odporna na wszystkie kłody, które ministerstwo rzuca jej pod nogi. – Hermiona nie miała pojęcia, że kotka, którą troskliwie głaskała, tak naprawdę była wiedźmą, o której rozmawiali.

- Hermiona ma rację. Trzeba się zmobilizować i starać bardziej na transmutacji, a ja będę co jakiś czas sprawdzał mapę – gdyby Umbridge pojawiła się w pobliżu wieży Gryffindoru albo w pobliżu McGonagall, zareagujemy jakoś. – Harry wyciągnął z kieszeni szaty kawałek pergaminu. Minerwa z ciekawością obserwowała, jak chłopak stuka w niego różdżką, mówiąc:

- Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego.

Na pergaminie zaczęły pojawiać się jakieś kreski – zarys mapy. Minerwie mignęło też coś, co przypominało dobrze znane jej pismo Remusa Lupina. Jeśli dobrze wnioskowała, ta dziwna mapa była dziełem Huncwotów. Nagle Harry krzyknął i zbladł, a potem spojrzał prosto na nią.

- Harry? – spytała zaniepokojona Hermiona. Ronald odebrał pergamin z drżących rąk Harry'ego.

- Cholera! – zawołał rudzielec, zeskakując z parapetu i wpatrując się z przerażeniem w Minerwę. Hermiona, która złapała mapę, odsunęła się od Minerwy, jej wargi zadrżały.

- Nie możemy uciec, powinniśmy ją przeprosić. – powiedział cicho Harry, nerwowo strzelając kostkami dłoni.

- Ale… przecież jej kolor jest szary. – wydukał Ron.

Wiedzieli. Na nic zdało się uparte udawanie, że jest zwykłym, czarnym kotem. Najpierw Minerwa wróciła do swojej szarej formy. Ron jęknął – zupełnie jakby umarła jego nadzieja, że to okropna pomyłka. Hermiona wymamrotała:

- Nie tylko ministerstwo nie docenia jej magicznych umiejętności. – to było trafne spostrzeżenie. Ile osób zapominało o najważniejszym odkryciu Minerwy, dowiedzeniu wielogatunkowej transformacji animagicznej?

- Pani profesor? – Harry odsunął się nieco. Chyba oczekiwał, że ona zeskoczy na ziemię i zmieni się, ale wróciła do swojej formy na parapecie, tak, że siedziała teraz pomiędzy nim a Hermioną. Całe szczęście miała na sobie te same szaty co rano – skutecznie ukrywające rany na przedramionach.

- Przepraszamy, pani profesor. Nie powinniśmy plotkować o pani. – odezwał się Harry, spuszczając głowę.

- Nie, nie powinniście. – odpowiedziała zimno.

- To kiedy mamy zgłosić się na szlaban, pani profesor? – Ron zgarbił się z rezygnacją. Zerknęła na niego – z trójki Gryfonów on i Hermiona byli bardziej przerażeni niż Harry. I wszyscy na pewno szczerze żałowali. Plotkowanie na pewno było podstawą do solidnego szlabanu, ale też podczas tej rozmowy wielokrotnie udowodnili swoją lojalność wobec niej, wobec szkoły.

- Nie dam wam szlabanu, nie powinnam była was podsłuchiwać. Mogłam się wycofać, gdy tylko się zorientowałam, że jesteście bezpieczni i nie pakujecie się w kolejne kłopoty. – powiedziała starsza czarownica zmęczonym tonem. Była ciekawa tej ich mapy, ale gdyby teraz jej zażądała, to byłoby nie w porządku względem nich.

- Pani profesor, wszystko w porządku? Bliźniacy napisali nam, że pokłóciła się pani z profesorem Dumbledore. – odważyła się zapytać Hermiona. Minerwa przymknęła oczy, wspominając jego pałające gniewem oczy, zaledwie kilka centymetrów od jej twarzy.

- Potter słusznie założył, że nie on jeden ma problem z opanowaniem swojego temperamentu. A kiedy zna się kogoś dłużej niż pół wieku, to wie się już doskonale, gdzie uderzyć, by najbardziej zranić. – stwierdziła, splatając palce.

- Ale też kiedy zna się kogoś tak długo, to wie się, kiedy dana osoba mówi albo robi coś pod wpływem swojego temperamentu. Można się gniewać, ale to mija i zostaje zrozumienie, a potem wybaczenie. Tak przynajmniej mawia tata, kiedy mama go wyzywa. – Ron usiłował się uśmiechnąć pocieszająco. Minerwa spojrzała na niego i po raz pierwszy pomyślała, że nigdy nie była tak wdzięczna za to, że Harry zaprzyjaźnił się akurat z najmłodszym synem Molly. Że tak jak Hermiona wspierała Harry'ego swoim rozsądkiem i inteligencją, tak Ron wnosił w ich trio tą życiową mądrość wynikającą z dorastania w dużej, kochającej rodzinie.

- Tak, a pani jest jedyną osobą, której profesor Dumbledore wybaczyłby wszystko. – Hermiona delikatnie położyła dłoń na ramieniu Minerwy, ale cofnęła ją, gdy czarownica odwróciła się do niej.

- Nie wszystko. – odpowiedziała odruchowo Minerwa, ale zaraz dodała:

- Nie musicie się martwić o funkcjonowanie szkoły – póki tu będę, nie pozwolę Umbridge w jeden rok obniżyć poziomu nauczania, na którego osiągnięcie pracowałam przez czterdzieści lat. Lecz żeby mi pomóc, powinniście przyłożyć się do swoich SUMÓW. Będę więcej niż zawiedziona, jeśli nie zdacie transmutacji na tyle, by kontynuować ją na poziomie OWUTEMÓW. – czarownica zwinnie zeskoczyła z parapetu i wyprostowała się na pełną wysokość.

- Oczywiście, pani profesor. I jeszcze raz przepraszamy. – rzekł Harry. Złote trio wstało i skłoniwszy się, zaczęło schodzić w dół.

I nagle idąca na końcu Hermiona się zatrzymała. Chłopcy tego nie zauważyli. Gryfonka odwróciła się – w dłoni ściskając chusteczkę czerwoną od krwi. Minerwa pstryknęła palcami, chusteczka rozsypała się w proszek. Hermiona przekrzywiła głowę, unosząc brwi w niemym pytaniu. Minerwa pokręciła głową surowo – jej nocne koszmary były ostatnią rzeczą, o której Złote Trio powinno wiedzieć.

- To nic. Idź już. – powiedziała Minerwa z mocą. Hermiona okręciła się na pięcie i pobiegła za Harry'm i Ronem, ale Minerwa zdążyła zauważyć urazę w oczach dziewczyny. Hermiona kochała wiedzę, a niedzielenie się nią uważała za niepodważalny dowód na brak zaufania.

Ale przecież Minerwa nie mogła jej zaufać, skoro nie ufała sama sobie. Gdy tylko uczniowie zniknęli jej z oczu, czarownica przysiadła z powrotem na parapecie.

Hermiona nie miała racji. Albus nie wybaczyłby jej wszystkiego, tak jak nie ufał jej ze wszystkim. Dla niego była tylko jedną z szachowych figur. Może niekoniecznie pionkiem, ale wieżą, a może nawet hetmanem. Ale wciąż figurą, która nie miała prawa postępować wbrew jego rozkazom i oczekiwaniom. Która nie mogłaby nawet pomyśleć o zdradzeniu go.

A przecież zdradziła go, podnosząc na niego różdżkę, po tym jak… jak razem przewrócili szachownicę. Usunęła mu to wspomnienie, wybierając za niego. Przecież nie miała prawa dokonywać takiego wyboru. To, co się wtedy wydarzyło… wymagało obu stron. Dopiero później… później wszystko było jej winą.

Ukryła twarz w dłoniach. Plotki, stare jak oni. Pomówienia, nieistotne jak jej reputacja. Oskarżenia, zawierające jedno, maleńkie ziarenko prawdy.

Tak, łączyło ich coś więcej.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa ostrożnie, na palcach skradała się ciemnym korytarzem. W chwili odejścia Albusa ustaliła z resztą nauczycieli nocne warty na korytarzach, tak na wszelki wypadek. Oczywiście sam brak snu w nocy nie był problemem – była już do tego przyzwyczajona. Kłopotem była Umbridge – nie mogła się dowiedzieć o wartach, dlatego należało jej unikać za wszelką cenę.

Wielka Inkwizytorka nie odzywała się do Minerwy od tamtej kłótni, ale Minerwa doskonale widziała posyłane w swoją stronę wrogie spojrzenia. Nie rozstawała się z różdżką, choć zaczynała już wpadać w lekką paranoję, porównywalną z tą Alastora. Sama nie zdawałaby sobie z tego sprawy, ale Poppy…

Sęk w tym, że szkolna pielęgniarka znała ją zbyt długo i zbyt dobrze. Słusznie założyła, że nieobecność dyrektora odbije się na zdrowiu jego zastępczyni. Minerwa usiłowała ukrywać swoje rany i spadek wagi pod luźnymi szatami, ale niewiele mogła zrobić z ciemnymi kręgami pod oczami, nieznikającymi zmarszczkami i srebrnymi pasmami we włosach. Sama Minerwa przed sobą musiała przyznać, że czuła się gorzej. Nie tylko fizycznie, tak jak teraz, gdy po godzinnym wędrowaniu po zamku dostawała zadyszki – także magicznie, jakby jej moc malała. I to ją martwiło. Voldemort powrócił, a ministerstwo rozpanoszyło się w Hogwarcie – to nie był czas na słabość.

Poppy upierała się, by Minerwa więcej jadła i poiła ją wzmacniającymi miksturami, ale to tylko pogarszało sprawę – każdy koszmar –Voldemort, albo Umbridge torturujący jej uczniów, a czasami także grota, kiedy czuła się wyjątkowo paskudnie – gdy budziła się, zlana zimnym potem, pokrwawiona i wycieńczona, dodatkowo miała mdłości. To tylko przypominało jej o wizji Pottera… o braku zaufania ze strony Albusa… o tym jak bardzo go zawiodła, jak zawodziła wszystkich na każdym kroku…. Pętla się zamykała.

Albus nie skontaktował się z nią ani razu. Nie przeprosił, nie wyjaśnił. Hogwart był chwilowo odcięty od Zakonu – Moody był ciągle na misjach, Poppy więc dodatkowo zamartwiała się o niego. Hagrid zajmował się swoim bratem, Albus nie zlecił mu nic nowego. Jedyną osobą, z którą Dumbledore prawdopodobnie utrzymywał kontakt, był Snape. Minerwa jednak nie przełamała dumy na tyle, by zapytać o to nauczyciela eliksirów.

To tyle, jeśli chodziło o bycie prawą ręką wielkiego Albusa Dumbledore.

Minerwa miała ochotę roześmiać się głośno, ale to spowodowałoby echo w jednej z wież zachodniego skrzydła, w której obecnie się znajdowała.

Była wściekła na samą siebie, że jego postawa tak bardzo na nią wpływała. W końcu- powinna się pogodzić, że ona nigdy nie będzie ważniejsza niż większe dobro. Ostatecznie nie powinna tego oczekiwać – to było samolubne. Jej obowiązkiem było wspieranie go w walce z Voldemortem, nie ważne, ile ją to kosztowało. Jej powinnością było zginąć, jeśli tego by wymagała sytuacja. Zginąć bez słowa pretensji, bez chwili zawahania. Tak, przecież tylko tak mogła odkupić swoje grzechy.

Prawie potknęła się o jeden ze znikających stopni. Pokręciła głową – przecież powinna pamiętać o nim. Powinna skupić się na patrolowaniu korytarzy. Musiała być czujna – cokolwiek było pomiędzy nią a Albusem, Hogwart bez niego był osłabiony. Nie mogła wykluczać ataku ze strony Voldemorta, choć podejrzewała, że jego uwaga jest obecnie skupiona na Departamencie Tajemnic.

Wtem jakiś błysk przykuł jej uwagę. Podeszła do okna, wychodzącego na skraj Zakazanego Lasu i chatkę Hagrida.

- Nie. – wyszeptała, widząc kilka długich cieni sunących przez trawnik w stronę domku Hagrida. Na czele natychmiast rozpoznała niską i okrągłą sylwetkę Umbridge.

Minerwa nie zamierzała pozwolić, by Umbridge wyrzuciła Hagrida, w środku nocy, z wsparciem aurorów. Hagrid był nie tylko członkiem Zakonu, był jej przyjacielem. Kimś, komu od zawsze powtarzała, że Hogwart jest sanktuarium, z którego nikt go nie wypędzi.

Zmieniła się w kocią postać i popędziła w dół schodów. Ignorowała ból w grzbiecie, pieczenie łap przy każdym większym susie. Biegła, nie zważając na bijące zbyt szybko serce, na brak tchu, na szum w głowie. Na szczycie schodów prowadzących do sali wejściowej zmieniła się w ludzką postać i bez namysłu wskoczyła na kamienną, szeroką poręcz. Ześlizgnęła się po niej przez dwa piętra – wreszcie upadła na twardą posadzkę pustej ogromnej sali wejściowej. Dźwignęła się z kolan i rzuciła ku głównym drzwiom- wrota otworzyły się pod wpływem jej powiązań z zamkiem.

Jak z procy przeleciała przez frontowe drzwi, wprost na zimne powietrze błoni. Zmrużyła oczy, słysząc ryk Hagrida, szczekanie Kła i ludzkie okrzyki. Dostrzegła czerwone strumienie wycelowane w ogromną sylwetkę przyjaciela – i krew w niej zawrzała.

Poderwała się do dalszego biegu, wrzeszcząc:

- Jak śmiecie! Jak śmiecie!

Biegła, niesiona częściowo przez swoją złość, a częściowo przez magię. Adrenalina zaślepiała jej rozsądek. Pędziła po prostu z zamiarem pomocy Hagridowi, bez żadnego planu. Nawet nie wyciągnęła różdżki, jedynie krzyczała:

- Zostawcie go! Dajcie mu spokój, mówię! Na jakiej podstawie go atakujecie? Nic nie zrobił, nic, co mogłoby usprawiedliwiać takie…

I wtedy Minerwa zobaczyła cztery czerwone promienie, wystrzelające z chatki Hagrida, łączące się w jedną rozmazaną smugę światła i lecące w jej kierunku. W ułamku sekundy wyciągnęła przed siebie dłonie, jakby chciała pochwycić pędzącą magię.

Energia uderzyła w jej dłonie z siłą, jakiej nie mogła się spodziewać. Tysiące alarmowych dzwonków rozbrzmiało w głowie Minerwy, gdy magia przebijała jej kolejne bariery. Natychmiast zrozumiała, że ochronne zaklęcia nie wytrzymają. Zacisnęła powieki, nie mogąc już znieść blasku czerwonego światła. A potem jej ręce się rozłączyły i czary z impetem trafiły ją prosto w pierś.

Minerwa była doskonale świadoma tego, że jej ciało unosi się w górę i leci do tyłu, by w końcu zwalić się na mokrą ziemię. Następnie każda komórka jej ciała eksplodowała bólem, takim, jakiego nie czuła od dawna.

Ciemność powoli opanowywała jej umysł. Ciemność promieniująca obezwładniającym poczuciem winy – znów zawiodła. Ostatnią myślą udało jej się przywołać wspomnienie – czegoś niebieskiego, błyszczącego… a potem i to zostało zastąpione przez mrok.